|
POEZJA I HISTORIA
Nieruchoma karuzela na placu Krasińskich
RYSZARD MATUSZEWSKI
Rzeczpospolita, Plus Minus 10 maja
2003
Każdy, komu nieobce są arcydzieła polskiej
poezji, zna z pewnością jeden z najwspanialszych wierszy Czesława
Miłosza "Campo di Fiori". Jako materiał do poetyckiej
metafory wykorzystał w nim poeta i zestawił ze sobą dwa obrazy:
skromnego placyku w centrum Rzymu, z targiem kwiatowym i owocowym
oraz pomnikiem spalonego tam ongiś Giordana Bruna, i warszawskiego
placu Krasińskich, obok którego w latach hitlerowskiej okupacji
wznosił się mur getta, a na którym po stronie aryjskiej ustawiono
karuzelę.
Szokujący kontrast palącego się w kwietniu 1943 roku getta
i par wirujących w takt skocznej muzyki na karuzeli wyeksponował
poeta, zestawiając go z męczeńską śmiercią Giordana Bruna
wśród handlujących przekupniów na Campo di Fiori, choć też
nie wiem, czy kiedy palono tam Bruna, istniało obok targowisko.
Intencja poety jest jasna i expressis verbis wyłożona. Jest
nią myśl o samotności ginących, o tym, że "lud warszawski
czy rzymski handluje, bawi się, kocha mijając męczeńskie stosy".
Wiersz Miłosza już w czasie okupacji uznany został za jedno
z najbardziej wstrząsających świadectw aury holokaustu, dokonującego
się w centrum żyjącej własnym życiem Warszawy, tej spoza murów
getta. Znalazł się wśród jedenastu wierszy zamieszczonych
w opracowanej przez T.J. Sarneckiego, wydanej konspiracyjnie
w roku 1944 nakładem Żydowskiego Komitetu Narodowego, antologii
pt. "Z otchłani", obecnie, w sześćdziesiątą rocznicę
powstania w getcie, z pietyzmem przedrukowanej i przypomnianej
w publikacji pt. "Tryptyk polsko-żydowski" (opr.
Władysław Bartoszewski, wyd. Rada Pamięci Walki i Męczeństwa).
Poezja, zwłaszcza poezja wielkiej miary, ma to do siebie,
że jej obrazy i uogólnienia są bardziej nośne niż nieprzetworzona
artystycznie, historyczna rzeczywistość. Wiadomo, że pióro
żadnego ze skrupulatnych historyków nie zdoła stworzyć przeciwwagi
sugestywnego w swej grozie portretu Ryszarda III, króla Anglii,
który skreślił Szekspir. Choć zdaniem historyków Ryszard III
nie był wcale takim potworem, jak jego szekspirowskie wcielenie.
Podobnie musiało stać się i z obrazem warszawskiej karuzeli
pod murami getta, uwiecznionej piórem Miłosza, choć powodem,
dla którego kreślę te słowa jest, oczywiście z góry skazana
na los wszelkich tzw. historycznych przyczynków, próba konfrontacji
kreowanej przez poetę wizji warszawskiej karuzeli na placu
Krasińskich z jej rzeczywistym, nie tylko przeze mnie zapamiętanym
obrazem.
Rzecz w tym, że w latach 1940 - 1944 każdego dnia dwukrotnie,
rano i w godzinach popołudniowych, przejeżdżałem tramwajem
ulicą Bonifraterską i przez plac Krasińskich, z Żoliborza,
gdzie mieszkałem, do pracy w Śródmieściu. Dwa razy dziennie
oglądałem, podobnie jak wielu jeżdżących tą trasą warszawiaków,
karuzelę na placu Krasińskich. A różnica między wizją poety
a zapamiętanym przeze mnie obrazem jest taka, że po pierwsze,
karuzela bardzo rzadko była czynna, po drugie, jeżeli kręciła
się, to przeważnie pusta lub prawie pusta. Miałem wrażenie,
że jedynymi jej pasażerami bywały nieliczne dzieciaki z sąsiednich
kamienic przy dawnej ulicy Nowiniarskiej. Ten brak ruchu na
karuzeli wynikał właśnie z jej szczególnego położenia. Nie
pamiętam, kiedy ją ustawiono, ale profesor Tomasz Szarota
w toku swoich badań nad życiem mieszkańców Warszawy w latach
okupacji odnalazł w tzw. gadzinówce, jak nazywaliśmy wydawany
przez Niemców i kolaborantów dziennik "Nowy Kurier Warszawski",
informację! pod datą 5 sierpnia 1942 r., że powstało tzw.
wesołe miasteczko na placu Krasińskich i warszawiacy będą
mieli wreszcie miejsce beztroskiej rozrywki.
Cynizm tego hitlerowskiego pomysłu był więc oczywisty: karuzelę
ustawiono w czasie, gdy z Umschlagplatzu na Stawkach wywożono
żydowską ludność getta do Treblinki. Być może Niemcy liczyli
na dobitne podkreślenie w ten sposób, jak bardzo los Żydów
jest ludności polskiej obojętny, ale to im się nie udało.
Miejsce pod murem getta wyraźnie nie sprzyjało działalności
rozrywkowej. Żadnego obrazu, w którym by jak pisze poeta "salwy
za murem getta głuszyła skoczna melodia i wzlatywały pary
wysoko w pogodne niebo", żadnych śmiejących się "wesołych
tłumów" nie tylko nigdy nie zauważyłem, przejeżdżając
koło karuzeli, ale mogę stwierdzić z całą stanowczością, że
ten obraz jest poetycką metaforą, niemogącą pretendować do
historycznej ścisłości. W tygodniach powstania w getcie Warszawa
spoza getta żyła oczywiście własnym życiem, kwitł w niej nielegalny
handel, nie brakowało na pewno ludzi szukających zabawy i
rozrywki, ale na placu Krasińskich panowała raczej martwa
cisza. Karuzelę pamięta! m najczęściej nieruchomą, rażącą
już jako symbol beztroskiej rozrywki, mogący oczywiście pobudzić
poetycką wyobraźnię. Faktyczne miejsca zabawy, jeżeli były,
to zlokalizowane gdzie indziej.
Czy to ma jakieś znaczenie? Może jednak ma, skoro moja wypowiedź
na ten temat na zebraniu Pen Clubu wywołała odzew kilku osób,
które rzecz zapamiętały podobnie. Władysław Bartoszewski,
który też jeździł w czasie okupacji co dzień z Żoliborza tramwajem
przez plac Krasińskich, zachował w pamięci obraz karuzeli
jako miejsca rozrywkowego nieuczęszczanego i bez publiczności.
Podobnie rzecz zapamiętał mieszkający w owych latach w pobliżu
placu Krasińskich Stefan Bratkowski. Może jednak to drobne
historyczne sprostowanie ma znaczenie, jeżeli strofy wiersza
Miłosza o tym, że "Salwy za murem getta/głuszyła skoczna
melodia/I wzlatywały pary/Wysoko w pogodne niebo" zacytował
w swoim przemówieniu w Teatrze Wielkim w Warszawie 30 kwietnia
prezydent Izraela. Metafora poety nabiera w takim wypadku
bowiem mocy dodatkowej, sugeruje fakt historyczny.
Otóż uważam, że zbiorowe sumienie Polaków, jeżeli coś takiego
istnieje, jest dostatecznie obciążone faktami takimi, jak
udział w zbrodniach dokonanych w Jedwabnem i niedającym się
zanegować faktem bierności przytłaczająco dużej części polskiego
społeczeństwa wobec holokaustu, by wyostrzać dodatkowo to
obciążenie przez nadawanie metaforze poety funkcji niejako
dokumentalnej. Powołując się na wszystkich, których pamięć
przechowuje obraz tragicznej karuzeli na placu Krasińskich,
chcę stwierdzić z naciskiem, że sam jej widok, przeważnie
pustej i nieruchomej, miał wymowę na tyle wielką, że nie wymaga
ona dodatkowej amplifikacji.-
POEZJA I HISTORIA
Nieruchoma karuzela na placu Krasińskich
RYSZARD MATUSZEWSKI
Każdy, komu nieobce są arcydzieła polskiej poezji, zna z pewnością
jeden z najwspanialszych wierszy Czesława Miłosza "Campo
di Fiori". Jako materiał do poetyckiej metafory wykorzystał
w nim poeta i zestawił ze sobą dwa obrazy: skromnego placyku
w centrum Rzymu, z targiem kwiatowym i owocowym oraz pomnikiem
spalonego tam ongiś Giordana Bruna, i warszawskiego placu
Krasińskich, obok którego w latach hitlerowskiej okupacji
wznosił się mur getta, a na którym po stronie aryjskiej ustawiono
karuzelę.
Szokujący kontrast palącego się w kwietniu 1943 roku getta
i par wirujących w takt skocznej muzyki na karuzeli wyeksponował
poeta, zestawiając go z męczeńską śmiercią Giordana Bruna
wśród handlujących przekupniów na Campo di Fiori, choć też
nie wiem, czy kiedy palono tam Bruna, istniało obok targowisko.
Intencja poety jest jasna i expressis verbis wyłożona. Jest
nią myśl o samotności ginących, o tym, że "lud warszawski
czy rzymski handluje, bawi się, kocha mijając męczeńskie stosy".
Wiersz Miłosza już w czasie okupacji uznany został za jedno
z najbardziej wstrząsających świadectw aury holokaustu, dokonującego
się w centrum żyjącej własnym życiem Warszawy, tej spoza murów
getta. Znalazł się wśród jedenastu wierszy zamieszczonych
w opracowanej przez T.J. Sarneckiego, wydanej konspiracyjnie
w roku 1944 nakładem Żydowskiego Komitetu Narodowego, antologii
pt. "Z otchłani", obecnie, w sześćdziesiątą rocznicę
powstania w getcie, z pietyzmem przedrukowanej i przypomnianej
w publikacji pt. "Tryptyk polsko-żydowski" (opr.
Władysław Bartoszewski, wyd. Rada Pamięci Walki i Męczeństwa).
Poezja, zwłaszcza poezja wielkiej miary, ma to do siebie,
że jej obrazy i uogólnienia są bardziej nośne niż nieprzetworzona
artystycznie, historyczna rzeczywistość. Wiadomo, że pióro
żadnego ze skrupulatnych historyków nie zdoła stworzyć przeciwwagi
sugestywnego w swej grozie portretu Ryszarda III, króla Anglii,
który skreślił Szekspir. Choć zdaniem historyków Ryszard III
nie był wcale takim potworem, jak jego szekspirowskie wcielenie.
Podobnie musiało stać się i z obrazem warszawskiej karuzeli
pod murami getta, uwiecznionej piórem Miłosza, choć powodem,
dla którego kreślę te słowa jest, oczywiście z góry skazana
na los wszelkich tzw. historycznych przyczynków, próba konfrontacji
kreowanej przez poetę wizji warszawskiej karuzeli na placu
Krasińskich z jej rzeczywistym, nie tylko przeze mnie zapamiętanym
obrazem.
Rzecz w tym, że w latach 1940 - 1944 każdego dnia dwukrotnie,
rano i w godzinach popołudniowych, przejeżdżałem tramwajem
ulicą Bonifraterską i przez plac Krasińskich, z Żoliborza,
gdzie mieszkałem, do pracy w Śródmieściu. Dwa razy dziennie
oglądałem, podobnie jak wielu jeżdżących tą trasą warszawiaków,
karuzelę na placu Krasińskich. A różnica między wizją poety
a zapamiętanym przeze mnie obrazem jest taka, że po pierwsze,
karuzela bardzo rzadko była czynna, po drugie, jeżeli kręciła
się, to przeważnie pusta lub prawie pusta. Miałem wrażenie,
że jedynymi jej pasażerami bywały nieliczne dzieciaki z sąsiednich
kamienic przy dawnej ulicy Nowiniarskiej. Ten brak ruchu na
karuzeli wynikał właśnie z jej szczególnego położenia. Nie
pamiętam, kiedy ją ustawiono, ale profesor Tomasz Szarota
w toku swoich badań nad życiem mieszkańców Warszawy w latach
okupacji odnalazł w tzw. gadzinówce, jak nazywaliśmy wydawany
przez Niemców i kolaborantów dziennik "Nowy Kurier Warszawski",
informację! pod datą 5 sierpnia 1942 r., że powstało tzw.
wesołe miasteczko na placu Krasińskich i warszawiacy będą
mieli wreszcie miejsce beztroskiej rozrywki.
Cynizm tego hitlerowskiego pomysłu był więc oczywisty: karuzelę
ustawiono w czasie, gdy z Umschlagplatzu na Stawkach wywożono
żydowską ludność getta do Treblinki. Być może Niemcy liczyli
na dobitne podkreślenie w ten sposób, jak bardzo los Żydów
jest ludności polskiej obojętny, ale to im się nie udało.
Miejsce pod murem getta wyraźnie nie sprzyjało działalności
rozrywkowej. Żadnego obrazu, w którym by jak pisze poeta "salwy
za murem getta głuszyła skoczna melodia i wzlatywały pary
wysoko w pogodne niebo", żadnych śmiejących się "wesołych
tłumów" nie tylko nigdy nie zauważyłem, przejeżdżając
koło karuzeli, ale mogę stwierdzić z całą stanowczością, że
ten obraz jest poetycką metaforą, niemogącą pretendować do
historycznej ścisłości. W tygodniach powstania w getcie Warszawa
spoza getta żyła oczywiście własnym życiem, kwitł w niej nielegalny
handel, nie brakowało na pewno ludzi szukających zabawy i
rozrywki, ale na placu Krasińskich panowała raczej martwa
cisza. Karuzelę pamięta! m najczęściej nieruchomą, rażącą
już jako symbol beztroskiej rozrywki, mogący oczywiście pobudzić
poetycką wyobraźnię. Faktyczne miejsca zabawy, jeżeli były,
to zlokalizowane gdzie indziej.
Czy to ma jakieś znaczenie? Może jednak ma, skoro moja wypowiedź
na ten temat na zebraniu Pen Clubu wywołała odzew kilku osób,
które rzecz zapamiętały podobnie. Władysław Bartoszewski,
który też jeździł w czasie okupacji co dzień z Żoliborza tramwajem
przez plac Krasińskich, zachował w pamięci obraz karuzeli
jako miejsca rozrywkowego nieuczęszczanego i bez publiczności.
Podobnie rzecz zapamiętał mieszkający w owych latach w pobliżu
placu Krasińskich Stefan Bratkowski. Może jednak to drobne
historyczne sprostowanie ma znaczenie, jeżeli strofy wiersza
Miłosza o tym, że "Salwy za murem getta/głuszyła skoczna
melodia/I wzlatywały pary/Wysoko w pogodne niebo" zacytował
w swoim przemówieniu w Teatrze Wielkim w Warszawie 30 kwietnia
prezydent Izraela. Metafora poety nabiera w takim wypadku
bowiem mocy dodatkowej, sugeruje fakt historyczny.
Otóż uważam, że zbiorowe sumienie Polaków, jeżeli coś takiego
istnieje, jest dostatecznie obciążone faktami takimi, jak
udział w zbrodniach dokonanych w Jedwabnem i niedającym się
zanegować faktem bierności przytłaczająco dużej części polskiego
społeczeństwa wobec holokaustu, by wyostrzać dodatkowo to
obciążenie przez nadawanie metaforze poety funkcji niejako
dokumentalnej. Powołując się na wszystkich, których pamięć
przechowuje obraz tragicznej karuzeli na placu Krasińskich,
chcę stwierdzić z naciskiem, że sam jej widok, przeważnie
pustej i nieruchomej, miał wymowę na tyle wielką, że nie wymaga
ona dodatkowej amplifikacji.-
|