|
ROZMOWA Z RICHARDEM PIPESEM
Stan wojenny w Białym Domu
Waldemar Piasecki
Rzeczpospolita, 14 grudnia 2002
Od wprowadzenia stanu wojennego mija
21 lat. Upływ czasu sprzyja rozmowie o kulisach wydarzeń politycznych
w Białym Domu, w których pan uczestniczył. Stany Zjednoczone
starały się stosownie zareagować na bieg wypadków w Polsce.
Jak to się stało, że znalazł się pan wtedy bardzo blisko prezydenta
Ronalda Reagana i zyskał duży wpływ na kształtowanie jego
opinii?
Richard Pipes: Moja obecność w bliskim otoczeniu prezydenta
wynikała z funkcji pełnionej w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego,
a wcześniej w ekipie przejmującej Departament Stanu od demokratów.
Naturalnie wiązało się to także z moją specjalizacją naukową,
jaką były od początku mojej kariery akademickiej sprawy rosyjskie,
sowieckie czy ogólniej - związane z całym blokiem komunistycznym.
Nie bez znaczenia był też fakt, że w owym czasie urlopowany
był mój bezpośredni przełożony, doradca ds. bezpieczeństwa
narodowego Dick Allen, który od końca listopada 1981 roku
nie bywał w Białym Domu. Wszystkie te okoliczności sprawiły,
że miałem bliższy kontakt z Ronaldem Reaganem.
Czy miał też znaczenie fakt, że pochodzi pan z Polski?
Niewątpliwie był to poważny atut.
Podobno wprowadzenie stanu wojennego było dla was zaskoczeniem,
mimo że w USA już przebywał pułkownik Kukliński?
To prawda. Centralna Agencja Wywiadowcza (CIA) ukrywała sprawę
Kuklińskiego. Nawet sekretarz stanu Alexander Haig nie wiedział,
że ktoś taki istnieje. Najprawdopodobniej w CIA doszli do
wniosku, że to niemożliwe, aby Jaruzelski otrzymał od Rosjan
wolną rękę i przyzwolenie na rozwiązywanie sytuacji w Polsce,
czyli m.in. na wprowadzenie stanu wojennego. Ludzie z CIA
uznali, że informacje Kuklińskiego nie mają znaczenia. Nawet
nie informowali Rady Bezpieczeństwa Narodowego. To niewiarygodne,
ale tak było!
Co się działo w Białym Domu 13 grudnia?
12 grudnia - proszę pamiętać o różnicy czasu. Wieczorem zadzwonił
telefon i dostałem polecenie zgłoszenia się do Białego Domu.
W "situation room" był już m.in. wiceprezydent Bush
i sztab Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Prezydenta Reagana
nie było, bo wyjechał na weekend do Camp David. Wiceprezydent
przez telefon powiedział mu o sytuacji w Polsce. Informacje
z natury rzeczy nie mogły być pełne - przypuszczaliśmy, że
to jest jakaś akcja lokalna, która szybko się zakończy. Reagan
pozostał więc w swojej rezydencji, bowiem sytuacja nie uzasadniała
jego powrotu do Białego Domu. Nikt się wtedy wydarzeniami
w Polsce specjalnie nie przejmował.
Następne dni pokazały jednak, że operacja prowadzona jest
w całej PolsceÉ
Kiedy okazało się, że jest to akcja na dużo większą skalę,
prezydent był oburzony i wściekły. Dostałem od niego polecenie
napisania mowy, którą wygłosił 17 grudnia 1981 roku. Mieliśmy
nadzieję, że po tym stanowczym sygnale z Waszyngtonu Jaruzelski
się wycofa. 21 grudnia odbyło się posiedzenie gabinetu. Reagan
wystąpił z bardzo emocjonalnym przemówieniem, w którym porównał
działania w Polsce do akcji Hitlera w Czechosłowacji. Mówił,
że natychmiast trzeba coś zrobić. Okazało się jednak, że prezydent
nie ma w tej sprawie jednoznacznego poparcia. Było wielu oponentów.
Oponentów?
Tak. Większość gabinetu nie zgadzała się na jakieś zdecydowane
działania przeciwko reżimowi w Polsce w obawie o globalne
skutki. Do oponentów należał przede wszystkim sekretarz stanu
Haig, który wyrażał pogląd naszych europejskich aliantów.
Według nich Polski oczywiście szkoda, szkoda "Solidarności",
ale nie można ryzykować trzeciej wojny światowej. Coś jakby
nawiązanie do "nie będziemy ginąć za Gdańsk" z 1939
roku. Podobne poglądy prezentowała większość gabinetu. Istotna
była również rola Nancy Reagan. Bardzo chciała, żeby prezydent
był bardziej liberalny, bardziej kompromisowy. Starała się,
żeby takich ludzi jak ja odsuwać od Reagana, bo - podobno
- namawiali go do wzniecania konfliktu z Rosją. Dla niej najważniejszy
był "pragmatyzm", a ci, którzy go prezentowali,
byli jej sojusznikami. Nie było mnie w tej grupie.
W jaki sposób żona prezydenta mogła wywierać tak duży wpływ?
W taki, w jaki to robią żony królów, szefów państw, mężów
stanu. Naturalnie nie były to jakieś działania stricte polityczne,
ale raczej psychologiczne. Nancy Reagan po prostu mówiła,
kto jej się podoba, a kto nie. Kogo uważa za człowieka przyjaznego,
a na kogo należy uważać. Urabiała prezydenta. Ona też decydowała,
kogo się zaprasza na prywatne spotkania w Białym Domu, gdzie
poruszane były także sprawy polityczne. Ja i moja żona nie
byliśmy zapraszani.
Kto znajdował się w grupie, która opowiadała się za ostrym
kursem wobec ekipy Jaruzelskiego?
Jane Kirkpatrick, Caspar Weinberger, Bill Casey, ja. Ale to
nie my musieliśmy przekonywać prezydenta do zmiany zdania,
lecz "pragmatyści". Reagan był sytuacją w Polsce
oburzony z moralnego punktu widzenia i nie dawał się nabrać
na argumenty "polityczne". Ponadto wiedział, że
stan wojenny nie był wprowadzony niezależnie od Moskwy, a
pod jej dyktando. To dodatkowo wzmacniało jego determinację.
Przełomowe dla wykrystalizowania się stanowiska USA były dni
21, 22 i 23 grudnia. Wtedy Reagan praktycznie odsunął Alexandra
Haiga od kierowania polityką zagraniczną i wziął ją w swoje
ręce. Wtedy decydowała się sprawa pomocy dla "Solidarności",
sankcji wobec Polski i ZSRR.
Peter Schweizer w książce "Victory" pisze o pana
wystąpieniu na forum Rady Bezpieczeństwa Narodowego, które
miało przesądzić o stanowisku USA. Podobno gorąco namawiał
pan do uratowania "Solidarności" i wprowadzenia
sankcji wobec Polski?
Jest w tym sporo przesady, chociaż pracę Schweizera uważam
za wartościową i opartą na źródłach, których wiarygodności
nie da się podważyć. W Radzie Bezpieczeństwa Narodowego bezpośredni
udział biorą tylko jej członkowie, czyli m.in. prezydent,
wiceprezydent, sekretarz stanu, sekretarz obrony. Tylko oni
siedzą przy stole i obradują. Na posiedzenie - w zależności
od omawianej tematyki - są też zapraszani inni. Siedzą z tyłu,
za plecami członków Rady, czasami kierowane są do nich pytania,
nie jest natomiast możliwe, aby sami z siebie wtrącali się
do dyskusji. Mój udział był właśnie taki. Odpowiadałem, gdy
byłem pytany. Jest jednak prawdą, że przygotowywałem dla prezydenta
po kilka memorandów dziennie. Dotyczyły prognozy sytuacji
w Polsce. W nich właśnie formułowałem pogląd, że "Solidarność"
nie przestanie istnieć wraz z jej rozwiązaniem, czego najbardziej
chciałaby Moskwa, która bała się rozpowszechnienia idei wolnych
związków zawodowych na inne kraje bloku. Wskazywałem, że skoro
Polacy potrafili przetrwać czas zaborów, nie wynaradawiając
się i zachowując swoją świadomość historyczną, to podobnie
będzie i teraz. Trzeba, na ile tylko możliwe, dopomóc Polakom
w zachowaniu "Solidarności" i jej idei. Generalnie
starałem się przekonać, że leży to w interesie Stanów Zjednoczonych.
Moje memoranda, jak się okazuje, wywarły istotny wpływ na
prezydenta i Radę. Zapewne podobny wpływ miały moje rozmowy
z prezydentem, dla którego moje polskie pochodzenie i znajomość
ZSRR oraz Europy Wschodniej miały bardzo duże znaczenie.
Jakich argumentów używali pana oponenci?
Departament Stanu twierdził, że Polska jest skończona, nie
ma o czym mówić i wszelka pomoc dla "Solidarności"
to będą wyrzucone pieniądze, a dodatkowo spowoduje wściekłość
Rosjan. Departament namawiał prezydenta do porzucenia Polski,
tak jak Czechosłowacji w 1968 roku.
Jakie były reakcje Europy Zachodniej na kurs Waszyngtonu wobec
Polski stanu wojennego?
Musieliśmy toczyć walkę, aby zaakceptowano nasz kierunek.
W większości nasi europejscy sojusznicy byli zadowoleni z
tego, co się stało w Polsce. Niemcy byli zdania, że stan wojenny
to wewnętrzna sprawa Polski. Bali się, że wybuchnie tam jakiś
konflikt zbrojny i Rosjanie będą zmuszeni wkroczyć, a wtedy
nie wiadomo, co się może stać. Niemców wspierał nasz Departament
Stanu. Na szczęście był w Białym Domu Ronald Reagan.
Jak oceniali go europejscy sojusznicy?
Generalnie uważali oni Reagana za człowieka mało realistycznego.
Uważali, że nie jest zdolny do przewodzenia Zachodowi i NATO.
To nastawienie uległo zmianie po dojściu do władzy Gorbaczowa
i po spotkaniu z Reaganem w Genewie. Właśnie po tym wydarzeniu
nastąpiła zmiana polityki wobec Rosji. Ale to nie Reagan zmienił
kurs, ale w Rosji pojawił się ktoś, z kim można było prowadzić
poważną politykę odprężenia.
Po podjęciu w Waszyngtonie decyzji, że trzeba próbować ocalić
"Solidarność" i jej idee, do Polski popłynęła pomoc
finansowa i szkoleniowa, sprzęt i informacje niezbędne do
funkcjonowania opozycji. Konkretne dane o tej pomocy, podane
przez Petera Schweizera, napotkały w Polsce gwałtowne protesty
samych odbiorców tej pomocy. Czy książkę "Victory"
można uznać za niewiarygodną?
Uważam ją za poważną i wiarygodną. Sam uczestniczyłem w spotkaniach
w sprawie pomocy dla Polski, jej wielkości i formy. Padały
tam bardzo konkretne kwoty.
Plan pomocy Waszyngtonu dla "Solidarności" był częścią
zakrojonego na znacznie większą skalę strategicznego programu
złamania ZSRR, który powstał przy pana udziale. Jakie były
jego założenia?
Po pierwsze, uniemożliwienie zwycięstwa ZSRR w wojnie w Afganistanie,
z wszelkimi tego konsekwencjami: politycznymi, ekonomicznymi
itp. Po drugie, deregulacja rynku paliw poprzez obniżenie
cen ropy w wyniku zwiększonego wydobycia przez Arabię Saudyjską
i wywołanie tym spadku dochodów ZSRR z eksportu oraz maksymalne
utrudnienie budowy gazociągu z Syberii do Europy. Po trzecie,
embargo na sprzedaż do ZSRR nowoczesnych technologii. Po czwarte,
zapewnienie przetrwania masowego ruchu antykomunistycznego
w Polsce. Szczęśliwie każdy z punktów udało się zrealizować.
Miały one istotnie duży wpływ na przełomowe zmiany w ZSRR,
które doprowadziły do rozpadu tego imperium.
Czy czuje się pan cichym bohaterem obalenia komunizmu?
Nie. Prawdziwymi bohaterami byli tacy ludzie, jak Sacharow
w Rosji, Havel w Czechosłowacji czy Michnik i Kuroń w Polsce.
Ich odwaga miała zupełnie inny charakter niż moje sprzeciwienie
się niemądrej i niemoralnej polityce ugodowości wobec Moskwy.
Oni mogli stracić życie, a ja tylko posadę.
Rozmawiamy w końcu drugiego roku drugiej kadencji Aleksandra
Kwaśniewskiego, który jest politykiem międzynarodowego sukcesu
i uznania. Dla wielu Polaków jego zwycięstwo nad Lechem Wałęsą
w 1995 roku było paradoksem historii. Solidarnościowa rewolucja
pożarła swoje ukochane, choć niesforne, dziecko?
Wydarzenia w Europie Wschodniej i w Polsce pokazują pewną
prawidłowość. Okazuje się, że ludzie, którzy byli bohaterami
opozycji antykomunistycznej, nie są zdolni do sprawowania
rządów i pełnienia przywództwa w "normalnych" czasach.
Temperament biurokraty nie jest temperamentem bohatera rewolucjonisty.
Tak więc ludzie noszeni na rękach po obaleniu komunizmu, po
latach działalności państwowej budzą zniechęcenie i rozczarowanie.
Wybierani są natomiast ludzie w jakiś sposób uprzednio związani
z władzą komunistyczną. Dlaczego? Bo tylko członkowie byłych
partii rządzących mieli w Europie Wschodniej szanse zajmować
się polityką i sztukę tę opanowali bardzo dobrze. Naturalnie
oni sami też ewoluują w swoich poglądach. Najlepszym tego
przykładem jest prezydent Kwaśniewski. Za jego kadencji Polska
weszła do NATO i najprawdopodobniej stanie się członkiem Unii
Europejskiej. Jest też najwierniejszym sojusznikiem Stanów
Zjednoczonych na kontynencie europejskim. Wszystko to pokazuje,
jak złudne może być przywiązywanie się do stereotypów i etykiet
politycznych.
Człowiek utożsamiany z ugrupowaniem politycznym wprowadzającym
stan wojenny w Polsce jest najbliższym aliantem USA, które
ówczesną decyzję Warszawy o siłowym rozwiązaniu kategorycznie
odrzuciły, odpowiadając sankcjami godzącymi w cały obóz promoskiewski
- i doprowadziły do upadku zarówno tego obozu, jak i systemu
go sponsorującego.
Pointa?
W polityce trzeba niezwykle uważać, używając określeń "zawsze"
i "nigdy".
Rozmawiał w Cambridge Waldemar Piasecki
Prof. Dr Pipes ur. w 1923 r. w Cieszynie,
wykłada na Uniwersytecie Harvarda; w latach 1981-1982 był
dyrektorem ds. Środkowoeuropejskich i sowieckich w Radzie
Bezpieczeństwa Narodowego USA
|