|
Polska - Żydzi: sprawy nie do pominięcia
Stanisław Krajewski
Res Publica Nowa Nr 7
(tekst przeslany przez autora)
Wolę mówić "Polska - Żydzi"
niż "Polacy a Żydzi", bo w przestrzeni naszych rozważań
nie mogę ograniczać miejsca dla siebie samego. Mówiąc "Polska
a Żydzi", pozostawiamy miejsce dla wszelkich Żydów, w
tym Żydów polskich, Żydów w Polsce, Żydów-Polaków. Mówiąc
natomiast "Polacy a Żydzi", sugeruje się podział
na dwie rozłączne kategorie. Musiałbym więc być po jednej
stronie. A to mi nie odpowiada, pomimo mojego żydowskiego
zaangażowania, które przybrało formę publiczną. Nawiasem mówiąc
ma ono również swój wymiar prywatny. To nie jest obecnie oczywiste:
są ludzie, którzy funkcjonują publicznie jako Żydzi - w jakimś
sensie - ale prywatnie nie czynią nic specyficznie żydowskiego.
Nie chcę nic ujmować tym osobom. Mają do tego prawo. Mają
na pewno poczucie, że są Żydami, czują związek z innymi Żydami
(choćby niektórymi) i z żydowskimi problemami (przynajmniej
niektórymi), a co najmniej z żydowskim losem. Jednak ich prywatne
życie nie różni się wcale od życia innych ludzi o podobnym
statusie społecznym. Ta sytuacja da się opisać odwróceniem
hasła z czasów rewolucji francuskiej. Wtedy emancypację rozumiano
tak, że należy być Żydem w domu, a Francuzem, takim jak inni,
w życiu publicznym. Teraz mamy do czynienia z osobami, które
są Żydami w sytuacjach publicznych, a Francuzami, czy Polakami,
jaki inni, w domu. Chcę więc dodać, że jeśli o mnie chodzi,
to mam nie tylko poczucie związku z Żydami i żydowskimi problemami
(niektórymi), ale też codziennie rano nakładam tefilin i odmawiam
modlitwę poranną i czynię jeszcze parę takich "specyficznych"
rzeczy. Ale, żeby wrócić do kwestii terminologii, nawet ja
nie czuję się w porządku, gdy mam być określany jako Żyd,
ale nie Polak.
Oczywiście jestem Żydem, ale w równie oczywisty sposób - przynajmniej
dla mnie - jestem Polakiem. Wiem, że są Polacy, którzy tego
nie uznają. Są też tacy Żydzi. Faktem jest jednak, że wśród
obecnych polskich Żydów znaczna większość należy do obu kategorii:
i Żydzi, i Polacy. Wśród młodych sporo jest takich, którzy
zrazu w ogóle nie mieli żydowskiej świadomości. Nie brakuje
takich i wśród niemłodych. Jednak niektórzy z nich może zanegują
tę podwójną przynależność, unosząc się honorem: nie chcą dopraszać
się o prawo do polskości. Ja również nie chcę. Jeśli zatem
ktoś mi go odmawia, to nie mam ochoty się spierać. Zresztą
stykam się na ogół z ludźmi, którym nawet nie przyjdzie do
głowy odbieranie mi tego prawa. Nie jest mi zręcznie wdawać
się w spór o interpretację prawa do polskości. Chcę natomiast
podkreślić pewne fakty. Dla większości Żydów, którzy obecnie
mieszkają w Polsce, polskość jest czymś danym. Chodzi nie
tylko o znajomość języka i historii, czy uczestnictwo w kulturze,
w tym również o znajomość chrześcijaństwa. (Obecność osób,
które deklarują się jako Żydzi a zarazem katolicy - to osobne
ciekawe zagadnienie.) Rzecz w tym, iż polskość jest czymś
danym jako rzecz swoja, żywioł, w którym się wyrasta. Tu już
nie wchodzi w grę aspirowanie do polskości, jak to bywało
w drugiej połowie XIX wieku i w pierwszej połowie wieku XX.
Asymilacja się dokonała. Polska stała się w zasadzie taka
sama jak kraje zachodnie. Obecnie ewolucja niektórych osób
idzie w przeciwnym kierunku. Aspirują oni do żydowskości,
do judaizmu. Dla większości młodych, a także dla licznych
spośród niemłodych polskich Żydów (nie wyłączając mnie samego),
wyzwaniem było i jest odzyskanie tożsamości żydowskiej. To
jest z historycznego punktu widzenia zupełna nowość. Zapewne
bez precedensów, choć podobne zjawiska występowały 400 lat
temu wśród emigrujących z Hiszpanii potomków maranów. W każdym
razie polskość jest punktem wyjścia i nie chodzi tu o jakieś
"poczucie" czy prawo do czegoś, ale o fakt. Oczywiście
ktoś może powiedzieć, że nie jest to prawdziwa polskość, ale
rzekoma, czy ułamkowa, bo np. niekatolicka. Nie wchodząc w
ten spór, podkreślę tylko znowu: ta polskość, niezależnie
od tego na ile "właściwa", nie jest udawana, ale
autentyczna. To jest faktem. Pojawia się więc pierwsza - co
nie znaczy, że najważniejsza - sprawa nie do pominięcia. (Ma
ona charakter nieco poboczny w stosunku do dyskusji zasadniczej,
więc nadaję jej numer zero.)
0. Obecni polscy Żydzi są na ogół Polakami (choć dawniej
tak nie było).
To jest stwierdzenie opisowe, a nie
oceniające. Może to wcale nie jest lepiej. Choć ewolucja w
tym kierunku, czyli w kierunku stopniowej asymilacji, a w
każdym razie akulturacji, do polskości dokonywała się w okresie
międzywojennym, to ostatecznie ta historyczna przemiana dokonała
się błyskawicznie. Oczywiście zasadniczym powodem była wojenna
Zagłada. To nas prowadzi do drugiej - i zapewne najważniejszej
ze wszystkich - sprawy nie do pominięcia.
1. Wojna (druga światowa, rozumie się) pozostaje najważniejszym
faktem kontekstu stosunków "Polska-Żydzi".
Rzecz jest tak oczywista, że nie wymaga
rozwinięcia.
Gdy spróbujemy określić z czego jest
Polska znana na świecie, mamy kłopot. Jaka nazwa kojarzy się
z Polską? Jakiś produkt? Wódka, kiełbasa, bigos, może węgiel,
len czy żubr? Nie są to nazwy, rozpoznawalne marki. Nawet
"Wyborowa" nie jest zapewne znana w Japonii, a na
pewno w Indiach. Może jakieś nazwiska? Szopen czy Maria Skłodowska-Curie
na Zachodzie kojarzą się bardziej z Francją. Kopernik - bardziej,
a co najmniej również - z Niemcami. Nazwisko Miłosza znają
elity. Wałęsa? Był moment, gdy stał się szeroko znany, jakkolwiek
dziwnie to wygląda z obecnej polskiej perspektywy. Jednak
ten moment przeminął i nieuchronnie będzie się oddalał. Oczywiście
jest Jan Paweł II. Jest i zapewne pozostanie znany - jako
głowa Kościoła powszechnego. Czy bowiem przeciętny człowiek
w Japonii, w Indiach, a nawet w Brazylii wie i bierze pod
uwagę, że ten papież jest Polakiem? Może więc jakieś nazwy
miejscowości? Warszawa? Kraków? Europejczycy znają te nazwy,
ale Japończycy? Cóż więc? Czy jest coś, co znają i w Japonii,
i w Indiach, i w Brazylii? Mam wrażenie, że tak. I ta odpowiedź
jest jak najbardziej związana z naszym tematem.
2. Najbardziej znaną na świecie nazwą polskiej miejscowości
- a być może i najbardziej znaną nazwą kojarzącą się z Polską
- jest
Auschwitz.
Nie mówię, że to dobrze, ani że to
sprawiedliwie dla Polski. Jednak zamiast się obruszać, należy
to uwzględnić. Auschwitz ma wielką, ogólnoświatową moc symboliczną
i gdyby to umiejętnie wykorzystać, to Oświęcim może stać się
ważnym ośrodkiem europejskiej refleksji. Skoro już jest tam
miejsce grozy i śmierci, to można pokusić się o konstruktywne
wykorzystanie tego do rozważania spraw fundamentalnych. Z
punktu widzenia żydowskiej historii Polska jest miejscem niezmiernie
ważnym. Zagłada jest tak świeża, że musi dominować.
3. W oczach Żydów zagranicznych Polska jest żydowskim cmentarzem.
Jest to dla mnie zrozumiałe, ale obce.
Dla mnie bowiem Polska jest również - i przede wszystkim -
miejscem zwykłego życia. Nie dziwię się jednak, że przyjeżdżając
do Polski goście widzą głównie nieobecność, brak, śmierć,
cmentarz. Dane liczbowe są nieubłagane. Od 1939 do 1943 następuje
spadek o 90%. Potem się jeszcze pogłębia. Proszę sobie wyobrazić
wykres, który to obrazuje. A w każdym niemal miasteczku wystarczy
rozejrzeć się wokół, by zobaczyć nieobecność. Choć nieraz
ja i moi koledzy protestujemy przeciw stwierdzeniu, że w Polsce
Żydów już nie ma, to przecież nie dziwię się, że przybysze
widzą nieobecność wyraźniej niż nas.
Natomiast pytanie wobec Polski brzmi:
czy tych ofiar ktoś żałuje? Czy Polska, jako zbiorowość, odbyła
żałobę po Żydach? Czy Polska cierpi z tego powodu, że jest
- poza wszystkim innym - żydowskim cmentarzem? Odpowiedź wydaje
się oczywista. Ks. St. Musiał powiedział zdecydowanie: "Żydzi
wiedzą, że jesteśmy zadowoleni z tego, że problem żydowski
został w Polsce raz na zawsze rozwiązany, choć nie wprost
naszymi rękami."
Oczywiście są tacy, którzy szczerze
żałują. By kogokolwiek przekonać, że się żałuje, należy wykonać
odpowiednie kroki. Powiedzieć o tym, wyrazić zainteresowanie
przeszłością swojego miasta czy miejscowości i jego żydowskimi
mieszkańcami, uczynić coś dla lokalnego cmentarza żydowskiego.
Są ludzie, którzy to czynią. Stanowią oni jednak raczej wyjątek
niż regułę.
Ostatnia dyskusja wokół zbrodni w Jedwabnem
pokazała wszystkim, że brak żalu może wynikać z nieczystego
sumienia. Zniknięcie Żydów przyniosło sąsiadom korzyści. Niektórzy
sąsiedzi przyłożyli do tego rękę. Jest to coś, o czym Żydzi
zawsze tak czy inaczej wiedzieli, a co było w Polsce całkowitym
tabu. Przez 50 lat nikt nie śmiał podjąć publicznej rozmowy
na ten temat. Aż do filmu Agnieszki Arnold i książki Jana
T. Grossa.
4. Jedwabne - to punkt wyjścia do debaty, która ma szansę
uzdrowić pamięć. Nad polskimi dyskusjami o historii Żydów
w Polsce unosi się polska obsesja niewinności (by użyć określenia
Joanny Tokarskiej-Bakir). Jest ona źródłem postawy obronnej,
która powoduje odrzucanie nie tylko myśli o winie, ale też
wzmianek o haniebnych, a nawet tylko o wątpliwych, wydarzeniach
z przeszłości. Do niedawna ta postawa była powszechna. Teraz
ta zgoda powszechna została poważnie naruszona.
Dyskusja wokół Jedwabnem jest wspaniała.
Odczuwam dumę, że tak głębokie wejrzenie w problem było możliwe.
Nie ma już żadnych powszechnie obowiązujących tabu! Wiele
głębokich i subtelnych rozważań można było przeczytać w ciągu
ostatnich kilkunastu miesięcy, pióra wspomnianych już ks.
Musiała, Joanny Tokarskiej-Bakir i szeregu innych autorów.
Chciałbym wymienić jeden tekst, napisany nie przez pojedynczego
eseistę, ale przez redaktorów popularnego i wysokonakładowego
tygodnika. Chodzi mi o artykuł "Nasza wina. Przepraszamy
Żydów i prosimy o wybaczenie" Stanisława Janeckiego i
Jerzego Sławomira Maca (Wprost 25.03.2001, ss. 26-33). Autorzy
wymieniają 10 grzechów: milczenie, obojętność, chciwość, tchórzostwo,
niewdzięczność, odtrącenie, urzędowy antysemityzm, nieczyste
sumienie, syjonistyczną obsesję, antysemityzm powszedni. Przepraszają
też za tych, którzy, jak piszą, "nie chcą za to wszystko
przeprosić." W tym artykule została całkowicie przełamana
polska postawa obronna. Byłem głęboko wzruszony i poruszony
tym tekstem. Wyraża on zrozumienie dla doświadczenia Żydów
w Polsce. Otwiera serce. Wtedy chcę wykrzyczeć: tak, oczywiście,
wybaczam, bracia, wiem, że wy nie macie nic wspólnego, z tym,
co było złe. Oczywiście jest tu paradoks: skąd wiem? Stąd,
że poczuwają się do tego zła. Ten tekst jest dla mnie balsamem.
Mocniej niż autorzy nie da się tych spraw wypowiedzieć.
Zarazem jest uderzające jak niewielki
wydaje się oddźwięk tego tekstu. Niewiele spotkałem wypowiedzi
w podobnie jednolitym tonie. Tak jakby to wyznanie szło za
daleko, było przedwczesne.
Co gorsza, nastąpiła w Polsce polaryzacja.
Część opinii i środków przekazu przyjęła bolesne fakty i prowadzi
prace nad oczyszczaniem pamięci. Inna część opinii i mediów
neguje problem, odrzuca ujawnione fakty, broni obrazu niewinności.
Rozłam jest bardzo głęboki i wydaje się, że obie strony ze
sobą nie rozmawiają. Niełatwo ocenić relatywną siłę obu obozów.
Niektórzy zagraniczni obserwatorzy chyba myślą, że wspomniane
osoby, które podjęły trud przewartościowania obrazu własnego
Polaków, to margines, trochę jak Bonhoeffer i ks. Lichtenberg
w Niemczech hitlerowskich. Oczywiście jest zupełnie inaczej,
o czym świadczy choćby postawa prez. Kwaśniewskiego. Na znaczny
zasięg szoku Jedwabnego wskazują też osobiste doświadczenia
- moje i wielu z nas. Jednak siła tego szoku świadczy o tym,
jak bardzo nieprzygotowane były do takiej wiedzy o Polsce
nie tylko masy, ale też elity.
Zresztą już pogrom kielecki mógł był
się stać katalizatorem dyskusji podobnej do tej, jaka zaistniała
z okazji ujawnienia sprawy Jedwabnego. To, że się tak nie
stało, jest skutkiem zaburzenia refleksji, jakie wniosła obecność
komunizmu.
5. Doświadczenie komunizmu pozostaje do poważnego zbadania
(rozliczenia?).
Niewątpliwie okres realnego socjalizmu
nie sprzyjał poważnej refleksji. Wymagał od wszystkich ostrożności,
stałego uwzględniania cenzury, okopywania się na swoich pozycjach.
Spowodował to zahamowanie normalnego rozwoju refleksji o Polsce.
Za łatwo jednak używa się tego jak wytrycha. Jakże często
myślimy: to nie my jesteśmy winni, to komunizm. A przecież
komunizm tworzyli ludzie, w jakiś sposób angażowały się miliony.
I nie wszystko, co się działo, a wchodzi w zakres naszego
tematu, było polem konfliktu między komunistami a resztą.
Weźmy na przykład Auschwitz. To rządzący komuniści byli odpowiedzialni
za ekspozycję, w której nie wspominano prawie o Żydach jako
ofiarach obozu. A raczej wspominano w alfabetycznej wyliczance
kilkudziesięciu "narodowości": od Austriaków do
Żydów. Ale gdyby prawica lub Kościół układały wtedy plany
ekspozycji, to czy byłoby inaczej? Kontrowersje z lat 90-ch
sugerują, że problemy byłyby podobne, a walka o prawo "własności"
do Auschwitz miałaby miejsce i tak. Komuniści w tej akurat
sprawie byli wyrazicielami polskiej opinii publicznej.
Komunizm wciąż nie jest rzetelnie przemyślanym
doświadczeniem. Ileż osób nadal powie, że za komunizm odpowiedzialni
są Żydzi! I że to wyjaśnia Jedwabne. Jest to nierzetelne.
Obecność Żydów wśród komunistów jest jednak faktem. Jest wysoce
paradoksalne, że spośród niedobitków większość wyjechała z
Polski, ale wśród tych, co zostali, wielu miało wysokie stanowiska.
(Tak było szczególnie w Warszawie.)
Sądzę, że zaangażowanie w komunizm
Żydów też jest zjawiskiem zasługującym na poważne zbadanie.
Dla niektórych Żydów komunizm stał się quasi-religią. Praktyki
rządów komunistycznych sprawiły, że choć w połowie XX stulecia
Żydzi należeli do najokrutniej prześladowanych grup w historii,
to jednak w tym samym mniej więcej okresie Żydzi bywali nie
tylko wśród ofiar, ale i wśród prześladowców. Jest to powód
do samokrytyki, a także do wstydu. Nie oznacza to rzecz jasna,
że tylko Żydzi mają moralny problem. Żydzi bardzo rzadko są
gotowi przyznać, że jest historia komunizmu stawia jakieś
moralne wyzwanie również dla Żydów. Obraz Żydów we własnych
oczach jest jednobarwny: postrzegają siebie tylko jako ofiarę.
Polacy - podobnie, i nie jest to jedyne
podobieństwo! Polacy widzą siebie jako ofiary, jedynie jako
ofiary, ofiary par excellence. Komunizm jest postrzegany jako
przykład zła narzuconego z zewnątrz niewinnym ofiarom. Okres
władzy komunistów wzmocnił stosowanie tych kategorii, ale
mają one znacznie starsze źródło. Jest nim tradycja romantyczna
i polski mesjanizm.
6. Polska tradycja romantyczna jest nadal korzeniem wielu
polskich postaw.
W moim przekonaniu wiele ze znanych
nam zjawisk, np. wspomniana obsesja niewinności, a także współzawodnictwo
w cierpieniu, bierze się z wpływu koncepcji takich jak: "Polska
- Chrystusem narodów". Choć odległe w czasie i - wydawałoby
się - nieaktualne, miały stale wpływ choćby przez poezję wieszczów.
To dlatego niektóre kontrowersje są tak uporczywe - są w nie
bowiem uwikłane dwa narody wybrane. Dlatego więc większość
Polaków dotąd uważa, że w czasie wojny Polacy cierpieli bardziej,
a co najmniej tak samo, jak Żydzi.
Wybraństwo Polaków jest znane tylko
Polakom. Wybraństwo Żydów jest znane wszystkim, którzy są
w orbicie zachodniej cywilizacji. Niektórzy którzy próbują
sprawiedliwie i głęboko ocenić polski mesjanizm. Wzorem jest
podejście Marii Janion. Jest w nim krytyka, ale zarazem fascynacja.
Krytyka jego kompensacyjnej funkcji, jego złych skutków: odczłowieczania
obcych, przekonania, że "co złego to nie my", poczucia,
że się należy nam od świata wdzięczność. Zarazem uprawniona
jest fascynacja siłą tego myślenia, jego rozmachem, religijnym
zakorzenieniem, artystyczną płodnością, potencjałem pocieszycielskim.
Muszę powiedzieć, że nie mam przekonania, iż równie subtelna
analiza przeprowadzona została w stosunku do pierwowzoru -
mesjanizmu żydowskiego. (Co prawda powinienem dodać, że na
pewno nie znam dostatecznie dyskusji izraelskich. Jednak nawet
jeśli są głębokie, nie wpłynęły szerzej ani na tradycyjne
kręgi religijne, ani na świeckich Izraelczyków, ani na przeciętnych
Żydów w USA.)
Mowa o romantyzmie przywodzi na myśl
okres wcześniejszy - czasy I Rzeczpospolitej. Mówi się, że
był to raj dla Żydów. Nie można tego traktować dosłownie,
ale obraz ten jest nie bez podstaw. Większość Żydów mieszkała
wtedy na terenach Polski. Ówcześni Żydzi mieli swoje miejsce,
byli przez wszystkich widziani jako integralna część społeczeństwa,
mieli lepsze warunki rozwoju autonomicznej kultury niż na
Zachodzie. Naturalna jest więc chęć obecnych Polaków dobrej
woli, obecna również wśród polskich Żydów, by na owej dawniejszej
historii oprzeć wspólnotę dzisiejszą i dążenia do przezwyciężania
złych zaszłości. Niestety nie sądzę, by miało to szanse powodzenia.
7. Nie da się pojednać Polski z Żydami przez odwoływanie
się do "idylli" z czasów I Rzeczpospolitej.
Ten obraz nie jest istotnym składnikiem
przeciętnej świadomości Żydów. Wspólnota losu nie istnieje
w pamięci zbiorowej. Istnieje pewien sentyment do przyrody,
krajobrazu, nazw, atmosfery. Ciekawe, że jest on mocniejszy
w kręgach religijnych tradycjonalistów. Jednak nie przenosi
się to na stosunek do I Rzeczpospolitej.
Dawne czasy są pamiętane przez Żydów
- poza oczywiście Żydami kształconymi w polskich szkołach
- przez pryzmat ogólnoeuropejskiej, ogólnochrześcijańskiej
polityki wobec Żydów. A wszystko jest i tak widziane przez
pryzmat Zagłady. Nie tylko przez Żydów.
8. Zagłada jest czynnikiem w uniwersalnym dialogu chrześcijańsko-żydowskim.
Zagłada jest wyzwaniem dla europejskiej
cywilizacji i dla chrześcijaństwa. To, że kościelne "nauczanie
pogardy" przygotowało glebę dla Auschwitz, jest problemem
dla chrześcijan, a nie tylko dla Niemców lub ich współpracowników
bezpośrednio zaangażowanych w Zagładę. W myśl przeważającego
przez wieki nauczania Żydzi jako potomkowie morderców Chrystusa
byli skażeni, winni, zasługujący na poniżenie. Luter mógł
nawet stwierdzić, że ich "synagogi, domy i książki winny
zostać spalone".
Ten europejski wymiar historii Żydów
jest w Polsce mało uwzględniany. Niemcy prześladowali nas
również - czują Polacy. - Mamy poczuwać się do wspólnego z
Niemcami Kościoła? Wspominamy raczej wspólne z Żydami cierpienie.
Cierpienia Polaków są faktem. Przesłaniają
los Żydów. Paradoksalnie Zagłada w małym stopniu wpłynęła
na polskie postawy wobec Żydów. Miała miejsce tu, na oczach
wszystkich, ale nie spowodowała przewartościowania. Zmiany
i w tej sferze przychodzą z Zachodu.
Jest w tym coś niesprawiedliwego dla
Polski: to, co kojarzy się z Zagładą w historii Kościoła,
Europy, Niemiec, ów najgorszy antysemityzm, jest łatwo - zbyt
łatwo - łączony z tymi, którzy są najbliżej Zagłady, z ludźmi
zamieszkującymi wokół Auschwitz, czyli z Polakami. A to, co
dobre - nowe nauczanie Kościoła, szok wywołany Zagładą - nie
jest kojarzone z Polską. Wynika to z brzemienia historii,
które nad Polską ciąży szczególnie. Nie można też pominąć
faktów, które Polskę wyróżniają negatywnie, choć łatwo byłoby
to zmienić. Najwyraźniejszym przykładem są obrazy w katedrze
sandomierskiej. Mord rytualny jest tam nadal pokazywany bez
krytycznego komentarza. Czy można się dziwić, że jest to łakomy
kąsek dla izraelskiej wycieczki, która może zobaczyć podglebie
Szoah?
Przy okazji podkreślę, że stosunek
do państwa Izraela nie jest szczególnie trudnym problemem
w dzisiejszej Polsce. Wiedza jest niewystarczająca, ale postawy
antyizraelskie nie wydają mi się częste.
9. Przemiany własnościowe - to sprawa wyjątkowo trudna,
a wciąż nie zakończona.
W Polsce miliony ludzi utraciły własność,
miliony zmuszono do przemieszczenia. Sprawy te dopiero ostatnio
przestały stanowić tabu. Ich częścią są straty poniesione
przez Żydów. Uważam, iż powinny one być fragmentem ogólnych
możliwie sprawiedliwych rozwiązań. Rozumiem, rzecz jasna,
że nie ma łatwych rozwiązań. Po tylu dziesięcioleciach powstało
nowe status quo. Wszelka restytucja oznacza stratę dla kogoś,
kto już się przyzwyczaił do własności.
Popatrzmy jednak jak to wygląda z perspektywy
Żydów pochodzących z Polski i ich potomków. Nie dość, że stracili
rodzinę, przeszli gehennę, cudem ocaleli, to jeszcze ich własność
została po wojnie odebrana, a po upadku komunizmu Polska uznaje
to za zaszłości, których nie ma jak odwrócić. Słowa są oczywiście
inne, i może nawet intencje, ale faktem jest, że nie zbliżamy
się do żadnej ustawy restytucyjnej. Polska skorzystała na
Zagładzie i nie chce tego uwzględnić - mówią poszkodowani.
Nie uwzględniają komplikacji historycznych, strat poniesionych
przez wszystkich Polaków, powojennych nieszczęść. Czy pominięcie
ich głosu jest słuszne? Pomijam to, czy jest politycznie właściwe,
ze względu na wpływy lobby żydowskiego w USA, i to, czy jest
realne, z uwagi na możliwości finansowe państwa. Oczywiście
obie te rzeczy muszą być uwzględnione i muszą prowadzić do
kompromisów. Jednak pierwszym pytaniem jest to, czy roszczenia
byłych właścicieli Żydów - a zresztą nie tylko Żydów - są
słuszne. Czy pominięcie ich głosu jest moralnie w porządku?
Odpowiedź na to pytanie wyznacza sposób podejścia do kwestii
politycznych i finansowych. Bo czym innym są kompromisy, gdy
jest się przekonanym, że oczekiwania są słuszne, choć trudne
do spełnienia, a czym innym, gdy traktuje się całą sprawę
jako narzuconą z zewnątrz.
Czy można więc być szczerze za pojednaniem
Polski z Żydami, przezwyciężeniem bagażu zła, wypieraniem
antysemityzmu, a zarazem odrzucać pretensje do odzyskiwania
przez Żydów własności? Innymi słowy: uznawać słuszność roszczeń
moralnych, ale nie uznawać słuszności roszczeń materialnych?
Nie wątpię, że są tacy, którzy to szczerze
czynią. Co to jednak oznacza, w jakim świetle stawia te osoby?
Naprawdę żałują za antysemityzm, nie chcą nauczania pogardy,
wstydzą się za Jedwabne, mają szacunek dla Żydów, szczerze
współczują ofiarom Zagłady, a jednocześnie nie chcą nic oddać.
Czyli są gotowi na wszystko w sferze postaw, póki to nic nie
kosztuje w sferze finansów. Czy takie połączenie nie podważa
nieco zaufania do determinacji w sprawach niematerialnych?
Czym jest "przepraszam" bez chęci zadośćuczynienia?
Czy nie staje się czymś zbyt tanim?
Nie rozstrzygam, jaka ma być odpowiedź
na te pytania. Powtarzam, że nie neguję faktycznych trudności
i fizycznej niemożności zaspokojenia wszystkich. Mnie też
by ulżyło, gdyby większość przedwojennych właścicieli - Żydów
i innych - zrezygnowała z roszczeń. Czym innym jest jednak
rezygnacja z własnych postulatów materialnych, a czym innym
- oczekiwanie tego od innych.
10. Droga do przezwyciężenia bagażu przeszłości, do pojednania
jest długa i żmudna, wymaga powtarzania prawd, które uwzględniają
powyższe punkty, wciąż od nowa, i mówienia tego kolejnym osobom.
Janecki i Mac, kończąc swój niezwykły
artykuł, piszą na temat oczekiwania przez Żydów na prośbę
o wybaczenie:
Nie załatwi tego jedno "przepraszam",
nawet w wykonaniu głowy państwa. Powinniśmy przeprosić wszyscy
razem i każdy z osobna.
To trafne słowa, ale odczuwam wobec
nich zażenowanie. Mnie ma ktoś przepraszać? I to jeszcze ktoś,
kogo znam? Ktoś bliski? Przyjaciel? To jakieś nieporozumienie.
Choć, jak wspomniałem, mam ochotę rzec im "wybaczam!",
to przecież wiem, że nie mam żadnego prawa wybaczać w imieniu
nieżyjących. I nie bardzo mam prawo wysłuchiwać tych przeprosin.
Natomiast mogę i chcę im i im podobnym powiedzieć: Dziękuję!
|