|
Trochę szkoda, że "nie pisze
się historii, chodząc po barach..."
Jan Tomasz Gross
Tygodnik Powszechny, 5 maja 2002
Wywiad profesora Tomasza Szaroty
("TP" nr 17/2001) jest m.in. o tym, że w pracach
historyków II wojny światowej o okupowanej Europie omijano
problematykę prześladowań Żydów przez miejscową ludność. W
odniesieniu do Polski jest to zagadnienie wyjątkowo dramatyczne,
bowiem manifestowało się również bezpośrednim udziałem w masowych
mordach. Jedwabne jest szczególnie drastycznym przykładem
takiego ludobójstwa.
Prof. Szarota ma rację mówiąc, że wiemy
coraz więcej na temat kontekstu jedwabieńskiej zbrodni. W
aktach tzw. "sierpniówek" - procesów wytaczanych
po wojnie z paragrafu o kolaborację z Niemcami (nazwa stąd
się bierze, że paragraf wprowadzony został w sierpniu 1944
roku) - badacze odnajdują coraz więcej materiału o współudziale
polskich sąsiadów w mordowaniu Żydów. Następne opracowania
tematu - wiem o przynajmniej dwóch książkach, które są przygotowywane
w oparciu o nowe, znacznie poszerzone zasoby wiedzy - pozwolą
nam ten kontekst sobie uzmysłowić i postawią nowe problemy
przed historykami okresu wojny oraz wszystkimi osobami zainteresowanymi
moralną wymową zbiorowych losów polskiego społeczeństwa. Nie
wiem, czy to dokładnie miał na myśli prof. Szarota, mówiąc
"Jan Tomasz Gross pisząc swoją książkę "Sąsiedzi"
był przekonany, że wie już wszystko. Dziś historycy wiedzą
znacznie więcej...", ale przyznaję, że "Sąsiedzi"
to jedynie pierwszy krok na drodze do odsłonięcia prawdy o
epoce, która wciągnęła mieszkańców wielu różnych polskich
miejscowości w wir zbrodni.
POPRAWIANIE "SĄSIADÓW"
I HIERARCHIA NAUK
Tyle zgody między nami. Natomiast nie wiem, o co chodzi prof.
Szarocie, kiedy snuje, na przykład, rozważania o polsko-niemieckiej
współpracy z okazji przesłuchania Schapera, które nie przynosi
nowej wiedzy o zbrodni. Nie rozumiem też, w jakim celu mój
oponent przywraca do życia niejakiego Birknera, który szczęśliwie
zniknął z horyzontu po tym, jak niegdyś prokurator Monkiewicz
wprowadzał go do Jedwabnego na czele fantomatycznego oddziału
300 żandarmów. Również nie wiem, dlaczego Szarota ma do mnie
pretensje, że niczego nie zmieniłem w niemieckim wydaniu "Sąsiadów",
choć poprawiłem przecież przestawione w dwóch miejscach w
polskim tekście imiona Laudańskich. Co jeszcze miałem zmienić?
I ja, i - zapewne - szerokie grono czytelników "TP"
byłoby wdzięczne, gdyby prof. Szarota podzielił się wiedzą
o Jedwabnem, której nie ma w książce, a która powinna się
tam znaleźć. Zgadzam się, że należy napisać kolejne książki
o podobnych zbrodniach i wpisać Jedwabne w szeroki pejzaż
demoralizacji polskiego społeczeństwa. Ale to jest odrębne
zadanie, którego nie da się niestety wykonać "poprawiając"
"Sąsiadów".
Nie chcę się też wdawać w spór o metodę, bo nie rozumiem,
dlaczego socjolog to gorszy gatunek człowieka i co miałoby
oznaczać, że historia posługuje się metodą naukową, a socjologia
znowuż nie. Jakież to tajniki "warsztatu" historycznego
pozostają nieprzeniknione dla socjologów? Uroda dzisiejszego
świata - w odróżnieniu od epoki, w której żył i pracował Auguste
Comte - w dużej mierze na tym polega, że się różne kategorie
i zjawiska wzajemnie przenikają. I zamiast przylepiać sobie
łatki, rozsądniej byłoby próbować zrozumieć i wykorzystać
to, co inne dziedziny, oprócz własnej, mają na ten lub ów
temat do powiedzenia.
Ale chyba nie pretensje prof. Szaroty do mnie są tu najważniejsze,
tylko jakaś kwestia bardziej ogólna, bowiem zarzut o to, że
jestem socjologiem, powtarzał się w wielu wypowiedziach i
miał najwyraźniej nośność polemiczną wśród krytyków książki
i ich publiczności. Mógłby z tego wyniknąć nawet i jakiś pożytek,
gdyby osoba kompetentna, na przykład antropolożka kultury,
poczuła się zachęcona do napisania, excusez le mot, eseju
o postcomteańskim nurcie polskiej humanistyki, w którym obowiązuje
do dziś hierarchia nauk.
JEDWABNE I NIEMCY
Wbrew temu, co mówi Tomasz Szarota,
reakcja na moją książkę w Niemczech była raczej sceptyczna,
zdominowana przez filtr dziennikarskich sprawozdań Thomasa
Urbana, korespondenta "Süddeutsche Zeitung" w Polsce,
który przyswoił sobie, nazwijmy to umownie, "narodowy"
kanon oceny "Sąsiadów" i meritum sprawy jedwabieńskiej.
(Polscy czytelnicy łatwo się mogą o tym przekonać, bo drukuje
on te same co w Niemczech artykuły w "Rzeczpospolitej".)
Niemcy, jeśli w ogóle można uogólniać w ten sposób, nie gratulowali
sobie, że historia jedwabieńskiej zbrodni oczyszcza ich z
odpowiedzialności za Holokaust, a raczej poszukiwali brakującego
ogniwa, czyli bezpośredniego udziału swoich rodaków w tym
mordzie.
Trzeba przyznać, że jest to w pewien
sposób imponujące. Nie chcę przeciągać struny, ale wygląda
na to, że opinia publiczna w Niemczech, po wielu latach borykania
się z potwornym problemem niemieckiego autorstwa Holokaustu,
osiągnęła już swoistą swobodę duchową, która z całą ostrością
pozwala jej widzieć odpowiedzialność własnego państwa i społeczeństwa
za tę okrutną zbrodnię. Historiografia i opinia publiczna
krajów okupowanych w czasie wojny przez Niemcy z opóźnieniem
i powoli nadrabia zaległości w tej dziedzinie, choć rola miejscowych
czynników, ludzi i instytucji była jedynie pochodną nazistowskiej
polityki eksterminacji. A może właśnie stąd to opóźnienie,
że sprawa była wstydliwa, na mniejszą skalę niż zbrodnie nazistów
i łatwo dawało się metodą przemilczeń i półprawd całą odpowiedzialność
zrzucić na okupantów?
Polscy obrońcy tzw. "dobrego imienia" również zajmują
się poszukiwaniem Niemców, mimo iż ich rola w Jedwabnem była,
niestety, niewielka. Nie rozumieją najwyraźniej, że rzeczywistym
zadaniem patrioty nie jest odnalezienie złych Niemców, tylko
zdemoralizowanych Polaków. Zrobić to trzeba dla spokoju sumienia
i ku przestrodze przyszłych pokoleń, a wyzwanie to dotyczy
nie tylko Jedwabnego, ale całego obszaru okupowanej Polski.
Musimy wiedzieć, gdzie i jacy ludzie zachowywali się podle
i okrutnie, biorąc udział w haniebnej zbrodni XX wieku, po
to, by przestać żyć w jej cieniu i w uścisku zbrodniarzy;
po to, by przestać się wreszcie oglądać przez ramię, kto jeszcze
nam coś wyciągnie i skąd; po to, by móc uznać szlachetność
i odwagę Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata, którzy żyją
wśród nas i do dziś boją się ujawnić przed sąsiadami; po to,
by pani Antonina Wyrzykowska nie była pariasem we własnym
miasteczku, żeby mogła przyjechać do Jedwabnego i żeby proboszczem
był tam ksiądz, który ją, a nie Leszka Bubla przyjmie na plebanii
z dumą i radością.
Nie wiem, jakiej wiedzy apriorycznej należy przypisać domysły,
że skoro w Jedwabnem upokarzano Żydów każąc im sprzątać rynek,
to musieli za tym stać Niemcy - czy dlatego, że Niemcy lubią
czystość, a Polacy znowuż nie bardzo? I dlaczego upodlające
egzorcyzmy wokół pomnika Lenina, który kazano Żydom rozbić
i zanieść na miejsce kaźni, miałyby być dowodem na niemiecką
inspirację zbrodni? Czyż nasza rodzima "narodówka"
sama nie obarczała Żydów odpowiedzialnością za komunizm? Ale
przecież w całej sprawie nie o to idzie, czy Niemcy wymyślili
sprzątanie rynku i rozbijanie pomnika, tylko o to, że Polacy,
mieszkańcy Jedwabnego i okolic, popełnili ludobójstwo na Żydach.
Przestańmy więc uganiać się za duchami i zastanawiać, co by
było np., gdyby Chaji Finkelsztajn, która rozpoznała na zdjęciu
gestapowca Schapera, pokazano zdjęcie gestapowca Birknera.
Nic by nie było.
UCIEKLI DO MANDŻURII?
Szarota powtarza prawicowo-narodową mantrę, że 1600 ofiar
zbiorowego mordu w Jedwabnem to jakieś moje (w domyśle - arbitralne)
ustalenie. A przecież to nieprawda. Ponieważ dopiero co pisałem
w kwietniowej "Więzi" odpowiedź na recenzję "Sąsiadów"
pióra prof. Antoniego Sułka, powtórzę przedstawione tam argumenty.
Otóż Sułek słusznie zauważył, że 1600 ofiar to nie jest moje
"ustalenie". Ja tej liczby w ogóle nigdzie w książce
nie ustalam, bo nie jesteśmy w stanie bez ekshumacji policzyć
zamordowanych tego dnia. Całkowicie zgadzam się z Sułkiem,
że "ze względu na czas, okoliczności i przebieg zbrodni
nikt nie wiedział, nie wie i nigdy nie będzie wiedział, ilu
dokładnie Żydów zginęło w Jedwabnem". Na temat liczby
wymordowanych Sułek czyni jeszcze jedną niesłychanie ważną
uwagę: "faktem jest, że wymordowana została [tego dnia]
prawie cała żydowska społeczność Jedwabnego - i to jest istotne.
Była to rzeź totalna, jak po zdobyciu biblijnego Jerycha".
To jest prawda zasadnicza - tego dnia zabito wszystkich niemal
jedwabieńskich Żydów. A ilu ich było? Wasersztajn powiada,
że z 1600 jedwabieńskich Żydów przeżyło wojnę tylko kilka
osób; w księdze pamiątkowej Żydów jedwabieńskich podana jest
liczba 1460; UB w wewnętrznym dokumencie podaje, że 1500;
w sądowym wyroku zapisano, że 1200; polski świadek w procesie
mówi, że "półtora tysiąca"; dzieci jedwabieńskie
na stronie internetowej swojej szkoły podają "1640";
zaś niemieckie materiały z Ludwigsburga powiadają o "1621"
spalonych w stodole tego dnia. Jedyne, co budzi moją nieufność
w tych danych, to końcówka "1" w "1621",
bo sugeruje, że ktoś dokładnie policzył ofiary.
Szacując liczbę zamordowanych możemy
jedynie ustalać rząd wielkości. Pod tym względem dane, którymi
dysponujemy, zgadzają się i, co więcej, pochodzą z rozmaitych
źródeł. Liczba "1600" jest właśnie taką estymacją
rzędu wielkości, ugruntowaną dodatkowo w danych spisu powszechnego
z 1931 r. Powtarzam ją w książce, bo to liczba, by tak rzec,
kanoniczna: wymieniona przez Wasersztajna, a także wyryta
na pomniku, który stał na miejscu stodoły, kłamliwie wprawdzie
przypisując zbrodnię niemieckim żandarmom, ale przecież nie
zawyżając celowo liczby zamordowanych - bo po co?
Oczywiście wymowa zbrodni jest identyczna,
niezależnie od tego czy sąsiedzi zamordowali w Jedwabnem 600,
czy 1600 Żydów. Myślę nawet, że należy docenić dobrą wolę
kogoś, kto usiłuje liczbę ofiar zmniejszyć tak, aby pomordowani
Żydzi łatwiej zmieścili się do stodoły i żeby to wszystko
jakoś łatwiej się pomieściło w naszych głowach. Mnie także
nie zależy na tym, żeby na papierze uśmiercić więcej jedwabieńskich
Żydów niż w istocie zostało tam wówczas zamordowanych. Ale
kto twierdzi, że w Jedwabnem zamordowano od 150 do 250 (jak
informował min. Lech Kaczyński) czy 400 osób, jak podaje Szarota
opierając się na ekspertyzie prof. Koli po niefortunnej pseudoekshumacji
(właściwa ekshumacja mogiły zbiorowej tej wielkości powinna
była zająć wiele miesięcy, może nawet rok - prace w Jedwabnem
trwały 5 dni), ten musi również wyjaśnić, gdzie się podziali
wszyscy inni Żydzi z Jedwabnego.
Jest taka słynna rozmowa Sikorskiego
ze Stalinem na Kremlu, w której generał próbuje uzyskać informacje
o oficerach, którzy powinni byli zostać wypuszczeni z obozów
i zgłaszać się do powstającej na terenie ZSSR armii Andersa.
Stalin mówi, że wszystkich już zwolniono, ale Sikorski nalega,
bo brakuje przecież tysięcy osób, o których wiadomo, że zostały
wzięte do niewoli sowieckiej. Stalin podchodzi do telefonu,
gdzieś dzwoni, znika na chwilę, po czym wraca i powtarza,
że wszystkich zwolniono. To co się stało z brakującymi? -
pyta Sikorski. Pewnie uciekli z obozów - odpowiada Stalin.
A dokąd? - pyta Sikorski. Do Mandżurii - odpowiada Stalin.
Dokładnie tak samo jest z Żydami jedwabieńskimi.
Oni też są w Mandżurii. I to jest ta sama Mandżuria, tyle
że dla jednych nazywa się Katyń, a dla innych Jedwabne.
Jeśli obrońcy dobrego imienia, przyjmując
do wiadomości wyniki najszybszej w historii medycyny sądowej
ekshumacji, powiadają, że w stodole Śleszyńskiego spalono
najwyżej 400 osób, mówią oni implicite, że całą resztę jedwabieńskich
Żydów zamordowano wcześniej tego dnia w miasteczku i na okolicznych
polach. Tak więc te brakujące do rachunku z grubsza biorąc
tysiąc osób zabito kijami, nożami, widłami, cepami, siekierami
i temu podobnymi przyrządami. Ale zabić w ten sposób człowieka
nie jest rzeczą prostą. Był wśród jedwabnian niejaki Kobrzyniecki,
który dumnie rozgłaszał, że zarżnął tego dnia 18 osób. Musiał
to być jednak wyjątek. Powiedzmy więc, że przeciętny jedwabieński
morderca zatłukł, zarżnął lub zarąbał trzy albo cztery osoby.
Daje nam to lekko licząc 250 do 300 zbrodniarzy, którzy własnoręcznie
zabijali Żydów w Jedwabnem. To nie jest moja ocena, tylko
implikacja twierdzeń Szaroty.
Chłopcy z Jedwabnego, którzy 10 lipca
1941 roku dogonili Wiktora Nieławickiego na polu za miastem
i doprowadzili przemocą z powrotem na rynek, wzięli udział
w zbrodni ludobójstwa. Tak samo spotkana po drodze kobieta,
która sklęła Nieławickiego i pochwaliła młodocianych prześladowców
pędzących go na śmierć. Każdy, kto tego dnia wyciągnął chowającego
się Żyda zza krzaka, wskazał ukrywającego się za węgłem, schwytał
uciekającego na polu, kopnął pędzonego w tłumie, rzucił w
prowadzonych na śmierć kamieniem, przeklinał ich, śmiał się,
opluwał - wziął udział w zbrodni ludobójstwa. Taka jest istota
wydarzeń w Jedwabnem i dałem temu wyraz na piśmie stwierdzając,
że polska połowa mieszkańców miasteczka zamordowała tego dnia
jego żydowską połowę.
Na koniec pragnę dodać, że podzielam opinię Szaroty, iż nie
było do tej pory dyskusji historyków nad całym splotem zagadnień
wynikającym z publikacji "Sąsiadów". Wielka szkoda,
a może nawet trochę i wstyd. Jak to się stało, że specjaliści
od II wojny światowej przegapili zjawisko mordowania Żydów
przez współobywateli, tzw. "rodowitych" Polaków?
("Gross nie może zrozumieć, dlaczego nikt wcześniej nie
zajął się Jedwabnem - przecież, mówi, wystarczyło tam pojechać,
pójść do knajpy i porozmawiać z ludźmi".) Obawiam się,
że nie jest wystarczającą odpowiedzią na to pytanie konstatacja,
że "nie pisze się historii chodząc po barach", nawet
celnie spointowana, że "to jest właśnie kwestia warsztatu".
Socjologów, na szczęście, nie obowiązują tak rygorystyczne
normy postępowania, jako że w naukach społecznych - a podejrzewam,
że również i w humanistyce - podstawą warsztatu jest nie tyle
abstynencja, co umiejętne zadawanie pytań, choćby nawet i
w knajpie. Zaś stateczny historyk, gdyby uczynił już ten wysiłek
w odniesieniu do Jedwabnego, mógł pójść po odpowiedź wcale
nie do baru, tylko do archiwum albo zgoła do biblioteki.
I jeszcze jedno. Prof. Szarota określa mnie przy pomocy różnych
epitetów - socjolog, megaloman, eseista - co przyjmuję z pokorą,
bo wyrażają one po prostu jego poglądy. Ale wypowiadając sądy
w kwestiach faktycznych powinien jednak stosować się do reguł
metody empirycznej. Nie wiem, kto mu podpowiedział, że "IPN
chciał mu [tzn. mnie] przekazać nowe materiały, jakie udało
się zebrać i otrzymał od Grossa odpowiedź, że go to nie interesuje".
Jest to po prostu nieprawda. Czytelnikom i czytelniczkom "Tygodnika"
należałoby się wedle dobrych obyczajów słówko przeprosin w
nadchodzącym numerze za nieświadome ze strony profesora wprowadzenie
ich w błąd.
|