|
Podać rękę w Auschwitz
LEO KANTOR
Rzeczpospolita, Plus Minus
17-18 kwietnia 2004
Jakub Romuald Weksler-Waszkinel, polsko-żydowski
ksiądz katolicki (z lewej) i Martin Bormann, syn hitlerowskiego
zbrodniarza spotkali się w Oświęcimiu 
Fot. (c)CULTURE FORUM / SZWECJA
Ksiądz Jakub Romuald Weksler-Waszkinel
i Martin Bormann przyjadą w maju do Szwecji na pokaz filmów
Grzegorza Linkowskiego "Wpisany w gwiazdę Davida krzyż",
opowiadającego historię Wekslera-Waszkinela, a także "Marsz
żywych" o jego spotkaniu z Martinem Bormannem. Po projekcji
odbędzie się dyskusja na temat godności ludzkiej i tolerancji
z udziałem reżysera i Wekslera-Waszkinela, Bormanna oraz szwedzkich
polityków, studentów i dziennikarzy. Dyskusję poprowadzi przewodniczący
Międzynarodowego Forum Kultury, pomysłodawca tej promocji
polskiego filmu dokumentalnego oraz dyrektor Komitetu Organizacyjnego
Międzynarodowego Festiwalu Filmów Dokumentalnych "Człowiek
w świecie", politolog z Uniwersytetu w Sztokholmie, publicysta
Leo Kantor. Jest on również członkiem jury tegorocznego Warszawskiego
Międzynarodowego Festiwalu Filmów Żydowskich, który odbędzie
się 18 - 25 kwietnia. Festiwal ten zainauguruje właśnie "Marsz
żywych". "Rzeczpospolita" jest patronem medialnym
festiwalu.
Nie mogę podać ręki Martinowi Adolfowi
Bormannowi tu, w Oświęcimiu - mówi 60-letni dziś polsko-żydowski
ksiądz katolicki Jakub Romuald Weksler-Waszkinel, wykładowca
filozofii na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Jako miesięczne
niemowlę został cudem uratowany z żydowskiego getta przez
Polkę. - Nie jestem do tego upoważniony w imieniu ponad miliona
zmarłych leżących pod moimi stopami tu, w tej umęczonej ziemi.
Może później, poza obozem.
Martin Bormann junior, Jakub Romuald
Weksler-Waszkinel i ja spotkamy się 8 maja, w rocznicę zakończenia
drugiej wojny światowej, na prezentacji filmowej w Szwedzkim
Narodowym Instytucie Filmowym w Sztokholmie traktującej o
godności ludzkiej, pojednaniu i tolerancji. Wszyscy trzej
jesteśmy przecież dziećmi wojny, ale też mieliśmy szczęście
- ocaleliśmy. Żyjemy jednak w Europie, w której antysemityzm
w różnych postaciach odżywa na nowo. Powoli, ale wciąż rośnie,
przybierając różne formy i środki wyrazu.
W filmie dokumentalnym Grzegorza Linkowskiego
z 2003 roku "Marsz żywych" spotykają się ksiądz
Jakub Romuald Weksler-Waszkinel i Martin Adolf Bormann junior.
Ojciec Bormanna Martin był jednym z najbliższych współpracowników
Adolfa Hitlera, szefem kancelarii partii nazistowskiej i jednym
z najokrutniejszych funkcjonariuszy Niemiec hitlerowskich.
Martin Adolf Bormann junior, emerytowany
niemiecki ksiądz, mimo iż od zakończenia wojny minęło wiele
lat, wciąż dźwiga ciężkie brzemię ojcowskich zbrodni. Na filmie
widzimy jego pierwszą w życiu wizytę w obozie zagłady w Oświęcimiu.
Kamera podąża za nim, gdy skupiony wolno przechodzi przed
stosami okularów, bucików dziecięcych i walizek pozostałych
po ostatnich transportach ponad miliona ofiar, w większości
Żydów, ale też Rosjan, Polaków, Romów i obywateli ponad dwudziestu
innych krajów.
Spotkanie odbyło się właśnie tu, w
miejscu największej zbrodni w historii ludzkości, wkrótce
po Wielkanocy 2001 roku, podczas corocznego "Marszu żywych",
kiedy niemiecka, polska i żydowska młodzież razem idzie w
marszu pojednania i pamięci tą samą drogą, którą kiedyś ponad
milion ludzi szło na śmierć. Do tej pory ani w literaturze,
ani w filmie nie udokumentowano podobnego spotkania dwóch
ludzi o tak różnych losach.
Kiedy Martin Bormann w liście do księdza
Jakuba Romualda Wekslera-Waszkinela napisał, że chciałby się
z nim spotkać i porozmawiać, ten po pewnym wahaniu zaproponował
spotkanie w Oświęcimiu. Minął rok, zanim Martin Bormann odpowiedział.
To niezwykłe spotkanie zobaczyliśmy właśnie w filmie "Marsz
żywych".
Rodzicami chrzestnymi Martina Adolfa
Bormanna byli Adolf Hitler i Ilse Hess, żona Rudolfa Hessa.
W chwili zakończenia wojny Martin miał szesnaście lat i już
nigdy nie używał drugiego imienia Adolf.
Jakub Romuald Weksler-Waszkinel urodził
się w getcie niedaleko Wilna. Jako niemowlę został ocalony
przez Polkę, która nie mając nawet własnego mieszkania, zabrała
go z getta na krótko przed jego likwidacją. Jakub (drugie
imię Romuald otrzymał później od swojej katolickiej rodziny)
nigdy więcej nie zobaczył swoich biologicznych rodziców ani
starszego brata Samuela, wszyscy zostali zgładzeni. "Niczego
nie pamiętam z tamtych rozszalałych nienawiścią dni. Nie pamiętam
oczu mojej matki, dłoni mojego ojca, płaczu mojego brata,
pocałunku powitania i pożegnania" - napisze w swojej
książce "Zgłębiając tajemnicę Kościoła", wydanej
w 2003 r.
Kiedy Jakub był ratowany z getta, Martin
Bormann bawił się przy choince wraz z innymi dziećmi wysoko
postawionych dygnitarzy reżimu na przyjęciu noworocznym w
kwaterze głównej Hitlera w Obersalzbergu. W filmie Linkowskiego
można zobaczyć unikalne zdjęcia dzieci dokazujących w towarzystwie
Adolfa Hitlera i Ewy Braun. W tym czasie w wojującej Europie
zgładzono dziewięćdziesiąt procent z półtora miliona żydowskich
dzieci.
Ojciec Martina Bormanna, który został
w Norymberdze zaocznie skazany na karę śmierci za zbrodnie
przeciwko ludzkości, popełnił prawdopodobnie samobójstwo.
Przez wiele lat krążyła plotka, że zbiegł do Paragwaju. Zwłoki
odnaleziono jednak w pobliżu kwatery głównej Hitlera w Berlinie
i dzięki identyfikacji DNA można było stwierdzić w 1973 r.,
że szkielet z dużym prawdopodobieństwem należał do Martina
Bormanna. Jest pochowany w miejscu znanym tylko najbliższej
rodzinie.
Jakub Romuald Weksler-Waszkinel chciał
zostać księdzem. Polscy rodzice, którzy zresztą nigdy nie
namawiali go, żeby chodził do kościoła, próbowali zmienić
jego decyzję. Postawił jednak na swoim. Gdy miał 35 lat i
od dwunastu lat był księdzem, jego przybrana matka Emilia
opowiedziała mu na łożu śmierci historię swojego życia.
Jako młoda dziewczyna nosiła jedzenie
do getta. Matka Jakuba ukrywała ciążę. Kiedy jej syn przyszedł
na świat 28 lutego 1943 r., błagała Emilię, aby uratowała
go z getta. "Pani mówiła, że wierzy w Jezusa, przecież
on był Żydem, więc niech pani ratuje to żydowskie niemowlę
w imię tego Żyda, w którego pani wierzy. A jak ten mały wyrośnie,
zobaczy pani, będzie księdzem". I tak polska rodzina
przyjęła do siebie żydowskie dziecko.
Jakub dorastał otoczony rodzinnym ciepłem
i miłością, ale nie miał lekkiego życia. Nie wyglądał jak
polskie dziecko. Miał kruczoczarne włosy i niesłowiańskie
rysy, wiele razy przezywano go na ulicy "żydowskim bajstrukiem",
w szkole wołali na niego "żyd". Rodzice zawsze brali
go w obronę. Ksiądz mówi dziś: - Nigdy nie chciałem być Żydem,
od innych słyszałem, że Żyd to coś gorszego, dlaczego więc
miałbym chcieć nim być? Kilka razy żądałem od matki (mój ojciec
wcześnie zmarł), aby opowiedziała mi prawdę. Matka odpowiadała:
- Jesteś moim dzieckiem, kocham cię i nie przejmuj się tym,
co wygadują ci głupi pijacy na ulicy.
Po zrobieniu doktoratu Jakub został
wykładowcą na Wydziale Filozofii Katolickiego Uniwersytetu
Lubelskiego. Kiedy dowiedział się, że jest Żydem, do nazwiska
Waszkinel dodał żydowskie nazwisko rodowe Weksler, a na szyi
nosi krzyż w gwieździe Dawida. W artykułach i książkach zwalcza
tezę, jakoby Żydzi byli winni śmierci Jezusa, oraz sprzeciwia
się ich odrzuceniu przez katolicyzm. Nawołuje do pojednania
i dialogu. Ta praca to jego największe powołanie.
Od kilku lat ksiądz spędza każde letnie
wakacje w Paryżu. Kardynał Jean-Marie Lustiger, arcybiskup
Paryża i jeden z najznamienitszych patriarchów Kościoła, również
ma polsko-żydowskie korzenie i też jako dziecko został ocalony
z holokaustu. Także jego matka zmarła w Oświęcimiu. Otworzył
specjalną kaplicę w dzielnicy prostytutek, gejów i ludzi zarażonych
AIDS, których spowiednikiem jest Jakub Romuald Weksler-Waszkinel.
Historia Martina Bormanna jest mniej
dramatyczna, ale nie brak w niej cierpienia. To ciągłe poszukiwanie
wyjścia z traumy wywołanej wstydem, że jest się synem mordercy.
Ciąży na nim emocjonalny związek z rodzicem, ale jak mówi
w filmie: "Nie mogę wyrzec się ojca". Nie pozwala
mu na to jego wiara. "Nie wybieramy sobie rodziców"
- mówi podczas wspólnej z Jakubem Romualdem Wekslerem-Waszkinelem
rozmowy z młodymi ludźmi przy komorze gazowej w Oświęcimiu.
W Niemczech wielu potomków wysoko postawionych
nazistów nie poradziło sobie psychicznie ze swoją sytuacją
i musiało otrzymać pomoc terapeutyczną. Martin Bormann doznał
szoku, kiedy w wieku szesnastu lat dowiedział się, że jego
ojciec, szef NSDAP, został zaocznie skazany na karę śmierci
za zbrodnie przeciw ludzkości. Wie, że jego ojciec był jednym
z najbardziej bezwzględnych przywódców III Rzeszy, ale pamięta
go jako czułego i troskliwego rodzica.
Po klęsce nazistów Martin Bormann junior
ukrywał się przez dwa lata. Zatrzymany przez Amerykanów, wyszedł
z aresztu po interwencji Zgromadzenia Braci Serca Jezusowego.
Po otrzymaniu święceń kapłańskich wyjechał jako misjonarz
do Konga, aby pomagać ubogim i chorym. Po powrocie do Niemiec
na początku lat 70. zaczął pracować jako nauczyciel religii
i duszpasterz. Zaangażował się w sprawę niemiecko-żydowskiego
pojednania oraz w prace Grupy Dialogowej Dzieci Sprawców i
Ofiar (Dialoggruppe T?terkinder-Opferkinder).
Tak jak dla Martina Bormanna istotna
jest kwestia odpowiedzialności ojca za zbrodnie nazizmu oraz
pytanie, czy Boże miłosierdzie ocali go przed wiecznym potępieniem,
tak dla Jakuba Romualda Wekslera-Waszkinela ważna jest odpowiedzialność
całej "chrześcijańskiej Europy" za holokaust. -
Do jakiego Boga modlili się ludzie podczas wojny - chrześcijanie,
katolicy i protestanci - kiedy mordowano miliony? - pyta,
ale nie otrzymuje odpowiedzi. Bo to bolesne pytanie. Europa
odwróciła się do Żydów podczas holokaustu, a dziś antysemityzm
w Europie rośnie w siłę.
Jakub urodził się w 1943 roku i mając
miesiąc został oddany swoim przybranym polskim rodzicom. Również
w zimie 1943 roku odbyło się przyjęcie noworoczne u Adolfa
Hitlera, gdzie 13-letni Martin bawił się z innymi dziećmi
wysokich rangą nazistów. "Co ja robiłem w roku 1943"
- myślę, ponownie oglądając film.
W 1943 r. miałem trzy lata i byłem
na Syberii. Moja matka opowiadała mi, jak wskoczyła do ostatniego
wagonu ostatniego transportu z Charkowa na Syberię, kiedy
Niemcy byli tylko siedem kilometrów od miasta. Pracowała jako
sekretarka w obronie cywilnej i zdążyła wyjść z biura, porwać
mnie na ręce, złapać kilka fotografii i pobiec na stację,
wskoczyć do odjeżdżającego pociągu. Ojciec zginął w 1941 r.
z rąk Niemców gdzieś na froncie. Miałem wtedy rok.
W 1945 r. zostałem adoptowany przez
Grzegorza Kantora, który cudem ocalał z holokaustu. Wzięty
pod Modlinem do niewoli, jako podoficer wojska polskiego uważał,
że uratował się tylko dlatego, iż w otoczonej przez Niemców
jednostce na godzinę przed wzięciem do niewoli znalazł dziesięciu
Żydów, którzy pomodlili się w stronę Jerozolimy. Mój przybrany
ojciec uciekł z niewoli niemieckiej razem z polskim kolegą
i przedostał się do Rosji. Na Syberii spotkał moją matkę,
pracowali razem w fabryce czołgów. Cała jego rodzina została
zgładzona w getcie w Kołomyi. Nigdy nie chciał o tym mówić,
a ja wiedziałem, że nie wolno mi pytać. Codziennie po pracy
w małej fabryczce mebli w Strzegomiu na Dolnym Śląsku modlił
się i czytał Biblię. Dziwiło mnie jednak, że nigdy nie powiedział
złego słowa o Niemcach. Zanim zmarł w Sztokholmie, powiedział
mi, że wojna była nieszczęściem w historii Europy. - Aż do
"nocy kryształowej" żyliśmy z Niemcami w Galicji
w harmonii i wzajemnym zrozumieniu, i mieliśmy z nimi bardzo
dobre relacje, zanim ten szaleniec Hitler objął władzę.
Głęboko żałuję, że nie upierałem się,
by poznać więcej szczegółów z jego życia. Ale to typowe dla
pokolenia dzieci holokaustu - tak mało wiemy o naszych rodzicach...
Wysyłam faksem list do Martina Bormanna,
a on dzwoni do mnie do Sztokholmu, żeby ustalić program swojej
wizyty. Ta rozmowa przypomina mi obraz małego niemieckiego
miasteczka Strzegom na Dolnym Śląsku w roku 1946, dokąd dotarłem
wraz z matką i ojcem po trzytygodniowej podróży pociągiem
z Rosji. Dziesięć kilometrów od miasta znajdowało się to,
co do niedawna było niemieckim obozem koncentracyjnym Gross-Rosen.
Połowa miasta leżała w ruinach, ale kasztany kwitły przepięknie.
Niemiecka ludność cywilna opuszczała
miasto. My, dzieci, staliśmy i patrzyliśmy, jak z dwudziestoma
dozwolonymi kilogramami dobytku maszerowali na stację kolejową,
oddając naszym rodzicom klucze do mieszkań. Zadziwiająco czystych
i wysprzątanych, mimo że wojna dopiero co się skończyła.
W mieście pozostało tylko kilkoro Niemców,
głównie ci, którzy nie mogli wyjechać; wśród nich Lucia Videra
z dwiema córkami. Pamiętam, jak ktoś opowiadał, że zwariowała,
kiedy dowiedziała się, że jej mąż poległ na froncie rosyjskim.
Przez cały rok chodziła w starym futrze, przerażona i niezrozumiale
mamrocząca pod nosem. Zarabiała na życie, szorując podłogi
u innych rodzin i zbierała wszystkie jadalne rzeczy, które
wpadły jej w ręce: ziemniaki, ogryzki jabłek i resztki pieczywa.
Córki wstydziły się jej. Przez wszystkie moje dziecięce lata
w Strzegomiu nigdy nie odważyły się do nas podejść, by się
pobawić albo porozmawiać. Obserwowały nas z daleka. Gdyby
można było nadrobić ten miniony czas... Dziś z pewnością podszedłbym
do nich, mówiąc: - Chodźcie do nas, razem się pobawimy, porozmawiamy.
Z pewnością mógłbym też objąć te dwie dziewczynki.
Po spotkaniu w Oświęcimiu Martin Bormann
objął Jakuba Romualda Wekslera-Waszkinela.
W kwietniu 2003 roku spotkałem się
z Jakubem Romualdem Wekslerem-Waszkinelem w nowo wyremontowanym
hotelu w centrum Lublina. Jedną trzecią mieszkańców tego miasta
stanowili kiedyś Żydzi; przed wojną było ich tu 43 tysiące,
siedem synagog, kilkanaście domów modlitwy, żydowski teatr,
liczne żydowskie księgarnie i biblioteki. Dziś nie ma tu już
nikogo z żydowskiego świata.
Dwa dni później miałem wziąć udział
w emitowanym przez TVP 2 programie "Śladami pamięci",
by z okazji uroczystych obchodów 60. rocznicy powstania w
getcie warszawskim opowiedzieć milionom telewidzów o holokauście.
Zapytałem więc księdza Jakuba, co powiedzieć, aby oddać hołd
tak szlachetnym ludziom, jak jego przybrani rodzice czy mieszkająca
dzisiaj w Warszawie 93-letnia Irena Sendler, która z warszawskiego
getta uratowała z kilkoma koleżankami dwa i pół tysiąca żydowskich
dzieci, jednocześnie nie przemilczając prawdy o tym, że Polacy,
podobnie jak większość Europejczyków, biernie obserwowali
holokaust. - Proszę mówić o tym, co dobre i złe, i pominąć
politykę - odpowiada Jakub Romuald Weksler-Waszkinel. Przyjąłem
jego radę. Pożegnaliśmy się i umówiliśmy na następne spotkanie
z Martinem Bormannem w maju tego roku w Sztokholmie.-
|