|
10 lat Centrum Kultury Żydowskiej
Gazeta Wyborcza, 23 listopada 2003
Portal Gazety Wyborczej
Krakow, 23 listopada 2003
Mieści
się na krakowskim Kazimierzu, przy ulicy Rabina Meiselsa 17,
tuż obok placu Nowego. Rafael F. Scharf powiedział kiedyś
o tej dzielnicy: "gdzie jest takie drugie miejsce na
świecie, gdzie ulica Rabina Meiselsa krzyżuje się z ulicą
Bożego Ciała, a ulica św. Sebastiana krzyżuje się z ulicą
Berka Joselewicza".
Budynek,
zaprojektowany przez Jacka Matusińskiego, pochodzi z lat 80.
XIX wieku - była tutaj modlitewnia Żydowskiego Towarzystwa
Modlitewnego i Dobroczynnego B'nei Emuna. Po II wojnie mieściła
się tutaj stolarnia, później magazyny, a w latach 80. budynek
popadł w ruinę. Dzięki finansowej pomocy Kongresu Stanów Zjednoczonych
Ameryki Północnej oraz polskich instytucji - Gminy Kraków,
Wojewody Krakowskiego, Społecznego Komitetu Odnowy Zabytków
Krakowa i Generalnego Konserwatora Zabytków dom odbudowano,
by 24 listopada 1993 r. otworzyć w nim Fundację Judaica -
Centrum Kultury Żydowskiej.
Ta instytucja obywatelska stawia sobie
za zadanie ochronę żydowskiego dziedzictwa na Kazimierzu i
zachowanie pamięci o wielowiekowej historii społeczności żydowskiej
w Polsce; rozpowszechnianie wiedzy o kulturze polskich Żydów
i wspieranie polsko-żydowskiego dialogu.
W programie CKŻ są spotkania autorskie,
konferencje i seminaria, wykłady i promocje książek, koncerty,
wystawy i pokazy filmowe. Od 1996 r., w pierwszym miesiącu
roku żydowskiego - Tishri, kiedy przypadają najważniejsze
żydowskie święta, organizowany jest tu Miesiąc Spotkań z Kulturą
Żydowską Bajit Chadasz, dedykowany co roku innej postaci lub
zagadnieniu. Centrum przygotowuje też regularnie, wespół z
Włoskim Instytutem Kultury, tygodniowy program prezentujący
tematykę włosko-żydowską.
Tu odbywają się też programy letnie
dla zagranicznych studentów, działa antykwariat z bogatym
wyborem judaików, galeria i popularna kawiarnia.
Nie ma lepszego adresu. Rozmowa Joachimem
Russkiem, dyrektorem Fundacji Judaica
Przyjęcie na inaugurację przygotowywał
restaurator, który zapewniał mnie, że "będzie dobrze".
Zdałem się na niego. Po części oficjalnej jeden z moich żydowskich
przyjaciół z Warszawy konfidencjonalnie rzekł: "Ja rozumiem,
że jesteś gościnny, ale szynki nie musiałeś podawać".
Restaurator miał jednak najlepsze chęci - szynka była wszak
wówczas rzadkim dobrem
Anna Bugajska: Co wydaje się Panu najważniejsze
w dziesięcioletniej działalności Centrum Kultury Żydowskiej?
Joachim Russek: Mówiąc o tej instytucji,
powinniśmy pamiętać o ludziach, o miejscu, w którym Centrum
się mieści i o czasie, w którym powstało. Ludzie to ojcowie-założyciele,
goście i nasza publiczność. Swoje istnienie Centrum zawdzięcza
ówczesnemu rektorowi UJ, prof. Józefowi Gierowskiemu, profesorom
Janowi Błońskiemu i Jackowi Woźniakowskiemu, doktorowi Markowi
Rostworowskiemu, nieodżałowanemu Felkowi Scharfowi, profesorowi
Chone Szmerukowi z Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie
oraz Czesławowi Jakubowiczowi, prezesowi gminy żydowskiej
w Krakowie. Nie można zapomnieć też o profesorze Louisie Gersonie
z uniwersytetu w Connecticut, Storrs, który przywiózł do Krakowa
Marka Talismana. On zaś, usłyszawszy o naszych planach i braku
funduszy, zawiózł opowieść do Stanów i tam dzięki niemu zdarzył
się cud. W 1988 r. zapadła decyzja Kongresu Stanów Zjednoczonych
(tak zwany Poland Aid Act) o utworzeniu Polsko-Amerykańskiej
Wspólnej Komisji do Spraw Pomocy Humanitarnej. Nasz projekt
był jednym z dwóch - obok szpitala dziecięcego w Rusinowicach
koło Częstochowy - które otrzymały dzięki tej inicjatywie
pieniądze.
Na początku myślałem o miejscu na wzór
centrum informacji turystycznej we Florencji czy Wenecji,
gdzie miłe panie mówiące obcymi jezykami zaopatrują zbłąkanego
turystę w podstawowe informacje. Nie mieliśmy więc precyzyjnego
planu, a sprawy potoczyły się swoją drogą...
Powstanie Centrum to także rezultat
czasu szczególnego dla Polski - drugiej połowy lat 80. i przełomu
lat 90. Także architekci wykorzystali ten wyjątkowy moment
- mogli zrealizować projekt zupełnie inny niż te powstające
w poprzedniej rzeczywistości.
A miejsce?
- Zrujnowana modlitewnia przy Meiselsa
17, porastająca trawą i krzewami. Muszę tu wspomnieć o podgórzaninie
Janie Krejczy, wówczas szefie Towarzystwa Polonia. To on zwrócił
nam uwagę na to miejsce. Budynek był tak ponury, że najsensowniejsze
wydawało mi się zrównanie go z ziemią i wybudowanie czegoś
od podstaw. Na szczęście służby konserwatorskie czuwały -
doktor Bogusław Krasnowolski przygotował opracowanie historyczne
tego domu.
Jan Krejcza odkrywał także przede mną
Kazimierz. Kiedy przyjechałem do Krakowa ponad 30 lat temu,
każde wyjście poza obręb Plant uważałem za stratę czasu. Ale
od 15 lat spędzam na Kazimierzu mnóstwo czasu.
W listopadzie 1993 roku Centrum Kultury
Żydowskiej zostało otwarte...
- Była wielka uroczystość, wielu ważnych
gości, a nawet pierwsze faux pas. Przyjęcie na inaugurację
przygotowywał restaurator, który zapewniał mnie, że "będzie
dobrze". Zdałem się na niego. Po części oficjalnej jeden
z moich żydowskich przyjaciół z Warszawy konfidencjonalnie
rzekł: "Ja rozumiem, że jesteś gościnny, ale szynki nie
musiałeś podawać". Restaurator miał jednak najlepsze
chęci - szynka była wszak wówczas rzadkim dobrem.
Nazajutrz, kiedy wszyscy mieliśmy poczucie,
że coś ważnego udało się zrobić, przyszedł jeden z najtrudniejszych
dni. Było pusto, smutno, pachniało świeżą farbą i nikt nie
chciał tu wchodzić. Kilka dni później pewien mieszkaniec Kazimierza
wszedł do nas w stanie nie pierwszej świeżości i zapytał,
czy to jest tylko dla Żydów. Uświadomił mi problem! Pewnie
wielu ludzi chciało ten dom obejrzeć, ale myślało, że skoro
to jest "ich" a nie "nasze", to może tu
lepiej nie wchodzić. Wtedy wpadłem na pomysł. Były to czasy,
kiedy z telefonami było trudno. Założyliśmy więc publiczny
telefon w hallu naszego Centrum i stworzyliśmy pretekst, by
ludzie tu wchodzili - nawet tylko po to, by zadzwonić.
Jak ważna jest lokalizacja Centrum na
Kazimierzu?
Nie ma lepszego adresu w Polsce dla
takiej instytucji! Nie ma bowiem drugiego takiego miejsca
jak Kraków - ważnego i dla kultury polskiej, i żydowskiej.
Gdy myślimy o ważnych polskich miejscach, wymieniamy Kraków,
Warszawę, Poznań, Gniezno, Częstochowę... Kiedy myślimy o
kulturowej geografii żydowskiej, nasuwają się Góra Kalwaria,
Tykocin, Bobowa, Leżajsk. Obydwa światy spotykają się tylko
tu, w Krakowie.
Z polskiej perspektywy Kazimierz jest
symbolem żydowskiej obecności, ale często dla Żydów to symbol
żydowskiej nieobecności, pustki. My jesteśmy gdzieś między
tymi dwoma poglądami. Kiedyś w lecie, kiedy siedzieliśmy w
kawiarni, podeszła do mnie pewna pani, nie z Polski. Zapytała,
kto tu rządzi, po czym, uzyskawszy odpowiedź, zapytała: "to
co pan robi w tym kraju"? Pytam: "a czy ma pani
dla mnie lepszy kraj"? Ona na to: "Żyd nie ma nic
do szukania w Polsce!" Kiedy dowiedziała się, że nie
jestem Żydem, znów zapytała: "to co pan tu robi?"
"Rządzę" - odparłem i to był początek ciekawej rozmowy.
Pani okazała się być z Buenos Aires, w czasie wojny wyjechała
bodaj z Opatowa. Lata 30. w małym miasteczku nie pozostawiły
jej dobrych wspomnień. Po sześciu tygodniach dostałem od niej
przemiły list. To przykład, że dla wielu przyjezdnych bytność
na Kazimierzu to bolesne doświadczenie: zmierzenie się z pustką.
Ale pustka byłaby większa, gdyby nie było miejsca, gdzie można
zadać takie pytania.
I jeszcze jedno. Dziesięć lat temu ważne
imprezy organizowane były tylko w pobliżu Rynku Głównego.
Znajomy zagadnął mnie kiedyś: "Słuchaj, co tam u ciebie
na Kazimierzu? Wpadłbym kiedyś, ale to tak daleko". Dziś
ten dystans nie istnieje, zmieniło się myślenie o Kazimierzu.
Przez pierwsze pięć lat walczyliśmy o uzyskanie obywatelstwa
Krakowa i chyba to się nam udało.
Dla kogo istnieje ta instytucja?
Tego też nie wiedzieliśmy od razu. Początkowo
Polacy uważali, że to instytucja żydowska. Przyjeżdzający
tu Żydzi sądzili, że nie jest to instytucja obywatelska -
jaką de facto jesteśmy - ale etniczna i wyznaniowa. Kiedy
dowiadywali się, że jest inaczej i że ja nie jestem Żydem,
uznawali, że za mało tu żydowskości. Po latach obydwie te
opinie stonowały się - dzięki naszej działalności, która znajduje
akceptację po obu stronach. Z czasem uznaliśmy też, że mamy
obowiązek rozmawiać o wszystkim, także trudnych i kontrowersyjnych
sprawach. Nie mamy być kotkiem do głaskania, ale ośrodkiem
polsko-żydowskiego dyskursu, a może nawet polsko-polskiego
o sprawach żydowskich.
Przed laty na pierwszym wykładzie było
siedem osób, ja byłem siódmą. To uświadomiło nam, że musimy
zabiegać o publiczność, zwłaszcza w Krakowie, gdzie co wieczór
tyle się dzieje. Ale gdy na jakieś spotkanie przychodził Jerzy
Turowicz, nawet jeśli w sali było tylko dwadzieścia osób,
dawało nam to poczucie, że to ważne wydarzenie. Jednym z najwierniejszych
przedstawicieli naszej publiczności był nieżyjący już lekarz
Edwin Opoczyński, który przeżył Płaszów i Oświęcim. Zajmował
zawsze ostre stanowisko w dyskusjach i nie pozwalał na przekłamania.
Odwiedzają nas też Żydzi ze świata, związani z Krakowem. Na
przykład pewien starszy pan, niski, w jarmułce, który przedstawił
się jako Lilek Bursztyn z Szewskiej. Przyjechał z Izraela,
by synowi pokazać Kraków. Mówił: "żona chciała przyjechać
ze mną, ale jej nie zabrałem, bo ja nie przyjechałem zwiedzać
Krakowa, tylko pochodzić po moich ulicach".W pierwszych
dwóch-trzech latach odwiedzało nas najwyżej siedem tysięcy
ludzi; ostatnio już co najmniej 25 tysięcy osób rocznie, z
czego gości zagranicznych jest najwyżej 40 procent.
Czemu służyć ma działalność Centrum?
Przede wszystkim demitologizacji. W
polskich głowach musimy zdemitologizować sobie obraz Żyda.
To potrzebne jest również Żydom - głównie amerykańskim. Ponadto
chcemy chronić pamięc o Żydach - polskich współobywatelach,
a także szerzyć wiedzę o historii i kulturze Żydów w Polsce
oraz promować wartości otwartego społeczeństwa obywatelskiego.
To zadanie może na 25, a może na 50 lat. Ale musimy działać
roztropnie. Często słyszymy, że nasze imprezy nie mają nic
wspólnego z kulturą żydowską. Ale nie można ludzi "judaizować"
na siłę. Na przykład: od lat odbywają się u nas aukcje książkowe.
Większość ich uczestników pewnie nigdy by nas nie odwiedziła,
a tak przy okazji odkrywają to miejsce. Ta otwartość nie zawsze
spotyka się ze zrozumieniem, szczególnie wśród Żydów. Z perspektywy
minionych lat nabieram coraz większego przekonania, że Centrum
Kultury Żydowskiej to jedna z najważniejszych inicjatyw europejskich
w naszym mieście. Zrobimy wszystko, aby następne lata naszej
działalności stały się potwierdzeniem powyższego sądu.
Sen o powrocie. Przemówienie, które Rafael Scharf wygłosił
podczas otwarcia Centrum Kultury Żydowskiej
Niejeden z Państwa się zdziwi, że mnie
właśnie przypada zaszczyt, aby przy tej uroczystej okazji
parę słów powiedzieć - ja sam się dziwię. (...) Spotyka mnie
ten honor nie za żadne zasługi, których nie mam, ale przez
przypadek urodzenia, który sprawia, że w tym kontekście jestem
niejako rekwizytem muzealnym: autentycznym, przedwojennym
homo cracoviensis i - na dobitkę - Żydem, krakowskim Żydem,
który gotów jest na każde zawołanie do tego Krakowa przez
góry i lasy przypędzić.
Śniło mi się jednej nocy, niedawno,
że widziałem na ekranie telewizji premiera Izraela Itzhaka
Rabina, który ściskał rękę Yassera Arafata, i robili do siebie
grymasy, które miały uchodzić za uśmiech. Działo się to, zdaje
się, na stopniach Białego Domu w Waszyngtonie i, jak to bywa
w snach, przewijały się tam jakieś znajome twarze, prezydent
Carter, prezydent Bush, prezydent Clinton, Kissinger... Dochodziły
mnie głosy z różnych stron, że zaświtała nowa era, że będzie
pokój na Bliskim Wschodzie, w Izraelu... Szkoda się z takiego
snu obudzić.
Innej nocy znowu śniło mi się, że w
Krakowie powstał na Kazimierzu jakiś piękny dom i że to się
nazywa Centrum Kultury Żydowskiej, i że mnie przypada przywilej
otwarcia tej Instytucji, i że stoję przed mikrofonem, w obliczu
licznego i dostojnego audytorium, i - co mi się nieczęsto
zdarza - nie wiem, co powiedzieć. Z tego snu także szkoda
mi się obudzić.
Wydaje mi się, że ta ceremonia oznacza
dla mnie kres jakiejś dalekiej okrężnej drogi. Opuściłem ten
mój Kraków, rodzinę i przyjaciół ponad 50 lat temu, a zatem
przed wybuchem wojny. Dlaczego ten Kraków opuściłem - na ten
temat można by napisać traktat o stosunkach polsko-żydowskich
w latach trzydziestych - nie czas teraz o tym rozprawiać.
Ale byłoby nieszczerością i nie w duchu, w jakim chcemy, aby
to Centrum działało, nie nazywać rzeczy po imieniu. Wystarczy
powiedzieć, że ja, jak wielu ludzi mojego pokroju, nie mogliśmy
sobie znaleźć w ówczesnej Polsce miejsca. (...) Obraziłem
się, odwróciłem, postanowiłem zapomnieć, z polskości się "przechrzcić".
Ale, jak to mówił Hemar - "nie przyjęło się". Zdałem
sobie sprawę z tego, że jeślibym się w jakiś sposób mej polskości
pozbył, gdyby mnie z niej odarto - pozostałbym okaleczony,
zubożały, niepełny. Co więcej, często myślę o tamtych czasach
i zadaję sobie pytanie: Jeśli było tak źle - dlaczego było
tak dobrze?
Więc wracam, "zmęczony burz szaleństwem",
by rzucić okiem na ten krajobraz dzieciństwa i wczesnej młodości,
gdzie każdy kamień "słodkim wspomnieniem rani".
Przejść się znowu tymi ulicami, gdzie się nasze losy splatały,
gdzie ulica Bożego Ciała krzyżuje się z ulicą Rabina Meiselsa,
a św. Sebastiana z Berka Joselewicza; ulicami Estery, Jakuba,
Izaaka - gdzie to jeszcze w diasporze były ulice nazwane imionami
ze Starego Testamentu? Przejść ulicą Koletek pod boisko "Makkabi",
ulicą Orzeszkowej pod "Nowy Dziennik", Miodową pod
Tempel, Brzozową pod Żydowskie Gimnazjum? Zatrzymać się pod
bóżnicami Poppera, Wysoką, Kupa, Starą, Remuh - pomyślałby
ktoś z tej liczby synagog, że żydostwo krakowskie było wyjątkowo
bogobojne - owszem, było; ale byli i tacy, którzy - jak pisze
Izaak Deutscher, słynny biograf Lenina, Stalina i Trockiego,
syn drukarza z Krakowa - w post Sądnego Dnia szli na grób
Rabina Isserlesa i jedli kanapkę z szynką - jemu i rodzicom
swym na złość.
Można powiedzieć, że Kraków był pięknie
"zażydzony". Była to społeczność, pośród której
żyli i działali dr Ozjasz Thon, kaznodzieja w Templu i poseł
na Sejm, dr Ignacy Schwarzbart, przywódca syjonistyczny (w
czasie wojny członek Rady Narodowej przy Rządzie Emigracyjnym
w Londynie), dr Chaim Hilfstein, którego imię nosiło Żydowskie
Gimnazjum (...); członkowie palestry (...); Rabin Kornitzer,
głowa odłamu ortodoksyjnego, zasymilowany dr Rafał Landau
- prezes Gminy; Wilhelm Berkelhammer, Mojżesz Kanfer, Dawid
Lazer z "Nowego Dziennika", Rywek Wolf z Domu Akademickiego,
Róża Rockowa z Domu Sierot. Tu działały organizacje młodzieży
- Przedświt - Haszachar, Haszomer Hacair, Gordonia, Akiba,
Betar, Massada; kluby sportowe Makkabi i Jutrzenka. Żyły tu
zacne, drobnomieszczańskie rodziny żydowskie (...)
To brzmi jak szary spis lokatorów, to
jest spis lokatorów, ale dla mnie nie szary, wręcz przeciwnie
- widzę każdą z tych sylwetek z niesłychaną wyrazistością,
każdy ich gest, uśmiech, grymas, jakby to było wczoraj. Myślę
o nich tkliwie, znalazłbym po tylu latach drogę do ich mieszkań
na ślepo, po omacku - dotykając dla pewności wyżłobienia na
framudze drzwi, gdzie dawniej była mezuza.
Ten ludzki krajobraz jest zaryty w mym
sercu, duszy i pamięci. Na chwilę nie mogę zapomnieć, że większość
tych ludzi, przyjaciół, rodziny, znajomych - nikt z nich nie
był mi obcy - zginęła zaszczuta w gettach, w obozach pracy,
w kacetach, w fabrykach śmierci, w komorach gazowych. Przywykliśmy
o tym mówić, pisać słowami zaczerpniętymi z powszedniego ludzkiego
języka, ale ogromu i znaczenia tej straty nikt nie jest w
stanie ogarnąć.
Kocham tę żydowską Polskę, która była
i zginęła. Kocham ją miłością inną niż ta, którą żywię do
Izraela. Wiem, że to uczucie destyluje się przez filtr wspomnień
dzieciństwa i młodości i jest po części smakowaniem proustowskiego
"zaginionego czasu". Ale to coś więcej. Mam przeświadczenie,
że był to świat, w którym działo się coś autentycznie, unikalnie
żydowskiego, w sensie, w jakim nie dzieje się to w normalnym
kraju - jak Izrael. Syjonizm, który to państwo stworzył, był
w swym założeniu protestem przeciw warunkom życia w diasporze
i trzeba dziękować jego twórcom, że ich dzieło ziściło się
w chwili największego poniżenia i rozpaczy narodu żydowskiego,
który tylko dzięki temu ostał się i odrodził. Ale rezultatem
tych historycznych wydarzeń, ich efektów zamierzonych i przypadkowych,
jest także bezpowrotna utrata tych form i wartości, które
stanowiły esencję życia żydostwa w diasporze, których jednym
ze znaków rozpoznawczych było powszechne przekonanie, że człowiek
musi (...) zdążać i przyczyniać się do realizacji jakiegoś
ideału, jakkolwiek by go zdefiniować. Było głęboko zakorzenione
przeświadczenie, że codzienne godziwe życie, religijna praktyka,
przestrzeganie etycznych nakazów, obcowanie ze słowem Bożym,
objawionym w świętych księgach, przyśpieszy przyjście Mesjasza
i zapoczątkuje erę powszechnej sprawiedliwości.
Dzieje się dziś jakaś zdumiewająca rzecz.
Oto w sercu starego Kazimierza ,
jak Feniks z popiołów, w roku Pańskim
1993, a żydowskim 5754, powstaje budynek, który się mieni
Centrum Kultury Żydowskiej. Fakt, że coś takiego może w Krakowie
zaistnieć (...) zakrawa na jakieś wydarzenie nadnaturalne.
Jak wszystkie cuda, nie dzieje się to
bez pomocy ludzkiej, lecz dzięki wizji, zapałowi i ciężkiej
pracy kilku osób, których nie chcę wymieniać po imieniu, ale
wszyscy wtajemniczeni wiedzą, że chodzi tu głównie (...) o
naszego oddanego przyjaciela z Waszyngtonu Marka Talismana,
o profesora Gierowskiego i o Joachima Russka, którym gratuluję
urzeczywistnienia ich marzeń i którym w imieniu nas wszystkich
składam dzięki.
Widzę w tym jakiś nowy początek, którego
konsekwencji nie możemy jeszcze przewidzieć. Może się okaże
(...) że to tu właśnie jest punkt zwrotny naszego pojednania
i przymierza. Że Polska wychodzi obronną ręką z tej choroby
antysemityzmu, która ją ogłupiała, że nareszcie zaczęliśmy
dostrzegać w sobie nawzajem to, co najlepsze, a nie to, co
najgorsze, że dawne rany się zabliźniają, że wyrasta nowe
pokolenie wolne od przesądów i uprzedzeń, że Polska i państwo
Izrael, to państwo, w które właśnie Żydzi z Polski mają tak
ogromny wkład, że te nasze państwa będą ze sobą w najlepszych
stosunkach i będą może na międzynarodowym forum przykładem
cywilizowanych obyczajów. (...)
Jest w powstaniu tego Centrum głęboki
symbol. Ale nie byłoby to po naszej myśli, ani niewarte by
to było ogromnego wysiłku i kosztów związanych z realizacją
takiego zamysłu, gdyby miało ono zostać jedynie symbolem.
Symbol swoją drogą, a solidna codzienna praca swoją. Mury,
dach nad głową, to jest konkret, to jest rama, skorupa, która
wypełni się bogatą, żywotną treścią. To jest adres, którego
dotąd nie było - adres, do którego przybysz z daleka i z bliska
skieruje swe kroki, gdy zawita do Krakowa, gdzie napotka życzliwą
twarz za biurkiem, gdzie znajdzie książki i informacje, których
szuka, gdzie odpocznie i się zaduma, gdzie spotka się z ludźmi
podobnego pokroju, gdzie poczuje się w domu.
To tutaj, w tym miejscu, będziemy zachowywać
i kultywować pamięć o Żydach polskich. Będziemy głosili prawdę
o ich życiu. W tym skłóconym świecie bratobójczych wojen:
w Jugosławii, w Irlandii, na terenie Rosji, w Południowej
Afryce, możemy wskazać, że tu, przez wieki, istniał - na przekór
wszystkiemu - model współżycia, symbiotycznej egzystencji,
wzajemnych wpływów dwóch cywilizacji z ogromnym pożytkiem
i wzbogaceniem obu.
Jest zwrot w języku hebrajskim Ir wa'em
be'Israel - "miasto i matka w Izraelu". Niewiele
miejsc na świecie się tym przydomkiem obdarza - Kraków, nasz
Kraków błogosławionej pamięci, jest jednym z tych miejsc.
To, co się dzisiaj tu dzieje, utrwali jego miejsce w historii
i naszych sercach. Zakończę słowami modlitwy dziękczynnej:
Sze'hechejanu w'kimanu we'higianu la zman haze. "Dziękujemy
Bogu, że dożyliśmy tej chwili".
Kazimierz 14 listopada 1993 r
|