|
W królestwie Hansa Franka
JERZY PIEKARCZYK
Przegląd Polski, 24 października 2003
www.dziennik.com/przeglad
"Gdybym chciał ogłaszać plakatami
rozstrzeliwanie każdych siedmiu Polaków, nie starczyłoby lasów
na sporządzanie papieru na te plakaty" - mówił w 1940
roku podczas konferencji prasowej gubernator Hans Frank.
Utworzone kilka miesiecy wczesniej
przez Hitlera Generalne Gubernatorstwo traktowal jak kraj,
ktorego rdzenna ludnosc nalezy wytepic. Prawie pol wieku pozniej
jego syn Niklas, dziennikarz hamburskiego Sterna, po raz pierwszy
zobaczyl w Krakowie zdjecia ze swojego dziecinstwa, na ktore
cieniem polozyla sie postac ojca, "wodza prawa w Rzeszy",
skazanego na smierc w procesie norymberskim. Ksiazka, w ktorej
wykorzystal zdjecia znajdujace sie w Muzeum Historii Fotografii
Krakowskiego Towarzystwa Fotograficznego, stala sie wstrzasajacym
rozrachunkiem syna z ojcem-zbrodniarzem.
- Bardzo zalezalo mu na zdjeciach rodzinnych,
ktorych nigdy nie widzial. To byl dla niego szok - wspomina
spotkanie z Niklasem Frankiem prezes KTF Wladyslaw Klimczak,
ktoremu w latach 80. udalo sie odnalezc w Rzeszowie i Lodzi
prywatne archiwum fotograficzne Hansa Franka oraz rzadu Generalnego
Gubernatorstwa. Zdjecia z tego archiwum wykonal m.in. Kazimierz
Didur, wyksztalcony w Wiedniu fotografik, obdarzony przez
gubernatora zaufaniem, co mu umozliwilo fotograficzne dokumentowanie
zarowno oficjalnych uroczystosci na Wawelu, jak rowniez prywatnego
zycia rodziny wielkorzadcy.
Fotografie, wynoszone skrycie do domu z pracowni w Urzedzie
Propagandy GG kopiowal i przekazywal za posrednictwem kurierow
Armii Krajowej do placowek rzadu RP w Londynie. Wlasnie od
Didura dowiedzial sie prezes Klimczak o powojennych losach
archiwum i miejscu, gdzie nalezy szukac bezcennych zdjec.
Bagaz ciezki jak olow
Bez odwagi Kazimierza Didura nie byloby
w Krakowie tej wystawy, tak samo jak bez determinacji 18-letniego
wowczas Ryszarda Oresa nie znalazlyby sie na niej zdjecia
krakowskiego getta. Odnalezione po wojnie, ukazywaly mlodych
mieszkancow getta, ktorzy mimo opasek na rekawach jeszcze
mieli radosc na twarzach, jeszcze nie wiedzieli, co ich czeka.
Dla wielu byly to ostatnie zdjecia w ich zyciu.
Ci dwaj ludzie mogli w kazdej chwili
pozegnac sie z zyciem; pierwszy - bo wykradal zdjecia, ktore
polecono mu robic, drugi - bo wbrew zakazom zrobil uzytek
z przemyconego do getta aparatu fotograficznego. Dzieki nim
zachowala sie niezwykla dokumentacja lat okupacji, ale prawda
jest rowniez taka, ze tej wystawy nie byloby z czego stworzyc
bez zyczliwosci ludzi, ktorzy uratowali czesc zbiorow KTF,
biorac je do siebie na przechowanie. To bylo na progu lat
90., kiedy eksmitowano Towarzystwo z jego siedziby w Rynku,
gdy kamienica Hetmanska przeszla w rece dawnych wlascicieli.
To tylko niewielka czesc gromadzonych latami zbiorow, ktorych
los jest nieznany, przyszlosc niewiadoma, i nawet nie mozna
powiedziec, w jakim stanie sa dzisiaj.
- Chcialbym doczekac dnia, w ktorym
ten ogrom materialow gromadzonych przez przeszlo szescdziesiat
lat znalazlby swoje godziwe miejsce dla tych, ktorzy przyjda
po nas - mowi Wladyslaw Klimczak. To wlasnie rowniez dzieki
tym zdjeciom Niklas Frank przyjechal do Krakowa raz, potem
drugi, trzeci. Zaproszenie na otwarcie wystawy przyjal. Wlasnie
urodzila mu sie wnuczka, a 75-letni brat Norman walczy ze
smiercia. Rowniez w jego imieniu podczas wystawy Niklas powiedzial:
"Prosze o wybaczenie tego, co Frankowie wam uczynili".
Przepraszal nie tylko za ojca, rowniez za zmarla matke, ktora
do konca zycia nie chciala pogodzic sie z mysla, ze miala
meza-zbrodniarza.
- Ten bagaz rodzinny, tragiczny, przerazajacy,
przechodzi na nastepne pokolenie Jak z tym zyc? - zastanawia
sie prof. Aleksander Skotnicki. - W jakims sensie mu wspolczuje,
bo nawet po rozliczeniu sie z ojcem w ksiazce, on sie nigdy
nie wyzwoli od tej swojej przeszlosci. Niklas Frank, pytany,
z kim chcialby sie jeszcze spotkac w Krakowie, powiedzial:
z tymi ludzmi, ktorzy dokonali nieudanego zamachu na mego
ojca.
Spotkal jednego z nich. 85-letniego
Zygmunta Kaweckiego, emerytowanego profesora Akademii Gorniczo-Hutniczej.
29 lutego 1944 roku bral on udzial w akcji Armii Krajowej
zmierzajacej do wysadzenia pociagu, ktorym do Lwowa podrozowal
Hans Frank.
- Czy nie mysleliscie o tym, aby porwac
dzieci gubernatora? - dopytywal sie Niklas, ktory urodzil
sie w roku wybuchu wojny.
- Nie przyszlo nam to do glowy. Przeciez
nie bylismy terrorystami - odpowiedzial profesor.
Zdjecia wyniesione z getta
- Czasem ktos mnie pyta, dlaczego ja,
kierownik kliniki zajmujacej sie bialaczkami, zajmuje sie
rowniez losem tych fotografii? - mowi prof. Skotnicki. - Bo
mieszkam przeszlo pol wieku w Krakowie, gdzie 60 lat temu
dokonano najwiekszej zbrodni w tysiacletniej historii miasta.
Zginal co czwarty jego mieszkaniec. Dlatego taka wystawa powinna
sie rozrastac i znalezienie dla niej stalego miejsca powinno
byc obowiazkiem wladz. Jestesmy to winni ofiarom barbarzynstwa,
ktore sie przetoczylo przez nasze miasto.
- Patrzac na te zdjecia widzi sie koszmar,
w ktory nie chce sie wierzyc, ale te zdjecia sa, a przez to
stanowia dowod, ze tak bylo - mowi Wladyslaw Klimczak.
Drugim bohaterem tej wystawy jest dr
Ryszard Ores, krakowianin zydowskiego pochodzenia, ktory jako
18-letni sanitariusz przebywal w getcie krakowskim i narazal
wlasne zycie, fotografujac jego mieszkancow. Rowniez te mloda,
martwa dziewczyne, ktora popelnila samobojstwo, nie mogac
zniesc swiadomosci, ze stracila cala rodzine. Zdjecia zakopal
Ores w sloiku na terenie obozu koncentracyjnego w Plaszowie,
gdzie przebywal do stycznia 1945 roku. Potem kolejno trafial
do obozow Auschwitz, Sachsenhausen i Flossenburg, zanim w
stanie krancowego wyczerpania zostal oswobodzony w Dachau
przez armie amerykanska. Wazyl wowczas 32 kg.
Rekonwalescencja w szwajcarskim Davos
trwala wiele miesiecy. Potem studia medyczne w Bernie i powrot
do kraju, z ktorego wyemigrowal za ocean w 1959 r. Zdjecia
z getta odnalazla po wojnie zaprzyjazniona z nim pielegniarka
Irena Keller, ktora pozniej zostala jego zona. Dr Ores wywiozl
je do Stanow Zjednoczonych, gdzie mieszka do dzis. Jego losy
splotly sie jednak z krakowska medycyna poprzez prof. Juliana
Aleksandrowicza, ktory kierowal w getcie szpitalem. Ryszard
Ores zapamietal go jako swego dobroczynce, bo dzieki niemu
ocalal jako jedyny z calej rodziny.
Marsz, w ktorym nie ida tlumy
Dr Ores poprzez Rotary Club wspomagal
wiec zza oceanu III Klinike Chorob Wewnetrznych Akademii Medycznej
w Krakowie, prowadzona przez 30 lat przez prof. Aleksandrowicza,
i byla w tym jakas forma splaty dlugu wdziecznosci zaciagnietego
w getcie, ktora nie skonczyla sie z chwila smierci profesora.
Kiedy powstala Fundacja Profilaktyki i Leczenia Chorob Krwi
im. prof. Juliana Aleksandrowicza, jej filie w Nowym Jorku
zalozyl wlasnie dr Ryszard Ores. Kiedy prof. Skotnicki odwiedzil
go ostatnio w USA, ofiarowal mu ponad 120 ocalalych zdjec
z krakowskiego getta i powiedzial: zrob z tego uzytek.
- On nigdy nie tworzyl podzialu na
Polakow i Zydow, on mowil o zydach i chrzescijanach, bo w
jego przekonaniu Zydzi byli Polakami, mieli polskie paszporty,
byli obywatelami nie tylko tego miasta, ale i tego kraju.
Kto jeszcze dzisiaj potrafi tak dzielic tych ludzi? zastanawia
sie prof. Skotnicki i od razu przypomina mu sie Julian Aleksandrowicz,
ktory tez nie dzielil ludzi wedlug przynaleznosci narodowej
czy religijnej, lecz uwazal, ze dziela sie oni po prostu na
przyzwoitych i nieprzyzwoitych, uczciwych i nieuczciwych,
lekarzy dobrych i zlych, a kazdy inny podzial jest podzialem
wtornym i czesto mylacym.
Rodzine prof. Aleksandrowicza wymordowali
hitlerowcy, jemu udalo sie uciec z getta z zona, synem, i
manuskryptem swojej ksiazki, jedynej wowczas monografii na
temat hematologii. Nie wiedzac, czy przezyje, bo wiekszosc
uciekajacych wtedy kanalami zginela, chcial sie jednak podzielic
swoja wiedza i doswiadczeniem z tymi, ktorzy przyjda po nim.
- Tacy ludzie jak on nie tylko dali
nam wiedze, ale byli wzorem postaw moralnych. Oni wszyscy
tworzyli wielkosc tego miasta - mowi prof. Skotnicki. Mysli
rowniez o swojej babce, ktora zginela w lutym 1945 roku w
obozie Ravensbrück, choc miala 70 lat i niewiele mogla juz
zaszkodzic rozpadajacej sie III Rzeszy. Ale dzis jej drzewko
Sprawiedliwego wsrod Narodow Swiata rosnie w Jerozolimie,
wiec nie jest tak, ze po ludziach zostaje tylko popiol.
Jednego prof. Skotnicki tylko zaluje.
Zal mu, ze w marcu, w rocznice likwidacji krakowskiego getta,
spod apteki Pod Orlem, prowadzonej wtedy przez Tadeusza Pankiewicza,
z blisko milionowego miasta idzie do obozu w Plaszowie w Marszu
Zywych, jakies 100, a moze 150 osob, a isc powinno kilka tysiecy,
bo tym sie wyraza pamiec o tych, ktorzy byli krakowianinami
od kilku pokolen, i ktorych swiat nie byl obcy, tylko inny.
|