|
Krzyczeć z ofiarą: 60. rocznica
likwidacji łódzkiego getta
Piotr Lipiński, Jerzy Kropiwnicki
Gazeta Wyborcza, 23 kwietnia 2004
To ostatni moment, by upamiętnić
dzieje łódzkiego getta jeszcze za życia ludzi, którzy przez
nie przeszli. Spory, przepychanki są tu nie na miejscu. Proszę
więc nie pytać, jak kto odnosił się do tego na samym początku
- mówi Jerzy Kropiwnicki. Z prezydentem Łodzi i prezesem ZChN
rozmawia Piotr Lipiński
Piotr Lipiński:
Łódź od kilku miesięcy obchodzi 60-tą rocznicę likwidacji
getta, a w mieście mówią, że Pan najchętniej i z olbrzymią
znajomością tematu opowiada o Żydach. Kiedy prezes ZChN-u
zainteresował się łódzkimi Żydami?
Jerzy Kropiwnicki:
Rok temu, przed referendum w sprawie Unii Europejskiej, przyjechał
do Łodzi minister Władysław Bartoszewski. Poprosił, żebym
należytą uwagę zwrócił na przygotowania do 60. rocznicy likwidacji
łódzkiego getta, w sierpniu 2004 r. Pierwszy jego argument
potraktowałem jako wyzwanie moralne. Ludzie, którzy przeżyli
getto, mają ponad 70, 80 lat; wielu chciałoby przyjechać na
rocznicę, i to będzie prawdopodobnie ostatnia wielka podróż
ich życia. Drugi był taki, że zapewne będzie to jedyna impreza
międzynarodowa dotycząca II wojny światowej. Zachód chce zapomnieć
- obchody 50. rocznicy zakończenia wojny w 1995 r. były dla
wielu ludzi na Zachodzie zamknięciem tego rozdziału. Tylko
Polska kolejnym rocznicom nadaje jakąś rangę.
Znał Pan wcześniej historię łódzkiego
getta?
- Szczerze mówiąc - słabo. Wiedziałem, że było, że społeczność
żydowska była duża. Znałem nazwisko Chaima Mordechaja Rumkowskiego,
przewodniczącego Judenratu w getcie, bo prawie każdy w Łodzi
je zna. Ale na tym moja wiedza się kończyła.
Kiedy Pan chodził po łódzkich
Bałutach, miał Pan świadomość, że właśnie tam utworzono getto?
- Nie. Co gorsza, nie wiedziałem też czegoś innego. Gdy prawie
rok temu rozmawiałem z przedstawicielami środowisk żydowskich,
usłyszałem, że Łódź ma opinię najbardziej antysemickiego miasta
na świecie. Między innymi z powodu napisów na murach. Widziałem
takie napisy w Paryżu, Strasburgu czy w miastach niemieckich,
ale to niczego nie usprawiedliwia. Kiedyś władze miast wskazywały
na socjologiczne uwarunkowania takich zachowań, lecz to nie
jest ich rola, tylko socjologów. Władze mają z tym walczyć.
Żydzi dostrzegają, że się zmieniamy. Zauważyli, że uczestniczyłem
w ścieraniu takich napisów. Po prostu - zero tolerancji dla
wandalizmu. Jest jednak dramatyczniejszy problem - w Łodzi
chodzi się i jeździ po ludzkich szczątkach. Wiele lat temu
jedno z blokowisk postawiono na żydowskim cmentarzu. Zahacza
o niego też fragment jednej z ulic.
Z tym już się pewnie nic nie da
zrobić.
- Nie da. Czasami dzieci na podwórkach wykopują ludzkie szczątki.
Chciałbym przynajmniej symbolicznie załatwić tę sprawę - zrekonstruować
fragment muru cmentarnego.
Żeby do 60. rocznicy zabrać się porządnie, ustaliłem, co
działo się przede mną. Dziesięć lat temu, za kadencji mojego
przyjaciela Grzegorza Palki, obchodzono 50. rocznicę, ale
dość kameralnie. Przedtem gdzieś wmurowano jakąś tablicę,
ale nikt nawet nie wiedział gdzie. Jednocześnie uświadomiłem
sobie, jak wielka była społeczność żydowska w Łodzi. W 1939
r. to była jedna trzecia mieszkańców miasta! 250 tys. ludzi!
Z pamięci społeczności, w której dziś żyję, zniknęła olbrzymia
grupa!
Uznałem, że na mnie ciąży obowiązek niedopełniony przez poprzedników.
Najpierw musiałem ludziom wyjaśnić, o co mi chodzi. Nie tylko
tym, którzy mają odruch sprzeciwu, również Żydom. Bo dla nich
to było oczywiście pozytywne, ale też zaskakujące.
Wielu było przeciwnych?
- Nie potrafię odpowiedzieć. Wskazywałem problem i dzieliłem
się swoimi przemyśleniami zarówno ze zwolennikami, jak i przeciwnikami.
Ale nie wszyscy przeciwnikami pozostali.
Jak Pan ich przekonywał?
- Stwierdziłem, że tu nie ma sensu porównywanie krzywd, tragedii.
Jeżeli ktoś zaczynał ważyć cierpienia Polaków i Żydów w czasie
II wojny światowej, mówiłem, że rozmawiamy o czymś innym.
O tym, że za drutami byli Żydzi, których wywożono do obozów
śmierci. Wokół drutów mieszkali pozostali Łodzianie. Rozumiem,
w Łodzi było trudniej niż gdzie indziej, bo tu było też 24
proc. ludności niemieckiej. I Władysław Bartoszewski, i Jan
Nowak-Jeziorański opowiadali, że jak w czasie wojny przyjeżdżało
się do Łodzi, należało wyjechać bez nocowania. Inaczej któryś
z lokatorów doniósł na policję. Tutaj się nie dało prowadzić
takiej działalności jak w innych miastach Polski. Jednak wciąż
pozostaje pytanie, jak ma się odnieść ludność, która tu mieszkała,
do tego, co było za drutami. Co mają zrobić ci, którym zabrano
z domów sąsiadów, z piaskownicy kolegów, ze szkoły przyjaciół.
Dużo rozmyślałem o sytuacji świadka zbrodni. Normalnie, kiedy
ludzie rozważają zbrodnię, to myślą o dwóch stronach - o kacie
i ofierze. Rzadko uświadamiamy sobie, że bywa jeszcze trzecia
strona, to znaczy świadek. W Łodzi zbrodniarzami, katami byli
Niemcy, ofiarami Żydzi, a świadkami ci, których w getcie nie
zamknięto, więc przede wszystkim Polacy. W każdej zbrodni
rola ofiary i kata jest raz na zawsze ustalona. Kat wybiera
ofiarę, sposób represji, narzędzia zbrodni. A świadek staje
wobec niewygasającego wyzwania moralnego. Kiedy przychodzi
do rozliczenia zbrodni, może milczeć razem z katem albo krzyczeć
razem z ofiarą. I kiedy do tego doszedłem, uznałem, że właściwie
nie mam co więcej dywagować. Milczenie jest moralnie nie do
zaakceptowania. Świadek takiej zbrodni musi krzyczeć z ofiarą.
Głos ofiar rzadko da się usłyszeć
- Żydów z łódzkiego getta w większości wymordowano.
- Kiedy niemiecka armia wycofała się z Łodzi, na terenie
getta pozostało 830 Żydów pracujących w brygadzie sanitarno-porządkowej.
Wszyscy mieli być zlikwidowani, ale front posunął się szybciej,
niż przewidywano. Spośród ludzi uwięzionych w getcie przeżyło
12-20 tys. osób. Ostatni transport odjechał 29 sierpnia, wtedy
wojska sowieckie były o jakieś 120 km od Łodzi.
Jest to jedno z najlepiej udokumentowanych gett w Polsce.
Ocalała większość list transportowych, wiadomo, skąd osoba
kierowana do transportu przybyła do getta. Zostało też wiele
pamiątek materialnych. Niemcy nie spalili budynków getta,
zburzono jedynie kamienice wokół niego, żeby stworzyć pas
między gettem a resztą miasta. Zachował się też budynek stacji
kolejowej, bocznica, rampa, na torach nadal są znaki: Krupp
1939.
Ostatni przystanek w drodze do
śmierci - stamtąd wywożono do obozów koncentracyjnych.
- Ta stacja, zwana Radegaast, jest dla środowisk żydowskich
miejscem najważniejszym. Inne ważne dla nich obiekty, wokół
których odbędą się obchody, to budynki w samym korpusie getta,
a także cmentarz, największa w Europie czynna nekropolia żydowska.
Najprościej było z cmentarzem. Na jego terenie działa Fundacja
Nissenbaumów, miasto od kilku lat wpłaca jakąś cząstkę, ale
na teren cmentarza nie wchodzimy. To jest problem jego żydowskiej
administracji. Kazałem za to uporządkować prowadzące do niego
drogi, przełożyć bruk, wyrównać nawierzchnię, ale nie kłaść
żadnego asfaltu czy betonu. Kazałem zaaranżować zieleń w ten
sposób, żeby oddzielić tę 200-metrową aleję od pobliskiego
osiedla, nadać jej charakter poważny i uroczysty. Trudniej
było ze stacją kolejową. Uznałem, że potrzeba czegoś więcej
niż tylko odnowienia budynku. Nie chciałem, żebyśmy 30 sierpnia,
dzień po uroczystościach, uznali, że sprawa jest załatwiona.
Chciałem, żeby ci starzy ludzie wyjechali spokojni, że także
po ich śmierci to się nie rozpadnie, nie zatrze w pamięci.
Trzeba stację zaprojektować tak, żeby to był najważniejszy
monument, memoriał poświęcony tamtym wydarzeniom.
Nie czułem się w tych sprawach pewnie. Nie mam żydowskich
korzeni, mogłoby mi zabraknąć wyczucia. W zeszłym roku w Katyniu
przekonałem się, że istnieje nieprzekraczalna granica między
Polakami a Rosjanami. Nie potrafiliśmy się porozumieć w sprawie
tamtejszego pomnika. Ile tam było emocji! Ktoś czuł się urażony,
choć druga strona nie miała złych intencji.
Z obu stron były takie wybuchy
emocji?
- Ze strony Polaków. Rosjanie czuli się dotknięci, że Polacy
nie zaakceptowali ich pomysłu na pomnik, który oni pięknie
i poetycko wymyślili - mówię to bez ironii. W ich wyobrażeniu
miał to być monument poświęcony bezimiennym ofiarom totalitaryzmu
sowieckiego. Bo NKWD mordowało w tamtym miejscu długo przed
i długo po zabiciu polskich oficerów. Na dole miały stać znaki
religijne i narodowe, a od tego miała iść jakby wyrzutnia,
parabolicznie wygięta wstęga skierowana w niebo. Oni myśleli,
że to właściwa symbolika, chcieli, by to było olbrzymie, zawsze
oświetlone. Nie mogli zrozumieć, dlaczego my, Polacy upieramy
się, że to nie musi być takie duże, ale musi być ściana, na
której będą tabliczki z nazwiskami konkretnych osób, pod którą
będzie można położyć kwiaty i zapalić świeczki. Dali się przekonać,
że potrzebny jest ołtarz, przy którym będzie odprawiana msza,
ale nie rozumieli, dlaczego ta ściana z nazwiskami, tak mało
monumentalna, jest dla nas, Polaków, taka ważna. Obawiałem
się, że także ja mogę wymyślić coś, co byłoby dla żydowskiej
strony nie do przyjęcia. Zaangażowałem więc Czesława Bieleckiego,
który mówi o sobie, że jest polskim Żydem, i obydwa określenia
wypowiada z dumą. Rozumie obie wrażliwości, polską i żydowską.
Jak reagowali na Pańskie działania
ludzie, którzy kojarzyli Pana głównie jako prezesa ZChN-u?
- Wie pan, są wyzwania moralne, które uważam za naturalne,
i nigdy nie kłóciły się z moją przynależnością do ZChN-u.
Wzorem jest dla mnie Jan Paweł II. Jego zachowania nikogo
dziś już nie dziwią.
A koledzy z ZChN-u?
- Natychmiast to zaakceptowali. Poszedłem do nich i opowiedziałem
to co panu. Tyle że mówiłem parę godzin. Wyjaśniłem, co to
wszystko znaczy i wobec jakiego problemu stoimy, jaki jest
wybór moralny. I że tak naprawdę przyzwoity człowiek w takiej
sytuacji nie ma wyboru.
A środowiska Radia Maryja?
- Też je przekonałem. Podobnie z radą miejską. Rok temu,
kiedy projekt zaczynałem, nie miałem pewności, czy uda mi
się go przez Radę Miejską przeprowadzić. Właściwie pewien
byłem tylko głosowania kilkuosobowej reprezentacji Łódzkiego
Porozumienia Obywatelskiego. Bo z nimi to przegadałem, ale
sześć głosów na 43 to trochę mało. A kiedy głosowano nad zaangażowaniem
miasta w obchody, uzyskałem komplet głosów. Dziś więc nawet
niechętnie wspominam, co było przedtem, i które kluby były
przeciw. Udało mi się przekonać wszystkie, że ta rzecz nie
jest przedmiotem kontrowersji politycznej. I że wszyscy razem
nie mamy innego wyboru, jak wpisać się w rolę świadka. 60.
rocznica to ostatni moment, kiedy możemy coś zrobić za życia
tych ludzi. Jeżeli przyjmiemy tę perspektywę, to po prostu
nie warto się spierać, robić przepychanek. Dlatego bardzo
pana proszę - niech pan mnie nie wypytuje, jaki stosunek do
tego ktoś miał na samym początku.
Czy z Pana doświadczeń wynika,
że niechętny stosunek do Żydów wynika z nieznajomości ich
historii?
- Nie zastanawiałem się nad tym. Nie miałem kiedy. Działam
pod ciśnieniem czasu. Myślę o kolejnych aspektach: Czy przeprowadzę
projekt przez Urząd Zamówień Publicznych? Szczęśliwie, już
załatwione. Ale to trwało pół roku. No dobrze, jak już w końcu
będę miał wybudowaną kolumnę pamięci, tunel, stację, gdy stanie
na bocznicy wagon - jakie ma być wnętrze?
Czy w ciągu tego roku, myśląc
o roli świadka, współodczuwał Pan tragedię ofiary?
- Nawet bronię się przed tym. Jeżeli przekroczę jakąś granicę,
mogę popełnić błąd, kogoś urazić. To bardzo delikatna materia.
Chciałem umieścić tablice informacyjne po polsku, hebrajsku,
angielsku i niemiecku. Napisałem to na stronie internetowej,
poprzez którą komunikowałem się ze środowiskami żydowskimi.
Przyszły maile, w sumie 250, z Brazylii, z Toronto, z Izraela,
z Europy Zachodniej. Pytali, dlaczego tam nie ma jidysz. Nawet
Marek Edelman zadzwonił, że do niego z Paryża wydzwaniają,
by w tej sprawie coś zrobił. Mówię nawet, bo poprzedni raz
zadzwonił do mnie jakieś 15 lat temu. Okazuje się, że to dla
nich bardzo ważne, bo oni żyli, kochali, umierali w kulturze
języka jidysz, to jest ich język domowy. Tu nie ma o co się
spierać. Ma być jidysz i już.
A potem przyszła druga fala, już nie przez maile, tylko w
rozmowach prywatnych. Czy na tablicach musi być język niemiecki?
Wydawało mi się oczywiste, że tak. Choćby po to, by młodzi
Niemcy dowiadywali się, co ich tatusiowie i dziadkowie tutaj
wyrabiali. Ale powiedziano mi, że to należy po niemiecku napisać
w specjalnych przewodnikach. Natomiast na tablicach, które
mają charakter odświętny, uroczysty, ograniczyć się do hebrajskiego,
jidysz, polskiego i angielskiego. To starczy. Niemiecki jest
dla nich językiem represji, zbrodni, nieszczęścia. Tak to
zapamiętali.
W historii Litzmannstadt Getto
szczególnie dręczy mnie jedna sprawa: czy myślał Pan, jak
mogli się czuć żydowscy rodzice, których Niemcy zmusili do
wydania dzieci?
- To jest najpoważniejszy problem, emocjonalny i intelektualny.
Bo to jest pytanie, do jakich granic można się posunąć, gdy
chodzi o przetrwanie narodu. Choćby się miało najlepsze intencje.
Chaim Mordechaj Rumkowski mówił o wydawaniu na polecenie
Niemców dzieci: "Jeszcze wczoraj sporządziłem rejestr
dzieci do lat dziewięciu - chciałem przynajmniej ratować starszych
(...). Udało mi się uratować te, które mają lat dziesięć lub
więcej. Niech to będzie pociechą w waszym nieszczęściu".
O chorych: "Jest w getcie wielu pacjentów, którym pozostaje
tylko parę dni życia, może parę tygodni. (...) Każdy z was
ratuje swych chorych, płacąc za to zdrowiem. Dajemy im chleb,
nasze skąpe racje cukru, nasz mały kawałek mięsa. A jaki jest
rezultat? To im nie może pomóc, a nas doprowadzi do choroby.
(...) Musimy ich poświęcić, (...) aby zdrowi, którzy chcą
i mogą żyć, zostali ocaleni".
- Jestem świadomy losu Rumkowskiego. On nie dostał żadnych
aryjskich papierów i nie zorganizowano mu żadnego złotego
gniazdka na koniec - wtedy byłoby jednoznaczne, łobuz i kolaborant.
Został wywieziony do Auschwitz - prawda, że salonką, nie wiedząc,
jaki jest cel tej podróży. On do końca był pewny, że jego
koncepcja przekonania Niemców o przydatności Żydów dla wysiłku
zbrojnego Trzeciej Rzeszy jest słuszna, że w ten sposób zdoła
uratować znaczną część Żydów. Nie wiem, jak powinien się zachować
człowiek, którego naród skazany jest na zniszczenie. I który
szuka sposobu, żeby przynajmniej część ocalić. Gdzie jest
ta granica, do której wolno się posunąć?
Trudno sobie nawet wyobrazić,
jak człowiek by się zachował w takiej sytuacji.
- Znamy z historii, z literatury pięknej takie historie:
tonie okręt, łodzi ratunkowych nie starcza dla wszystkich.
Podejmuje się decyzję, że mają być ratowane kobiety i dzieci.
To pewnego rodzaju instynkt przetrwania. Nie chcę nawet myśleć
o tym, że kiedykolwiek bym się znalazł wobec takiej konieczności.
Rumkowskiego mogą osądzić tylko Żydzi.
Było 250 tys. Żydów w Łodzi. Ilu
jest teraz?
- W gminie żydowskiej zarejestrowanych jest około 350.
Nie boi się Pan wystąpień antysemickich w trakcie obchodów?
- To jest dziwna sprawa. Tłumaczono mi na początku, że muszę
się z tym liczyć. Nie przyjmowałem tego do wiadomości, uważałem,
że sprawa jest oczywista, właściwie nie ma wyboru. I jak do
tej pory nie napotkałem żadnego takiego oporu i żadnego wybuchu
nienawiści.
Idąc ze sprawą Żydów do ludzi,
nie bał się Pan utraty popularności wśród swoich zwolenników?
- Nie pan pierwszy o to pyta. Ale mam
na to jedną odpowiedź: są wyzwania, którym należy po prostu
sprostać. A cena? Będzie się ją płacić albo nie. Robię wszystko,
aby mieć społeczeństwo po swojej stronie.
Piotr Lipiński, Jerzy Kropiwnicki
|