|
Od Redaktora Strony
Nasi czlonkowie, przyjaciele
Fundacji i wszyscy ci, którzy dążą do wzajemnego zrozumienia
i pojednania miedzy Chrześcijanami a Żydami, ubolewaja, ze
zbyt wczesnie zmarl Ks. Stanislaw Musial, Czlowiek prawdziwie
wierzacy w idee pojednania i gleboko oddany tym celom.
Fundacja Judaica
Centrum Kultury Żydowskiej
św. p.
Ks. Stanisław Musiał SJ
urodzony 1 maja 1938 w Łososinie
Górnej
zmarł 5 marca 2004 w Krakowie
nasz Przyjaciel, mądry i dobry
Człowiek
autor wielu ważnych tekstów
oddany sprawie pojednania Polaków i Żydów
członek Rady Fundacji Judaica - Centrum Kultury Żydowskiej
odszedł zbyt wcześnie, pozostawiając nas w smutku
Przyjaciele
Ks. Stanisław Musiał - niepokorny
i dobry

ks. Stanisław Musiał
fot. Adam Golec
Rozmowa z ks. Stanisławem Musiałem
Gazeta wyborcza 7 marca 2004
Mam nadzieję, że Kościół XXI
wieku będzie skierowany w stronę ludzi, a nie w stronę walki
o precyzję doktrynalną, i to z wykluczeniami i potępieniami.
Fragment niepublikowanej książki "Kadisz za księdza"
- rozmowy Witolda Beresia i Krzysztofa Burnetki ze zmarłym
w piątek ks. Stanisławem Musiałem
Od autorów wywiadu
Ta książka powstawała długo, a ostatnie
rozdziały zostały zamknięte dość dawno. Ze Staszkiem - jak
chyba wszystkim pozwalał mówić do siebie - poznaliśmy się
15 lat temu. I od razu Go polubiliśmy. Bo choć w "Tygodniku
Powszechnym" rozsądnych i ciekawych duchownych nigdy
nie brakowało, był niezwykły przez swoją pokorę i ogromną
chęć niesienia pomocy innym. Ba, kiedy jeden z nas był w finansowym
dołku, Staszek, który chodził w jednym wytartym swetrze, wyczarował
skądś całkiem pokaźną sumę i wręczając ją, powiedział: "Oddasz,
jak będziesz miał, ale nie mnie, tylko innym potrzebującym
".
Potem w długich rozmowach zaczęła niespodziewanie
powstawać książka, która okazała się tak bardzo ważna dla
nas i dla samego ks. Musiała. "Krzysiu, Witku, zrobiliście
wspaniałą robotę" - pisał do nas skromnie z wakacji,
jakby nie zauważając, że to On decydował o jakości materiału.
I odsyłając kolejne partie autoryzowanego tekstu, proponował
następne etapy pracy.
Ale potem nagle się przestraszył. Czy
zadecydowały recenzje jego przyjaciół, którzy mówili, że tak
poruszających zwierzeń dawno nie czytali? Atmosfera w jego
zakonie, gdzie co rusz był sekowany przez część przełożonych
i odbierano mu prawo głosu? Groźba wysłania go przez władze
kościelne za karę do zapomnianej parafii za wschodnią granicą?
Postawa niektórych biskupów, którzy ostro go napiętnowali,
gdy fragment naszych rozmów ukazał się w "Gazecie Wyborczej"?
Możemy się tylko domyślać. Dość, że Staszek poprosił, by się
wstrzymać z wydaniem książki.
Kilka miesięcy temu po raz ostatni rozmawialiśmy
z nim chwilę na opłatku w "Tygodniku Powszechnym".
- Staszku, łobuzie, zamordujemy cię!
- zażartowaliśmy. - Co z powinnością duchownego, by dawać
świadectwo prawdzie?
- A może wspólnie napiszemy coś innego,
co, chłopcy? - odpowiedział przepraszającym tonem.
- Ale już mamy książkę!
- Wiecie, jak jest - za taką mnie zniszczą.
A dla mnie Kościół i Zakon są wszystkim. Wydacie to po mojej
śmierci.
- Czyli na święty Nigdy?
- Nigdy nie wiadomo, co Pan Bóg planuje
- odpowiedział lekko i dodał: - Ale przyjdźcie jakoś do mnie,
to pogadamy o dalszych planach.
Jak to zwykle okrutnie bywa w życiu,
nie mieliśmy czasu, by wpaść do niego.
Witold Bereś, Krzysztof Burnetko
Zakon: rygor i bunt
Ks. Stanisław Musiał: Od najmłodszych
lat ciągnęło mnie do stanu duchownego. Mama żartowała, że
to dlatego, że się urodziłem w niedzielę, kiedy dzwony biły
akurat na sumę. Co więcej: tamta niedziela to był 1 maja i
pewnie dlatego jestem w głębi duszy socjalistą, trochę naiwnie
wierząc, że autentyczny socjalizm zwycięży.
Witold Bereś, Krzysztof Burnetko:
Czy w nowicjacie panował ostry rygor?
- Niesamowicie. Trzeba było wstać rano
wpół do szóstej, by o szóstej już być na sali. Tu czekały
klęczniki i godzina medytacji na kolanach. Następnie ponadgodzinna
msza święta. Potem, pomijając wszystkie inne czytania religijne
na siedząco i inne dewocje, które robiliśmy tak na półchodząco,
mieliśmy jeszcze różne rachunki sumienia i preksorie, czyli
modlitwy - wszystko też na klęcząco. Kiedyś obliczyłem, że
na klęczkach spędzaliśmy trzy godziny dziennie. Czasami tego
żałuję, ale z drugiej strony może i dobrze, bo co prawda człowiek
tego nie rozumiał i wykonywał ten rytuał trochę wierząc, a
trochę machinalnie - byle nie podpaść, ale w efekcie nie mógł
stać się religijnym fanatykiem.
Po dwóch latach nowicjatu, w 1954 r.,
pojechałem do Krakowa. Przez trzy lata przygotowywałem się
tu do matury. Podlegałem zakonnej dyscyplinie. Wtedy było
przyjęte, że Jezuita odwiedza dom rodzinny dopiero na śmierć
ojca lub matki. Sam pojechałem do domu dopiero po dziesięciu
latach, gdy zaczęła chorować moja mama. Zresztą zezwolono
mi ją odwiedzić na zasadzie wyjątku. A kiedy kilka miesięcy
później dostałem telegram, że mama umiera, to usłyszałem,
że nie mogę jechać na pogrzeb.
Dlaczego zakon zakazywał kontaktów
z rodziną?
- Kiedy w XVI w. powstawali Jezuici,
wstępowali do nich ludzie z rodzin arystokratycznych. Często
wnosili z sobą duże pieniądze, co naturalnie nie podobało
się ich krewnym. Czasem też bogaci kandydaci do zakonu na
wakacjach czy podczas wizyty u rodziny zakochiwali się czy
z innych przyczyn decydowali się pozostać w stanie świeckim.
Dlatego zakon starał się odciąć im kontakty z rodzinami.
Nie miałeś ochoty się zbuntować? Czy
nawet zrezygnować?
- Każdy z nas się czasem buntował. Stale
też kombinowaliśmy: a to, żeby zagrać w piłkę, jak nie było
przełożonych, a to, żeby spotkać się z rówieśnikami z zewnątrz.
Dostawaliśmy za to ciężkie pokuty, bo nie tylko było to nieposłuszeństwo,
ale także często złamanie ślubu milczenia itp. Lecz np. równocześnie,
choć trzymano nas w tak zamkniętym kręgu, to w zasadzie nie
spotkałem się z przypadkami otwartego homoseksualizmu.
Czy to wynik samodyscypliny, strachu
przed grzechem przedstawianym jako ciężki, czy też stosowano
bardziej prozaiczne środki zaradcze?
- Strach przed tym grzechem rzeczywiście
był wielki. Ale działały również techniczne bariery. Problem
sypialni rozwiązano tak: była to gigantyczna sala, a przy
każdym łóżku stał biały parawan. W dzień kotary były odsłonięte,
ale na noc każdy musiał swój parawan szczelnie zasłonić. Do
świtu nie wolno było zza niego wychodzić i się odwiedzać.
Za złamanie tego zakazu groziła jedna kara: natychmiastowe
wyrzucenie. Niekiedy prefekt chodził cichutko po tej sali
i podsłuchiwał, co kto robi za kotarą. Podobnie jak podczas
copiątkowego biczowania.
Biczowania?
- Tak, na znak pokuty. Mieliśmy do tego
specjalne przyrządy zwane flagelkami, od łacińskiego flagellare
- biczować. Nie zachowałem tego, a szkoda. Były to plecionki
z takich grubych nici zakończone ciężkim supłem, ale na szczęście
nie żadnymi haczykami czy metalowymi kulkami... I w każdy
piątek rozebrani do pasa odmawialiśmy Miserere, czyli Psalm
50, pokutny, i się biczowaliśmy. A jeden z nowicjuszy wybrany
na przewodniczącego obrzędu co jakiś czas zapowiadał po łacinie
intencję biczowania: że na chwałę Pana Boga i Matki Najświętszej,
że za to, za tamto...
Za oszustwo groziła sroga kara - z wyrzuceniem
z zakonu włącznie. Człowiek się więc biczował na to gołe ciało,
ale znowu kombinowaliśmy i nie przesadzaliśmy z siłą uderzeń,
by się bić aż do krwi. Tutaj już nie mieliśmy skrupułów.
Jan Paweł II i Starsi Bracia
w wierze
Który moment można uznać za przełomowy
w stosunkach Kościoła z judaizmem?
- Wizytę Jana Pawła II w synagodze rzymskiej
w 1986 r.
Komentatorzy nazwali ją "najdłuższą
podróżą na najkrótszą odległość".
- To był przełom mentalny. A później
nastąpił przełom polityczny, czyli nawiązanie stosunków dyplomatycznych
Stolicy Apostolskiej z Izraelem - fakt tym większej wagi,
że zarówno Izrael, jak Watykan nie są tworami o wymiarze czysto
świeckim. W obu przypadkach chodzi o państwa, ale specyficzne
- bo dotykające sfery religii. Dla Żydów bowiem państwo Izrael
ma znaczenie również teologiczne: traktują je jako otrzymany
po wiekach rozproszenia dar od Boga.
Równocześnie zresztą oznaczało to obalenie
krążącej wśród chrześcijan, a nadzwyczaj szkodliwej dla stosunków
z Żydami tezy o wiecznej karze, na jaką Bóg skazał naród żydowski.
Gdy Stolica Apostolska uznaje państwo Izrael, takie myślenie
musi stracić rację bytu. Zwłaszcza że tak naprawdę przeszkodą
w nawiązaniu kontaktów między Watykanem a Tel Awiwem nie były
wcale różnice polityczne, lecz właśnie drażliwe kwestie teologiczne
- dotykające problemu Bożej opatrzności i sądów Boskich w
historii.
Trzecim punktem było jasne powiedzenie,
że Shoah był zbrodnią niepowtarzalną w dziejach ludzkości.
Myśl tę można wielekroć znaleźć w tekstach Papieża. Naturalnie
można mu zarzucać, że ciągle się wzbrania przed uznaniem,
iż u źródeł Shoah leży też po części chrześcijaństwo. Ale
Jan Paweł II przynajmniej stawia takie pytanie - także publicznie.
Ostatnim wielkim krokiem jest wizyta
Papieża w Izraelu wiosną 2000 r. Ona zrobiła na Żydach wielkie
wrażenie, choć naturalnie byli i sceptycy. Gdy parę tygodni
później byłem w Ziemi Świętej i rozmawiałem o Papieżu z różnymi
ludźmi, to wszyscy wspominali, jak byli wzruszeni.
Naturalnie można zapytać, czy gdyby
Papież był młodszy, to Żydzi tak samo by reagowali. Także
słowa Papieża pewnie nie miałyby takiego rezonansu. Żydów
ujęło przecież także to, że ten schorowany, ledwo chodzący
człowiek przezwyciężył swą słabość, by do nich przyjechać.
Rozczuliła ich ta aura starego człowieka, który nie ma już
powodu grać czy wykonywać jedynie politycznych gestów. Można
się z nim nie zgadzać, można go krytykować, ale jedno jest
pewne: trzeba go szanować, bo on autentycznie wierzy w to,
co mówi i co robi. On nie udaje.
To dlatego nawet sceptyczni wobec Papieża
Izraelczycy uważnie śledzili tę wizytę. Zgodnie podkreślali
też znaczenie jej trzech punktów. Pierwszym była msza z młodzieżą
- bo taka pogodna, pełna nadziei. Ale jeszcze ważniejsze było
to, że w Yad Vashem Papież nie mówił, tylko milczał. Słowa
nigdy by nie wyraziły, co trzeba, a w milczeniu można zawrzeć
wszystko: i pamięć, i żal, i skruchę. Kluczowym obrazem był
też Papież wkładający kartkę z modlitwą w Ścianę Płaczu. Przecież
to czysto żydowski obrzęd religijny. Nawiązując do niego,
Jan Paweł II nie tylko dał świadectwo szacunku dla judaizmu,
ale przyznał, że także modlitwa Żydów ma wagę przed Bogiem.
Krytycy zarzucają Papieżowi, że przeprosił
nie za winy Kościoła, ale za winy ludzi Kościoła.
- Rzeczywiście, to nielogiczne. Jeśli
mowa o zasługach, to przypisujemy je całemu chrześcijaństwu
i Kościołowi jako takiemu. Jeśli np. przytaczamy swoje zasługi
w obronie ubogich, to bez skrupułów podkreślamy: Kościół zawsze
wspierał ubogich. Nikt nie zastrzega: to nie Kościół, ale
jedynie niektórzy chrześcijanie bronili ubogich. Tymczasem
jak mowa o winach, to obarczamy nimi nie chrześcijaństwo i
Kościół, lecz tylko poszczególnych ludzi, "synów i córki
Kościoła", jak ujmuje to Papież.
Papież swoje, lud swoje
Jak to się dzieje, że w Polsce - gdzie
wszyscy zapewniają, że kochają Papieża, gdzie tak często się
go cytuje - jego nauczanie w sprawach żydowskich jest odrzucane
lub co najmniej pomijane, i to nie tylko przez świeckich,
ale i przez duchownych?
- Mechanizm jest dość prosty. Większość
uważa, że Papież ze względu na urząd, jaki zajmuje, musi przyjmować
Żydów, spotykać się z nimi czy czasem nawet skierować do nich
cieplejsze słowa. Ale tak w duchu, sądzi sobie ta większość,
to Papież myśli jak my. Tym bardziej że ludzie wiedzą, iż
poprzedni papieże żyli zamknięci w Watykanie, nie podróżowali,
można ich było zobaczyć tylko podczas wielkich ceremonii,
a nie - jak dziś - co tydzień w środę bądź nawet - jak podczas
pielgrzymek - codziennie. Także polityków papieże przyjmowali
dużo rzadziej i nie było to tak nagłaśniane jak obecnie.
Gdy zatem teraz widzą, że Papież przyjmuje
wszystkich: wierzących, niewierzących, buddystów, muzułmanów,
polityków najrozmaitszej orientacji - lewicowej, prawicowej,
a nawet dyktatorów i zbrodniarzy w rodzaju Castro - to dochodzą
do wniosku, że widocznie tak być musi. Przecież on nawet ich
nie nawraca: rozmawiają, podają sobie ręce i się grzecznie
rozchodzą. Widać Papież spotyka się z różnymi ludźmi, bo tak
mu nakazuje jego stanowisko. Potem jest to przenoszone także
na Żydów.
Antysemityzm polskich katolików
Czy nie jest tak, że nasze społeczeństwo,
inaczej niż inni Europejczycy, w tym także Niemcy, po dziś
dzień nie przeżyło do końca tragedii Żydów, a zatem do końca
nie pojęło sensu Holocaustu? Że go bagatelizuje? Andrzej Szczypiorski
zauważył kiedyś, że Żydzi mogą sobie pozwolić na to, by o
Zagładzie zapomnieć, ale chrześcijanom nie wolno. Tymczasem
Polska pełna jest śladów kultury żydowskiej, których zdecydowana
większość Polaków nie zauważa. I nic dziwnego, że Hanna Krall
dramatycznie pyta: "Czemu nikomu nie żal?"
- Tak. Znaczna część obywateli polskich
zostaje [przez hitlerowców] skazana na śmierć, a reszta współobywateli
- nawet jeśli dostrzega tę tragedię - nie uznaje jej za swoją.
A w zasadzie niewiele pomaga. Owszem, mamy Żegotę, ale to
niewielka organizacja. Rząd londyński też sprawę tę traktuje
ubocznie. Ale jak pomagać z pełnym zaangażowaniem, skoro Żydzi
są kimś obcym, chociaż są obywatelami polskimi?
Ba, w Polsce powojennej też się myśli
o Żydach jako o problemie. Nawet światli intelektualiści mawiają:
to straszliwa tragedia, że ich wymordowano, ale z drugiej
strony i my, i oni mamy szczęście, że już nie będziemy mieszkać
koło siebie.
Stąd Żydzi doskonale na świecie wiedzą,
że byli tutaj niechcianym dzieckiem, niechcianymi współobywatelami.
I tak naprawdę nie to jest decydujące, że myśmy im pomagali
mniej lub bardziej, lecz to, że daliśmy sobie wewnętrznie
jak gdyby przyzwolenie duchowe na zrozumienie Zagłady.
Tak, pamiętać trzeba, że trudno było
Żydów ratować w Polsce chociażby ze względu na język, a w
społeczeństwie przedwojennym sami Żydzi też nie szukali kontaktu.
Nawet Bund, partia czysto socjalistyczna, działała obok polskiego
PPS-u, bo chciała zachować odrębność. Oczywiście za to się
płaci. Ale z drugiej strony ton nadawało społeczeństwo polskie
i władza polska, a Żydzi dzień po dniu musieli wywalczać sobie
prawo do życia w tym kraju.
Kościół nowego wieku
Krytycy Jana Pawła II twierdzą m.in.,
że jego pontyfikat stoi pod znakiem silnego centralizmu. Lecz
może wobec rosnącego w świecie pluralizmu papiestwo musiało
przyjąć rolę urzędu gwarantującego jedność Kościoła i skupić
mocniejszą władzę?
- Może się wydawać, że faktycznie: każdy
katolik powinien się cieszyć z tego, że Ojciec Święty ma tak
silną pozycję w Kościele i w świecie. Lecz w rzeczywistości
ewolucja pozycji papieża w strukturze Kościoła musi budzić
obawy - i to natury teologicznej.
Podstawową zasadą, na której oparta
jest struktura Kościoła, winna być bowiem kolegialność biskupów.
Wzrost siły papiestwa prowadzi zaś do jej zaburzenia. Wybitny
francuski teolog, dominikanin Yves Congar, porównał Kościół
do koła od wozu. Osią miał być papież, szprychami - biskupi,
a obręczą - wszyscy inni wierni. I wszystkie te elementy są
równie ważne: nie ma koła bez osi, lecz także nie ma koła
bez szprych i obręczy. Z teologicznego punktu widzenia podmiotem
struktury władzy w Kościele katolickim są biskupi zebrani
na soborze wraz z papieżem. Sam papież zyskuje taką pozycję
jedynie wtedy, gdy ogłasza dogmat w sprawach wiary lub moralności.
Istotą Kościoła jest zarówno urząd papieski,
jak urząd biskupi, a papież wcale nie ma zawsze dominującej
pozycji. Każdy biskup ordynariusz odpowiedzialny za diecezję,
choć jest mianowany przez papieża, to pochodzi z ustanowienia
Bożego. Tak naprawdę z teologicznego punktu widzenia papież
również jest przede wszystkim biskupem Rzymu i dopiero jako
taki jest głową Kościoła i punktem odniesienia dla jego jedności.
Można się modlić o to, by w III tysiącleciu
chrześcijaństwa papieże byli bardziej biskupami Rzymu, zaś
biskupi ze świata, pozostający z nimi w jedności, przyjeżdżali
do Rzymu uczyć się, jak pasterzować u siebie, i czerpać raczej
przykłady niż dyrektywy, które teraz często otrzymują na piśmie
w postaci wypracowanej przez Kurię. Tak będzie lepiej dla
Kościoła.
Jaki będzie Kościół XXI wieku?
- Będzie - mam nadzieję - Kościołem
skierowanym w stronę ludzi, a nie w stronę doktryny, czyli
walki o precyzję doktrynalną, i to w dodatku z wykluczeniami
i potępieniami.
Jedno wydaje się oczywiste: musi być
to Kościół optymizmu i radości.
-------------------
*Ks. Stanisław Musiał (1938-2004)
- jezuita, w latach 1986-95 sekretarz Komisji Episkopatu Polski
ds. Dialogu z Judaizmem (w 1987 r. odegrał decydującą rolę
w zawarciu porozumienia ze środowiskami żydowskimi w sporze
o lokalizację klasztoru karmelitanek w Oświęcimiu), publicysta,
w latach 1990-91 zastępca redaktora naczelnego "Tygodnika
Powszechnego. W 1997 r. w głośnym artykule "Czarne jest
czarne" apelował, by hierarchia Kościoła zareagowała
na antysemickie wypowiedzi niektórych duchownych - za tekst
dostał Polskiego Pulitzera miesięcznika "Press".
|