|
PRZYJECHALIŚMY ODZYSKAĆ PAMIEĆ
Zobaczyć i zapłakać raz jeszcze
Edyta Gietka
Przegląd, 28 kwietnia 2004
Młodzi Żydzi poznają dzisiejszą Polskę
z okien autokarów krążących trasą hotel - obóz zagłady. Dziwią
się, że w kraju grobów ludzie nie płaczą...
Z okien kamienicy przy ulicy Zamenhofa
wychylają się głowy, przyglądając się grupce w niebieskich
kurtkach z gwiazdami na plecach. "Tu mieszkali, tak żyli,
tam była tablica...", opowiada przewodnik. - Patrz pan,
że one wszystkie takie same! - kobieta w szlafroku nie może
się nadziwić. - Żeby im tylko kamienica za bardzo się nie
spodobała - mruczy sąsiad. Młoda Żydówka zerka w górę na wietrzoną
na balkonie pierzynę w kwiatki. Jakby wyrwaną z kontekstu
opowieści.
Każdego roku odwiedza Polskę ok. 20 tys. nastoletnich Żydów.
Jesienią i wiosną grupy z aparatami na szyi krążą po brukowanych
zaułkach Żelaznej, Siennej, Złotej, Dzikiej, Stawek, po cmentarzu
na Okopowej, krakowskiej ulicy Szerokiej, po Szczebrzeszynie,
Leżajsku, Tykocinie. Raz w roku, w 27. dniu księżycowego miesiąca
Nisan, który w tym roku przypadł na 19 kwietnia, w ramach
powrotu do pamięci zjeżdżają z różnych stron świata, by pójść
w Marszu Żywych.
Ministerstwo Edukacji Narodowej Izraela, które czuwa nad
tymi wyprawami, nazywa je delegacjami lub podróżami studyjnymi.
Są częścią programu nauczania o shoah (holokauście). Każda
wycieczka ma przewodnika, szkolonego na specjalnych kursach
z dat i miejsc pogromów. - W hotelu pukamy w umówiony sposób
- przed wyjazdem żydowscy uczniowie dostają wskazówki. Kilkumiesięczne
wykłady o historii zagłady są dla nich jak rozdrapywana blizna.
Grupie towarzyszy zwykle ocalony świadek tamtych zdarzeń.
Od pewnego czasu podróż do Polski jest modą w pewnych kręgach
młodzieży. Nie wszystkich rodziców na nią stać. Osiem dni
w Polsce to wydatek około tysiąca dolarów. Ale tu się nie
jedzie jak na wycieczkę do Grecji. Tu trzeba przyjechać. Żeby
rozwinąć świat wartości, poglądy polityczne i patriotyzm,
czyli motywację do służenia w wojsku. Żeby wzmocnić poczucie
wspólnoty z narodem, w przypadku Żydów w diasporze. Na wyjazd
nalegają często dziadkowie.
O dzisiejszej Polsce wiedzą niewiele albo prawie nic. I choć
po obu stronach są nieśmiałe chęci, jeszcze długo nie da się
naprawić obrazu, który wrósł w umysł upiorami z przeszłości.
Zwłaszcza że ostatnie kilkadziesiąt lat nie ułatwiało wzajemnego
poznania.
Zapłakać i zobaczyć coś jeszcze
- A po co ma wiedzieć? - dla Aleksa Dancyga, mieszkańca kibucu
Nir Oz na pustyni Negew, który wyjechał z Polski, mając kilka
lat, pytanie, co myśli o naszym kraju młody Izraelczyk i skąd
czerpie wiedzę, brzmi naiwnie. - To przecież młodzi ludzie.
Większość urodziła się w Izraelu i nie zastanawia się, czy
ludzie w Polsce, kraju za górami i lasami, ich lubią. Poza
tym Izrael nie jest krajem polskich Żydów. Przeważają arabscy
i setki tysięcy tych, którzy w ostatnim czasie przybyli z
byłego ZSRR.
Alex Danzig jest w Polsce na rządowym spotkaniu ministerstw
obu stron, które od kilku lat próbują oczyścić z narodowych
uprzedzeń polsko-żydowską znajomość młodych pokoleń. Młodym
łatwiej otworzyć oczy. Dancyg jest zmęczony słowami zagłada,
antysemityzm i Oświęcim. Nie pójdzie w Marszu Żywych. Nie
lubi tej imprezy, bo nie lubi obracać historii w patologię:
- Mamy prawo do pielgrzymki. Wy też śpiewacie wasz hymn w
Katyniu i na Monte Cassino, a w Ziemi Świętej idziecie do
grobu Chrystusa. Ale ten przyjazd nie może być tylko pielgrzymką.
Przecież my tu nie tylko umieraliśmy. Tu żyli nasi rabini,
były szkoły, tworzono sztukę, 300 lat istniał Sejm Żydowski.
Nie wzięliśmy się w Polsce z przymusu. Musiało nam dobrze
się tu wieść, skoro Polska była żydowskim centrum. A potem...
Łatwiej było przewieźć 70 tys. ludzi z Francji niż 3,5 mln
do Paryża.
- Podręczniki? W naszych izraelskich nie wszystko było zgodne
z historią ale nigdy nie było pojęcia polski obóz koncentracyjny
- Alex, współautor raportu z 2000 r. o tym, jak przedstawiana
jest Polska w izraelskich książkach, od lat 90. szkoli przewodników
przyjeżdżających do nas z grupami młodzieży i walczy z ograniczaniem
nauki o historii polsko-żydowskiej tylko do tamtej zagłady.
- Wszystko zależy od przewodnika. Trzeba pokazać im tutejszą
normalność, koncerty szopenowskie w Łazienkach, Leśmiana,
Schulza, Zamość i śnieg w Zakopanem. Dlatego jedna trzecia
kursu to dzieje i teraźniejszość Polski. Jest szansa, że to
oni, młodzi, zwalczą upiory sprzed lat. Tylko nie ma źródeł.
Wy nie umiecie się objaśnić - wyrzuca Alex. - Nie mamy skąd
się o was uczyć.
Niełatwo zostać przewodnikiem. Jest
ich w Izraelu zaledwie 400. Zazwyczaj to ludzie wolnych zawodów,
emerytowani wojskowi, nauczyciele. Świadomość się zmienia.
Powolutku. Bo opowieści ocalonych wciąż krążą. Nie zawsze
są łaskawe. Michał Sobelman, historyk i rzecznik ambasady
izraelskiej w Polsce, świadków tamtej zagłady, których sceneria
wyjazdu z Polski była czasem tragiczna, wini po części za
ten obraz kraju duchów i antysemitów, który tak się wrył w
żydowską świadomość, że nie zmieni go 6 tys. polskich drzewek
dla "Sprawiedliwych wśród narodów świata" w Yad
Vashem. Wini też jakąś aurę, jakby na złość wiszącą w powietrzu.
- Przyjeżdżają tu wczesną wiosną albo późną jesienią. Wtedy
w Polsce jest zimno, mroczno i pada deszcz. Potem mówią, że
nawet pogoda pamięta.
To nie nasza historia
Sobotnie spotkanie polskich licealistów z warszawskiego LO
im. Witkiewicza i żydowskich nastolatków z Ameryki, którzy
przyjechali na marsz, zaczyna się dopiero o 21, po skończonym
szabasie. Większość jest w Polsce po raz pierwszy. Uśmiechnięci,
chętnie pozują do wspólnych zdjęć. Te godzinne wizyty są wielką
zmianą w kilkunastoletniej tradycji wyjazdów.
Oba światy siadają w kręgu po turecku, podzielone w grupki.
Z początku poraża sztuczność. Oprócz wspólnej historii, która
ich już nie dotyczy, niewiele mają wspólnego. Dialog się nie
klei. Jak zacząć? O czym? O stereotypach, uprzedzeniach czy
muzyce rockowej? - Śmiesznie wyglądają wasze napisy na billboardach
Coca-Coli - chłopak z roześmianej amerykańskiej grupki zagaja
rozmowę.
- Czy twój dziadek uratował kogoś z obozu? - pada nagle pytanie.
Ale Łukasz Kępiński z drugiej klasy chyba na nie czekał. W
tamtym roku podobne zadał mu kolega z kibucu Mizra. - Mój
dziadek nikogo nie uratował. Ale getta też nie pilnował. Był
wtedy w obozie w Niemczech. Nie, rodzice są młodzi. Nie rozmawiamy
o tym? W szkole tak. Ale za komunizmu nie mówiło się prawdy
- tłumaczy Łukasz.
- Czy słyszeliście, że ktoś w Polsce pobił Żyda? Jak się
wam układa z młodymi Niemcami? - młodzi amerykańscy Żydzi
mają dużo pytań. Na niektóre trudno tak po prostu odpowiedzieć
w obcym języku... Joshua Nussbaum, Żyd z Santa Fe, w zabawnej
jarmułce we flagi, wielu rzeczy spotykanych w Polsce nie rozumie.
Na przykład tego, że obozy są utrzymane ładniej niż niejeden
wiejski dom, który widzi zza szyby autokaru. O Polakach wie
niewiele. Słyszał coś o pijaczkach i złodziejaszkach i że
wieszamy gwiazdy Dawida na szubienicy. A gdy szedł tu brukowaną
żydowską uliczką, czuł niechęć na plecach. - Czy tak się przyglądali
Żydowi, czy Amerykaninowi? - zastanawia się. - Ale tylko dorośli
tak patrzą. Ludzie w moim wieku nie. Łukasz nie wie, jak wytłumaczyć
Joshui te napisy na przystankach. W każdym kraju są jacyś
kibice albo skini...
Michaela Acceatela z San Diego, polskiego Żyda w trzecim
pokoleniu, nikt nie namawiał. Ma 17 lat. Pomyślał, że to dobry
moment, aby bezpośrednio dowiedzieć się czegoś o kraju, gdzie
TO się zdarzyło. Na wyjazd zarobił w myjni, a resztę dali
rodzice. Tak, dużo z nimi rozmawia na temat gett. Zwłaszcza
przy szabasie. Jak o przestrodze. To bardzo ważne. Tam, skąd
pochodzi Michael, tylko starzy ludzie źle się wyrażają o Polsce,
mówią, że była przeciwko Żydom. Ale teraz... Michael nie wiedział,
czego tu się spodziewać. - Moje pierwsze wrażenie to ludzie.
Wszyscy strasznie smutni. I dlaczego po ulicach chodzi tylko
biała rasa? - Wiesz, do nas przez wiele lat trudno było przyjechać
- tłumaczy chłopak z polskiej grupy.
- Jak wygląda wasza sobota? W jakim
wieku głosujecie? W jakim wychodzą za mąż wasze dziewczyny?
- Jessica Shultz z Solvang przywraca rozmowie teraźniejszość.
Robert Szuchta, nauczyciel historii w warszawskim LO im. Witkiewicza
i współautor polskiego podręcznika "Holokaust. Zrozumieć,
dlaczego", jest zaangażowany w dialog młodzieży polsko-żydowskiej.
Może urodzą się w ten sposób ich własne wspólne opowieści?
Choć to trudne na jednym spotkaniu. - Chcieliśmy, żeby ta
młodzież mogła przebywać w polskich domach ze swoimi rówieśnikami
i poznawać się naturalnie, w codzienności. Ale klasyczna wymiana,
taka jaką polskie szkoły mają np. z niemieckimi, nie jest
na razie możliwa. W przypadku Izraela nie ze względu na brak
chęci, lecz izraelskie prawo, które bardzo ostrożnie podchodzi
do takich spontanicznych zbliżeń. Mentalność niebezpieczeństwa
i ciągłego oblężenia jest tam wyjątkowo silna. Choć to powoli
się zmienia. Są już pilotażowe programy, podczas których młodzież
polska i izraelska przebywa razem przez dwa dni i poznaje
wzajemną historię.
W kraju grobów bawią się dzieci
W filmie "W poszukiwaniu utraconych
lat", według scenariusza Michała Sobelmana, jest scena,
w której Alex Dancyg opowiada, jak żydowska młodzież zwiedza
Majdanek, a w oddali, w blokowisku, dziecko radośnie jedzie
na rowerze. Byli zdziwieni. Zabrakło im wyobraźni, by pomyśleć,
że w kraju, gdzie oni umierali, obok kominów żyją ludzie.
Zdarza się jeszcze, że przyjeżdżają
do hoteli z papierem toaletowym, bo nie wiedzą, że tu już
nie ma komunizmu. Znają Polskę z odległych opowieści i czarno-białych
fotografii w rodzinnych albumach. Niektórzy potrafią nawet
opisać, jak smakował bigos i gdzie handlowało się końmi. Znają
Polskę sprzed pół wieku. O dzisiejszej wiedzą tyle, że złości
się na nich za przejmowanie kamienic, a w taksówkach można
usłyszeć: "Teraz Polską rządzą Żydki". Potem zaliczają
wzorcowy szlak turystycznej martyrologii. Pukle włosów, 6
mln ludzi, prycza, barak, rampa, ofiara, komin. W podobnych
do siebie miejscach przewodnicy powtarzają podobne słowa.
Trudno uwierzyć, że beztroskiemu z natury Joshui, który w
ciągu trzech dni napiętego pobytu widział już Treblinkę, Majdanek,
Umschlagplatz w Warszawie, wymarłe podwórka i synagogi w rozsypce,
nie zakręci się od nich w głowie. Joshua doświadcza Polski
jako kraju umarłych. Do domu zawiezie najwięcej fotografii
na tle drutów kolczastych.
- Pobudka o 5.30. O 7 rano przy autokarach. Nocleg w Krakowie
- instruuje grupę z Hotelu Europejskiego opiekun, Shave Carr
z Filadelfii. Sześciodniowy program długich tras nie zostawia
czasu na rozrywkę w Polsce. 95% punktów, gdzie przystaje autokar,
to miejsca ponurej pamięci. - Plan musi być kontrolowany.
Ale godzinę chodziliśmy po Old Town - ożywia się Shave, który
w żydowskiej szkole nie dowiedział się, że mamy na Old Town
takie ładne kamieniczki. Też uczony, że jego dziadów nic dobrego
w Polsce nie spotkało, skoro wyjechali z Łodzi jeszcze przed
wojną, nie chce się przywiązywać do nie swojej już historii.
- Tylko dlaczego na Umschlagplatzu nie ma oznaczeń? - pyta.
- Jedynie mała tabliczka.
Jedynie zza przyciemnionej szyby autokarów,
które przemierzają trasę obóz-hotel, mogą się napatrzeć na
Polskę zwyczajną. Czasem wzdłuż drogi chłop z pługiem wyjedzie
na pole, dzieci grają w piłkę, dziewczyna całuje się z chłopakiem.
Z autokarów widzą też gwiazdy na szubienicy: "Żydzi parchy",
"Wynocha".
- Byłem wczoraj u znajomej, która przywiozła
tu osiemdziesięcioro dzieci z Hajfy - opowiada Szuchta. -
Do poznania innej strony Polski przygotowywała je długo. Postanowiła
nawet nie jechać na marsz, żeby nie karmić ich defiladą rozpaczy.
Na noc zatrzymali się w Łodzi na ulicy Piotrkowskiej. Wystarczyła
grupka wygolonych wyrostków, skandujących pod oknami: "Żydzi,
nie wyjdziecie stąd żywi". Potem dzieciakom nałoży się
zbitka tych wszystkich wojennych historii i z Polski wywiozą
jeden obraz.
Marsz żyjących
"Niewyobrażalny fetor palonych
ciał. Obłęd w oczach, poskręcane ciała...", przewodnik
najwięcej epitetów używa w krematorium. Joshua z amerykańskiej
grupy stoi skamieniały. Patrzy na rozdzierający krzyk jakiegoś
staruszka, jakby oglądał w kinie odpychającą scenę. Potem
sam zaczyna płakać. Choć nie ma polskich korzeni, to dla Joshuy
jak kuracja szokowa, punkt kulminacyjny traumatycznych przeżyć
z polskiej trasy. Z tym bagażem Joshua wsiądzie w czarter
i poleci z wycieczką do słonecznego Izraela, bo to kolejny
punkt programu. Tam, w ojczyźnie swojego narodu, odpocznie,
opali się i pozna kraj żywych.
Do krematorium wchodzi następna grupa. Izraelska. Z noszonego
po obozie magnetofonu wychowawcy fundują młodzieży nastrojową
muzykę hebrajską. Izraelskie wycieczki mają swoich przewodników
po Auschwitz. Ta historia musi być opowiedziana im w ojczystym
języku. Padają sobie w ramiona.
Grupa belgijska. Dla Elisher Muller z ortodoksyjnej szkoły
w Belgii Oświęcim jest bolesny. Bardziej niż ten na fotografiach.
Ale musiała przyjechać na marsz. To jej historia. Tu zginęła
jej prababcia. Byli biedni. Nie chce o nic pytać polskiej
młodzieży. Przecież nic o niej nie wie. Zresztą chodzą w grupach
i nie ma okazji, żeby się poznać.
Wszędzie błyskają flesze aparatów. Po
obozie krążą zbici w grupki pilnowane przez kordony policyjne.
Jedne od drugich odróżnia niebieski odcień gwiazdy na plecach
i maszt z napisem "Stany, Grecja, Australia, Izrael".
Kolorowe zbite plamy to polska młodzież - kilkaset osób jechało
autokarami z całej Polski, by się zjednoczyć w bólu. Ale Marszowi
Żywych nie jest ona do niczego potrzebna. To nie jest nasze
święto. Żydowskie wycieczki jakby nie chciały się podzielić
statusem ofiary. - Przyjechałem tu odzyskać pamięć - tłumaczy
Tiros Golan w białej koszuli z gwiazdą z izraelskiej grupy
z Bet Shean. Dzieci takie jak Tiros o shoah dowiadują się
od kołyski, słysząc syreny, które o 10 rano w Jom ha-Shoa
zatrzymują życie w Izraelu na dwie minuty. Potem na maturze
odpowiadają z wiedzy o shoah. A potem przejmują przymiotniki
z izraelskich gazet, które o przegranym meczu piłkarskim potrafią
napisać shoah, czyli katastrofa.
Tiros jest zaskoczony, że ja też znam ze szkoły holokaust.
Nie wiedział, że Polacy to również ofiary. Słyszał, że gdy
Niemcy pytali, gdzie są Żydzi, Polacy ich wydawali. Albo siedzieli
cicho. Chodzi mu o to, że nic nie zrobili, ale nie ma do mnie
żalu. Oprócz amerykańskich filmów z lektorem, które nastolatki
jak Tiros widzą w polskich hotelach, dziwią ich kwiaty na
grobach. W Izraelu zostawia się na nich kamyczki. Nic, co
żyje, nie powinno być darowane zmarłym. I kluby. Tiros myślał,
że w tym kraju się nie tańczy. Tak, drży na słowo raus, ale
to już przeszłość, że w jego kraju nie kupują niemieckich
samochodów.
Wiatr szarpie ustawionymi na sztorc gwiazdami Dawida. Marsz
Żywych, coroczny hołd składany ofiarom shoah, zaczął się wibrującym
w powietrzu głosem szofaru, baraniego rogu, który symbolizuje
ofiarę Abrahama. Pięciotysięczna rzeka w milczeniu rozpoczyna
marsz. Odrębność jasno wyznacza błękit. ONI w kolumnach przodem,
MY z tyłu, z cichszą modlitwą na ustach.
Trzyipółkilometrowy szlak Auschwitz-Brzezinka przypomina
surrealistyczny film. Wzdłuż trasy ICH zagłady stoją domy
tutejszych mieszkańców. Śpią tu, suszą bieliznę, wynoszą śmieci
i strzygą trawniki przy willach. Żydzi z aparatami i kamerami
polują na główki z balkonów, a główki chowają się w głąb przed
błyskami fleszy. Ktoś na płocie wywiesił biało-czerwoną flagę.
Mieszkańcy miejsca, gdzie od czasu do czasu jakaś filmowa
ekipa stawia makietę, są przyzwyczajeni, że wojna w Oświęcimiu
wybucha od czasu do czasu na nowo. A marsz jednego kwietniowego
dnia co roku przypomina im, że uprawiają ogródki na cmentarzysku.
Grzeje tak mocno, jakby przyroda chciała zepsuć scenerię
rozpaczy. Przed kadyszem, żydowską modlitwą za zmarłych, na
kilku hektarach obozu niosą się z megafonów patriotyczne przemówienia.
Ale w tym czasie młodzi Żydzi rozkładają się już na ciepłej
trawie, wystawiając twarz do słońca, i zerkają na ładne dziewczyny.
Nieobciążeni jak ich dziadkowie realnością tamtego piekła,
jakby się nie dziwią, że i w Auschwitz budzi się wiosna. Jakby
historia sprzed kilku godzin wycieczki po krematoriach uciekała
znowu na swoje miejsce. Przecież mają po 17 lat. Przecież
to marsz żyjących.
Edyta Gietka
|