|
Polska - Żydzi: sprawy nie do pominięcia
Stanislaw Krajewski
Respublica, sierpien 2002
Polacy widzą siebie jako ofiary,
jedynie jako ofiary, ofiary par excellence.
Dawne czasy są pamiętane przez
Żydów - poza oczywiście Żydami kształconymi w polskich szkołach
- przez pryzmat ogólnoeuropejskiej, ogólnochrześcijańskiej
polityki wobec Żydów. A wszystko jest i tak widziane przez
pryzmat Zagłady. Nie tylko przez Żydów.
Przed rokiem uroczyście oddawano część
pamięci zamordowanych w Jedwabnem i piętnowano oprawców -
Polaków. Wydawało się, że będzie to początek wielkiego narodowego
oczyszczenia, wielkiej publicznej dyskusji. Jak zwykle jednak
w Polsce bywa, dyskusja jakoś zanikła, niemal wszyscy po prostu
zapomnieli lub zajęli się czym innym. Sprawy polsko-żydowskie
wymagają jednak dalszych rozważań, a tekst Stanisława Krajewskiego
w wyjątkowo spokojny i zrównoważony sposób daje do nich asumpt.
Wolę mówić "Polska - Żydzi"
niż "Polacy a Żydzi", bo w przestrzeni naszych rozważań
nie mogę ograniczać miejsca dla siebie samego. Mówiąc "Polska
a Żydzi", pozostawiamy miejsce dla wszelkich Żydów, w
tym Żydów polskich, Żydów w Polsce, Żydów-Polaków. Mówiąc
natomiast "Polacy a Żydzi", sugeruje się podział
na dwie rozłączne kategorie. Musiałbym więc być po jednej
stronie. A to mi nie odpowiada, pomimo mojego żydowskiego
zaangażowania, które przybrało formę publiczną. Nawiasem mówiąc
ma ono również swój wymiar prywatny. To nie jest obecnie oczywiste:
są ludzie, którzy funkcjonują publicznie jako Żydzi - w jakimś
sensie - ale prywatnie nie czynią nic specyficznie żydowskiego.
Nie chcę nic ujmować tym osobom. Mają do tego prawo. Mają
na pewno poczucie, że są Żydami, czują związek z innymi Żydami
(choćby niektórymi) i z żydowskimi problemami (przynajmniej
niektórymi), a co najmniej z żydowskim losem. Jednak ich prywatne
życie nie różni się wcale od życia innych ludzi o podobnym
statusie społecznym. Ta sytuacja da się opisać odwróceniem
hasła z czasów rewolucji francuskiej. Wtedy emancypację rozumiano
tak, że należy być Żydem w domu, a Francuzem, takim jak inni,
w życiu publicznym. Teraz mamy do czynienia z osobami, które
są Żydami w sytuacjach publicznych, a Francuzami, czy Polakami,
jaki inni, w domu. Chcę więc dodać, że jeśli o mnie chodzi,
to mam nie tylko poczucie związku z Żydami i żydowskimi problemami
(niektórymi), ale też codziennie rano nakładam tefilin i odmawiam
modlitwę poranną i czynię jeszcze parę takich "specyficznych"
rzeczy. Ale, żeby wrócić do kwestii terminologii, nawet ja
nie czuję się w porządku, gdy mam być określany jako Żyd,
ale nie Polak.
Oczywiście jestem Żydem, ale w równie
oczywisty sposób - przynajmniej dla mnie - jestem Polakiem.
Wiem, że są Polacy, którzy tego nie uznają. Są też tacy Żydzi.
Faktem jest jednak, że wśród obecnych polskich Żydów znaczna
większość należy do obu kategorii: i Żydzi, i Polacy. Wśród
młodych sporo jest takich, którzy zrazu w ogóle nie mieli
żydowskiej świadomości. Nie brakuje takich i wśród niemłodych.
Jednak niektórzy z nich może zanegują tę podwójną przynależność,
unosząc się honorem: nie chcą dopraszać się o prawo do polskości.
Ja również nie chcę. Jeśli zatem ktoś mi go odmawia, to nie
mam ochoty się spierać. Zresztą stykam się na ogół z ludźmi,
którym nawet nie przyjdzie do głowy odbieranie mi tego prawa.
Nie jest mi zręcznie wdawać się w spór o interpretację prawa
do polskości. Chcę natomiast podkreślić pewne fakty. Dla większości
Żydów, którzy obecnie mieszkają w Polsce, polskość jest czymś
danym. Chodzi nie tylko o znajomość języka i historii, czy
uczestnictwo w kulturze, w tym również o znajomość chrześcijaństwa.
(Obecność osób, które deklarują się jako Żydzi a zarazem katolicy
- to osobne ciekawe zagadnienie.) Rzecz w tym, iż polskość
jest czymś danym jako rzecz swoja, żywioł, w którym się wyrasta.
Tu już nie wchodzi w grę aspirowanie do polskości, jak to
bywało w drugiej połowie XIX wieku i w pierwszej połowie wieku
XX. Asymilacja się dokonała. Polska stała się w zasadzie taka
sama jak kraje zachodnie. Obecnie ewolucja niektórych osób
idzie w przeciwnym kierunku. Aspirują oni do żydowskości,
do judaizmu. Dla większości młodych, a także dla licznych
spośród niemłodych polskich Żydów (nie wyłączając mnie samego),
wyzwaniem było i jest odzyskanie tożsamości żydowskiej. To
jest z historycznego punktu widzenia zupełna nowość. Zapewne
bez precedensów, choć podobne zjawiska występowały 400 lat
temu wśród emigrujących z Hiszpanii potomków maranów. W każdym
razie polskość jest punktem wyjścia i nie chodzi tu o jakieś
"poczucie" czy prawo do czegoś, ale o fakt. Oczywiście
ktoś może powiedzieć, że nie jest to prawdziwa polskość, ale
rzekoma, czy ułamkowa, bo na przykład niekatolicka. Nie wchodząc
w ten spór, podkreślę tylko znowu: ta polskość, niezależnie
od tego na ile "właściwa", nie jest udawana, ale
autentyczna. To jest faktem. Pojawia się więc pierwsza - co
nie znaczy, że najważniejsza - sprawa nie do pominięcia. (Ma
ona charakter nieco poboczny w stosunku do dyskusji zasadniczej,
więc nadaję jej numer zero.)
0. Obecni polscy Żydzi są na ogół Polakami
(choć dawniej tak nie było).
To jest stwierdzenie opisowe, a nie
oceniające. Może to wcale nie jest lepiej. Choć ewolucja w
tym kierunku, czyli w kierunku stopniowej asymilacji, a w
każdym razie akulturacji, do polskości dokonywała się w okresie
międzywojennym, to ostatecznie ta historyczna przemiana dokonała
się błyskawicznie. Oczywiście zasadniczym powodem była wojenna
Zagłada. To nas prowadzi do drugiej - i zapewne najważniejszej
ze wszystkich - sprawy nie do pominięcia.
1. Wojna (druga światowa, rozumie się)
pozostaje najważniejszym faktem kontekstu stosunków "Polska-Żydzi".
Rzecz jest tak oczywista, że nie wymaga
rozwinięcia.
Gdy spróbujemy określić z czego jest
Polska znana na świecie, mamy kłopot. Jaka nazwa kojarzy się
z Polską? Jakiś produkt? Wódka, kiełbasa, bigos, może węgiel,
len czy żubr? Nie są to nazwy, rozpoznawalne marki. Nawet
"Wyborowa" nie jest zapewne znana w Japonii, a na
pewno nie w Indiach. Może jakieś nazwiska? Szopen czy Maria
Skłodowska-Curie na Zachodzie kojarzą się bardziej z Francją.
Kopernik - bardziej, a co najmniej również - z Niemcami. Nazwisko
Miłosza znają elity. Wałęsa? Był moment, gdy stał się szeroko
znany, jakkolwiek dziwnie to wygląda z obecnej polskiej perspektywy.
Jednak ten moment przeminął i nieuchronnie będzie się oddalał.
Oczywiście jest Jan Paweł II. Jest i zapewne pozostanie znany
- jako głowa Kościoła powszechnego. Czy bowiem przeciętny
człowiek w Japonii, w Indiach, a nawet w Brazylii wie i bierze
pod uwagę, że ten papież jest Polakiem? Może więc jakieś nazwy
miejscowości? Warszawa? Kraków? Europejczycy znają te nazwy,
ale Japończycy? Cóż więc? Czy jest coś, co znają i w Japonii,
i w Indiach, i w Brazylii? Mam wrażenie, że tak. I ta odpowiedź
jest jak najbardziej związana z naszym tematem.
2. Najbardziej znaną na świecie nazwą
polskiej miejscowości - a być może i najbardziej znaną nazwą
kojarzącą się z Polską - jest
Auschwitz.
Nie mówię, że to dobrze, ani że to sprawiedliwie
dla Polski. Jednak zamiast się obruszać, należy to uwzględnić.
Auschwitz ma wielką, ogólnoświatową moc symboliczną i gdyby
to umiejętnie wykorzystać, to Oświęcim może stać się ważnym
ośrodkiem europejskiej refleksji. Skoro już jest tam miejsce
grozy i śmierci, to można pokusić się o konstruktywne wykorzystanie
tego do rozważania spraw fundamentalnych. Z punktu widzenia
żydowskiej historii, Polska jest miejscem niezmiernie ważnym.
Zagłada jest tak świeża, że musi dominować.
3. W oczach Żydów zagranicznych Polska
jest żydowskim cmentarzem.
Jest to dla mnie zrozumiałe, ale obce.
Dla mnie bowiem Polska jest również - i przede wszystkim -
miejscem zwykłego życia. Nie dziwię się jednak, że przyjeżdżając
do Polski goście widzą głównie nieobecność, brak, śmierć,
cmentarz. Dane liczbowe są nieubłagane. Od 1939 do 1943 następuje
spadek ludności żydowskiej o 90 proc. Potem się jeszcze pogłębia.
Proszę sobie wyobrazić wykres, który to obrazuje. A w każdym
niemal miasteczku wystarczy rozejrzeć się wokół, by zobaczyć
nieobecność. Choć nieraz ja i moi koledzy protestujemy przeciw
stwierdzeniu, że w Polsce Żydów już nie ma, to przecież nie
dziwię się, że przybysze widzą nieobecność wyraźniej niż nas.
Natomiast pytanie wobec Polski brzmi:
czy tych ofiar ktoś żałuje? Czy Polska, jako zbiorowość, odbyła
żałobę po Żydach? Czy Polska cierpi z tego powodu, że jest
- poza wszystkim innym - żydowskim cmentarzem? Odpowiedź wydaje
się oczywista. Ks. St. Musiał powiedział zdecydowanie: "Żydzi
wiedzą, że jesteśmy zadowoleni z tego, że problem żydowski
został w Polsce raz na zawsze rozwiązany, choć nie wprost
naszymi rękami."
Oczywiście są tacy, którzy szczerze
żałują. By kogokolwiek przekonać, że się żałuje, należy wykonać
odpowiednie kroki. Powiedzieć o tym, wyrazić zainteresowanie
przeszłością swojego miasta czy miejscowości i jego żydowskimi
mieszkańcami, uczynić coś dla lokalnego cmentarza żydowskiego.
Są ludzie, którzy to czynią. Stanowią oni jednak raczej wyjątek
niż regułę.
Ostatnia dyskusja wokół zbrodni w Jedwabnem
pokazała wszystkim, że brak żalu może wynikać z nieczystego
sumienia. Zniknięcie Żydów przyniosło sąsiadom korzyści. Niektórzy
sąsiedzi przyłożyli do tego rękę. Jest to coś, o czym Żydzi
zawsze tak czy inaczej wiedzieli, a co było w Polsce całkowitym
tabu. Przez 50 lat nikt nie śmiał podjąć publicznej rozmowy
na ten temat. Aż do filmu Agnieszki Arnold i książki Jana
T. Grossa.
4. Jedwabne - to punkt wyjścia do debaty,
która ma szansę uzdrowić pamięć.
Nad polskimi dyskusjami o historii Żydów
w Polsce unosi się polska obsesja niewinności (by użyć określenia
Joanny Tokarskiej-Bakir). Jest ona źródłem postawy obronnej,
która powoduje odrzucanie nie tylko myśli o winie, ale też
wzmianek o haniebnych, a nawet tylko o wątpliwych, wydarzeniach
z przeszłości. Do niedawna ta postawa była powszechna. Teraz
ta zgoda powszechna została poważnie naruszona.
Dyskusja wokół Jedwabnem jest wspaniała.
Odczuwam dumę, że tak głębokie wejrzenie w problem było możliwe.
Nie ma już żadnych powszechnie obowiązujących tabu! Wiele
głębokich i subtelnych rozważań można było przeczytać w ciągu
ostatnich kilkunastu miesięcy, pióra wspomnianych już ks.
Musiała, Joanny Tokarskiej-Bakir i szeregu innych autorów.
Chciałbym wymienić jeden tekst, napisany nie przez pojedynczego
eseistę, ale przez redaktorów popularnego i wysokonakładowego
tygodnika. Chodzi mi o artykuł "Nasza wina. Przepraszamy
Żydów i prosimy o wybaczenie" Stanisława Janeckiego i
Jerzego Sławomira Maca (Wprost 25.03.2001, ss. 26-33). Autorzy
wymieniają 10 grzechów: milczenie, obojętność, chciwość, tchórzostwo,
niewdzięczność, odtrącenie, urzędowy antysemityzm, nieczyste
sumienie, syjonistyczną obsesję, antysemityzm powszedni. Przepraszają
też za tych, którzy, jak piszą, "nie chcą za to wszystko
przeprosić." W tym artykule została całkowicie przełamana
polska postawa obronna. Byłem głęboko wzruszony i poruszony
tym tekstem. Wyraża on zrozumienie dla doświadczenia Żydów
w Polsce. Otwiera serce. Wtedy chcę wykrzyczeć: tak, oczywiście,
wybaczam, bracia, wiem, że wy nie macie nic wspólnego, z tym,
co było złe. Oczywiście jest tu paradoks: skąd wiem? Stąd,
że poczuwają się do tego zła. Ten tekst jest dla mnie balsamem.
Mocniej nie da się tych spraw wypowiedzieć.
Zarazem jest uderzające, jak niewielki
wydaje się oddźwięk tego tekstu. Niewiele spotkałem wypowiedzi
w podobnie jednolitym tonie. Tak jakby to wyznanie szło za
daleko, było przedwczesne.
Co gorsza, nastąpiła w Polsce polaryzacja.
Część opinii i środków przekazu przyjęła bolesne fakty i prowadzi
prace nad oczyszczaniem pamięci. Inna część opinii i mediów
neguje problem, odrzuca ujawnione fakty, broni obrazu niewinności.
Rozłam jest bardzo głęboki i wydaje się, że obie strony ze
sobą nie rozmawiają. Niełatwo ocenić relatywną siłę obu obozów.
Niektórzy zagraniczni obserwatorzy chyba myślą, że wspomniane
osoby, które podjęły trud przewartościowania obrazu własnego
Polaków, to margines, trochę jak Bonhoeffer i ks. Lichtenberg
w Niemczech hitlerowskich. Oczywiście jest zupełnie inaczej,
o czym świadczy choćby postawa prezydenta Kwaśniewskiego.
Na znaczny zasięg szoku Jedwabnego wskazują też osobiste doświadczenia
- moje i wielu z nas. Jednak siła tego szoku świadczy o tym,
jak bardzo nieprzygotowane były do takiej wiedzy o Polsce
nie tylko masy, ale też elity.
Zresztą już pogrom kielecki mógł był
stać się katalizatorem dyskusji podobnej do tej, jaka zaistniała
z okazji ujawnienia sprawy Jedwabnego. To, że się tak nie
stało, jest skutkiem zaburzenia refleksji, jakie wniosła obecność
komunizmu.
5. Doświadczenie komunizmu pozostaje
do poważnego zbadania (rozliczenia?).
Niewątpliwie okres realnego socjalizmu
nie sprzyjał poważnej refleksji. Wymagał od wszystkich ostrożności,
stałego uwzględniania cenzury, okopywania się na swoich pozycjach.
Spowodował to zahamowanie normalnego rozwoju refleksji o Polsce.
Za łatwo jednak używa się tego jak wytrycha. Jakże często
myślimy: to nie my jesteśmy winni, to komunizm. A przecież
komunizm tworzyli ludzie, w jakiś sposób angażowały się miliony.
I nie wszystko, co się działo, a wchodzi w zakres naszego
tematu, było polem konfliktu między komunistami a resztą.
Weźmy na przykład Auschwitz. To rządzący komuniści byli odpowiedzialni
za ekspozycję, w której nie wspominano prawie o Żydach jako
ofiarach obozu. A raczej wspominano w alfabetycznej wyliczance
kilkudziesięciu "narodowości": od Austriaków do
Żydów. Ale gdyby prawica lub Kościół układały wtedy plany
ekspozycji, to czy byłoby inaczej? Kontrowersje z lat 90.
sugerują, że problemy byłyby podobne, a walka o prawo "własności"
do Auschwitz miałaby miejsce i tak. Komuniści w tej akurat
sprawie byli wyrazicielami polskiej opinii publicznej.
Komunizm wciąż nie jest rzetelnie przemyślanym
doświadczeniem. Ileż osób nadal powie, że za komunizm odpowiedzialni
są Żydzi! I że to wyjaśnia Jedwabne. Jest to nierzetelne.
Obecność Żydów wśród komunistów jest jednak faktem. Jest wysoce
paradoksalne, że spośród niedobitków większość wyjechała z
Polski, ale wśród tych, co zostali, wielu miało wysokie stanowiska.
(Tak było szczególnie w Warszawie.)
Sądzę, że zaangażowanie w komunizm Żydów
też jest zjawiskiem zasługującym na poważne zbadanie. Dla
niektórych Żydów komunizm stał się quasi religią. Praktyki
rządów komunistycznych sprawiły, że choć w połowie XX stulecia
Żydzi należeli do najokrutniej prześladowanych grup w historii,
to jednak w tym samym mniej więcej okresie Żydzi bywali nie
tylko wśród ofiar, ale i wśród prześladowców. Jest to powód
do samokrytyki, a także do wstydu. Nie oznacza to rzecz jasna,
że tylko Żydzi mają moralny problem. Żydzi bardzo rzadko są
gotowi przyznać, że jest historia komunizmu stawia jakieś
moralne wyzwanie również dla Żydów. Obraz Żydów we własnych
oczach jest jednobarwny: postrzegają siebie tylko jako ofiarę.
Polacy - podobnie, i nie jest to jedyne
podobieństwo! Polacy widzą siebie jako ofiary, jedynie jako
ofiary, ofiary par excellence. Komunizm jest postrzegany jako
przykład zła narzuconego z zewnątrz niewinnym ofiarom. Okres
władzy komunistów wzmocnił stosowanie tych kategorii, ale
mają one znacznie starsze źródło. Jest nim tradycja romantyczna
i polski mesjanizm.
6. Polska tradycja romantyczna jest nadal
korzeniem wielu polskich postaw.
W moim przekonaniu wiele ze znanych
nam zjawisk, na przykład wspomniana obsesja niewinności, a
także współzawodnictwo w cierpieniu, bierze się z wpływu koncepcji
takich jak: "Polska - Chrystusem narodów". Choć
odległe w czasie i - wydawałoby się - nieaktualne, miały stale
wpływ choćby przez poezję wieszczów. To dlatego niektóre kontrowersje
są tak uporczywe - są w nie bowiem uwikłane dwa narody wybrane.
Dlatego więc większość Polaków dotąd uważa, że w czasie wojny
Polacy cierpieli bardziej, a co najmniej tak samo, jak Żydzi.
Wybraństwo Polaków jest znane tylko
Polakom. Wybraństwo Żydów jest znane wszystkim, którzy są
w orbicie zachodniej cywilizacji. Niektórzy którzy próbują
sprawiedliwie i głęboko ocenić polski mesjanizm. Wzorem jest
podejście Marii Janion. Jest w nim krytyka, ale zarazem fascynacja.
Krytyka jego kompensacyjnej funkcji, jego złych skutków: odczłowieczania
obcych, przekonania, że "co złego to nie my", poczucia,
że się należy nam od świata wdzięczność. Zarazem uprawniona
jest fascynacja siłą tego myślenia, jego rozmachem, religijnym
zakorzenieniem, artystyczną płodnością, potencjałem pocieszycielskim.
Muszę powiedzieć, że nie mam przekonania, iż równie subtelna
analiza przeprowadzona została w stosunku do pierwowzoru -
mesjanizmu żydowskiego. (Co prawda powinienem dodać, że na
pewno nie znam dostatecznie dyskusji izraelskich. Jednak nawet
jeśli są głębokie, nie wpłynęły szerzej ani na tradycyjne
kręgi religijne, ani na świeckich Izraelczyków, ani na przeciętnych
Żydów w USA.)
Mowa o romantyzmie przywodzi na myśl
okres wcześniejszy - czasy I Rzeczpospolitej. Mówi się, że
był to raj dla Żydów. Nie można tego traktować dosłownie,
ale obraz ten jest nie bez podstaw. Większość Żydów mieszkała
wtedy na terenach Polski. Ówcześni Żydzi mieli swoje miejsce,
byli przez wszystkich widziani jako integralna część społeczeństwa,
mieli lepsze warunki rozwoju autonomicznej kultury niż na
Zachodzie. Naturalna jest więc chęć obecnych Polaków dobrej
woli, obecna również wśród polskich Żydów, by na owej dawniejszej
historii oprzeć wspólnotę dzisiejszą i dążenia do przezwyciężania
złych zaszłości. Niestety nie sądzę, by miało to szanse powodzenia.
7. Nie da się pojednać Polski z Żydami
przez odwoływanie się do "idylli" z czasów I Rzeczpospolitej.
Ten obraz nie jest istotnym składnikiem
przeciętnej świadomości Żydów. Wspólnota losu nie istnieje
w pamięci zbiorowej. Istnieje pewien sentyment do przyrody,
krajobrazu, nazw, atmosfery. Ciekawe, że jest on mocniejszy
w kręgach religijnych tradycjonalistów. Jednak nie przenosi
się to na stosunek do I Rzeczpospolitej.
Dawne czasy są pamiętane przez Żydów
- poza oczywiście Żydami kształconymi w polskich szkołach
- przez pryzmat ogólnoeuropejskiej, ogólnochrześcijańskiej
polityki wobec Żydów. A wszystko jest i tak widziane przez
pryzmat Zagłady. Nie tylko przez Żydów.
8. Zagłada jest czynnikiem w uniwersalnym
dialogu chrześcijańsko-żydowskim.
Zagłada jest wyzwaniem dla europejskiej
cywilizacji i dla chrześcijaństwa. To, że kościelne "nauczanie
pogardy" przygotowało glebę dla Auschwitz, jest problemem
dla chrześcijan, a nie tylko dla Niemców lub ich współpracowników
bezpośrednio zaangażowanych w Zagładę. W myśl przeważającego
przez wieki nauczania Żydzi jako potomkowie morderców Chrystusa
byli skażeni, winni, zasługujący na poniżenie. Luter mógł
nawet stwierdzić, że ich "synagogi, domy i książki winny
zostać spalone".
Ten europejski wymiar historii Żydów
jest w Polsce mało uwzględniany. Niemcy prześladowali nas
również - czują Polacy. - Mamy poczuwać się do wspólnego z
Niemcami Kościoła? Wspominamy raczej wspólne z Żydami cierpienie.
Cierpienia Polaków są faktem. Przesłaniają
los Żydów. Paradoksalnie Zagłada w małym stopniu wpłynęła
na polskie postawy wobec Żydów. Miała miejsce tu, na oczach
wszystkich, ale nie spowodowała przewartościowania. Zmiany
i w tej sferze przychodzą z Zachodu.
Jest w tym coś niesprawiedliwego dla
Polski: to, co kojarzy się z Zagładą w historii Kościoła,
Europy, Niemiec, ów najgorszy antysemityzm, jest łatwo - zbyt
łatwo - łączony z tymi, którzy są najbliżej Zagłady, z ludźmi
zamieszkującymi wokół Auschwitz, czyli z Polakami. A to, co
dobre - nowe nauczanie Kościoła, szok wywołany Zagładą - nie
jest kojarzone z Polską. Wynika to z brzemienia historii,
które nad Polską ciąży szczególnie. Nie można też pominąć
faktów, które Polskę wyróżniają negatywnie, choć łatwo byłoby
to zmienić. Najwyraźniejszym przykładem są obrazy w katedrze
sandomierskiej. Mord rytualny jest tam nadal pokazywany bez
krytycznego komentarza. Czy można się dziwić, że jest to łakomy
kąsek dla izraelskiej wycieczki, która może zobaczyć podglebie
Szoah?
Przy okazji podkreślę, że stosunek do
państwa Izraela nie jest problemem w dzisiejszej Polsce! Postawy
antyizraelskie nie wydają mi się częste.
9. Przemiany własnościowe - to sprawa
wyjątkowo trudna, a wciąż niezakończona.
W Polsce miliony ludzi utraciły własność,
miliony zmuszono do przemieszczenia. Sprawy te dopiero ostatnio
przestały stanowić tabu. Ich częścią są straty poniesione
przez Żydów. Uważam, iż powinny one być fragmentem ogólnych
możliwie sprawiedliwych rozwiązań. Rozumiem, rzecz jasna,
że nie ma łatwych rozwiązań. Po tylu dziesięcioleciach powstało
nowe status quo. Wszelka restytucja oznacza stratę dla kogoś,
kto już się przyzwyczaił do własności.
Popatrzmy jednak, jak to wygląda z perspektywy
Żydów pochodzących z Polski i ich potomków. Nie dość, że stracili
rodzinę, przeszli gehennę, cudem ocaleli, to jeszcze ich własność
została po wojnie odebrana, a po upadku komunizmu Polska uznaje
to za zaszłości, których nie ma jak odwrócić. Słowa są oczywiście
inne, i może nawet intencje, ale faktem jest, że nie zbliżamy
się do żadnej ustawy restytucyjnej. Polska skorzystała na
Zagładzie i nie chce tego uwzględnić - mówią poszkodowani.
Nie uwzględniają komplikacji historycznych, strat poniesionych
przez wszystkich Polaków, powojennych nieszczęść. Czy pominięcie
ich głosu jest słuszne? Pomijam to, czy jest politycznie właściwe,
ze względu na wpływy lobby żydowskiego w USA, i to, czy jest
realne, z uwagi na możliwości finansowe państwa. Oczywiście
obie te rzeczy muszą być uwzględnione i muszą prowadzić do
kompromisów. Jednak pierwszym pytaniem jest to, czy roszczenia
byłych właścicieli Żydów - a zresztą nie tylko Żydów - są
słuszne. Czy pominięcie ich głosu jest moralnie w porządku?
Odpowiedź na to pytanie wyznacza sposób podejścia do kwestii
politycznych i finansowych. Bo czym innym są kompromisy, gdy
jest się przekonanym, że oczekiwania są słuszne, choć trudne
do spełnienia, a czym innym, gdy traktuje się całą sprawę
jako narzuconą z zewnątrz.
Czy można więc być szczerze za
pojednaniem Polski z Żydami, przezwyciężeniem bagażu zła,
wypieraniem antysemityzmu, a zarazem odrzucać pretensje do
odzyskiwania przez Żydów własności? Innymi słowy: uznawać
słuszność roszczeń moralnych, ale nie uznawać słuszności roszczeń
materialnych?Nie wątpię, że są tacy, którzy to szczerze czynią.
Co to jednak oznacza, w jakim świetle stawia te osoby? Naprawdę
żałują za antysemityzm, nie chcą nauczania pogardy, wstydzą
się za Jedwabne, mają szacunek dla Żydów, szczerze współczują
ofiarom Zagłady, a jednocześnie nie chcą nic oddać. Czyli
są gotowi na wszystko w sferze postaw, póki to nic nie kosztuje
w sferze finansów. Czy takie połączenie nie podważa nieco
zaufania do determinacji w sprawach niematerialnych? Czym
jest "przepraszam" bez chęci zadośćuczynienia? Czy
nie staje się czymś zbyt tanim?
Nie rozstrzygam, jaka ma być odpowiedź
na te pytania. Powtarzam, że nie neguję faktycznych trudności
i fizycznej niemożności zaspokojenia wszystkich. Mnie też
by ulżyło, gdyby większość przedwojennych właścicieli - Żydów
i innych - zrezygnowała z roszczeń. Czym innym jest jednak
rezygnacja z własnych postulatów materialnych, a czym innym
- oczekiwanie tego od innych.
10. Droga do przezwyciężenia bagażu przeszłości,
do pojednania jest długa i żmudna, wymaga powtarzania prawd,
które uwzględniają powyższe punkty, wciąż od nowa, i mówienia
tego kolejnym osobom.
Janecki i Mac, kończąc swój niezwykły
artykuł, piszą na temat oczekiwania przez Żydów na prośbę
o wybaczenie:
Nie załatwi tego jedno "przepraszam",
nawet w wykonaniu głowy państwa. Powinniśmy przeprosić wszyscy
razem i każdy z osobna.
To trafne słowa, ale odczuwam
wobec nich zażenowanie. Mnie ma ktoś przepraszać? I to jeszcze
ktoś, kogo znam? Ktoś bliski? Przyjaciel? To jakieś nieporozumienie.
Choć, jak wspomniałem, mam ochotę rzec im "wybaczam!",
to przecież wiem, że nie mam żadnego prawa wybaczać w imieniu
nieżyjących. I nie bardzo mam prawo wysłuchiwac tych przeprosin.
Natomiast mogę i chcę im i im podobnym powiedzieć: Dziękuję!
Wygłoszone 18.02.2002 w Centrum
Kultury Żydowskiej na Kazimierzu w Krakowie w ramach spotkań
prowadzonych przez prof. Jana Woleńskiego.
Stanisław Krajewski - filozof.
Współprzewodniczący Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów, członek
Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej. Autor książki Żydzi, judaizm,
Polska. Mieszka w Warszawie.
|