|
HISTORIA NIEZNANA
ŻYDOWSKA ORGANIZACJA BOJOWA,
ŻYDOWSKI ZWIĄZEK WOJSKOWY
Krótki kurs zapamiętywania i zapominania
PAWEŁ SZAPIRO
Plus Minus, Rzeczpospolita 5 lipca
2003
Pacyfikacja warszawskiego getta
ŻIH / REPRODUKCJA RAFAŁ GUZ
Życie i śmierć zależą od języka
(jeden z midraszy)
Żydowska Organizacja Bojowa oraz Żydowski
Związek Wojskowy walczyły w powstaniu kwietniowym 1943 roku
pod własnymi sztandarami. Obydwie organizacje były podobnie
mało liczne, mniej więcej tak samo źle uzbrojone. Wiemy o
tym, choć nie wszyscy, bo tylko ŻOB dobrze usadowił się w
historii, a na tym polu ŻZW sukcesów ciągle nie notuje.
I
Nazwy rozmaitych konspiracji działających
w okupowanym kraju można by było wymieniać długo. Było ich
dużo i to niekiedy całkiem sporych: emanacje rządu RP na wychodźstwie,
potężne partie i stronnictwa polityczne, ich hufce zbrojne
etc. - o tych cokolwiek wiemy. Ale jeszcze więcej było średniaków,
a najwięcej - efemerycznych organizacyjek bez wyraźnego oblicza,
bardzo lokalnych grupek czy okazjonalnych porozumień.
Tworzyli je częstokroć wspaniali ludzie;
świadczył o tym cel, który nimi powodował, stały za nimi systematyczna
praca oraz znaczące dokonania. Ale o tych niewiele wiadomo.
Oczywiście wtedy znało się tylko - taka jest istota konspiracji
- imiona ugrupowań najpotężniejszych albo najbardziej hałaśliwych.
Teraz jest podobnie. Kluczowym elementem mechanizmu pamięci
jest bowiem tryb zwany pars pro toto: aby nielicznych pamiętać,
zaś o pozostałych starannie zapominamy. I to, co osiągnęli
wszyscy razem, bez skrupułów przypisujemy mniejszości. I coraz
więcej o niej wiemy.
Więc, co i kiedy robić - jeśli już
położyło się zasługi - by nie położyć swego udziału w historii?
A co i kiedy robić - mimo że ma się dokonania - by dokonać
żywota na śmietniku historii?
II
Najczęściej mówi się o Armii Krajowej,
często o Żydowskiej Organizacji Bojowej. Jeszcze niedawno
niemała część społecznej pamięci okupowana była przez inny
podmiot: komunistów. To im, choć niezbyt silnym, udało się
osiągnąć główny cel konspiracji: zwycięstwem zapisanym na
własnym koncie legitymizować władzę w wyzwolonym kraju. Rzecz
w tym, że apetyty na realizację własnego programu mieli też
wszyscy inni, ale wybrali sobie mniej skutecznych sojuszników
z zewnątrz. Że ci sojusznicy zawiedli - wiadomo; natomiast
o aspiracjach politycznych tych, którzy na nich postawili
- cisza.
A przecież bieżącą działalność konspiracji
- sabotaż, dywersję, strzelanie - można traktować jako cel
tylko taktyczny. Celem strategicznym konspirowania wcale nie
musiało być pokonanie widocznego gołym okiem wroga. Mogło
się nim stać zdobycie rządu dusz w okupowanej społeczności
lub przynajmniej odgrywanie w niej na tyle prominentnej roli,
by nie być zapomnianym przy dzieleniu tortu zwycięstwa. Polscy
sabotażyści, dywersanci, strzelcy z drugiej wojny światowej
niekoniecznie musieli zdawać sobie z tego sprawę. Oni walczyli
tylko o wolność.
Zdaje się, że kto się w walce zapamiętuje,
a nie zapamiętuje stwierdzenia, że "wojna jest tylko
dalszym ciągiem polityki", może nie być zapamiętany.
Historia - choć mówi się o jej "barbarzyńskiej arbitralności"
- nie działa tak zupełnie na oślep, a na pewno nie jest głucha.
III
Kiedy przywołałem fenomen hałaśliwości
w podziemiu, nie miałem na myśli odgłosów strzałów. W uszach
miałem raczej dźwięk maszyny do pisania czy powielacza - słyszalny
jeszcze dzisiaj.
W tych konspiracjach, których przywódcy
znali strategię wojenną, urządzenia poligraficzne pracowały
na okrągło. Każdy konspirator starał się być swoim heroldem,
niektórym udało się nawet, odtrąbiając własne zasługi, zagłuszyć
głos innych. Przynajmniej na tyle skutecznie, by przejść do
potomności.
Aby dać się zapamiętać, a potem nie
dać się zapomnieć, nie wystarczy posługiwać się karabinem,
trzeba też imać się bez przerwy broni strategicznej: czcionki.
IV
Zdarzało się, że konspiracyjne "małe"
okazało się dostatecznie piękne, by zaistnieć dla publiczności.
Kiedy aktywność była bardzo specyficzna, nie wymagała nawet
reklamowania się za pomocą poligrafii. O Radzie Pomocy Żydom
podczas okupacji ukazały się zaledwie trzy, cztery teksty
prasowe, po wojnie jedna, dwie znaczące książki, a i tak o
Żegocie wszyscy wiedzą. Kiedy jednak działalność dotyczyła
wydarzeń wyjątkowych w podziemnej skali, ale sił sprawczych
było więcej, marketing własnych zasług mógł okazać się niezbędny.
Żydowscy powstańcy aresztowani przez
Niemców
ŻIH / REPRODUKCJA RAFAŁ GUZ
"Wojna to zbyt poważna sprawa,
by ją powierzać wojskowym". Być niepostrzeżonym w działaniu,
a potem zapomnianym - złośliwość losu czy własna wina?
V
Żydowska Organizacja Bojowa oraz Żydowski
Związek Wojskowy - w powstaniu kwietniowym 1943 roku dwóch
było zbiorowych bohaterów walczących pod własnymi sztandarami.
Że w dwójkę, choć osobno, konspirowali i szykowali się do
walki, że "urzeczywistniali żydowski opór i odwet z bronią
w ręku", byli podobnie mało liczni, mniej więcej tak
samo źle uzbrojeni - wiemy, choć nie wszyscy. Bo tylko ŻOB
dobrze usadowiła się w historii, a na tym polu - dlaczego?
- ŻZW sukcesów ciągle nie notuje.
Czy, by nie popełnić historycznego
błędu, trzeba mieć aspiracje oraz kwalifikacje polityczne
i uprawiać propagandę? Czy sama walka nie wystarczy? Aby odpowiedzieć
na to pytanie, trzeba po pierwsze "powtórzyć zapamiętane",
po wtóre "przypomnieć zapomniane", a potem zobaczyć,
czy coś z tego przypadkiem nie wyniknie.
VI
Co o działaniach politycznych i akcjach
propagandowych obu ugrupowań wiemy na pewno, czego na pewno
nie wiemy, a co trzeba jeszcze ustalić na pewno? O ŻOB wiadomo,
że założona została przez lewicowe organizacje syjonistyczne
i komunistów pod koniec lipca 1942 r. Żobowcy dysponowali
wówczas jednym pistoletem, w sierpniu przeprowadzili akcję
zbrojną, jedyną podczas wielkiej operacji deportacyjnej, wtedy
jeszcze bezskutecznie usiłowali nawiązać kontakt z AK - tak
widzą przeszłość syjoniści. Za akcją mogła też stać Organizacja
Bojowa utworzona dopiero jesienią tego roku - tak twierdzą
członkowie Bundu, którzy do tego momentu woleli prowadzić
politykę samodzielnie.
Więc ani do Organizacji Bojowej (mającej
ambicje bycia powszechną), ani do Żydowskiego Komitetu Narodowego
(jednoczącego niemal wszystkie ugrupowania w getcie) bundowcy
długo przystąpić nie chcieli - z syjonistami nigdy nie było
im po drodze. Ich natomiast chciano, bo mieli wpływy w getcie
i własne kontakty z ugrupowaniami za murem.
Stworzono więc dodatkowo federacyjne
ciało polityczne (Komisja Koordynacyjna), by z jednej strony
przełamać antyzjednoczeniowe opory Bundu, z drugiej - polskiego
podziemia, które chciało pertraktacji tylko z reprezentacją
wszystkich Żydów. Sami syjoniści i komuniści nie budzili zaufania
AK, propolski Bund - większe. Ostatecznie Bund w ŻOB się znalazł,
miał swojego człowieka w jego komendzie - obecnie bohatera
z Orłem Białym.
Sprawy to złożone, trudne do opowiedzenia,
ale działy się w czasach tylko przez nas postrzeganych jako
okres zdominowany przez patriotyczny cel i jednoznaczne wybory.
VII
Żydowski Związek Wojskowy jeszcze bardziej
problem pokomplikował. Kiedy powstał? Niektórzy, uwzględniając
fakt, że o działalności Związku do jesieni 1942 r. nic nie
wiadomo, jakoby z braku "oryginalnej żydowskiej dokumentacji"
skłonni są sądzić, że założony został - na bazie prawicowej
organizacji syjonistów-rewizjonistów i jej młodzieżowej przybudówki
Bejtar - dopiero po akcji w 1942 roku.
Ale "jak ja wróciłem z niewoli
[13 III 1940], to już istniał" - powiedział w 1990 człowiek
z jego szeregów. "Czy to był ten sam związek, który istniał
w getcie obok ŻOB"? Rozmówca pamięta, że "tak, tylko
potem przybyło ludzi. Na początku przeważali wśród nas przedwojenni
członkowie Bejtaru i Ichud Haszmonaim. Nazywaliśmy się wtedy
Irgun Cwai Leumi [Narodowy Związek Wojskowy], ale zasadniczo
operowaliśmy nazwą Oddziały Walki Cywilnej".
Inni twierdzą, że Związek - utworzony
jesienią 1939 roku przez grupę oficerów Wojska Polskiego -
działał długo, m.in. jako Żydowska Organizacja Wojskowa albo
jako Polska Organizacja Żagiew. W memoriale tej organizacji
można przeczytać: "Październik 1939 r. założenie fundamentów
pod. org. Żagiew pod kierownictwem b. of. WP Władysława L.
Ustanowienie sektoru do walki z bolszewizmem. Zaniechanie
akcji wskutek zaaresztowania członków sektoru oraz na skutek
dekonspiracji nazwiska komendanta. Współpraca z org. ÇBundČ
w listopadzie, grudniu 39 r. i styczniu, lutym i marcu 1940
r. Założenie własnej radiostacji [stacji nasłuchu radiowego]
w kwietniu 1940 r. Zorganizowanie organu [prasowego] org.
Żagiew i postanowienie tegoż o codziennym kolportowaniu komunikatów
informacyjnych. Maj 1940 r. - 65 abonentów, czerwiec 1940
r. - 140. Wzrost zainteresowania społeczeństwa żydowskiego
pod wpływem n/propagandy. Opublikowanie pierwszej czarnej
listy osób zatrudnionych w Gestapo. W styczniu 1941 n/org.
liczy już 2900 członków - kolportaż biuletynów informacyjnych
(komunikatów) 4000 osób. Zmiana warunków pracy spowodowana
zamknięcie dzielnicy żydowskiej. Założenie pisma periodycznego
pod nazwą ÇŻagiewČ. Luty 1942 r. zebranie przedstawicieli
sektorów, dyskusja nad zeznaniami zbiegłych z obozu w Chełmie
Pomorsk. [Chełmno nad Nerem]. Org. Żagiew - wniosek o wystosowanie
SOS do świata w sprawie gazowania bezbronnych w Chełmie. Org.
Żagiew zwraca się do niektórych org. polskich o broń - bez
pozytywnej odpowiedzi. Dnia 22 VII 42 - Ogólne wysiedlenie
ÇDzielnicy ŻydowskiejČ zadaje rozwojowi n/org. niepowetowane
straty! 21 VIII 42 - uchwała o przerwaniu pracy org. Nowa
dzielnica żydowska podzielona na poszczególne rejony pracy
i mieszkaniowe. Zebranie pozostałych przy życiu członków sztabu
org. Żagiew i uchwała o wznowieniu pracy w nowych warunkach.
Listopad - wydanie numeru 8 ÇŻagwiČ. 2 XII org. Żagiew liczy
900 członków. 3 XII 42 r. Nowe zadania w obliczu nadchodzących
wypadków".
Ten memoriał leży na przeszłości ŻZW
trochę jak marynarka ze starszego brata, ale coś na rzeczy
być musi.
VIII
ŻZW okazał się niechcianym gościem
w ŻOB, bo domagał się przywództwa dla swojego działacza -
oficera Wojska Polskiego. Komendantem został jednak żobowiec.
"Na szczęście był kiedyś w Bejtarze i tam się nauczył
posługiwać bronią i mógł uczyć tych żydowskich pacyfistów"
- szydził cytowany już rozmówca.
Określenie pacyfista dla członka organizacji
nazywającej się bojową to wątpliwy komplement, ale w jakimś
stopniu uzasadniony. Młodzieżówki syjonistyczne, mające utworzyć
z czasem ŻOB, w getcie zajmowały się początkowo bardziej młodzieńczym
politykowaniem i spieraniem się między sobą na łamach tajnej
prasy, niż polityką przez wielkie P.
Niektóre z tych młodzieżówek przed
czerwcem 1941 roku broniły paktu Ribbentrop - Mołotow. Gazeta,
w której publikował przyszły dowódca ŻOB, głosiła tezę, że
robotnicy wojujących ze sobą krajów powinni uchylać się od
brania udziału w walce, Żydzi - zachować neutralność, bo "obecna
wojna to wynik podziału świata na imperializmy głodne (w tym
Niemcy) i syte (w tym Anglia)". Tej ostatniej nie lubiano,
gdyż "imperializm brytyjski był zaporą dla dzieła żydowskiego
w Erec Israel". Obawiano się też, że zwycięstwo Anglii
czy Stanów Zjednoczonych przyniosłoby Europie "demokrację
burżuazyjną" - woleli socjalistyczną. Jaki to miało sens
- wiadomo, ale jakieś szersze zaplecze polityczne ŻOB w getcie
miała, skoro mające ją utworzyć organizacje młodzieżowe wydawały
2/3 wszystkich żydowskich tajnych gazet.
W maju 1941 r. w jednej z nich znalazło
się nawet miejsce dla myśli, że "dla desperackiego bohaterstwa,
dla zapełniania kilku kart przyszłej historii nie warto poświęcać
życia najlepszych synów narodu". Ludzie, którzy się pod
tymi tekstami podpisywali, wkrótce mieli się zajmować prawie
wyłącznie "desperackim bohaterstwem". (Niecałkowicie,
bo trochę czasu - jak się okaże - zajmowała im aktywna troska
o "zapełnienie kilku kart przyszłej historii").
Jak widać zdanie zmienili, ale te poprzednie zdania pamiętano.
"Tytułem próby wydałem trochę pistoletów, nie mam pewności,
czy w ogóle tę broń użyją" - to głos zza muru.
Żetzetwuowcy na tym tle wypadli lepiej.
Co prawda w getcie wydawali tylko jedno pismo, nie nabrali
więc biegłości w wykładaniu własnych racji i dokumentowaniu
swego istnienia. Ale "natychmiast po zakończeniu działań
wojennych na terenach RP - byli obrońcy i patrioci polscy
w myśl wskazań przebiegu rozwoju Polski, przeszli do tradycyjnej
szczytnej walki podziemnej z najeźdźcami. Mieliśmy dwa kierunki
do prowadzenia tej walki - jeden przeciw Niemcom, drugi przeciw
Rosji".
Może deklaracja "Żagwi" była
trochę na wyrost, ale przynajmniej na tyle miła dla polsko-podziemnego
ucha, by systematycznie pozyskiwać broń od dwóch małych konspiracji
spoza muru, niekoniecznie tylko "na bazie handlowej".
Naoczny świadek, kronikarz warszawskiego getta, napisał, że
przed powstaniem mieli jej sporo.
IX
O rozejściu się dróg zadecydowało jednak
nie to, kto będzie dowodził. Bejtarowcy domagali się także
równouprawnienia: przyjęcia do ŻOB jako grupy - na podobieństwo
innych tworzących ją ugrupowań - a nie indywidualnie, co im
zaproponowano. Syjonistom zakładającym ŻOB łatwo przyszedł
alians z komunistami, bo łączyły ich wybory ideologiczne i
prosowiecka orientacja, także związki mniej formalne; zabiegali
o związek z Bundem, bo ten mógł im wnieść gigantyczny polityczny
posag, podczas gdy ŻZW - tylko polityczne obciążenie. Dawne
animozje polityczne (bejtarowcom, przed wojną zwalczającym
programowo idee tzw. walki klasowej, przypinano etykietkę
faszystów), świeższe ambicje oraz, być może, względy osobiste
wśród ludzi Organizacji odegrały większą rolę niż możliwości
Związku. Zlekceważono jego kontakty z polskim podziemiem.
Od zorganizowanych żydowskich wojskowych chciano tylko broni
i wykwalifikowanych ludzi.
Ten moment okazał się najważniejszy
w całej historii ŻZW. Jego przywódcy stanęli przed tragicznym
dylematem: przyjąć warunki za cenę nieodwołalnej utraty tożsamości,
czy też je odrzucić, skazując ugrupowanie na odejście w mrok
pamięci.
Na dyskryminację polityczną wojskowi
się nie zgodzili. Innej - zwłaszcza historiograficznego niebytu
- zapewne nie przewidywali. Zdaje się, że rzeczywiście "wojna
to zbyt poważna sprawa, by ją powierzać wojskowym".
X
Żetzetwuowcy nadal działali więc w
izolacji i inaczej niż ŻOB. W odróżnieniu od Organizacji otworzyli
swe szeregi przed wszystkimi chętnymi, prowadzili też w getcie
własną propagandę nawołującą do oporu zbrojnego. Jedynie oni
usiłowali zaszczepić choć trochę nadziei, sugerowali, że walka
jest szansą na ocalenie. Planowali ją jako demonstrację zbrojną,
potem chcieli opuścić getto. Dalej zamierzali walczyć już
w ramach polskiego podziemia. Walczyli, ale tylko w kwietniowym
powstaniu. Po paru dniach walk opuścili getto wykopanym przez
siebie tunelem; część zginęła po drugiej stronie muru, inni
zostali zamordowani później.
Tą samą drogą wyszli z getta łącznicy
ŻOB i uzyskali pomoc dla członków swej organizacji. Więc tylko
żobowcom (niektórym) udało się uratować życie, razem działać
potem wśród Polaków i ocalić pamięć o własnych dokonaniach.
XI
Obie żydowskie organizacje prowadziły
przed powstaniem działalność polegającą m.in. na karaniu agentów
niemieckich i nakładaniu kontrybucji - na tym polu dochodziło
między nimi do napięć, nawet "wymachiwali na siebie nawzajem
bronią". Ale tylko ŻOB podjęła - "trzymając w ręku
łom czy żerdź" - walkę w styczniu 1943 r. Tak się uważa,
ale rozmówca-żołnierz ŻZW twierdzi, że to członkowie Związku
pierwsi strzelali i że to było na Muranowskiej, w pobliżu
centralnej siedziby ŻZW. "Tam padły nasze pierwsze strzały.
Później ŻOB strzelił parę razy z Miłej ulicy. Nie, nie, ja
nie biorę kredytu dla nas, ja im nie odbieram niczego - to
byli dobrzy, dzielni chłopcy i dziewczęta. A to, że oni nam
odebrali, to trudno. Oni o nas mówią, że myśmy w ogóle nie
istnieli. Była taka sytuacja, że my nie mogliśmy się bronić.
Ja byłem wtedy [po wojnie] jeszcze tutaj [w Polsce] i ja musiałem
trzymać zamknięty pysk, kim ja jestem".
Po samoobronie styczniowej żobowcy
znaleźli się na jak najlepszej drodze, by stać się powszechną
organizacją zbrojną getta, dany im czas i zaufanie Żydów wykorzystywali
na "jednoczenie się i kolejne reorganizacje". Kiedy
komenda Organizacji Bojowej rozlepiła w nocy z 14 na 15 marca
odezwy wzywające do przeciwstawienia się niemieckim nakazom
- w getcie posłuchano głosu swoich. Afisze niemieckie rozlepione
w odpowiedzi na te odezwy jeszcze wzmocniły autorytet ŻOB
nie tylko wewnątrz murów getta.
Natomiast Wojskowy Związek po obu stronach
tracił punkty.
XII
Najwięcej strat poniósł w kontaktach
z polskim podziemiem. Co prawda emisariusz Organizacji Bojowej
wpadł, a zanim "jednoczący i reorganizujący się"
żobowcy zdecydowali się wysłać na tzw. aryjską stronę następnego,
upłynęło sporo czasu. Tej zwłoki nadrobić już się nie udało.
Ale coś niecoś od Armii Krajowej poniewczasie uzyskano, między
innymi, a może przede wszystkim, dostęp do łączności radiowej
- tą drogą wysłano około trzystu radiogramów na Zachód; korzystano
też z sieci kurierskiej. Tak trafiły do Londynu mikrofilmy
ze sprawozdaniami z działalności żydowskiego podziemia. Ich
wykorzystywanie podczas wojny nie budziło entuzjazmu podziemia
polskiego: "Żydzi wszelkimi sposobami starają się rozreklamować
w świecie wielkość swego oporu zbrojnego przeciw Niemcom".
Po wojnie ta korespondencja stanowi
znakomitą część źródłowej dokumentacji żydowskiej. A właściwie
całość, bo archiwum ŻOB zaginęło w powstaniu warszawskim.
Żobowski uczestnik sierpnia 1944, wysłany
wówczas po materiały ukryte przez jednego z przywódców kwietniowego
powstania, powiedział w 1999 roku, że "całe to archiwum
obchodziło go jak zeszłoroczny śnieg i że teraz nie rozumie,
po co tam szedł i że wtedy też nie rozumiał". Ale był
tylko szeregowym żobowcem, oficer ŻOB natomiast wiedział,
co robi: dbał o materiał do "zapełnienia kilku kart przyszłej
historii".
Czasami uzupełniano te karty pokerową
zagrywką. Na przykład na wysłanej z kraju "liście londyńskiej",
zawierającej imiona żobowców zamordowanych w powstaniu w getcie,
wpisano także nazwiska osób z wydarzeniem nic nie mających
wspólnego, ale bliskich politycznie. Rzekłbym, że dopisującemu
pomógł nadmiar pamięci.
XIII
W żadnym ze wspomnianych zapisów wysłanych
do Londynu nie ma informacji o Żydowskim Związku Wojskowym
- tu dał o sobie znać pamięci niedomiar. Więc nikt o ŻZW poza
Polską podczas wojny nie usłyszał. Także dlatego, że takich
możliwości sam Związek sobie nie zapewnił, choć współpracował
również z polskimi ugrupowaniami: Organizacją Wojskową Korpus
Bezpieczeństwa i Polską Ludową Akcją Niepodległościową. Były
to jednak grupy relatywnie słabe, pozbawione własnej łączności
z zagranicą i - co też ważne - niewytwarzające wielu dokumentów,
zdaje się, że w ogóle ich niearchiwizujące i prowadzące mizerną
aktywność wydawniczą.
Stąd działalność ŻOB dokumentują żydowskie
i polskie źródła z epoki oraz powojenne relacje świadków (np.
udziału Bundu w obronie getta warszawskiego). O istnieniu
ŻZW zaświadczają głównie powojenne relacje, do których - często
i bez merytorycznego uzasadnienia - zaufania się nie ma.
XIV
Kilka dokumentów jednak pozostało.
Myślę przede wszystkim o kilkunastu tytułach polskiej prasy
konspiracyjnej.
I tak, najlepiej poinformowana AK ograniczyła
się do podania w swej prasie suchego faktu, że "Żydowska
Organizacja Bojowa rozpoczęła obronę ghetta". Resztę
miejsca w obszernym artykule i następnych poświęcono sprawozdaniu
z przebiegu wydarzeń i ich ocenie. Większość gazet postąpiła
podobnie; przyczyny tej wstrzemięźliwości to już osobny temat.
Były jednak wyjątki.
Oto czerpiący wiadomości z drugiej
ręki Konwent Organizacji Niepodległościowych podał, że "oddziały
bojowe żydowskie podlegały początkowo trzem dowództwom: Żydowskiemu
Związkowi Wojskowemu (pozostającemu pod wpływami syjonistów),
Komendzie Wojskowej Bundu i grupy komunistycznej. W ramach
oddziałów Bundu walczy też oddział PPS złożony z członków
Żydów. Obecnie dowództwo jest jednolite, a na jego czele stoi
oficer wojska polskiego pochodzenia żydowskiego". Jest
to jedyny polski tekst prasowy z okresu okupacji, w którym
pada nazwa ŻZW. Domniemywam, że znalazła się nieprzypadkowo
akurat w piśmie tej organizacji.
Niemiecki posterunek przy murze getta
ŻIH / REPRODUKCJA RAFAŁ GUZ
Polska Organizacja Syndykalistyczna
też posiadała operatywnego informatora. W jej gazecie opublikowano
odezwę podpisaną "Walczący Proletariat Żydowski Warszawskiego
Ghetta" (kryptonim Bundu). Autorem odezwy był działacz
tej partii po tzw. aryjskiej stronie, autor apeli przekazywanych
drogą radiową do Londynu i wielu odezw wydawanych później
przez ŻOB. "Jak się historia tworzy, tak się historia
kłamie" - gazety Stronnictwa Ludowego i Socjalistycznej
Organizacji Bojowej opublikowały in extenso tekst tej samej
odezwy, ale - co było prawdą - "wydanej przez Żydowską
Organizację Bojową" i przez nią podpisanej.
Robotnicza Partia Polskich Socjalistów
była zdania, że "w skład ŻOB wchodziły oddziały syjonistów,
bundowców wraz z Polskimi Socjalistami i pepeerowców".
Bliższa ciału koszula: Polscy Socjaliści, którzy z czasem
przekształcili się w RPPS, mieli w latach 1941 - 1942 swój
oddział w dzielnicy zamkniętej, wydawali nawet własne pismo.
XV
Sporo szczegółów dostarczyła gazeta
Żydowskiego Komitetu Narodowego, wydana w rocznicę powstania:
"z łona ŻKN powstała Żydowska Organizacja Bojowa, trzon
kadry ŻOB stanowiły oddziały bojowe organizacji należących
do ŻKN, wśród 22 oddziałów ŻOB, które walczyły, 18 należało
do ŻKN, 4 - do Bundu, spośród 6 członków komendy ŻOB pięciu
należało do komendy ŻKN, jeden - do Bundu" (autor tekstu
był oczywiście członkiem ŻKN i zatwardziałym przeciwnikiem
Bundu).
W powstaniu warszawskim ocaleli z getta
żobowcy wstąpili w szeregi AL - jako jedyni z Żydów walczyli
pod własnym sztandarem. Prasa powstańcza drukowała pięciokrotnie
apel komendanta Żydowskiej Organizacji Bojowej, wzywający
do podjęcia walki, jeden raz - analogiczny apel Bundu.
Związkowi nie udało się wywalczyć wiele
miejsca na łamach polskiej prasy konspiracyjnej. Ale nie świadczy
to bynajmniej, że na przykład drugiego dnia kwietniowego powstania
żetzetwuowcy nie stoczyli z Niemcami bitwy muranowskiej. Być
może - po prostu - za dużo było wśród nich wojskowych, za
mało - operatywnych "polityków pamięci".
XVI
Ale o niebycie historiograficznym Związku
naprawdę zadecydowali inni politycy. Po wojnie w Polsce komuniści
pamiętali tylko o ŻOB. Związkiem się nie interesowali, żetzetwuowcami
natomiast tak - bejtarowców, jako kontrrewolucjonistów i wrogów
ludu, wsadzali do więzień. W Izraelu imieniem komendanta ŻOB
nazwano kibuc, postawiono mu też pomnik - pewnie dlatego,
że był syjonistą; w USA żobowcy stanowią jeden z filarów "przedsiębiorstwa
holokaust", etc.
Historycy wszędzie traktują ŻZW po
macoszemu. Żołnierze getta warszawskiego spod znaku ŻOB zmonopolizowali
pamięć o powstaniu, udało im się "zdążyć przed panem
Bogiem", "rozmowy z katem" ich też dotyczyły,
jeszcze później rozpoczęło się "po kole" albo nawet
"ciągle po kole" pierwsze odczytanie listy ich nazwisk.
Żetzetwuowcy tak znakomitych piór do wyłącznej dyspozycji
nie posiadali.
Historia zapamiętywania ŻOB stanowi
integralny i ważny element jej dziejów. Sądzę, że historia
zapominania ŻZW jest na tyle ważnym fragmentem jego przeszłości,
że warto było mu poświęcić przynajmniej tyle, ile napisano
wyżej.
XVII
Jak ta historia zapominania potoczy
się dalej? Ostatnio, przy okazji obchodów rocznicy powstania
w getcie, o członków ŻZW (bądź co bądź niegdyś wrogów ludu
i kontrrewolucjonistów) upomnieli się dziennikarz, prezydent
miasta, w którym wydarzenie miało miejsce, a nawet prezydent
państwa. Tym razem polityczna przeszłość nie szkodziła - można
sądzić, że raczej przeciwnie. Czy interwencja polityków w
historię zwiastuje koniunkturę dla tematu?
Myślę, że o ŻZW będzie się mówić. Zapewne
piłka przejdzie od polityków do znawców przysięgłych historii
ŻOB. Przymierzający się do nowego tematu pewnie sięgną do
szafy po mundur ŻZW, ale przypuszczam, że zza sukni Ezawa
usłyszymy głos Jakuba. Powtarzający to, co zostało już tyle
razy powiedziane.
Autor jest doktorem historii, pracował
w Żydowskim Instytucie Historycznym
|