|
Pożegnanie z Polską
Shewach Weiss
Rzeczpospolita, 5 listopada 2003
W październiku 2000 roku gościliśmy
w Izraelu szefa polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych
profesora Władysława Bartoszewskiego. Przyjechał do nas w
czasie intifady, kiedy żaden przedstawiciel innego kraju nie
złożył w naszym kraju oficjalnej wizyty. Jego przyjazd był
sygnałem przychylnej postawy polskiego rządu wobec narodu
izraelskiego i Państwa Izrael.
Jak wiemy, minister Bartoszewski jest
honorowym obywatelem Izraela, otrzymał medal Sprawiedliwy
wśród Narodów Świata jako jeden z twórców "Żegoty",
ale wizyta złożona przez niego miała charakter oficjalny,
reprezentował polski naród.
Głównym powodem była dziesiąta rocznica
odnowienia stosunków dyplomatycznych między Polską a Izraelem.
Pośród licznych uroczystości i wystąpień mieliśmy także spotkanie
w izraelskim parlamencie. Powiedziałem wtedy, że normalne
stosunki między Polską a Izraelem są niemożliwe ze względu
na długą, często bolesną wspólną historię, na holokaust, na
stratę półtora pokolenia dialogu tuż po wojnie. Mogą być albo
złe, albo bardzo dobre, ale nie konwencjonalne, zwyczajne
i standardowe. Nasza historia nie była zwyczajna, dzieje Polski
też takie nie były. Nasza wspólna historia z całą pewnością
była nadzwyczajna. Dlatego nasze wzajemne stosunki też muszą
mieć taki charakter.
Według ostatnich przedwojennych polskich
statystyk było nas tutaj prawie trzy i pół miliona, a niemal
półtora miliona Żydów pochodzenia polskiego żyło wtedy poza
granicami Polski. W sumie około pięciu milionów. W 1939 roku
naród żydowski liczył osiemnaście milionów. Oznacza to, że
niemal jedna trzecia żydowskiej ludności była związana z Polską,
z jej historią, kulturą, nauką, życiem codziennym na dobre
i na złe.
Kiedy rozpętało się piekło drugiej
wojny światowej, na tych niemieckich, faszystowskich wyspach
na polskim oceanie zamordowano prawie cztery miliony Żydów.
Z Polski i innych europejskich krajów. Po tej tragedii nasze
stosunki nie były normalne. Świadczy o tym pogrom, jaki miał
miejsce w Kielcach, po którym uciekło z Polski prawie dziewięćdziesiąt
tysięcy Żydów. Oprócz tego poważny wpływ na diametralne pogorszenie
się relacji polsko-żydowskich miały wypędzenia zainicjowane
przez Władysława Gomułkę i jego rząd w 1968 roku, kiedy czterdzieści
tysięcy Żydów musiało opuścić ten kraj.
Przez prawie trzydzieści lat nie utrzymywaliśmy
stosunków dyplomatycznych, przez co straciliśmy półtora pokolenia
dialogu polsko-izraelskiego. Na szczęście sytuacja się zmieniła
i w 1990 roku ponownie nawiązaliśmy współpracę. Stało się
to możliwe dzięki zmianom politycznym, jakie wówczas następowały
w Polsce. Znów otworzyliśmy nasze okna i serca ku sobie. Wspólnie
zaczęliśmy na nowo budować kontakty między Polską a Izraelem
i między Polakami a Żydami. To była przełomowa zmiana. Od
tamtej chwili próbujemy goić nasze rany. To zjawisko historyczno
- kulturalne, dotyczące związku dwóch narodów jest jedyne
i unikatowe w historii ludzkości.
Stracone lata dialogu przyczyniły się
niestety do powstania atmosfery antypolskiej w Izraelu i wśród
Żydów żyjących na całym świecie. Oficjalny komunistyczny antysemityzm
i antyizraelizm wywołał w naszych środowiskach skojarzenia
z przedwojennym polskim antysemityzmem. W wyniku tego na początku
lat dziewięćdziesiątych istniały dwa negatywne zjawiska: trwanie
antysemityzmu i zrodzenie się antypolonizmu wśród ludności
izraelskiej. W takiej atmosferze społeczno-politycznej nie
mogło być mowy o zwyczajnych stosunkach. Wspomniany antypolonizm
był ambiwalentny, pełen smutku, rozżalenia, a nawet rozpaczy.
Byliśmy ogromnie urażeni. Czuliśmy żal i niechęć. Jednak mimo
tych wszystkich bolesnych emocji nadal tęskniliśmy do polskiego
języka, do polskiej kultury, do tutejszej pogody, natury,
krajobrazów... Przecież żyliśmy wspólnie ponad osiemset lat!
Walczyliśmy wspólnie przeciwko wrogom państwa polskiego, przeciwko
niemieckiemu rasizmowi i faszyzmowi. Nasze narody razem doświadczały
okrucieństw hitlerowskich. Ten antypolonizm powstał w odpowiedzi
na antysemityzm, lecz każdy pamiętał swoich polskich sąsiadów,
przyjaciół, Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, którzy ratowali
nas w czasie wojny, często narażając życie własne i swych
rodzin. Nawet ci Polacy, którzy zabijali nas podczas wojny,
ci szmalcownicy, nie pozwolili nam zapomnieć setek tysięcy
szlachetnych Polaków.
Kiedy trzy lata temu zakończyłem służbę przewodniczącego Knesetu,
mój przyjaciel premier Ehud Barak zaproponował mi stanowisko
ambasadora Państwa Izrael w Berlinie, odmówiłem. Powiedziałem:
- Nie, jeszcze nie! Następna propozycja dotyczyła wyjazdu
do Moskwy. Odparłem, że to niezwykle interesująca misja, ale
wolałbym coś innego... Dodałem, że skoro koniecznie chce się
mnie pozbyć i wysłać za granicę, chcę, żeby była to Warszawa.
Usłyszawszy taką odpowiedź, Barak nie krył zdziwienia. W sensie
politycznym Moskwa czy Berlin były przecież bardziej znaczące.
Z niedowierzaniem zapytał jeszcze raz:
- Dokąd chciałbyś jechać?
- Do Polski - potwierdziłem stanowczo.
- Dlaczego? - spytał Barak.
Na to odpowiedziałem mu pytaniem: - A gdzie urodziła się twoja
matka?
- W Warszawie - usłyszałem.
- Właśnie dlatego!
Jadąc do Polski, czułem, że jestem
ambasadorem nie tylko narodu żydowskiego i Izraela, ale także
moich nieżyjących braci, sióstr, babć i dziadków. Przyjechałem
do Warszawy, do Pałacu Prezydenckiego, i złożyłem listy uwierzytelniające,
aby służyć tu mojemu państwu, rozwijać kontakty z rządem,
Senatem, Sejmem, samorządami, z polską elitą, polskim narodem
nawet w najbardziej odległych miasteczkach i wioskach. Przyjechałem
tu na cmentarze żydowskie, do pomnika Rapaporta w getcie warszawskim,
do Umschlagplatzu. By usiąść przy pomniku Artura Rubinsteina
w Łodzi i wsłuchać się w dźwięki jego muzyki. Także po to,
żeby przy pomniku Juliana Tuwima jeszcze raz usłyszeć jego
poezję. Przyjechałem jako wciąż wędrujący ambasador, by spotkać
się z ostatnimi żyjącymi w Polsce Żydami, porozmawiać z Markiem
Edelmanem po polsku lub w jidysz, odwiedzić miasta i miasteczka
pełne żydowskiej architektury, wąskich uliczek. Zobaczyć zburzone
synagogi i zaniedbane cmentarze. Przyjechałem do Polski również
po to, żeby spotkać wspaniałą Wisławę Szymborską, drogiego
Czesława Miłosza, by być blisko Władysława Bartoszewskiego
i Ireny Sendlerowej, która z takim oddaniem ratowała żydowskie
dzieci.
Jestem tutaj także dlatego, że chciałbym,
abyśmy wspólnie pokonali antysemityzm, ksenofobię i rasizm.
Przyjechałem do Polski, żeby spotykać się z polską młodzieżą,
z młodym i odważnym pokoleniem, które śmiało spogląda w lustro
historii i otwarcie mówi o patologiach, jakie zdarzały się
wśród Polaków w czasie drugiej wojny światowej.
Przyjechałem tu, aby spotkać się podczas
obchodów sześćdziesiątej rocznicy mordu w Jedwabnem z prezydentem
Kwaśniewskim, z profesorem Geremkiem, Cimoszewiczem, Millerem
i innymi zacnymi synami Polski, gdzie (jak stale podkreślam)
były też inne stodoły niż te, w których palono Żydów, były
i takie, w których nas ukrywano. Przyjechałem tu również,
żeby z prezydentem Warszawy Lechem Kaczyńskim wbudować kamień
węgielny pod pomnik Janusza Korczaka, by być na spotkaniu
z dziećmi zorganizowanym przez panią prezydentową Jolantę
Kwaśniewską. Jestem tu, by modlić się w ostatniej czynnej
warszawskiej synagodze Nożyków, aby poznać wspaniałych harcerzy
z Towarzystwa im. Korczaka i wspólnie z nimi porządkować żydowskie
cmentarze, wygrzebywać z mchu i ziemi stare macewy i stawiać
je na miejsce. Jestem tutaj również po to, żeby razem z wami
oglądać w telewizji dokumenty o naszej wspólnej tragedii,
słuchać o tym w radiu, czytać w gazetach. Patrzeć na stosy
okularów w Auschwitz i wyobrażać sobie, jakie oczy przez nie
spoglądały, patrzeć na te żydowskie włosy, warkoczyki, których
Niemcy nie zdążyli wysłać do fabryk zabawek i materacy, patrzeć
na te góry butów i walizek z napisanymi adresami, bo przecież
Niemcy mówili tym ludziom, że jadą tylko do pracy. Jak po
takiej tragedii można od razu przejść do normalnych stosunków?
Ale jestem tutaj też po to, by śpiewać
i tańczyć razem z artystami z zespołu Leopolda Kozłowskiego,
słuchać pełnej żydowskiej melancholii poezji Jacka Cygana.
Jeść w Chmielniku razem z Polakami dania żydowskiej i polskiej
kuchni: pierogi i barszcz jak u mojej mamusi, chleb ze smalcem
jak u babci Minci. Albo grochówkę w przydrożnym barze podczas
chwili odpoczynku w podróży.
Już trzy lata spędziłem w Polsce jak
ambasador Państwa Izrael i z dużą radością dostrzegam zachodzące
tu zmiany. Przyjazne stosunki między naszymi państwami coraz
lepiej się rozwijają, nabierają głębi i nowoczesnego wymiaru.
Już nie słychać komunistycznych kłamstw, że w obozach zagłady
hitlerowcy zamordowali tylko obywateli polskich. Skończono
z polonizowaniem holokaustu. Co więcej, czuję, że Polacy wspominają
nas z tęsknotą...
Wiem, że w różnych miastach i miasteczkach,
czy to z inicjatywy władz samorządowych, czy samych mieszkańców,
uczniowie sprzątają żydowskie cmentarze oraz synagogi i dbają
o nie, inicjowane są spotkania poświęcone kulturze żydowskiej.
Niestety, dialog między Polakami i Żydami jest niemożliwy,
bo nas tu prawie nie ma, ale możliwy jest dialog między Polakami
a judaizmem, między młodzieżą polską a izraelską - a to też
jest niezwykle ważne. W cieniu przeszłości mamy szansę zbudować
nową przyszłość.
Czuję, że wśród Polaków i w polskich
mediach stosunek do Izraela i Izraelczyków zmienił się na
pozytywny. Czasem ujawnia się duch antysemicki, ale być antysemitą
w Polsce to dzisiaj wstyd. Jeszcze nie zakończył się proces
gojenia ran, jeszcze nie wszystkie kwestie między nami są
do końca wyjaśnione (na przykład sprawa mienia prywatnego).
Jeszcze nie wszyscy Polacy czują, że stosunki między nami
powinny być głębsze. Ciągle większość cmentarzy żydowskich
jest zdewastowana, w katedrze sandomierskiej nadal wisi czterystuletni
antysemicki obraz przedstawiający Żydów mordujących dziecko,
aby dodać jego krwi do macy...
Głęboko jednak wierzę, że ta nowa atmosfera
na całym świecie i w Polsce dzięki papieżowi Janowi Pawłowi
II, jego słowom o miłości, pokoju i szacunku do waszych starszych
braci będą miały duży wpływ na codzienne życie.
Przyjechałem tutaj, do Polski, z tęsknoty
do tej ziemi, żeby być blisko Borysławia i mogił mojej rodziny.
Przybyłem, by spotkać moich żydowskich braci i siostry, którzy
już nie muszą ukrywać i wstydzić się swego żydowskiego pochodzenia.
By pójść do teatru, gdzie Żydzi i Polacy mówią, tańczą i śpiewają
po żydowsku. Przyjechałem tutaj także, by spotykać takich
ludzi jak Zenon Sroczyński, który na własny koszt odnowił
dom pogrzebowy na żydowskim cmentarzu w Kaliszu, mieście,
które jako jedno z pierwszych otworzyło swoje bramy dla Żydów.
To jest znaczący symbol, to daje nadzieję na przyszłość. Warto
jeszcze dodać, że Zenon Sroczyński jest również (tak jak ja)
laureatem Nagrody Świętego Brata Alberta. Poznaliśmy się właśnie
z tej okazji w 2001 roku.
Przyjechałem również do Płońska, gdzie
urodził się twórca Państwa Izrael Dawid Ben Gurion, do Białegostoku,
skąd pochodzi premier Icchak Szamir, do Suwałk, miasta, w
którym urodził się Yair Sztern, do Wyszkowa - miejsca urodzenia
Mordechaja Anielewicza, bohatera powstania w getcie warszawskim.
Wspólnie z Józefem Oleksym odwiedziliśmy Nowy Sącz - miasto,
w którym przed wojną żyło tylu Żydów. Jestem tutaj również
po to, aby odwiedzać Górę Kalwarię, Bobową, Leżajsk, gdzie
żyli nasi cadykowie. I po to, aby przeżyć jedną z najciekawszych
mszy ekumenicznych wraz z premierem Buzkiem w kościele ewangelickim
w Warszawie.
Te wszystkie symbole i zdarzenia, których
na co dzień w Polsce doświadczam, dają mi pewną nadzieję,
że choć trochę udało mi się zbliżyć nasze narody. Wierzę,
że proces gojenia ran, który wspólnymi siłami udało nam się
rozpocząć, szybko znajdzie zakończenie. Mam nadzieję i jestem
o tym głęboko przekonany, że kiedy zakończę moją misję jako
ambasador Państwa Izrael w Warszawie (tj. 31.12.2003), nasz
dialog będzie jeszcze długo brzmieć, będzie wciąż żywy...
Przyjechałem do Polski z tęsknoty, a odjeżdżam z jeszcze większą
w sercu. Kto wie, może jeszcze uda mi się tu powrócić.
SZEWACH WEISS Autor jest ambasadorem
Izraela w Polsce
|