|
Sprawa księgarni Antyk
Piwnice wciąż gniją
Zuzanna Radzik
Tygodnik Powszechny, 30 marca 2003
Od Redakcji Tygodnika Powszechnego:
Kiedy biskupi na kolanach przepraszali
Boga za zbrodnię w Jedwabnem, pod podłogą tego samego warszawskiego
kościoła Wszystkich Świętych sprzedawano antykościelną i antysemicką
literaturę. Sprzedaje się ją do dziś mimo wysiłków dziewiętnastoletniej
studentki teologii. Oto jej opowieść.
Tekst Zuzanny Radzik nie powstał
na zamówienie Tygodnika. Publikujemy go po głębokim namyśle
i ze smutkiem, że problemy dotyczące wewnętrznego funkcjonowania
Kościoła znów musimy rozważać na forum publicznym. Jest to
jednak naszym obowiązkiem, gdyż zgorszenie ma charakter publiczny,
a wszystkie inne, podejmowane od kilku lat próby usunięcia
go zawiodły. Opis podejmowanych w rozbrajająco dobrej wierze
wysiłków, zmierzających do rozwiązania czegoś, co w sposób
zdawałoby się oczywisty domaga się rozwiązania, jest zresztą
przejmującym świadectwem.
Mamy tu do czynienia z dwoma problemami.
Pierwszy, to problem księgarni w podziemiach warszawskiego
kościoła Wszystkich Świętych, sprzedającej antysemickie materiały.
Że ta lokalizacja jest powodem zgorszenia, że rzuca cień na
dobre imię Kościoła, że podważa wiarygodność katolików w dialogu
z judaizmem dowodzić nie trzeba. Mimo podnoszonych od kilku
lat protestów nikt nigdy nie wyjaśnił, czemu zawartej z księgarnią
umowy o najem nie można rozwiązać. Trudno pojąć, dlaczego
lokalu w znakomitym punkcie Warszawy nie można wynająć innej
instytucji. Nasuwa się też pytanie, czy z podobną delikatnością
i tolerancją byłby traktowany podnajemca, gdyby np. rozpoczął
sprzedaż materiałów pornograficznych?
Drugi problem, to problem komunikacji
w Kościele. Działaniom Zuzanny Radzik trudno zarzucić agresywność,
awanturnictwo czy sektaryzm. Ona po prostu poważnie potraktowała
to wszystko, co (w Kościele) usłyszała o wspólnocie kościelnej,
o dialogu z judaizmem i w ogóle o dialogu oraz o roli biskupa...
Chciałbym wierzyć, że opisana tu historia nie jest przysłowiową
kroplą wody, w której odbija się cały wszechświat, a w tym
przypadku Kościół.
Ks. Adam Boniecki
To zaczęło się w maju 2001, na spotkaniu zorganizowanym przez
Więź o Dabru Emet (deklaracja ogłoszona przez grupę żydowskich
uczonych z USA, wzywająca Żydów do zrewidowania swojego myślenia
o chrześcijanach i chrześcijaństwie zob. www.tygodnik.com.pl/archiwum
Od Dabru Emet do Świętego Przymierza). Tam pierwszy raz
ktoś wspomniał o Księgarni Patriotycznej Antyk, mieszczącej
się w podziemiach kościoła Wszystkich Świętych na Placu Grzybowskim.
Będąc kolejnym razem na Twardej, gdzie mieszczą się synagoga
i Fundacja Laudera (to dwa kroki od Placu Grzybowskiego)
sprawdziłam. Nie przypuszczałam, że będzie tam aż tak okropnie.
Ogromna ilość antysemickich, ksenofobicznych, antyunijnych
i sporo antykościelnych (bo za takie uznałam dziwaczne spekulacje
o biskupach) książek i czasopism. Wśród nich pismo Szczerbiec
(znajomi twierdzą, że czytają to skini) oraz ideowo poprawne
koszulki i plakaty. Wszystko razem sprawiło na mnie wrażenie
koszmarne, ale uznałam, że skoro tyle ważnych i wpływowych
osób było na spotkaniu i o księgarni usłyszało, na pewno coś
z tym zrobią. Zdziwiłam się, gdy już po modlitwach za ofiary
z Jedwabnego (nabożeństwo pokutne z udziałem Prymasa i biskupów
odbywało się w kościele nad księgarnią) zobaczyłam, że książki
wciąż tam leżą. Nie od razu przyszło mi do głowy, żeby coś
zrobić. Potem usłyszałam trochę gorzkich słów o Kościele od
kolegi Żyda, który dowiedział o księgarni i chciał o niej
rozmawiać z proboszczem tej parafii.
Ksiądz proboszcz
Ja tego samego dnia wyjeżdżałam, więc dopiero po powrocie
z wakacji dowiedziałam się, że nic nie osiągnął: rozmowa zakończyła
się słowem Amen. Sama zresztą jechałam na wakacje z moralnym
kacem, że to nie ja poszłam do proboszcza, a to powinien być
mój pierwszy odruch. Potem postanowiłam, że ja też pójdę,
no bo może ksiądz proboszcz na Żyda źle zareagował, a ja jestem
chrześcijanką. Będę dla niego bardzo miła i będzie OK. Byłam
bardzo miła, ale wcale OK nie było. Ksiądz rozmawiał ze mną
przez domofon i znowu skończył rozmowę mówiąc Amen. Główne
argumenty: piwnice gniją i coś trzeba z tym zrobić, a ksiądz
proboszcz nie będzie cenzorem. No i że już tłumaczył w rozgłośni
radiowej, że to wynajmowany lokal, a nie księgarnia kościelna.
Wszystko to, niestety, w formie napaści, nie łagodnej argumentacji.
Pierwszy raz ktoś do mnie mówił takim tonem, i to w dodatku
ksiądz. Znajomi triumfowali, dowodząc hipokryzji Kościoła.
Nie trzeba dodawać, że moi żydowscy przyjaciele wszelkie dowody
sympatii im okazywane traktują jako mój prywatny odruch, a
za wyraz oficjalnego stanowiska Kościoła uznają działalność
Księgarni.
Kuria po raz pierwszy
Ufna, że Kościół wygląda inaczej i uzbrojona w wiedzę o jego
oficjalnym stanowisku w sprawach stosunków chrześcijańsko-żydowskich
wybrałam się zatem do Warszawskiej Kurii Metropolitalnej.
Obawiałam się oporu, ale spotkałam się ze zrozumieniem księdza
dyrektora wydziału ds. nauki katolickiej. Zostawiłam mu list,
opisujący całą sprawę. Wyglądało na to, że problem może zostać
rozwiązany. Ksiądz dyrektor prosił mnie o cierpliwość, bo
może to zająć nawet trzy miesiące, gdyby trzeba było rozwiązywać
umowę. Mnie się nie spieszyło, miałam na głowie maturę i
mnóstwo innych spraw. Poza tym ufałam, że właściwie wszystko
już załatwione.
Po paru tygodniach dowiedziałam się jednak, że biskup Tadeusz
Pikus uznał, że trzeba ten mój, niewprawną ręką pisany list
przekazać Księdzu Prymasowi, w związku z czym mój pierwszy
rozmówca z Kurii nie mógł już śledzić losów tej sprawy na
biurku Prymasa ani wpływać na jej bieg.
Kuria po raz drugi
Po przeczytaniu Świadectwa ks. Tomasza Węcławskiego (TP
nr 14/02) i sprawdzeniu, że księgarnia ma się dobrze, po uświadomieniu
sobie, że minęło trzy miesiące a Kuria nic, zaczęłam szukać
innych dróg. Po konsultacji z moim Aniołem Stróżem (przypadkiem
poznanym na dniu judaizmu w Lublinie duszpasterzem młodzieży)
postanowiłam zamiast z księżmi dyrektorami z wydziałów (jakkolwiek
poważnie by ten tytuł brzmiał, wydaje się, że palcem nie ruszą
bez zgody biskupa), rozmawiać z samym biskupem.
Zupełnie przypadkiem (tak mnie połączono w centrali) padło
na ks. biskupa Piotra Jareckiego. Wyznaczył mi termin audiencji,
który niestety wypadał dokładnie w dniu mojej pisemnej matury
z polskiego. Musiałam poprosić o przełożenie i podałam powód.
To był chyba błąd, bo gdy zadzwoniłam kolejny raz, zasugerowano,
żebym spotkała się najpierw z księdzem dyrektorem wydziału
duszpasterskiego. Tak też zrobiłam. Po bardzo miłej, długiej
rozmowie znów uwierzyłam, że spotkałam się ze zrozumieniem.
Jednak na sugestie napisania takiego pisma odpowiedziałam,
że jedno już trzy miesiące temu pisałam. Tu skończyły się
pomysły mojego rozmówcy i chwilowo moje również.
Zbieranie podpisów
Kolejną radą Anioła Stróża było pisanie listów do Prymasa.
Byłam już wtedy w dominikańskim duszpasterstwie akademickim
na Freta, współorganizowałam spotkania żydowsko-chrześcijańskie,
nie było problemu z podpisami. Był maj 2002, pomiędzy kolejnymi
egzaminami maturalnymi nie pamiętam już dokładnie, kiedy
powstał list. Nasz duszpasterz, o. Wojciech Czwichocki, zaaprobował
jego treść. Ale żeby odzew był większy, zaczęłam montować
koalicję. W efekcie zbieraliśmy podpisy na Freta 10, w innym
dominikańskim duszpasterstwie Służew nad Dolinką, w duszpasterstwie
prowadzonym przez jezuitów na Rakowieckiej, w warszawskim
KIK-u (tu podpisał się nawet zarząd, nie tylko sama młodzież).
Niektórzy zbierali w swoich środowiskach (wyrazy uznania i
podziękowania dla o. Wojciecha Czwichockiego OP, o. Ryszarda
Bosakowskiego OP, o. Tomasza Ortmanna SJ i Piotra Cywińskiego).
Dla mnie to był czas matur i przygotowań do egzaminów, dla
innych sesji letniej. Nie przykładaliśmy się szczególnie,
uważając, że nie chodzi o wielką liczbę podpisów, ale o gest.
Sprawa przecież wydawała się tak oczywista... Razem wyszło
około dwustu podpisów.
Zaraz po Mszy, po której w duszpasterstwie na Freta zbieraliśmy
podpisy, odbył się koncert Z muzyką i nadzieją do wspólnej
Europy. Ktoś skojarzył te wydarzenia i pani Ewa Polak-Pałkiewicz
napisała w Naszym Dzienniku o młodzieży, która manipulowana
przez eurosocjalistów dała się namówić do akcji przeciw najlepszej
katolickiej księgarni i że ci manipulatorzy wykorzystują
znane już dobrze komunistyczne metody. Byłoby nawet śmiesznie,
gdyby nie dwa telefony od zwolenników tej księgarni (swój
numer umieściłam w duszpasterstwie na plakacie informującym
o zbiórce podpisów). Przyznam, że te rozmowy zrobiły na mnie
wrażenie, ale upewniły też, że warto działać dalej.
Kuria po raz trzeci
Już nie pamiętam, kto i kiedy to zaproponował, ale w końcu
zapadła decyzja, że trzeba jeszcze poprosić o audiencję. Złożyłam
pismo wyjaśniające krótko treść sprawy. Mieli oddzwonić. Czekałam
dwa tygodnie, ale nie było odpowiedzi. Zadzwoniłam sama i
miałam wątpliwą (niestety, muszę to przyznać) przyjemność
rozmowy z księdzem kanclerzem Kurii. W dosyć szorstki, momentami
gwałtowny sposób poinformował mnie, że Kuria ma ważniejsze
sprawy na głowie, że Prymas zdecydował, iż żadnej audiencji
nie będzie i że sprawa jest zakończona. Nie interesowało go,
co mam zrobić z zaadresowanymi do Prymasa listami, podpisanymi
przez nas, bo wiedzą, o co chodzi i listy nie są potrzebne.
To oczywiście wersja złagodzona tego, co faktycznie usłyszałam.
Jestem osobą w miarę opanowaną, ale rozpłakałam się moja
siostra była przekonana, że ktoś umarł, albo stało się coś
strasznego. Nie spodziewałam się usłyszeć ani takiego tonu,
ani takich argumentów. W ogóle jeszcze nikt nie potraktował
mnie w tak lekceważący sposób. Gdyby chodziło o mnie, to nic,
ale przecież lekceważono sprzeciw prawie 200 osób w dosyć
ważnej sprawie. W dodatku, jeśli prawdą były słowa księdza
kanclerza, że Prymas powiedział sprawa skończona, no to
koniec jak Ania z Zielonego Wzgórza, pogrążyłam się w otchłani
rozpaczy.
Po jakiejś godzinie, ocierając jeszcze łzy, postanowiłam
zadzwonić do biskupa Pikusa, który mój pierwszy list skierował
ponoć na biurko Prymasa. Tu również nie znalazłam zrozumienia.
Ksiądz biskup polecił mi modlić się i mieć nadzieję; podzielał
mój niepokój co do złych książek, których wszędzie pełno,
obawiam się jednak, że o innych książkach mówiliśmy.
Ta rozmowa kazała powrócić mi do otchłani rozpaczy i wylać
kolejne hektolitry łez. Cały wysiłek na nic. Wszyscy sceptycy
mieli rację, tylko ja z tą swoją głupią wiarą w Kościół
wyszłam na naiwną.
Redaktor Nosowski radzi, Rzeczpospolita
pisze
Znajoma z Krakowa zaproponowała, żebym skontaktowała się
ze Zbigniewem Nosowskim, bo on już niejedno w Kościele widział
i rozmowa z nim wpłynie kojąco na moje rozkołatane serce.
Spotkaliśmy się parę dni później w redakcji Więzi. Rzeczywiście
ta rozmowa pomogła mi spojrzeć na wszystko trochę spokojniej,
choć pan Nosowski nie ukrywał, że szanse na pozytywne rozwiązanie
sprawy są nikłe. Ustaliliśmy jednak, że teraz trzeba poleconym
wysłać do Kurii listy, których nie chcieli przyjąć, z załączonym
listem mówiącym, o co chodzi, i z wyborem tekstów z książek
sprzedawanych w księgarni. Z tym wyborem tekstów było najtrudniej,
pożyczyłam książki (żeby nie kupować) od kilku osób, które
już je miały (sama kupiłam jedną: Antypolonizm Żydów polskich
Stanisława Wysockiego, i to nie żaden reprint z lat 30., ale
świeżutką publikację z 2002 roku). Nie było to najprzyjemniejsze
zajęcie na wakacje, szło mi strasznie wolno, bo nie miałam
ani czasu, ani ochoty tego czytać. W końcu w sierpniu powstał
w miarę reprezentatywny wybór cytatów. Piotr Cywiński wysłał
to wszystko poleconym do sekretariatu Prymasa.
W tym samym czasie Piotr, po konsultacjach ze mną, podsunął
temat Rzeczpospolitej. We wrześniu skontaktowała się ze
mną pani Aleksandra Cisłak, która postanowiła pisać o sprawie.
Sęk w tym, że miałam zostać wymieniona z nazwiska, a tu zaraz
zaczynam studia i to na teologii. Bałam się, że to kiepski
początek, ale na szczęście nikt się chyba tak dokładnie w
Rzeczpospolitą nie wczytywał, bo nie zostało to odnotowane.
W puencie artykułu autorka zacytowała słowa biskupa Pikusa,
który obiecywał, że zajmie się sprawą. Postanowiliśmy trzymać
go za słowo (na dodatek autoryzowane).
List profesorów
Najpierw dziwił nas absolutny brak reakcji na artykuł, po
prostu głucha cisza. O. Czwichocki uważał, że to przez wybory.
I rzeczywiście, dopiero po dwóch miesiącach, już po drugiej
turze wyborów samorządowych, artykuł z Rzeczpospolitej został
skomentowany w piśmie Nasza Polska. Był też list poparcia
dla księgarni, który podpisali jacyś profesorowie, głównie
ze Stanów Zjednoczonych. Widziałam ten list, do dziś wisi
na drzwiach księgarni. Nie znam nikogo z autorów, nie wiem,
czy to rzeczywiście profesorowie. W każdym razie twierdzą,
że księgarnia nie jest antysemicka, tylko pokazuje prawdziwą
historię żydowskiego antypolonizmu. Ich argumenty dotyczą
też oczywiście mojego wieku. Także dziennikarka z Rzeczpospolitej
wielu rzeczy nie wie lub nie rozumie bo jest za młoda, studentami
łatwo manipulować, więc ich protestem nie należy się przejmować.
Argument wieku ciągle się zresztą pojawia.
Kuria po raz czwarty
Na początku grudnia postanowiłam dowiedzieć się, co biskup
Pikus zrobił ze sprawą w ciągu minionych dwóch miesięcy. Zadzwoniłam,
ale rozmowa nie była długa w pewnym momencie biskup pożegnał
się i odłożył słuchawkę. Było to na tyle niespodziewane, że
ośmielę się powiedzieć, iż biskup rzucił słuchawką.
To rzucenie słuchawką zrobiło na mnie wrażenie. Bo tym
samym zamknęły się drogi załatwienia tego ścieżkami kościelnymi.
Może zresztą te drogi zamknęły się już w czerwcu, a ja tylko
łudziłam się, że jeszcze się uda z listem poleconym, z Rzeczpospolitą,
że może jednak jakoś ruszymy sprawę. Tak naprawdę ta rozmowa
była bardzo adekwatnym podsumowaniem atmosfery, jaka towarzyszyła
sprawie. Trudne przeżycie, bo zwykle nie kończę rozmów w ten
sposób, zwłaszcza z biskupami. Następnego dnia napisałam więc
pojednawczy list do Księdza Biskupa i zaniosłam do Kurii.
Pozostał bez odpowiedzi.
Przecież mam rację
Od samego początku głęboko wierzyłam,
że mam rację: że nie jest w porządku, by antysemicka, antykościelna,
ksenofobiczna i w ogóle okropna księgarnia działała w podziemiach
kościoła. Oczywiście formalnie nie jest ona księgarnią kościelną,
więc biskup i proboszcz nie widzą problemu. Niestety przechodzień
nie wie o tych formalnościach, a skojarzenie jest jednoznaczne.
Zresztą co tu się oszukiwać: jakby komuś treści tych książek
przeszkadzały naprawdę, to już by ich tam nie było.
Cały czas podkreślałam, że to nie jest wystąpienie tylko
w obronie Żydów i przeciw antysemityzmowi. Bo, jak już pisałam,
ta księgarnia w gruncie rzeczy jest antykościelna. W każdym
kolejnym piśmie do Kurii podkreślałam, że to wszystko robię
w trosce o dobre imię Kościoła i moich współbraci, którzy
są manipulowani przez te publikacje. To, że sprzedaż odbywa
się pod kościołem, uwiarygodnia w oczach ludzi zawarte w książkach
treści. Czy naprawdę nikt w Kurii nie rozumie tej prostej
zależności? Aż trudno w to uwierzyć. W gruncie rzeczy właśnie
czytelnicy tych książek są najbardziej pokrzywdzeni, najwięcej
tracą.
Wiele osób tłumaczyło mi, że nic nie poradzę, że tam są układy
i układziki, że być może wiążą się z tym jakieś pieniądze.
Nie dawali szans, a ja nie wierzyłam. Tłumaczyłam, że jeśli
wszyscy będą tak myśleć, nic się nie zmieni. Milczenie przecież
oznacza zgodę. Uważałam, że coś tak niezgodnego z Ewangelią
nie może się ostać w Kościele. Wierzyłam w to jeszcze nawet
w czerwcu, po tych rozmowach telefonicznych z Kurią, choć
już wiedziałam, że to nie będzie łatwe. Nawet w listopadzie
jeszcze miałam cień nadziei. Straciłam ją, gdy tydzień po
rozmowie z biskupem Pikusem (tej, kiedy odłożył słuchawkę)
Zbigniew Nosowski zadzwonił z wyrazami solidarnej bezsilności.
Skoro on nie wie, co robić dalej, to skąd ja miałabym wiedzieć?
Episkopat mówi o dialogu
Po zebraniu Episkopatu, w listopadzie 2002, wydano list o
dialogu. Była w nim mowa o tym, że trzeba dbać o zabytki
pamiątki po innych religiach, cmentarze, cerkwie i synagogi,
przeciwstawiać się nienawistnym napisom na murach i okrzykom
na stadionach. A co z książkami i gazetami? Co mam myśleć
o ludziach, którzy piszą taki list, a tak ważną sprawę w swojej
diecezji zaniedbują? Jak się dowiedziała Aleksandra Cisłak
z Rzeczpospolitej, w zamian za remont podziemi Fundacja
Antyk przez pięć lat może użytkować piwnice. Nie wątpię,
że przedłużą umowę. Rozumiem, że jej zerwanie oznaczałoby
zwrot kosztów remontu. Tylko czy honor nie kosztuje? Zwłaszcza,
że właśnie zamontowano w kościele nowe organy. Ile kosztują
nowe organy? Wiem, że zaczynam pytać jak najgorszy antyklerykał,
ale ilekroć tamtędy przechodzę, nasuwają mi się takie pytania.
Powinnam płakać po nocach raczej z powodu nieszczęśliwej
miłości niż z powodu księdza biskupa. Ja wiem, że Kościół
jest święty i grzeszny zarazem, ale myślałam, że ma więcej
dobrej woli. To nie poczta ani urząd skarbowy. Ksiądz Tischner
mówił, że można stracić wiarę po spotkaniu z własnym proboszczem.
Nie chodzi o to, że ambicjonalnie nie mogę czegoś znieść.
Chodzi o to, że nie jest tak, jak być powinno. Gdzieś we mnie
tkwi teraz to uczucie. Ciężko mi je opisać.
PS. W lutym 2003 TVP2 emitowała rozmowę red. Barbary Czajkowskiej
z prymasem Polski, kard. Józefem Glempem, który stwierdził,
że nigdy nie otrzymał żadnych listów z podpisami w sprawie
Księgarni Patriotycznej Antyk.
Zuzanna Radzik ma dziewiętnaście lat, mieszka w Warszawie,
jest drużynową i instruktorką Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej.
Studiuje teologię na Papieskim Wydziale Teologicznym Bobolanum.
-----------------------------------------------------
Sprawa księgarni Antyk
Z nadzieją - mimo wszystko
Maciej Geller, Jerzy Jedlicki
Tygodnik Powszechny, 6 kwietnia 2003
Relację pani Zuzanny Radzik (Tygodnik
Powszechny, 30 marca 2003) przeczytaliśmy ze smutkiem, choć
bez zaskoczenia. Nie pierwszy raz dowiadujemy się o bezskutecznych
próbach usunięcia poza obręb instytucji kościelnych kolportażu
wydawnictw nacjonalistycznych i antysemickich. Jeśli w tej
relacji jest coś wyjątkowego, to przede wszystkim budząca
uznanie konsekwencja działań autorki, nie zrażającej się upokorzeniami
i niepowodzeniami.
O wydawnictwie i księgarni Antyk pana Marcina Dybowskiego
(ogłaszającej się jako "Wysyłkowa Księgarnia Katolicka
i Konserwatywna", to znów jako Księgarnia Patriotyczna)
i o wydawanych przez nią lub tylko rozprowadzanych książkach
i czasopismach wiadomo dostatecznie wiele. W jej katalogach
wydawniczych i handlowych obok pozycji poważnych i wartościowych
rzucają się w oczy książki kreujące obsesyjną wizję świata:
wizję, wedle której wszystkie historyczne niepowodzenia chrześcijaństwa,
Europy i Polski były i są skutkiem intryg Żydów, masonów,
liberałów lub reformatorów Kościoła. Wizję taką podziela jakaś
część naszego społeczeństwa i dopóki tak jest, dopóty będzie
się zapewne utrzymywał popyt na literaturę dostarczającą prostych
- by nie rzec: prostackich - wyjaśnień trudnych i zawiłych
zagadnień współczesnego świata, wyjaśnień odwołujących się
do mrocznych pokładów ludzkich lęków, urazów, podejrzeń i
archaicznych przesądów.
Jeżeli parafia albo kuria diecezjalna przyjmuje taką literaturę
i obrót nią pod swój dach, to albo dlatego, że ją lubi i ceni,
albo dlatego, że uważa ją za nieszkodliwą. W pierwszym przypadku
sprawa wydaje się jasna: część duchowieństwa została uformowana
w kulturze skostniałych stereotypów i pozostaje do dziś pod
jej wpływem. Nie do nas należy orzekanie, czy taka wersja
politycznego katolicyzmu sprzed wieku jest zgodna z nauczaniem
Soboru i Papieża.
W drugim przypadku jest naszą powinnością spierać się i przekonywać,
że agresywny nacjonalizm i antysemityzm nie są poglądami,
które zasługują na to, aby je na równych prawach dopuszczać
do normalnego obiegu opinii. Są to raczej toksyny, które ogłupiają
ludzi, degradują naszą kulturę umysłową (nie mówiąc o politycznej)
i zatruwają moralne środowisko życia publicznego. Polska konstytucja
i ustawy odmówiły ochrony prawnej słowom niosącym nienawiść
i pogardę i w tym też kierunku zmierza orzecznictwo Europejskiego
Trybunału Praw Człowieka. Nie łudzimy się jednak, że uprzedzenia
i obsesje antyżydowskie, godzące dziś często nie wiadomo w
kogo, dadzą się łatwo wykorzenić. Zbyt wielu ludzi, niestety
także młodych, na fundamencie takich mitów i fobii buduje
swój światopogląd, poddając się dobrowolnemu samozatruciu.
Czeka nas na tym polu praca wymagająca cierpliwości, praca
na lata. Ale o jedno należy dbać już dzisiaj: o to mianowicie,
aby siewcy i kolporterzy przekonań nienawistnych czuli się
zawstydzeni, ilekroć swoje posłanie próbują głosić publicznie.
Powinni zawsze napotykać odpór ludzi i instytucji dobrej woli
i czystego serca.
Stowarzyszenie "Otwarta Rzeczpospolita" wspiera
dążenia ludzi zamalowujących ordynarne i antysemickie napisy
na murach Łodzi. Kłania się z uznaniem redaktorom parafialnego
pisma "Bez Tytułu" w Rudzie Śląskiej, które dało
otwarty wyraz zażenowaniu po odczycie notorycznie antysemickiego
autora. Obserwujemy z radością coraz liczniejsze spontaniczne,
rozproszone inicjatywy wspaniałych ludzi w całym kraju, którzy
przywracają zatartą pamięć historyczną swoich miast i okolic,
restaurują pamiątki pozostałe po wysiedlonych lub wymordowanych
narodowych mniejszościach, starają się tworzyć w Polsce klimat
zbliżenia narodów, kultur i wyznań. Śledzimy z uwagą postęp
w programach i podręcznikach szkolnych, traktujących zawiłe
sprawy konfliktów narodowościowych i wyznaniowych w naszej
historii z rosnącą wrażliwością i zrozumieniem splątanych
racji.
Radość i sympatię budzą wszelkie przejawy troski o to, aby
Polska stawała się krajem, w którym szanuje się ludzką godność
i tożsamość i w którym przyjaźnie wita się każdego przychodnia
i gościa przybywającego z dobrymi zamiarami.
Na przekór licznym rozczarowaniom nie przestajemy ufać, że
w tej pracy ludzie pojednania i nadziei, tacy ludzie jak Zuzanna
Radzik, będą w dygnitarzach Kościoła znajdowali sojuszników,
a w jego strukturach oparcie. Do ufności takiej upoważniają
oficjalne dokumenty Kościoła, publiczne gesty i modlitwy Jana
Pawła II, które w końcu przecież nie mogą pozostać bez wpływu
na praktyki duchownych i umysły wiernych.
Maciej Geller jest prezesem zarządu, a Jerzy Jedlicki przewodniczącym
Rady Programowej Stowarzyszenia Przeciw Antysemityzmowi i
Ksenofobii "Otwarta Rzeczpospolita".
Sprawa księgarni Antyk
Prokuratura wyjaśnia
Prokuratura Okręgowa w Warszawie prowadzi
postępowanie w sprawie publicznego nawoływania do nienawiści
na tle różnic narodowościowych i wyznaniowych oraz publicznego
znieważenia grupy ludności pochodzenia żydowskiego z powodu
jej przynależności narodowej i wyznaniowej poprzez rozpowszechnianie
w okresie od 2000 roku do listopada 2002 roku w Warszawie
publikacji o charakterze antyżydowskim w postaci książek:
,,Jedwabne geszefty" Henryka Pająka, Wydawnictwo Retro,
Lublin 2001, ,,Polska zdradzona" Jana Marszałka, Polska
Oficyna Wydawnicza, Warszawa 2001, ,,Antypolonizm Żydów polskich"
Stanisława Wysockiego, Milla Wydawnictwo, Warszawa 2002, ,,Dlaczego
występuję przeciwko Żydom" ks. prof. Józefa Kruszyńskiego
(przedruk z 1936 roku), Milla Wydawnictwo, Warszawa 2001,
,,Poznaj Żyda" anonimowego autora, Wydawnictwo Ojczyzna,
Bogusław Rybicki, Warszawa 1998, ,,100 kłamstw J.T. Grossa
o żydowskich sąsiadach i Jedwabnem" Jerzego Roberta Nowaka,
Wydawnictwo von Borowiecky, Warszawa 2001, tj. o przestępstwo
określone w art. 256 i 257 kk.
W toku postępowania przesłuchano jako
świadków m.in.: właściciela Fundacji Pomocy Antyk Marcina
Dybowskiego, Prezesa Warszawskiego Oddziału KIK Piotra Cywińskiego
oraz uzyskano opinię biegłego z zakresu historii dziejów najnowszych
i problematyki narodowościowej dotyczącą publikacji objętych
postępowaniem. Na obecnym etapie postępowania trwa ustalanie
aktualnych adresów wydawców oraz autorów publikacji objętych
wszczętym postępowaniem.
MACIEJ KUJAWSKI
Rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie
|