|
Grazyna Borucka-Kuron (1940 - 1982)
Andrzej Kaczynski
Rzeczpospolita, Plus Minus 23 listopada
2003
FOT.
(C) JERZY BRUKWICKI /KARTA
Dwadzieścia jeden lat temu, 23 listopada
1982 roku zmarła Grażyna Kuroń, powszechnie, nie tylko przez
bliskich, lecz i tych, co zaledwie o niej słyszeli, nazywana
Gają, Gajką. Była jedną z najważniejszych postaci opozycji.
Niedawno ukazała się książka Amerykanki
Shany Penn "Podziemie kobiet". Opisuje ważną, lecz
niedocenianą rolę kobiet w podziemnej "Solidarności".
Zorganizowały one m.in. jej kierownicze ośrodki (Ewa Kulik
w Warszawie, Barbara Labuda we Wrocławiu) i główny organ "Tygodnik
Mazowsze" (Helena Łuczywo, Joanna Szczęsna, Anna Dodziuk,
Anna Bikont). Siłą rzeczy bohaterką tej książki nie mogła
już stać się Gaja Kuroń, którą przez pierwsze półrocze stanu
wojennego więziły władze, a później toczyła śmiertelna choroba.
Została wspomniana jako "niedościgły wzór wśród żon opozycjonistów".
Takiemu ujęciu swej roli zapewne sama Grażyna Kuroniowa nie
byłaby przeciwna.
Funkcja: żona opozycjonisty
Formalnie nie była nawet członkiem Komitetu
Obrony Robotników. Jej funkcja publiczna to: żona Jacka Kuronia.
Była nią przez dwadzieścia trzy z czterdziestu dwóch lat,
które zostały jej dane. Pierwsze sześć lat małżeństwa wypełniły
studia, macierzyństwo, obiecujący debiut naukowy. Z siedemnastu
pozostałych lat siedem naznaczyło więzienie męża. Dziesięć
- ciągłe jego aresztowania na 48 godzin, podsłuch w domu,
rewizje, policyjne szykany i bandyckie napaści. Niepokój -
kiedy i na jak długo rozłączy ją z mężem kolejny jego wyrok.
I jaką cenę może zapłacić syn za polityczną działalność rodziców.
Bez względu na koszty własne aprobowała ją, więcej nawet -
wybrała. Po pierwszej odsiadce Jacka powiedziała mu: - Przecież
nie po to poszliście do więzienia, żeby z niego wyjść, lecz
po to, żeby rozpocząć walkę.
"W czasie mojego pobytu w więzieniu Gaja zbliżyła się
bardzo do środowiska byłego Klubu Krzywego Koła. Ludzi klasycznej
formacji lewicowo-liberalnej inteligencji polskiej - pisał
Jacek Kuroń w ČWierze i winieÇ. - Niemarksiści, zdecydowanie
antykomunistyczni, zwolennicy demokracji parlamentarnej. W
mojej ówczesnej perspektywie: burżuazyjni liberałowie".
Przy absolutnej lojalności wobec politycznych wyborów męża
strzegła zarazem autonomii własnych poglądów.
Gdy w 1965 roku Jacek Kuroń i Karol
Modzelewski zostali skazani za "List otwarty do członków
PZPR", Grażyna Kuroniowa podtrzymywała kontakty z uczestnikami
założonego przez nich klubu dyskusyjnego na Uniwersytecie
Warszawskim i sprzyjała ich coraz radykalniejszej działalności
opozycyjnej. - Gdyby nie komandosi, ponieślibyście klęskę
- powiedziała mężowi, gdy w maju 1967 roku wyszedł z więzienia.
Gdy po marcu 1968 roku aresztowano setki uczestników ruchu
studenckiego, organizowała wysyłanie do więźniów, nie tylko
z Warszawy, ale także z innych ośrodków akademickich, pieniędzy
i paczek.
"Przez wiele lat istniała niepisana
konwencja, której przestrzegała SB: żon nie wsadzano. Wyrzucano
je z pracy, szykanowano, ale nie szły do więzienia - w 1982
roku napisał we wspomnieniu o Gajce Seweryn Blumsztajn. -
To im zostawialiśmy najważniejsze niezałatwione sprawy, wyszeptane
na ucho przed wyprowadzeniem z domu. Wiadomo było, że Gajka
zrobi wszystko, co trzeba i więcej".
Rzeczywiście, poza jednodniowym zatrzymaniem
w 1965 roku nie zaznała więzienia. Aż do stanu wojennego.
Została internowana 15 grudnia. "Zajęło im całe dwa dni,
by zrozumieć, że zawsze, gdy Jacek szedł do więzienia, ona
ciągnęła jego sprawy. Tak było w roku 1965, '68, '77, '80
- zauważyły Anna Bikont i Joanna Szczęsna w artykule "Słać
listy, że wszystko w porządku". - Może zatem potrzebowali
nie dwóch dni, ale piętnastu lat, żeby docenić Gajkę?".
Dom-instytucja
"Nie wiem, jak to się wszystko
mieściło w młynie, który Jacek uczynił z ich domu, w kotłowaninie
raz po raz przetrząsanej przez policję - pisała Anka Kowalska.
- Mieszkaniu służącemu za biuro, salę konferencyjną, hotel,
centralę telefoniczną, tłoczną kawiarnię i herbaciarnię w
kilka minut Gaja potrafiła przywrócić charakter domu, ciepła
rodzinności, ład, kameralny nastrój. Miała absolutny talent
Čbycia potrzebnąÇ i ten rodzaj trzeźwości, spokoju i energii
zarazem, który czyni autorytet z człowieka skromnego i niepchającego
się nigdy do pierwszych miejsc".
"Ten najbardziej oblężony przez policję dom w Warszawie
był jednocześnie miejscem, gdzie trochę mniej się bałeś. A
ten dom to była Gajka" - takie świadectwo dał Seweryn
Blumsztajn.
A oto fragmenty relacji Grażyny Kuroniowej
o napaści na ich dom bojówki SZSP 21 marca 1979 roku, złożonej
Komisji Helsińskiej. "Mój syn [Maciej] stał w drzwiach.
Widziałam, jak biją go w twarz i głowę. Z płaczem błagałam,
by odeszli, bo awantura grozi życiu ojca [Henryka Kuronia].
Podchodziłam do różnych osób, pytałam, dlaczego to robią -
czy chcą mieć na sumieniu śmierć człowieka? Zobaczyłam, że
Maciej się słania, sprawiał wrażenie nie całkiem przytomnego.
Bojówka wtargnęła. Niektórzy ubliżali mi ordynarnie, grożąc
ucięciem rąk, powyrywaniem paznokci, mówiono do mnie: Ty stara
kurwo. Byłam bita po rękach; obie ręce wykręcono mi do tyłu,
stojący za mną mężczyźni bili ciosami karate po ramionach
i przedramionach. Apelowałam do mocno zbudowanego, barczystego
blondyna, w pseudowojskowej kurtce, włóczkowej czapeczce,
naciągniętej aż po oczy, i w czarnych rękawiczkach. W odpowiedzi
chwycił mnie za szyję pod uszami i podniósł do góry, a wtedy
ktoś inny uderzył go mocno po rękach i! zawołał Çprecz!Č.
Napastnik puścił mnie. Widocznie interweniujący uznał, że
zachodzi niebezpieczeństwo śmierci".
Nieleczona choroba
Niewiele takich świadectw Grażyny Kuroniowej
dotarło do opinii publicznej. W marcu 1982 roku opisała transport
do obozu internowania. "Wylądowałam tu po piętnastu godzinach
podróży suką więzienną, bez okna, w warunkach niżej bydlęcych.
W suce szesnaście kobiet w dwóch klatkach o kubaturze 5 metrów
każda. Na dworze mróz, w środku dziki smród i zaduch. Samochód
stanął tylko raz. Skręcałyśmy się z bólu pęcherza, większość
miała torsje. Nasi opiekunowie byli tym rozbawieni. Znacie
mnie, wiecie, ile potrafię znieść z pogodą. Ogłaszam: tym
razem to przekracza granice wytrzymałości. Tego nie można
znieść z godnością. Bardzo chcę, żeby o tym wiedzieli ludzie".
Zwolniona "z powodów humanitarnych"
przez władze stanu wojennego, pisała ze szpitala, z którego
już nie wyszła: "Ta słabość, z którą walczyłam i nie
mogłam zaakceptować w Darłówku, to było choróbsko, którego
tamtejszy lekarz nie leczył. Nie raczył wziąć słuchawek do
ręki, mimo że mu mówiłam, że czuję się jak podczas zapalenia
płuc".
Andrzej Kaczyński
|