|
Kiedy mówimy o Bogu, nie o Bogu
mówimy
Tygodnik Powszechny,
14 marca 2004
Debata o "Pasji"
Mela Gibsona. Z Agnieszką Holland, ks. Adamem Bonieckim, Stanisławem
Krajewskim i Władysławem Stróżewskim rozmawia Piotr Mucharski
3 marca 2004 roku, po przedpremierowym
pokazie "Pasji" w krakowskim kinie Kijów, odbyła
się debata o filmie z udziałem reżyserki Agnieszki Holland,
naczelnego "TP" ks. Adama Bonieckiego, współprzewodniczącego
Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów Stanisława Krajewskiego
i filozofa Władysława Stróżewskiego. Oto jej zapis.
Piotr Mucharski: -
Czy film Mela Gibsona rzeczywiście - jak napisała w ostatnim
numerze "TP" Joanna Petry-Mroczkowska - przywraca
wagę i ciężar krzyża?
Ks. Adam Boniecki:
- Trudno zaprzeczyć, że wypowiadane czasem bezmyślnie słowa
"ukrzyżowan, umarł i pogrzebion, umęczon pod Ponckim
Piłatem" dla tych, którzy widzieli film, będą znaczyły
coś bardzo konkretnego. Z drugiej strony nie da się ukryć,
że na pierwszy plan wysuwa się okropność tortur. Można wyciągnąć
wniosek, że właśnie na tym polega tajemnica wiary, tajemnica
śmierci Chrystusa, Syna Bożego. A ciężar i wyjątkowość Chrystusowego
krzyża nie polega na tym, że to były największe tortury. W
tamtym czasie krzyżowano tysiące ludzi. Jezus umarł szybko,
inni umierali na krzyżu parę dni, co było torturą jeszcze
straszniejszą.
AGNIESZKA HOLLAND:
- Po obejrzeniu jego wcześniejszych filmów nie miałam artystycznego
zaufania do Mela Gibsona. Poglądy religijne reżysera też mi
się nie podobają: jest on tzw. tradycjonalistą, odrzucającym
Sobór Watykański II. Ma ojca, który jest z kolei negacjonistą:
twierdzi publicznie, że Holocaust właściwie nie miał miejsca.
W związku z tym cała otoczka "Pasji" nie budziła mojego zaufania.
Ale mówiąc szczerze nie spodziewałam się, że to będzie aż
tak straszne.
Film ma złą energię. Nie chodzi o to, że jest kiczem, bo
w końcu kicze powstają ciągle i kiczowatych jest bardzo wiele
religijnych dzieł sztuki. Niebezpieczeństwo polega na tym,
że "Pasja" otwiera jakąś otchłań przemocy, nieporozumienia,
gwałtu, odległych - w moim pojęciu - od tego, co jest treścią
Ewangelii. A w kontekście fundamentalizmów, które zaczynają
władać światem, może stać się zaczynem czegoś znacznie straszniejszego,
niż możemy to sobie dzisiaj wyobrazić. Jeżeli film będzie
miał takie znaczenie, jak na to wygląda (w sensie skali odbioru
i identyfikacji z nim bardzo wielu grup chrześcijan), może
oznaczać powrót do najciemniejszych czasów i klęskę dwóch
tysięcy lat nauki Chrystusa. Ja u Gibsona nauki Chrystusa
nie zobaczyłam. Zobaczyłam natomiast bezinteresowne, bezmyślne
okrucieństwo. Zobaczyłam Chrystusa nie jako człowieka, który
daje miłość, wiarę i nadzieję, ale jako jakiś potworny, skrwawiony
strzęp. I zobaczyłam straszną nienawiść do Żydów. W moim pojęciu
"Pasja" ma tyle wspólnego z Ewangelią, ile Osama ben Laden
z Koranem.
- Wiara, nadzieja, miłość - czy Pan Profesor znalazł je w
filmie Mela Gibsona?
WŁADYSŁAW STRÓŻEWSKI: - W minimalnym stopniu. Ucieszyłem się,
gdy po tych wszystkich krwawych obrazach usłyszałem wreszcie,
że Chrystus mówi o miłości i o przebaczeniu, że przynajmniej
migawkowo pokazano Kazanie na Górze (wielka szkoda, że tylko
tyle) i kawałeczek Ostatniej Wieczerzy. Kilka udanych scen
sugerowało coś, co w nauce Chrystusa było najważniejsze. Zwłaszcza
retrospekcje. Bardzo dobra scena z Matką Boską i dzieckiem.
Scena z przebaczeniem jawnogrzesznicy. Bardzo wzruszający
moment, w którym zostały zbliżone do siebie dwie twarze -
twarz Chrystusa i twarz Szymona Cyrenejczyka. To było współcierpienie
Boga-Człowieka i człowieka.
Natomiast również byłem przerażony okrucieństwem. Do tej
pory pewne rzeczy tłumaczyłem sobie inaczej. W skazaniu Chrystusa
na śmierć widziałem przede wszystkim ogromny tragizm. Przecież
arcykapłan miał swoje racje, gdy skazywał Chrystusa. To, co
słyszał, było naprawdę bluźnierstwem z punktu widzenia tego,
w co wierzył i czego był strażnikiem. Nie mógł postąpić inaczej.
Ale u Gibsona arcykapłan nie zadowolił się samym wyrokiem,
tylko delektował się torturami Jezusa. Zupełnie nie wiem,
dlaczego. Podobnie nie wiem, dlaczego z tak potwornym, bezinteresownym
okrucieństwem bili go rzymscy żołnierze. Żydzi, owszem, mieli
pewną religijną motywację do tego, żeby Chrystusa odrzucić,
ale Rzymianie nie mieli żadnej: to był człowiek obcej religii
i obcej kultury. Tylko Piłat troszkę się zastanawia nad tym,
co się dzieje (abstrahuję od tego, co mówi jego żona - to
ma uzasadnienie w Ewangelii, gdzie ona naprawdę skarży się,
że męczy się w czasie snu i prosi Piłata, żeby uwolnił Skazańca).
Jak powiedział ks. Adam: film uświadamia,
co znaczy: "pod Ponckim Piłatem ukrzyżowan, umarł i pogrzebion".
Te słowa posiadają okrutne desygnaty. Ale autentycznie chrześcijańskiego
przesłania u Gibsona, niestety, nie widzę.
STANISŁAW KRAJEWSKI:
- Ja również dostrzegłem przede wszystkim drastyczność, która
chyba przekroczyła wszystko, co normalnie robi się w filmach.
Nawet krwawe gry komputerowe są umowne, krew jest w nich wyraźnie
teatralna. Tym bardziej sztuka zakłada pewną umowność. Scena,
która się podobała Panu Profesorowi - przebaczenie cudzołożnicy
- jest właśnie umowna, zwiewna, aluzyjna. Natomiast tortury
są pokazane jak najbardziej dosłownie i wytrzymane sekunda
po sekundzie. Tak, to kicz. Ale czy służy on dobrym, czy złym
celom?
- Według Pana może służyć złym celom?
SK: - Oczywiście. Nie
widzę w tym sugestywnym obrazie przedstawienia dramatu dwóch
AB: - Scenariusz filmu nie jest oparty na Ewangelii. Raczej
na wizjach Anny Katarzyny Emmerich, mistyczki z XIX w. Emmerich
podyktowała opis Męki Pańskiej, bardzo "ubogacający" Ewangelię.
Dziesiątki różnych detali Gibson wziął od niej: pytanie Piotra
w Ogrójcu "Co się z Nim dzieje?", zawiadomienie i późniejsza
stała obecność Matki Boskiej, rozmowa Piotra z Maryją, po
tym, jak wyparł się Jezusa, przygotowanie krzyża, zrzucenie
do potoku, Judasz goniony przez szatana... Wizje Emmerich
ociekają krwią, a tymczasem Ewangelia jest powściągliwa. Pierwszy
Kościół nie pokazywał Chrystusa storturowanego, tylko Chrystusa
Zmartwychwstałego, żyjącego. W średniowieczu epatowano torturami
i grozą, ale dzisiejsze chrześcijaństwo wycofuje się z tego,
bo to nie jest przesłanie, które wynika z tajemnicy męki Chrystusa.
Odgrzanie tego wszystkiego przez Gibsona i dodanie (bo tego
nawet Emmerich nie widziała) żałosnego triumfu z sufitem walącym
się na głowy Sanhedrynu, to jest już właściwie wypaczenie
przesłania Ewangelii. Po pierwsze, tajemnicy Odkupienia w
ogóle nie można pokazać w kinie. Po drugie, jeśli już próbować:
chrześcijanie naprawdę nie widzą triumfu Chrystusa w tym,
że kandelabry lecą na głowę kapłanom, ktoś ponosi klęskę,
a ktoś odnosi natychmiastowe zwycięstwo. Dla mnie to dość
grubymi nićmi szyte wypaczenie tego, co na pierwszy rzut oka
wydaje się - jak czytamy w niektórych katolickich pismach
- dokładnym, ścisłym odtworzeniem Ewangelii. Nie jest to ani
dokładne, ani ścisłe, a już w żadnym razie nie w duchu Ewangelii.
SK: - Problem w tym,
że "Pasja" przez miliony ludzi będzie traktowana jako substytut
Ewangelii: zamiast czytać, będzie można się odwołać do filmu..
Gibson sprawia, że widz czuje się świadkiem wydarzeń. Tymczasem
my oczywiście nie wiemy, jak to naprawdę było. Nie ma żadnych
relacji z tamtego czasu, Ewangelie są o kilkadziesiąt lat
późniejsze. Nie wiemy, w jakim stopniu Jezus był problemem
dla kapłanów ani na ile zauważyli Go mieszkańcy Jerozolimy
i co się wtedy działo. Oczywiście wiemy, że to wydarzenie
stało się czymś bardzo ważnym dla późniejszej historii świata,
ale jak naprawdę wyglądało, tego nie wiemy i nigdy nie będziemy
wiedzieć. Geza Vermes pisał w poprzednim numerze "TP", że
z punktu widzenia historyka pewne rzeczy nie mogły się zdarzyć.
Ale większość zwykłych ludzi gotowa jest powiedzieć: no, ale
przecież ja to widziałem, to jest tak, jak bym tam był.
Czy Mel Gibson jest nieświadomym zakładnikiem kultury masowej,
typu kina, które do tej pory uprawiał, współczesnego świata?
AH: - W pewnym sensie
tak. Gibson jest jednym z baronów hollywoodzkiego kiczu. To
go zrobiło sławnym i bogatym, dlatego na jego filmy się chodzi
i dlatego jego filmy dostają Oscary. To, jak skonstruował
ten swój film, jego gust i sposób opowiadania, bierze się
niewątpliwie z pewnej konwencji, którą pompatyczne kino hollywoodzkie
lansuje z dobrym skutkiem finansowym. W tej konwencji mieści
się założenie, że jak jest dobry bohater, to musi też być
zły bohater. Jeżeli Barabasz stanowi opozycję Chrystusa, to
nie ma oka, nie ma zębów, uśmiecha się straszliwie i jest
właściwie figurą z filmów rysunkowych. Podobnie Kajfasz: przy
każdym ciosie, który spada na Chrystusa, zaciera ręce i ślini
się z zachwytu.
Gdyby to była tylko sprawa kina, rozmawialibyśmy
o tym, czy film jest bardziej czy mniej udany. Ale wszyscy
wiemy, że za tym stoją dwa tysiące lat historii, cały stosunek
Europy chrześcijańskiej do Żydów, a ostatecznie - pogromy
i Holocaust. W moim pojęciu te dwa tysiące lat było jakoś
rewidowane przez słowa i czyny Kościoła w ciągu ostatnich
50-60 lat. Obawiam się, że taki fakt socjologiczny (bo ten
film jest faktem socjologicznym) może te 50 lat zanegować.
I o tym warto rozmawiać, bo przecież nie o tym, czy Gibson
jest zdolnym reżyserem, albo w jakim stopniu jest wierny takiemu
czy innemu fragmentowi Ewangelii. On w końcu nie napisał,
że to jest Ewangelia, on napisał "scenariusz: Mel Gibson".
Choć mówił również, że dyktował mu to Duch Święty...
W Stanach Zjednoczonych wejście filmu zbiega się z rechrystianizacją
Ameryki. Nie ma ona wiele wspólnego z katolicyzmem, bo rzymscy
katolicy mają złą prasę na skutek nieszczęśliwych afer księży-pedofilów.
Natomiast coraz większym znaczeniem cieszą się tzw. New Born
Christians, do których należy m.in. prezydent Bush, a którzy
związani są z różnymi Kościołami protestanckimi. To oni właśnie,
łącznie ze słynnym kaznodzieją telewizyjnym, przyjacielem
Busha, Billym Grahamem, nie tylko okrzyknęli film Gibsona
wielką szansą ewangelizacji, ale również załatwili mu bezpłatną,
niebywałą zupełnie promocję. Przecież Gibson nie wydał prawie
nic na marketing i w pierwszym tygodniu pokazywania w Stanach
zarobił kilkanaście milionów dolarów. Nie przypadkiem w filmie
nie ma sceny wygnania przekupniów ze świątyni: w kontekście
jego powodzenia byłaby niesmaczna.
WS: - Zastanawiam się,
czy myśmy nie zatracili estetycznej i moralnej wrażliwości
na pewne zjawiska, wrażliwości na wartości. Gibson-chrześcijanin
chce nas do jakichś wartości przekonać, ale czy musi to robić
tak łopatologicznie? Być może potwory w rzymskich uniformach
są porównywalne z katami z obozów koncentracyjnych czy więzień
ubowskich, ale czy rzeczywiście musi być tak, że jeżeli chce
się pokazać zło, to już nie można niczego przemilczeć, niczego
dać do myślenia, tylko wszystko tak bezwzględnie wyciągać
na wierzch?
- Może Gibson po prostu pokazał, że tacy jesteśmy? Kiedy
dają nam w ręce pejcz i człowieka, z którym możemy zrobić
wszystko, pękają hamulce i okazujemy się zdolni do czynów
niewyobrażalnie okrutnych.
WS: - Ale dlaczego
nie pokazano ani jednego Rzymianina, który by się zreflektował?
AH: - Jest paru takich:
Poncjusz Piłat, jego żona... Generalnie Rzymianie od sierżanta
w górę byli w porządku, bez cienia sadyzmu.
To, że sztuka posługuje się czasami środkami niebywale brutalnymi,
jest faktem. Eskalacja tej dosłowności w sztukach plastycznych
i filmowych w ostatnim półwieczu powoduje, że granica przesuwa
się coraz bardziej. Zastanawiam się, do jakiego stopnia związane
to jest z doświadczeniami ludzkości (masakry II wojny światowej,
potem w Ruandzie, Kambodży, na Bałkanach), a z drugiej strony
- z całym plastikiem sztuki masowej, która zakłamuje prawdę
okrucieństwa i cierpienia. To wszystko mogło spowodować, że
Gibson powiedział: wyście zapomnieli; cierpienie Chrystusa
zmieniło się w oleodruk, przestało być tak żywe i mocne jak
w sztuce średniowiecznej. Bo przecież jeżeli patrzymy na pasyjną
rzeźbę średniowieczną, to ma ona niebywały zupełnie wyraz
i ekspresję. Podobnie jeżeli słuchamy muzyki pasyjnej czy
uczestniczymy w ludowych pasjach Chrystusa. Ta potrzeba dotknięcia
Jego ran jest bardzo silna. Nie można wszystkiego sprowadzać
do kiczu.
Nie buntuję się więc przeciwko okrucieństwu w sztuce. Buntuję
się, bo nie ma w filmie piękna chrześcijaństwa, jego wielkiej
siły miłości i odkupienia. Został tylko strzęp głębokiej,
spójnej i wspaniałej filozofii i religii Chrystusa.
SK: - Nie czułbym się
dobrze, gdyby ktoś mnie pytał, czy utożsamiam się z filmowym
Chrystusem czy z żydowskimi kapłanami. Bo ja się oczywiście
utożsamiam z cierpiącym Jezusem, nie utożsamiam się natomiast
- jako Żyd - z Jezusem, która ma status nadludzki. Jeśli zaś
chodzi o przedstawienie kapłanów: nie wydaje mi się ono adekwatne.
Chociaż przyznaję, że nie wiem, jak Sanhedryn wtedy funkcjonował.
Jeszcze stosunkowo do niedawna kara śmierci była traktowana
jako naturalna konsekwencja bluźnierstwa czy herezji. Św.
Tomasz z Akwinu powiedział, że o ile fałszerzy pieniędzy słusznie
karze się śmiercią, to fałszowanie wiary jest czymś znacznie
gorszym, więc heretyków należy karać tym bardziej. Naszej
współczesnej wrażliwości to się nie podoba, co nie znaczy,
że możemy przestać poważać Tomasza z Akwinu. Podobnie jest
z Sanhedrynem: są powody, żeby szanować tych ludzi za to,
co robili. Istnieją relacje w żydowskiej tradycji, mówiące,
że Sanhedryn, który w ciągu 70 lat skazał kogoś na śmierć,
jest Krwawym Sanhedrynem. Rabini Akiba i Tarfu, najwybitniejsze
postaci owego czasu i współtwórcy całej późniejszej tradycji
żydowskiej, mówią, że gdyby oni byli w Sanhedrynie, to by
nigdy nikogo nie skazali na śmierć. Tak więc tradycja funkcjonowania
Sanhedrynu ma się nijak do tego, co przedstawiono w filmie.
- Wydaje się, że "Pasję" zaakceptował polski Kościół.
Biskupi mówią, że to "lektura obowiązkowa", tekst
polski konsultowali bibliści...
AB: - Sformułowania
typu "rekolekcje z Gibsonem" i propozycja traktowania filmu
jako przeżycia religijnego szalenie mnie niepokoją. Załóżmy
nawet, że jest to wierne odtworzenie męki Chrystusa. Oglądanie
w wygodnym fotelu, w ciemnościach, cierpienia Zbawiciela jest
bardzo podejrzanym rodzajem przeżycia religijnego. Dodajmy
- mamy do czynienia z tajemnicą, której na taśmie filmowej
nie da się pokazać dosłownie.
O drugim bardzo ważnym elemencie mówiła
pani Agnieszka. Kościół przez dwa tysiące lat zastanawiał
się nad tymi tekstami, a zwieńczeniem tej refleksji był Sobór.
Nie wiem, czy Gibsonowi towarzyszył Duch Święty, ale wierzę,
że Kościołowi towarzyszy i że to On doprowadził do stwierdzenia
"Pan Bóg jest wierny przymierzu ze swoim narodem". Nie
można powiedzieć: my jesteśmy nowym Izraelem, a tamten został
odrzucony.
I jeszcze jedno. Znamy psychologicznie dość podejrzaną, ukrytą
w człowieku chęć oglądania tortur. Dlaczego, jeżeli kogoś
przejedzie samochód, ludzie stoją i gapią się zafascynowani
na krew, na obciętą nogę (mówię, co widziałem na własne oczy
kiedyś w Warszawie)? Jest jakaś bardziej lub mniej ukryta
potrzeba sadystycznych, a zarazem bezpiecznych obserwacji,
która daje o sobie znać także przy tym filmie.
- Kard. Lustiger powiedział a propos "Pasji", że
jest przeciwny teatralizacji Męki Pańskiej, a już szczególnie
przeciwny robieniu z niej celuloidowej historii. Czy w ogóle
przeżycie religijne jest w kinie możliwe?
AH: - Doświadczyłam
tego wielokrotnie. Myślę, że tego typu przeżyć dostarczają
filmy Dreyera, który był protestantem, filmy Bressona, który
bezpośrednio o religii nie mówił, filmy Tarkowskiego, wyznawcy
prawosławia. Głęboko przeżyłam także opowieść o dziejach Jezusa:
"Ewangelię wg św. Mateusza" Pasoliniego. Katolik Pasolini
był jednocześnie komunistą, homoseksualistą i wielkim prowokatorem,
ale mimo to wydaje mi się bliższy Ewangelii niż Gibson, który
mówi, że jest kolegą Ducha Świętego.
Nie dotyczy to tylko sztuki filmowej. Można czegoś takiego
doświadczyć słuchając Bacha, Pendereckiego czy kolęd. Można
przy "Powrocie syna marnotrawnego" Rembrandta i przy "Kwiatach"
van Gogha. Chodzi o poczucie więzi z jakimś transcendentalnym
przeżyciem, które wykracza poza moje codzienne doświadczenie;
coś, co daje mi poczucie sensu, piękna, miłości. Inaczej o
tym mówią buddyści, inaczej katolicy, inaczej ci, którzy nie
są członkami żadnego Kościoła i nie wierzą w Boga osobowego,
ale którzy
doznają pewnego typu przeżyć metafizycznych. Ja w to wierzę
.
|