|
"Czerwony ołówek" Elżbiety
Isakiewicz
Dawid Warszawski
Gazeta Wyborcza. 23-04-2004
Przypomniane przez Elżbietę Isakiewicz
dzieje Henryka Sławika to najlepsza odpowiedź dla tych, którzy
chcieliby widzieć stosunki polsko-żydowskie czasu wojny jedynie
przez pryzmat Jedwabnego - pisze Dawid Warszawski
Krótko przed uroczystościami 60. rocznicy mordu w Jedwabnem
rozmawiałem z burmistrzem Krzysztofem Godlewskim, jednym z
nielicznych jedwabnian, którzy od początku walczyli o ujawnienie
i upamiętnienie tej zbrodni. Zapytałem go, dlaczego tamtejszej
szkole nie nadano imienia Antoniny Wyrzykowskiej, mieszkanki
miasteczka, która ocaliła z masakry sześciu Żydów, a następnie
przechowywała ich przez całą wojnę. Albo dlaczego przy pomniku
upamiętniającym ofiary mordu nie ma tablicy, która by ją upamiętniała.
Burmistrz uśmiechnął się smutno: "Taka tablica, proszę
pana, nie przetrwałaby nocy". Szkole zaś nadano, na kilka
miesięcy przed rocznicowymi uroczystościami, bardzo skądinąd
godne imię Stefana kardynała Wyszyńskiego.
Godlewski wiedział, o czym mówi. Wyrzykowską, gdy ujawniła
się po wyzwoleniu, wyszczuto najpierw z miasta, a następnie
z kraju; dziś żyje na emigracji w USA. Dołączył tam do niej
dwa lata temu Krzysztof Godlewski, który musiał po uroczystościach
zrezygnować z funkcji burmistrza, a potem opuścić miasteczko.
Polska nierychliwie uznawała swoich bohaterów takich jak
Wyrzykowska. Sejmowi po 1989 roku zajęło kilka lat, by nadać
wreszcie prawa kombatantów ludziom, którzy ratowali Żydów
podczas wojny, a którym wdzięczny Izrael nadał medale "Sprawiedliwych
wśród Narodów Świata" i towarzyszące im honorowe obywatelstwo.
Tłumaczono, że Polska nie powinna uznawać orzeczeń wydanych
przez obce państwo, że nie ma powodu honorować ich bardziej
niż ludzi - także przecież zasłużonych - którzy na przykład
ratowali zbiegłych z obozów alianckich lotników, wreszcie
- że przywileje kombatanckie dla tych nielicznych, którzy
jeszcze żyją, zbyt obciążyłyby budżet państwa. Czynili to
także ci, którzy skądinąd chętnie powołują się na Sprawiedliwych.
Ocaleni w Budapeszcie
Trudno nie myśleć o tym, gdy czyta się książkę Elżbiety Isakiewicz
o Sprawiedliwym, który za swoje bohaterstwo zapłacił cenę
życia, a potem został zapomniany ("Czerwony ołówek. O
Polaku, który uratował tysiące Żydów"). Henryk Sławik,
śląski socjalista, kierował podczas wojny polskim Komitetem
Obywatelskim w Budapeszcie. Komitet, korzystając ze współpracy
życzliwych węgierskich urzędników - w tym Jozsefa Antalla,
ojca przyszłego premiera Węgier po 1989 roku - pomagał dziesiątkom
tysięcy polskich uchodźców, których wojna zagnała nad Dunaj.
Byli wśród nich polscy Żydzi, którym trzeba było dać nie tylko
wsparcie, lecz przede wszystkim fałszywe dokumenty na polskie
nazwiska. Do spółki z polskim Żydem Henrykiem Zimmermanem,
którego Sławik mianował swym zastępcą, uratowali w ten sposób
kilkanaście tysięcy ludzi. Dla żydowskich dzieci utworzyli
sierociniec, pozornie katolicki, w którym wręcz nauczano religii
żydowskiej i do którego sprowadzili z wizytą nuncjusza papieskiego,
by uwiarygodnić pozory.
Żydowscy podopieczni Sławika sprawiali czasem kłopoty. Z
katolickimi papierami w kieszeni odwiedzali czynne aż do niemieckiej
inwazji w 1944 roku synagogi. Inni rwali się do Jugosławii
do partyzantki, czasem narażając się na dekonspirację. Innych
jednak kłopotów dostarczali Sławikowi niektórzy z jego, wielokrotnie
zresztą liczniejszych, polskich podopiecznych. Obawiali się,
całkiem zasadnie, że pomoc Żydom narazić może na szwank Komitet
Obywatelski i jego liczne agendy, i żądali, by jej zaniechał.
Wśród tak rozumujących byli zapewne antysemici, ale nie trzeba
było być antysemitą, by uznać, że w takiej sytuacji liczy
się przede wszystkim dobro większości. Nie żądali przecież,
by Sławik zaniechał udzielania Żydom takiej samej pomocy jak
innym Polakom. Chcieli jedynie, by przestał pomagać im bardziej.
Sławik odpowiedział im w artykule opublikowanym w legalnie
do 1944 roku ukazującej się w Budapeszcie gazecie Wieści
Polskie. W przytoczonym przez Elżbietę Isakiewicz artykule
napisał: Nie znam żadnych różnic wyznaniowych ani społecznych.
Dla nas uchodźca z Vamosmikola [obóz, w którym władze węgierskie
internowały polskich Żydów - D.W.] jest takim samym obywatelem
polskim jak każdy inny. Nie dzielimy też uchodźców na tych,
ťco byli Ť i na tych ťco będą Ť [aluzja do konfliktów między
przedstawicielami przedwrześniowych i spodziewanych przyszłych
elit politycznych - D.W.]. To nie nasza rzecz. Dzielimy natomiast
uchodźców na dobrych Polaków i na złych Polaków. Dobrym Polakiem
jest ten, kto w każdej sytuacji dobrze się zachowuje, nie
przynosząc ujmy dobremu imieniu Polaka, który nie utrudnia
innym uchodźcom współżycia, który w sąsiedzie widzi także
rodaka i bliźniego, po prostu ten, który trzyma się zasady:
nie czyń drugiemu, co tobie niemiło. O złych Polakach nie
warto nawet mówić.
Formułując takie oczekiwania, Sławik wykluczał z grona dobrych
Polaków antysemitów, choć zapewne nie tylko ich miał na myśli.
Pisał to jawnie, na oczach węgierskiej cenzury i niemieckiego
wywiadu. Już samo to wystarczyłoby zapewne, by zasłużyć w
oczach Berlina na wyrok śmierci. Na wyrok, na który wielokrotnie
zapracował zresztą swą przedwojenną działalnością antyhitlerowską,
która sprawiła, że po klęsce zdecydował się opuścić kraj,
i swą działalnością patriotyczną na węgierskim wychodźstwie.
Henryk Sławik odmówił wyjazdu z Węgier po niemieckiej inwazji.
Nie chciał pozostawić uchodźców swemu losowi. Aresztowany,
torturowany, nie wydał współpracującego z nim w pełni Antalla,
czym ocalił mu życie. Tytułowym czerwonym ołówkiem niemiecki
sędzia zaznaczył na dokumentach Sławika swój wyrok. Prezes
Komitetu Obywatelskiego został zamordowany w Mauthausen. Jego
żona cudem przeżyła Ravensbrück.
W imieniu Rzeczypospolitej
Jeśli komuś historia Sławika wydać się może patriotyczną
czytanką, to powojenne dzieje jego rodziny przynieść muszą
otrzeźwienie. Wdowa po nim i szczęśliwie odszukana córeczka
(przygarnęli ją Antallowie) wróciły na Śląsk. Powstał nawet
zrazu projekt, by w Katowicach nazwać jego imieniem ulicę.
Jednak dla komunistycznych władz Sławik, prawicowy socjalista
niechętny współpracy z komunistami, nie zasługiwał na takie
wyróżnienie. O prezesie budapeszteńskiego Komitetu Obywatelskiego
zapomniano. Nie upomniał się o niego nikt z dziesiątków tysięcy
Polaków, którzy dzięki niemu przetrwali na Węgrzech wojnę.
Dziś Sławik nie ma w Polsce ani swojej ulicy, ani pomnika.
Nie ma nawet grobu.
Pamiętali jednak o nim przynajmniej niektórzy z polskich
Żydów zawdzięczających mu życie. Pamiętał zwłaszcza Henryk
Zimmerman, który w Izraelu został wpływowym politykiem. Dzięki
jego staraniom Sławik otrzymał pośmiertnie medal "Sprawiedliwych"
i miał symboliczny pogrzeb, godny bohatera. Gdy pod koniec
lat 80. Izraelczycy mogli znów przyjeżdżać do Polski, Zimmerman
przyjechał i dzięki prasowemu ogłoszeniu odnalazł w końcu
wdowę po nim. To dzięki niemu historia Sławika nie została
zapomniana. To dzięki niemu Isakiewicz mogła napisać swoją
książkę. I nie tylko ona - obok "Czerwonego ołówka"
ukazała się w Polsce, w tym samym zresztą czasie, także i
druga książka o człowieku, którego Zimmerman nie waha się
nazwać "polskim Wallenbergiem". Jej autorem jest
Grzegorz Łubczyk, a ukazała się nakładem wydawnictwa Rytm.
Książka Isakiewicz miejscami irytuje. Autorka beletryzuje
wydarzenia, wkłada w usta swych bohaterów słowa, których brzmienia
nie może przecież znać. Czyni tak, by ich czytelnikowi przybliżyć,
by dopełnić rwącą się co krok z powodu braku dokumentów historyczną
narrację pisarską intuicją. Niejeden czytelnik wolałby zapewne,
by się ograniczyła do tego, co bezspornie wiadomo. Za beletrystyczną
narracją stoi jednak historyczna kwerenda. Autorka nie zmyśla,
ona opowiada. A jej opowieść przywraca dzieje Henryka Sławika
naszej pamięci - i za to winniśmy jej wdzięczność.
Błędem byłoby jednak uznać, że ta historia to po prostu dzieje
polskiej niewdzięczności i żydowskiej pamięci. Mogło przecież
być tak, że o Sławiku zapomnieliby także Żydzi - byli tacy
Sprawiedliwi, którzy zmarli, nie doczekawszy się ani medalu,
ani choćby wzmianki. I mogło być też tak, że o zasługi swojego
wybawiciela dopomniałby się w końcu jakiś polski, nie izraelski
Zimmerman.
Mogło - ale nie było. Tymczasem dzieje Sławika to nie tylko
zapis indywidualnego bohaterstwa. To także ważna karta z najnowszych
dziejów Polski. Prezes Komitetu Obywatelskiego nie działał
bowiem na własną rękę, lecz w imieniu Polski. Jego instytucja
była agendą polskiego rządu na wychodźstwie. Polski Wallenberg,
przedstawiciel pokonanego państwa w stolicy sojusznika Rzeszy,
miał sytuację nieporównanie trudniejszą niż jego odpowiednik
z neutralnej Szwecji.
Warto pamiętać, że Sławik i Wallenberg nie byli sami. Instytut
Yad Vashem uhonorował ponad setkę dyplomatów z różnych krajów,
którzy - z reguły zresztą wbrew instrukcjom swoich rządów
- wydawali Żydom podczas wojny fałszywe dokumenty. Ciekawa
rzecz: na ogół nic nie wiadomo o tym, by jakoś szczególnie
lubili Żydów. Każdy z nich jednak najwyraźniej tak lubił swój
kraj, że chciał dla niego, wbrew ryzyku czy wbrew instrukcjom,
zrobić to, co właściwe i godne.
Dzieje Sławika to najlepsza odpowiedź dla tych, którzy chcieliby
widzieć stosunki polsko-żydowskie czasu wojny jedynie przez
pryzmat Jedwabnego. Ta perspektywa jest zaś paradoksalnie
wspólna dla polskich antysemitów i dla tych Żydów, którzy
są przekonani, że antysemityzm Polacy wysysają z mlekiem matki.
Ci pierwsi, zakłamując historię, chcą jedwabińską zbrodnię
zanegować lub wytłumaczyć, widząc w niej zrozumiały akt samoobrony.
Drugim ci pierwsi dostarczają argumentów. Jedni i drudzy mijają
się z historyczną prawdą. Jest wielką zasługą autorów obu
książek o Henryku Sławiku, że pozwalają ich argumentację odeprzeć.
Byłoby jednak takim samym błędem, gdyby ktoś chciał uczynić
z prezesa Komitetu Obywatelskiego modelowy przykład stosunku
Polski do Żydów. Byli, co należy we wdzięcznej pamięci Polaków
i Żydów zachować, inni tacy jak on, państwowcy z polskiej
ambasady w Kujbyszewie czy z II Korpusu, którzy nie dali się
ponieść nacjonalistycznemu szaleństwu. Byli też antysemici,
przez których Żydzi ginęli lub opuszczali polskie szeregi.
I było Jedwabne. Ale inaczej niż jedwabińscy mordercy, Henryk
Sławik miał mandat, by mówić i działać w imieniu Polski. Oni
zaś mogli przemawiać i zabijać w imieniu swojej, i nie tylko
swojej, nienawiści.
Czas najwyższy, by o Henryku Sławiku i Antoninie Wyrzykowskiej
oraz innych bohaterach, do których Polska tak powoli się przyznaje,
było głośno. Tu nie chodzi nawet o to, że dobrze to zrobi
jej obrazowi na arenie międzynarodowej, choć to też nie jest
bez znaczenia. Tu chodzi przede wszystkim o to, by Polska,
dla której narażali swe życie, wynagrodziła im ich cierpienie
w jedyny zapewne sposób, który uznaliby za właściwy. By pokazała,
że mieli rację.
*** Elżbieta Isakiewicz "Czerwony
ołówek. O Polaku, który uratował tysiące Żydów". Warszawa
2003, Niezależne Wydawnictwo Polskie, s. 256
Dawid Warszawski
|