|
Krakowianie Goście pana Wojciecha
Andrzej Kozioł
Dziennik Polski, Kraków
Magazyn Pejzaż Polski
31 października 2003
"Klezmer Hois" to nie tylko
restauracja, nie tylko hotel, to coś więcej. Coś, co Wojciech
Ornat wymyślił przed laty, kiedy postanowił, że będzie zarabiał
pieniądze nie tylko po to, aby lepiej żyć...
Charakterystyczny budyneczek u zbiegu trzech ulic, Szerokiej,
Starowiślnej i Dajwór. Kiedyś był ostatnią budowlą Kazimierza,
przylegającą do murów tego miasta. Od niepamiętnych czasów,
być może od XV wieku, w tym miejscu znajdowała się mykwa,
rytualna łaźnia. Przez pięć, może sześć stuleci podążali do
niej krakowscy Żydzi, aby przed Jom Kipur, przed szabatem,
nawet przed codziennymi modlitwami, zanurzyć się w żywej wodzie.
Bo woda w rytualnej łaźni musi być żywa, pochodzić ze źródła
lub z nieba, z deszczu. Kazimierska mykwa - nazywana Wielką,
ponieważ z czasem powstała nowa, mniejsza i mniej czcigodna
- przetrwała wieki, do czasów II wojny światowej. Zniszczona
w czasie okupacji, została odbudowana dopiero w połowie lat
siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, aby stać się hotelem
Pracowni Konserwacji Zabytków. Od kilku lat żyje zupełnie
nowym życiem już nie rytualnym, ale ciągle po trosze żydowskim.
Dzisiaj rozbrzmiewa w niej klezmerska muzyka, rano płynąca
z głośnika, wieczorem żywa, pachnie pieczonymi kurczakami
i ciasteczkami, które powinno się piec w Purim, ale tutaj
piecze się je codziennie - hamantaszami, zwanymi też uszami
Hamana, ku większej hańbie najpaskudniejszej postaci z Księgi
Estery, gnębiciela Żydów. Nad wejściem rozciąga się okazały
szyld polsko-hebrajski, bardzo podobny do starych napisów,
które przez lata przebijały na Kazimierzu spod kolejnych warstw
powojennej, kiepskiej farby: "Hotel, Restauracya, Kawiarnia
Klezmer-Hois". Nie trzeba znać jidysz, wystarczy odrobina
niemczyzny, aby przetłumaczyć tę nazwę. Klezmer Hois - to
Dom Klezmera. Szyld zaciekawia i myli. Kiedy w upalny, letni
dzień zasiądziesz w ogródku, pod zbawczą zielenią drzew, usłyszysz
zdziwione różnojęzyczne głosy przechodzących turystów. Młody
człowiek, dumny ze swej erudycji, tłumaczy po francusku smukłej
dziewczynie: - To jest Dom Klezmera, a klezmerzy, kochanie,
to żydowscy muzykanci. Może mają tutaj jakąś szkołę? Dobry
Boże, nasz wspólny dobry Boże! Nie ma już klezmerów, wyginęli,
wymarli, rozjechali się po świecie. Nie ma klezmerów, ale
żyje jeszcze Klezmer. Jeden, ale za to jaki - Klezmer jak
szczere złoto, Klezmer górujący nad wszystkim klezmerami,
jak Pieśń Salomonowa góruje nad wszystkimi pieśniami. Leopold
Kozłowski, który przyjeżdża tutaj aż z Woli Justowskiej, aby
pobyć w świecie wskrzeszonym przez Wojciecha Ornata, właściciela
"Klezmer Hois", ale nie mykwy, bo mykwa może mieć
tylko jednego właściciela, tego samego od kilkuset lat - świętą
gminę na rzekami Wisły i Wilgi. W tym świecie starych mebli,
starych obrazów i zdjęć, ze ścian spoglądają także nowe kolorowe
fotografie - pan Leopold może spojrzeć w oczy sobie samemu,
zobaczyć siebie wraz ze Stevenem Spielbergiem, którego korzenie
też wyrastają stąd, ze środkowo-wschodniej Europy, gdzie narodziło
się wszystko, co wielkie - wielka kultura, wielka literatura,
wielcy ludzie i wielkie zło. Z fotografii spogląda profesor
Szewach Weiss, który, jeżeli tylko wpadnie na dzień, dwa do
Krakowa, też lubi przesiadywać w ogródku "Klezmer Hois"
w towarzystwie jednego, dyskretnie usadowionego z boku ochroniarza.
A gdy go zapytać: - Nie boisz się, Szewach? W końcu jesteś
ambasadorem kraju, na który uwzięły się miliony wrogów, odpowiada:
- A czego mam się bać? To przecież także mój kraj, tutaj się
urodziłem.
Ze zdjęcia patrzy - jakby nieco chmurnie,
w rzeczywistości uważnie, badawczym okiem fotografa szacującego,
czy w zasięgu obiektywu znalazło się coś godnego uwagi - Erwin
Schenkelbach z Jerozolimy. Poeta aparatu fotograficznego i
prozaik pióra, a może raczej komputera, na którym powoli,
z namysłem pisze swoje krótkie, precyzyjne opowiadania.
W "Klezmer Hois" od czasu
do czasu pomieszkuje Miriam Akavia, izraelska pisarka, przewodnicząca
Towarzystwa Przyjaźni Izraelsko-Polskiej, która swymi powieściami
i opowiadaniami, tłumaczonymi na wiele języków, obsypanymi
nagrodami, od lat buduje pomnik miastu swojego dzieciństwa,
Krakowowi. Bywał tutaj Grigorij Kanowicz, największy z żyjących
żydowskich pisarzy, tak wielki, że okrzyczany, przereklamowany
Izaak B. Singer mógłby czyścić mu buty. Formalnie rzecz biorąc,
Grigorij nie jest żydowskim pisarzem, tak jak nie był nim
Julian Tuwim i Franz Kafka, bo żydowski pisarz może tworzyć
tylko w trzech językach: hebrajskim, jidysz lub ladino, a
on pisze po rosyjsku, nawet dedykacje. Mam jego "Świece
na wietrze", w których nakreślił: Andrieju, paliaku sławnomu
i czutoczku - jewrieju. Z Wojtkiem Ornatem znają się sprzed
lat, jeszcze z komunistycznych czasów, kiedy jeden z nich
organizował wycieczki na Litwę, a drugi prezesował żydowskiej
gminie w mieście równie świętym jak Kraków, zwanym nawet Jerozolimą
- w Wilnie. Do "Klezmer Hois" ciągną też inni, równie
znani, mniej znani, zupełnie nie znani. Chętnie tu bywał błogosławionej
pamięci Rafael Scharf z Londynu, wspaniały Felek Scharf, zakuty
krakowianin, absolwent Hebrajskiego Gimnazjum i Uniwersytetu
Jagiellońskiego, w czasie wojny brytyjski oficer. Bywał -
też już błogosławionej pamięci - Juda Frenkel, jeden z setek
bezimiennych, rozproszonych po świecie krakowian, prawdziwy
Żyd Wieczny Tułacz, bo kiedy Wojtek Ornat pytał go, gdzie
się najlepiej czuje, czy w rodzinnym Krakowie, czy na obczyźnie,
odpowiadał: - W podróży. Pan Juda był też Wiecznym Żydem Handlarzem,
chętnie opowiadał o awanturniczych wyprawach do Budapesztu.
Tuż po wojnie woził do stolicy Węgier wielkie płyty okiennego
szkła, przywoził papierosy - i zarabiał grube tysiące dolarów.
Słuchanie go - jak wspomina Wojtek Ornat - było prawdziwą
przyjemnością. Mówił smacznie niczym Tewje Mleczarz. Kiedyś
Jacek Cygan, także jeden z częstych gości "Klezmer Hois",
zaprosił go na kolację: - Panie Juda, pan nigdy nic nie je,
a u Wojtka można dobrze zjeść. Zapraszam pana. - Panie Jacku
- odpowiedział Żyd Wieczny Tułacz, Żyd Wieczny Handlarz -
patrz pan, jak ten świat jest urządzony: jak byłem młody -
miałem apetyt, ale nie miałem pieniędzy. Kiedy na starość
przyszły pieniądze, odszedł apetyt.
Co przyciąga tych ludzi do "Klezmer
Hois"? Nie koszerna kuchnia, bo po pierwsze - pan Ornat
jej nie prowadzi, po drugie - nieopodal działa koszerny hotel,
po trzecie - nikt z gości nie przestrzega koszeru. Nie wnętrze,
bo podobnie urządzonych restauracji są w Krakowie dziesiątki.
Tajemnica zapewne tkwi w czymś innym, najprawdopodobniej we
właścicielu.
Wojciech Ornat, rocznik 1963, absolwent
prawa, swoją przygodę z Kazimierzem - niegdyś najbardziej
zaniedbaną dzielnicą Krakowa, otoczoną ponurą, krzywdzącą
legendą bandyckiej enklawy - rozpoczął na początku lat dziewięćdziesiątych.
Prowadził restaurację przy Szerokiej, aby po kilku latach
przenieść się do starej mykwy. Na początku jeszcze nie było
restauracji pana Zygmunta Nissenbauma przylepionej do cmentarnego
muru, nie było Centrum Kultury Żydowskiej przy Meiselsa, więc
restauracja państwa Ornatów zaczęła w sobotę gromadzić miejscowych
Żydów, którzy po nabożeństwie w synagodze Remuh wpadali tutaj
- na chałkę i kawę. Co sprowadziło pana Wojciecha na Kazimierz?
Przynajmniej trzy powody.
Po pierwsze - Leopold Kozłowski, człowiek,
dla którego warto stworzyć nie tylko nową restaurację na Kazimierzu,
nie tylko zbudować dom, ale postawić pałac.
Po drugie - Festiwal Kultury Żydowskiej.
Wybuchał na krótko porywającymi melodiami starych pieśni,
łkaniem skrzypiec, świecił ogniem szabasowych świeczek i gasł.
Życie po nim wydawało się jeszcze bardziej szare i pan Wojtek
postanowił, że także pomiędzy festiwalami powinno coś się
dziać. Zresztą nie wszystkim festiwal się podobał, protestowali
przeciwko niemu nie tylko antysemici, ale także Żydzi. Jak
można - argumentowali, urządzać żydowską imprezę w mieście,
w którym nie ma Żydów? Jak można tańczyć na grobach? Po trzecie
wreszcie - jak to często w Polsce bywa, w historii rodziny
Wojciecha Ornata polskie losy splotły się z żydowskimi. Jego
pierwsza restauracja, podobnie jak dzisiaj "Klezmer Hois",
zaczęła rozbrzmiewać żydowską muzyką, zaczęła stawać się modna.
Kto odwiedza Dom Klezmera? Przypadkowi ludzie z ulicy. Goście
z zaświatów - jak ich nazywa pan Wojtek - w rodzaju pana Judy.
Turyści z całego świata. Ze Stanów Zjednoczonych, chociaż
ostatnio, po wybuchu wojny irackiej, trochę ich mniej. Z Izraela
Niemcy - wiedzeni nie wiadomo czym, ekspiacją czy też zwykłą
ciekawością egzotycznego świata. Polacy, często z odległych
okolic, często naiwnie przekonani, że na Kazimierzu kwitnie
autentycznie żydowskie życie, dopatrujący się semickich rysów
nawet w twarzach przekupek na placu Nowym. Ktoś z moich przyjaciół
przyprowadził na kolację do pana Wojtka zaprzyjaźnionych księży,
i to nie byle jakich, z Watykanu. Przed wejściem zdjęli koloratki,
pozostając w czarnych garniturach. Nie z obawy przed despektem,
jaki mógłby ich spotkać, ale raczej z delikatności - żeby
w restauracji, którą uznali za prawdziwie żydowską, nie kłuł
w oczy strój katolickiego księdza. Z pewnością nie wiedzieli,
że u nas, w Krakowie, nawet w synagodze nikomu nie przeszkadzały
biskupie fiolety, zwłaszcza jeżeli je nosił taki człowiek
jak Karol Wojtyła.
"Klezmer Hois" to jednak
nie tylko restauracja, nie tylko hotel, to coś więcej. Coś,
co Wojtek Ornat wymyślił przed laty, kiedy postanowił, że
będzie zarabiał pieniądze nie tylko po to, aby lepiej żyć,
ale także po to, aby je wydawać na tak zwane wyższe cele.
"Klezmer Hois" - to także piwnica, kamienna, złożona
z małych salek, która nazywa się Hamartef, czyli po prostu
"Piwnica". Wymyślili ją wspólnie Erwin Schenkelbach
i Wojciech Ornat. "Piwnica" ma się stać miejscem
szczególnych, polsko-żydowskich spotkań. Piwniczną działałność
zainaugurowała wystawa fotograficzna Erwina zatytułowana "Kraków
- Jerozolima - Nowy Jork", po niej były inne wystawy,
a będzie jeszcze działo się mnóstwo - inscenizacja "Mdłości"
Sartre'a, kolejne wystawy fotograficzne - poświęcone Czerniowcom
i małopolskim sztetłom, żydowskim miasteczkom. "Klezmer
Hois" to także agencja artystyczna, która przede wszystkim
zajmuje się promowaniem klezmerskiej muzyki, a jeżeli ma się
wśród przyjaciół kogoś takiego jak Leopold Kozłowski - to
promowanie klezmerskiej muzyki nie jest pracą, jest po prostu
przyjemnością. Wreszcie "Klezmer Hois" to także
wydawnictwo "Austeria". Wydało "54 komentarze
do Tory" Konstantego Geberta, rzecz raczej trudną dla
masowego czytelnika, ale "Austeria" nie jest nastawiona
na masowego czytelnika. Wydało cztery inne książki, podwójny,
żydowsko-chrześcijański kalendarz z przepysznymi zdjęciami
Schenkelbacha, dwa krążki z muzyką Kozłowskiego. Ukaże się
tom wierszy Gebirtiga, krakowskiego ludowego poety, którego
wiersze śpiewa dzisiaj cały świat. Ukażą się "Legendy
Żydów polskich", ukaże się słownik żydowsko-polski, powieści
Grigorija Kanowicza. W "Klezmer Hois" nie tylko
wydaje się książki, ale także sprzedaje. W letni, pogodny
dzień przed wejściem do restauracji zazwyczaj stoi stolik
z książkami i często można znaleźć na nim prawdziwe białe
kruki, bo przyszły takie czasy, że książkę łatwo wydać, o
wiele trudniej ją nie tylko sprzedać, ale nawet poinformować
o niej przyszłych czytelników.
|