|
POLACY - ŻYDZI
Rzeczpospolita, Plus Minus, 21 09
02
Sergiusz Kowalski
Antysemityzm nasz powszedni
pozostaje w rażącej dysproporcji do
ich przemożnej obecności symbolicznej. Znacznie tłumniej niż
ulice polskich miast zaludniają dziś Żydzi zbiorową wyobraźnię
Polaków. Są jak cienie przeszłości, duchy ożywione wysiłkiem
szukającego łatwych wyjaśnień umysłu.
Mówi się, zwykle z najlepszą wiarą,
o potrzebie naprawy stosunków polsko-żydowskich, o dialogu.
Warto zdać sobie sprawę z tego, o czym się mówi. O ile strona
polska jest dobrze zdefiniowana, to ta druga, żydowska, pozostaje
bytem niejasnym, mgławicowym, na poły rzeczywistym, a na poły
zmitologizowanym, nie tyle zbiorem konkretnych ludzi, namacalną
kategorią demograficzną, społeczną, ekonomiczną czy wyznaniową,
co żyjącym własnym życiem wytworem kultury symbolicznej. Z
kim bowiem miałoby się polepszać stosunki, toczyć dialog?
Z Izraelem? Z diasporą na Manhattanie? Z nielicznymi polskimi
Żydami, a jeśli tak, to którymi? Garstką tych "prawdziwych",
kultywujących obrządek i obyczaje przodków, przestrzegających
szabatu i uczęszczających do synagogi, czy może zasymilowanymi
od pokoleń Polakami żydowskiego pochodzenia?
Jednoznacznej odpowiedzi na te pytania
nie znali najwyraźniej autorzy kwestionariusza Centrum Badania
Opinii Społecznej chcący ustalić stosunek Polaków do dwudziestu
pięciu narodowości, skoro w dwóch przypadkach podali podwójne,
precyzujące określenie: Izraelczycy, a w nawiasie Żydzi, a
także Romowie, czyli Cyganie. Określenie "Romowie"
uchodzi za neutralne, ale "Cyganie" jest lepiej
znane. Natomiast wahanie między "Żydami" i "Izraelczykami"
wydaje się znamienne. Dla porządku przytoczmy niektóre wyniki:
w skali od 1 do 7 wygrali Amerykanie (z notą 5,37) przed Francuzami,
Włochami, Anglikami i Szwedami; Izraelczycy-Żydzi zajęli pozycję
siódmą od końca (4,15) przed Białorusinami, Serbami, Rosjanami,
Ukraińcami, Rumunami i na samym końcu Romami-Cyganami (3,28),
tymi, których pieśni tak lubimy.
Badania tego rodzaju są zwodnicze,
bo z założenia mierzą nie tyle uczucia wobec konkretnych osób
innej narodowości, co etniczne stereotypy - co więcej, "wmuszają"
respondentowi myślenie w tych kategoriach. Nie rozumiem, dlaczego
ponawiają raz po raz to badanie skądinąd wybitni socjolodzy
i renomowane ośrodki badania opinii. Jak bowiem można bez
namysłu deklarować przyjaźń bądź antypatię do jakiegokolwiek
narodu en bloc, zwłaszcza mało znanego? Przypadek Żydów jest
szczególny, jedyny w swym rodzaju. O ile stereotypy Niemca
(Drang nach Osten), Czecha (tchórz i piwosz, mówi śmiesznym
językiem), Rosjanina (uraaa! job twoju mat), czy Szkota (archetypowy
skąpiec), acz istnieją, nie pełnią w naszym życiu publicznym
i umysłowym poważniejszej roli, o tyle "Żyd" jest
wszechobecny. Zdumiewa i zakrawa na paradoks kontrast między
powszechnością i intensywnością żydowskiego stereotypu a nikłą
obecnością tych, których miałby on dziś dotyczyć.
Cienie przeszłości
Żydzi realni, owszem, istnieją. W święta
polskie synagogi nie zieją pustką; na fali odrodzenia życia
społecznego po 1989 roku reaktywowano kilkusetosobowe gminy
wyznaniowe, powołano nowe periodyki, a młodzi ludzie (zwykle
z mieszanych rodzin) szukają religijno-kulturalnych korzeni,
o czym świadczą kolejne bar micwy lub, by sięgnąć po inny
przykład, powołanie Polskiej Unii Studentów Żydowskich. Ale
ten ruch ogranicza się raptem do kilku tysięcy osób w blisko
czterdziestomilionowym społeczeństwie. Niewątpliwie znacznie
większą, choć nadal znikomą, grupę stanowią ludzie pochodzenia
żydowskiego, którzy z m.in. racji zasymilowania i świeckiego
wychowania bynajmniej nie garną się do religii ani etnicznej
tradycji; od pokoleń wrośnięci w polską kulturę czują się
- zatem oczywiście są - Polakami.
Mniejszość żydowska w obu rozumieniach
jest jednak mniej liczna od białoruskiej, ukraińskiej czy
niemieckiej, a wyznawców judaizmu jest nieporównanie mniej
od prawosławnych czy ewangelików. Podkreślmy jeszcze raz:
znikoma obecność fizyczna Żydów pozostaje w rażącej dysproporcji
do ich przemożnej obecności symbolicznej. Znacznie tłumniej
niż ulice polskich miast zaludniają dziś Żydzi zbiorową wyobraźnię
Polaków. Są jak cienie przeszłości, duchy ożywione wysiłkiem
szukającego łatwych wyjaśnień umysłu.
Jeszcze przed drugą wojną światową,
epoką pieców, czasem pogardy, hańby, ale i ratujących wiarę
w człowieka rozbłysków heroizmu, zamieszkująca od pokoleń
polskie ziemie wielomilionowa społeczność żydowska stała się
- przy walnym współudziale części katolickiego duchowieństwa
- celem agresywnej propagandy ze strony rosnącej w siłę narodowej
prawicy piętnującej Żydów jako śmiertelne zagrożenie dla katolickiego
narodu, obcy "żywioł" wrogi polskiemu państwu, jego
kulturalnym, politycznym i ekonomicznym interesom, ekspozyturę
światowej masonerii i finansjery, a zarazem piątą kolumnę
bolszewizmu.
Konstrukcja stereotypu
Dzisiejszy stereotyp Żyda - zastępujący
wiedzę i jakże często dostarczający uzasadnień antysemickim
uprzedzeniom - jest anachronicznym, bo pozbawionym żywych
społecznych odniesień, refleksem tamtych czasów, zdeformowaną
pamięcią zbiorową złożoną ze strzępów przekazów rodzinnych,
"wiedzą" skompilowaną z uogólnień, przeinaczeń i
opuszczeń. W PRL nie uczono w szkołach ani nie pisano w prasie
o historii polskich Żydów. Uczono zaś, przykładowo, że w Oświęcimiu
oprócz Polaków ginęli przedstawiciele wszystkich europejskich
nacji, alfabetycznie od Albańczyków po Węgrów, zapominając
jakby, że byli to w przytłaczającej większości polscy i europejscy
Żydzi.
Stereotyp rodem z pism i materiałów
propagandowych przedwojennej radykalnej prawicy uzupełnia
mit "żydokomuny" - teza o rzekomo wrodzonej inklinacji
Żydów do komunizmu i stąd się biorącej ich nadreprezentacji
w Komunistycznej Partii Polski, a potem ochoczej współpracy
ze stalinowskim reżimem. Notoryczną cechą myślenia etnocentrycznego
jest skłonność do uogólnień, zastępowania argumentów historyczno-
-socjologicznych przekonaniami na temat czyjegoś "charakteru
narodowego". W konstrukcji stereotypu nie liczy się to,
że akces do komunizmu (wrogiego z założenia każdej religii
i każdej etnicznej identyfikacji) lub nawet do socjalistów
zgłosił w przedwojennej Polsce znikomy odsetek Żydów, mianowicie
część spośród tych, którzy pragnąc się zasymilować padali
ofiarą ostracyzmu wszędzie poza środowiskami lewicowymi; że
największą szansę przeżycia mieli tacy właśnie Żydzi, a nie
unicestwione w toku zagłady żydowskie masy wyróżniające się
z polskiego otoczenia wyglądem zewnętrznym, strojem, obyczajem,
religią i językiem; wreszcie, że mimo wspomnianej, faktycznej
nadreprezentacji, przecież nie oni przede wszystkim, ani nie
Rosjanie, ale w ogromnej większości rodowici Polacy tworzyli
aparat przemocy i społeczne zaplecze nowego systemu. Główną
funkcją stereotypu żydokomuny jest eksternalizacja zła, przeniesienie
z siebie na "bliskich innych" boleśnie doświadczanej
winy za milczące, a niekiedy i czynne współuczestnictwo w
komunistycznym zniewoleniu. Archetypowym "bliskim innym"
jest oczywiście miejscowy Żyd komunista.
Szkoda wyrządzana Polakom
Trudno nie zauważyć dobrych stron trwającego
od kilkunastu lat renesansu zainteresowania tematyką żydowską.
Najdobitniejszym tego przejawem jest doroczny, dziesiąty już
festiwal kultury żydowskiej na krakowskim Kazimierzu. Po tygodniu
koncertów, promocji, spotkań dyskusyjnych, warsztatów muzyki,
tańca, wycinanek i kuchni żydowskiej odbywa się wielki finał
na ulicy Szerokiej, gdzie parotysięczny tłum bawi się wesoło
do późnej nocy przy dźwiękach zespołów klezmerskich z całego
świata - nie trzeba dodawać, że zdecydowaną większość tej
publiczności stanowią Polacy. Wzrosła znacząco liczba prac
magisterskich i doktorskich dotykających tematów żydowskich,
w księgarniach pojawiły się liczne judaica, a żeby odwołać
się jeszcze do nieco humorystycznego przykładu, kilkanaście
marek "wódki koszernej" było w pewnym okresie łatwiej
dostępne w polskich sklepach monopolowych od tradycyjnej "Wyborowej".
To jedna strona medalu.
Drugą jest przybierający różne formy
antysemityzm: od obfitującej w mimowolnie antyżydowskie zwroty
codziennej polszczyzny (żyd, czyli w gwarze paser, lichwiarz;
żydowska polędwica to ta, która ładnie wygląda, lecz jest
twarda, choćby ją godzinami gotować; żydłaczyć to śmiesznie
kaleczyć język), poprzez antysemicki język subkultury stadionów
(Widzew-Żydzi, cała Polska was się wstydzi), graffiti (Żydzi
do gazu, Żydzi won, Polska dla Polaków), których nikt nie
czuje się w obowiązku usuwać z naszych murów, kazania, katechezy
i wystrój wielkanocnych Grobów, ewokujący tu i ówdzie tradycyjny
obraz Żyda bogobójcy (zlewający się osobliwie z wizerunkiem
Żyda komunisty), po wreszcie operujące rozbudowaną argumentacją
jawnie antysemickie wydawnictwa dostępne w większości kiosków
i salonów z prasą, na ulicznych straganach w centrach miast,
w wielu kościołach i renomowanych księgarniach. Choć przykre,
powtórzmy, nie Żydom wyrządzają one największą szkodę, ale
kulturze życia zbiorowego, samym Polakom i ich dobremu imieniu
w świecie.
Jak powiedzieliśmy, antysemityzm nie
jest skierowany przeciwko Żydom realnym, tylko wyobrażonym.
Nie jest to zresztą wyłącznie polska specyfika, bowiem podobne
paradoksalne zjawisko - antysemityzm (prawie) bez Żydów -
odnotowują badacze we Francji, w Rumunii i na Węgrzech. Paradoks
jest tym większy, że współczesny antysemicki stereotyp mnoży
Żydów ponad wszelkie wyobrażenie. Są literalnie wszędzie:
we władzach państwowych, w bankach, w mediach publicznych
i prywatnych, wśród polityków lewicy i prawicy, ba, w samym
episkopacie rzymskokatolickiego Kościoła. Wszechobecność,
penetrację dowolnych środowisk, umożliwiają im rozwinięte
rzekomo do perfekcji zdolności mimetyczne, w tym np. przybrane
polskie nazwiska i uporczywa odmowa wyjawienia światu swego
żydostwa.
Nieokreśloność "Żyda" jest
w naszej kulturze zjawiskiem zupełnie wyjątkowym. Nie posądza
się wszak nikogo, że jest Francuzem, Czechem, Niemcem, Japończykiem
lub Nigeryjczykiem. Posądza się Żydów - jak mówi Jan Paweł
II, "starszych braci" i jak mówi Pismo, "naród
wybrany". Dodajmy, że samo słowo "Żyd" otoczone
jest aurą dwuznacznej tajemniczości, ambiwalencji związanej
nie tylko z ogółem kulturowych asocjacji, ale nawet samym
brzmieniem.
Wróg, czyli Żyd
Wzorem przedwojennych protoplastów,
dzisiejszy antysemita radykalny rozpoznaje bez najmniejszego
trudu wszechobecnego Żyda: "Często spotykamy osobników
obdarowanych przez naturę oliwkową cerą i charakterystycznymi
rysami. Zdziwienie przychodzi przy bliższym poznaniu, czyli
przy przedstawianiu się. Wtedy padają albo nazwiska dziwaczne,
albo Čtak polskieÇ, że aż dziw bierze. O tym, iż po 1945 roku
bardzo wielu przedstawicieli wyznania handlowego zmieniło
sobie nazwiska - wiemy. [...] A więc nie dziwmy się, gdy ktoś
przedstawi się nam tak, iż z trudem powstrzymujemy śmiech"
("Myśl Polska" z 19 marca 2000).
Jest ów antysemita dumny ze swoich
umiejętności. Oto wykazał się czujnością, rozpoznał wroga
dobrze zakamuflowanego. Może powiedzieć sobie: tak, widzę
dalej niż inni, nie jestem naiwny, nie dałem się zwieść pozorom
i pięknym słowom o tolerancji, sięgam pod powierzchnię zjawisk,
lepiej rozumiem ukryte mechanizmy tego świata, a zwłaszcza
sprężyny antypolskiego spisku od Brukseli po Berlin i od Tel
Awiwu po Nowy Jork. Jedni rozpoznają Żyda po wyglądzie, inni
po działaniach, jakie przedsiębierze, wrogich ich zdaniem
narodowi polskiemu. Wedle tej reguły Żydami stają się, do
woli, Leszek Balcerowicz i Lech Wałęsa, biskup Józef Życiński
i prezydent Aleksander Kwaśniewski. Pojawia się charakterystyczna
tautologia: Żyd jest wrogiem, ale i wróg jest Żydem. Postulowana
wszechobecność Żydów ukrytych - zwłaszcza w ośrodkach władzy
politycznej, finansowej i medialnej - niweluje pozorną asymetrię:
z jednej strony tłumy na ulicy, widoczne, wielomilionowe polskie
i katolickie społeczeństwo, z drugiej niedostatek Żydów wyposażonych
w widoczne, zewnętrzne atrybuty umożliwiające natychmiastową
identyfikację, jak pejsy, jarmułki czy chałaty.
Co znamienne, nikt zupełnie do jakiegokolwiek
antysemityzmu za żadne skarby się dziś nie poczuwa - nie wyłączając
nawet tak osławionego przypadku, jak Leszek Bubel publikujący
m.in. w periodyku "Tylko Polska" (do nabycia w salonach
"Ruchu" i "EMPiK-ach") iście kilometrowe
listy "prawdziwych nazwisk" prominentnych postaci
naszego życia publicznego. I to zjawisko zaobserwowano poza
Polską - jak zauważył ironicznie jeden z europejskich badaczy,
możliwy jest nie tylko antysemityzm bez Żydów, ale i antysemityzm
bez antysemitów. Jest to jeden ze skutków traumy, jaką stała
się zagłada dla całej europejskiej kultury.
Liczni w przedwojennej Polsce - zwłaszcza
na uniwersytetach - wyznawcy ONR Falangi, zwolennicy getta
ławkowego, numerus clausus i numerus nullus dla Żydów, a także
ogólnoendeckiego hasła "swój do swego po swoje, kupuj
tylko u chrześcijan", widząc złowrogą konsekwencję takich
haseł w postaci Endlosung, przejrzeli na oczy. Do tego stopnia,
że po wojnie - znam osobiście takie przypadki - brali za męża
lub żonę ocalałych Żydów i Żydówki. Jednak sporo nieprzyjaciół
Żydów (tych zwykłych i wyobrażonych) kontynuowało przedwojenną
myśl Obozu Narodowo-Radykalnego w szeregach PZPR, przekazywało
w nowe, młodsze ręce dzieło rozpoczęte w organizacjach przedwojennej
radykalnej prawicy. Efektem tego był Marzec 1968 roku. Już
wtedy, dodajmy, antysemityzm skrywano, maskując go skrzętnie,
acz czytelnie eufemistycznym szyldem walki ze "syjonizmem".
Potrzebna zmiana obyczaju
Co więc robić dzisiaj, w Polsce demokratycznej,
wolnej od cenzury, samorządnej, wchodzącej w najbliższych
latach do Unii Europejskiej, w której spotykają się nie tylko
interesy ekonomiczne, ale i liczne, szukające formuły współistnienia
kultury? Tolerancja lub brak tolerancji dla antysemickiego
języka w życiu publicznym to swoisty papierek lakmusowy znamionujący
stopień otwartości społeczeństw. Sprawą zasadniczą jest zmiana
obyczaju publicznego sprawiająca, że antysemicki język i antysemickie
hasła - te wypowiadane z pełną świadomością ich sensu, te
malowane na murach i te, które biorą się z nieświadomych nawyków
- staną się nieakceptowalne dla zdecydowanej większości Polaków.
Pierwszym bowiem krokiem nie jest zmiana sposobu myślenia
- to zajmie lata, a może nawet pokolenia - ale niezbędna korekta
zbiorowych wyobrażeń o tym, co dopuszczalne, a co niedopuszczalne
w sytuacjach publicznych.
Wbrew pozorom wielkim krokiem naprzód
byłoby uprzytomnienie choćby właścicielom kamienic - prywatnych
i gminnych - że wielki napis "Żydzi do gazu" na
frontonie budynku jest czymś, co powinni jak najszybciej usunąć
własnym sumptem, bo psuje on (powinien psuć) dobre samopoczucie
mieszkańców, wizerunek i dobre imię domu i dzielnicy, a z
ekonomicznego punktu widzenia odstręcza przyszłych najemców
lokali.
Nikt też nie musi, jeśli jest temu
naprawdę przeciwny, ignorować antysemickich fobii niektórych
księży i katechetów, którzy wbrew posoborowym dyrektywom i
encyklikom Watykanu nadal uczą młodzież o podłych Żydach,
podstępnych zabójcach Pana Jezusa. Taki język - także w opisanym
wyżej, politycznym wydaniu, któremu tak był przeciwny ks.
Józef Tischner - winien stać się w Polsce niekulturalnym faux
pas, wstydliwie skrywanym marginesem, a nie, jak dziś, oficjalnym
dyskursem dopuszczalnych opcji politycznych, a od niedawna
licznych posłów na Sejm i firmowanych przez nich pism, które
bez żenady kolportują najgorsze antysemickie głupoty - na
przykład o niemiecko-żydowskim planie kolonizacji Polski (por.
np. ,,Tygodnik Narodowo- -Katolicki Głos" z 22 września
2001).
To, co trafia stale - i bez widocznych
reakcji przeciwnych - do obiegu publicznego, zaczyna być z
wolna postrzegane jako treść kulturowo dopuszczalna. Tak przez
codzienny usus kształtują się normy poprawności, taktu i kultury
w życiu zbiorowym. Rzecz w tym, by zmysł moralny i estetyczny,
poczucie przyzwoitości i dobrego smaku zaczęły skłaniać coraz
więcej Polaków do odrzucania napotykanych przejawów antysemityzmu.
SERGIUSZ KOWALSKI
Socjolog, eseista, autor m.in. "Krytyki
solidarnościowego rozumu", współautor "Rytualnego
chaosu - studium dyskursu publicznego", pracuje w Instytucie
Studiów Politycznych PAN.
|