|
Recenzja książki "Pianista"
Władysława Szpilmana
Anka Kowalska
Gazeta Wyborcza, 06-06-2001
Po wstrząsie wywołanym rewelacjami o
mordzie w Jedwabnem - czytanie "Pianisty" Szpilmana
to niemal rozkosz. Co za ulga oglądać oczyma Żyda piekło getta,
w którym drew do ognia nie dokładają Polacy, a za to pod presją
i na zlecenie Niemców, ale w służalczej i żarliwej z nimi
współpracy Żydzi Żydom współgotują wspólny żydowski los. Szpilman
zza grobu jakby śpieszył leczyć rany świeżo Polakom zadane
obuchem, prawdy nie do udźwignięcia, nie do zniesienia, nie
do przyswojenia.
Niestety także nie do odrzucenia. Trzeba
to sobie zapamiętać, że potrafiliśmy się skutecznie zwołać,
skrzyknąć, namówić nie tylko do szlachetnych zrywów, ale i
do szlachtowania Żydów z naszej okoli-cy, naszego sąsiedztwa.
Wśród nich szewca Mośka, Hanę ze sklepiku za rogiem, ryżego
druciarza Barucha łatającego od lat nasze garnki, krawcową
Chaję w ósmym miesiącu z siódmym dzieckiem, no i te wszystkie
niezliczone żydowskie dzieci, zasmarkane i niedomyte, rude
i piegowate, albo smoliście czarne, jak ta wyrośnięta Ryfka,
za którą oglądała się już cała okolica, czy kulawy Szymek
w okularach, zawsze z książką pod pachą. Goje są lepsi od
Żydów, biali od kolorowych, Serbowie od Albańczyków, muzułmanie
od chrześcijańskich psów, i nie ma temu końca, i człowiekowi
po prostu chce się wyć.
Tymczasem, gdy w Jedwabnem - i okolicach? - zwyczajni Polacy
(choćby i na rozkaz, i z udziałem Niemców!) dokonują zbiorowego
linczu na zwyczajnych Żydach, Władysław Szpilman w okupowanej
Warszawie żyje sobie jak u Pana Boga za piecem. Jest to w
tym czasie wprawdzie zapiecek raczej szczególny, ale przecież
z gehenną, z zagładą Żydów zgotowaną im przez Niemcy Hitlera
świadomość nasza - i świata - zdążyła już i zdołała oswoić
się i zżyć. Przeczytaliśmy już o tym niezliczone tomy, obejrzeliśmy
dokumenty, filmy, zdjęcia, wszystko wiemy. To tylko oni tam
po wsiach i miasteczkach, w gettach, transportach i marszach
do gazu nie dowierzają wciąż temu, co ich spotyka, a tego,
co ich w końcu ostatecznie spotka, w ogóle nie biorą pod uwagę,
wierząc naiwnie, że niemożliwe nie jest możliwe.
Każdy Żyd ocalały z Holokaustu jest dowodem na zdarzanie
się cudów. W powieściach wydają się one czystym wymysłem autora.
Skromna, ściszona, wyzbyta histerii, patosu i jakichkolwiek
spiżowych tonów relacja Szpilmana z pięciu lat jego życia
to prawdziwy rejestr niewiarygodnych wydarzeń, całego łańcucha
cudów, dzięki którym - choć raz po raz, i znowu, i jeszcze,
i potem, i wtedy Szpilman powinien był zginąć - nie zginął.
Dlaczego nie zostaje - wraz z ojcem i bratem - zastrzelony
już jesienią trzydziestego dziewiątego, choć niemieccy żandarmi
stawiają wszystkich trzech za naruszenie godziny policyjnej
pod mur, i za plecami nieposłusznych Żydów odbezpieczają broń?
Czemu przy każdej kolejnej selekcji zostaje pchnięty na stronę
mających jeszcze żyć? Nieznana ręka wywleka go za kołnierz
z transportu, którym odjeżdżają z Umschlag-platz do gazu jego
matka, ojciec, siostry i brat. A wreszcie na aryjską stronę,
ziemię obiecaną i nieosiągalną dla tysięcy więźniów getta,
Szpilman przechodzi tak łatwo, jak ścigane przez wiedźmę dziecko
z bajki, które nad przepaścią przerzuca zaczarowaną wstążkę
i przebiega po niej na drugi brzeg.
Tam przytrafia mu się właściwie tylko jeden drań w długim
łańcuchu ukrywających go Polaków. Jednak nadchodzi dzień,
gdy w którejś ze swych kryjówek staje już na krześle z szyją
w pętli, bo gestapowcy są tuż. Ale nagle odchodzą. Podczas
powstania zajmuje się ogniem budynek, na którego strychu Szpilman
się ukrywa, łyka wtedy zapas środków nasennych, aby usnąć,
nim spłonie. Ale pożar zatrzymuje się piętro niżej, a samobójca
powraca do życia. Wreszcie ostatniej okupacyjnej zimy, sam
w opustoszałej, zrujnowanej Warszawie, w ocalałej resztce
jakiejś willi, Szpilman staje twarzą w twarz z niemieckim
oficerem. Zamiast brudnego Żyda w śmierdzących łachmanach
zastrzelić, kapitan Wilm Hosenfeld karmi go, poi, odziewa
i ochrania.
Chciałoby się, aby tę - niekompletną,
oczywiście - listę cudów zamykał jeszcze jeden, o wiele bardziej
zresztą możliwy do spełnienia. Niestety, "Pianista"
nie jest powieścią, tylko skrawkiem autobiografii, zapisem
nieodwracalnych faktów. Jak wiadomo, życie nie ma ze sprawiedliwością
nic wspólnego, i wybawcy wielu zagrożonych, kapitanowi Hosenfeldowi,
nie wydarza się żaden cud w sowieckich łagrach, gdzie po latach
umiera. Chciałoby się więc chociaż wierzyć, że któryś z zaludniających
te łagry Polaków trzyma go wtedy odmrożoną ręką za odmrożoną
rękę.
Anka Kowalska (06-06-01 15:17)
|