|
Stańcie do apelu poległych
Patrycja Bukalska
Tygodnik Powszechny, 17 sierpnia 2003
"Sprawdzić się. Nie zawieść.
Wierzyć" - 60 lat temu powstał batalion "Parasol"
Po burzy tuje pachną mocniej niż zwykle.
W popołudniowym, jaskrawym jeszcze słońcu, schną alejki cmentarza
Powązkowskiego. Pusto. Tylko w kwaterze batalionu "Parasol"
w milczeniu stoi kilkadziesiąt osób: uroczystości 60. rocznicy
powstania oddziału. Z synem Adasiem idę wzdłuż nagrobków.
Są identyczne, tylko wiek poległych jest różny - 16, 19, 21
lat. "Ziutek" - miał powodzenie u dziewcząt, poeta.
"Szofer" - w nim podkochiwała się łączniczka dowództwa,
Hanka Wichrowska, zginęła w czasie próby przebicia się do
Śródmieścia. "Roma" - miała piękne warkocze, wszyscy
je pamiętają. W ciszy padają nazwiska z długiej listy. Stańcie
do apelu poległych..
Proszę jeść. Ja nie zjem więcej niż
jedną. - zachęca Malina i podsuwa talerz moreli. Siedzimy
w jej mieszkaniu. Malina ogląda biało-czerwoną opaskę z Powstania
i zastanawia się, czy pranie aby jej nie zaszkodzi. - Na apel
poległych założę. Ale na uroczysty obiad raczej nie. Mam za
to elegancką suknię - myśli na głos, jak każda kobieta przed
wielkim wyjściem. "Parasol" świętuje swoją 60. rocznicę.
Na uroczystości 29 i 30 lipca przyjechali żołnierze batalionu
rozsiani po świecie: z Tychów i Jurgowa, z Londynu i Kanady.
- To ostatnia okrągła rocznica - mówią.
"Magik" na obchody Parasola
wrócił z wakacji w Nicei. "Bolec" niespełna dwa
tygodnie wcześniej przyjechał z Kanady, gdzie co roku spędza
u dzieci kilka miesięcy. Teraz krząta się po kuchni odsmażając
pierogi. Wyjmuje talerze, widelce. - Pan był ranny w rękę,
prawda? - upewniam się. - A tak. Na Starym Mieście. Pocisk
z moździerza - odwija rękaw i pokazuje bliznę.
"Bolec" naprawdę nazywa się
Tadeusz Chojko. Rocznik 1920.
- Pseudonimu sobie nawet nie wybrałem.
Mieliśmy wpadkę: koło naszego punktu kontaktowego ukrywali
się Żydzi. Przyszło po nich gestapo, a przy okazji zgarnęli
i nas - młodych chłopaków na schodach. Trzymali nas na balkonie,
a że było jeden na jeden, tośmy się wyrwali. Ale lokal był
spalony i pseudonimy też. Dowódca wymyślił nowe: "Jesteś
najniższy, prawie niewidoczny jak bolec w maszynie. Ale bez
niego nic nie będzie działać". I tak zostałem "Bolcem".
"Pucia", Maria Wiśniewska.
Rocznik 1929. W domu mówili do niej Malina, utarło się tak
do dziś, a i kolegom z konspiracji nieraz się myliło. Ale
oficjalnie jest "Pucią".
- Pseudonimy to często była zabawa.
Wymyślało się na poczekaniu, czasem przyjmując imię tego,
w kim się kto podkochiwał. Np. koleżanka była "Pietrek"
bo się zakochała w Piotrze. Ja zostałam "Pucią",
bo miałam taką pyzatą twarz.
"Magik", Jerzy Bartnik. Rocznik
1930. Swój pseudonim przyniósł do wojska z warszawskiej ulicy.
Jako 12-letni chłopak grywał w karty i kości. Zarobione w
ten sposób pieniądze w większości oddawał mamie i babci.
- Wygrywałem ze starszymi. Wydawało
się im to podejrzane. W końcu stwierdzili: "Albo oszukujesz,
albo jesteś magik!".
Mission impossible
Latem 1944 r. Malina jak zwykle jeździła
z rodziną do Świdra pod Warszawą, do posesji, której właścicielem
był Jan Wedel. Na zdjęciu z jednego z wypadów widać, jak stoją
w szeregu wszyscy bywalcy Świdra - młodzi, uśmiechnięci, piękni.
Czwarta od lewej to Ewa, siostra Maliny. Zawsze uśmiechnięta.
Jeszcze nie wie, że za kilka tygodni, wbrew temu, iż twierdziła,
że konspiracja ją nudzi, będzie sobie dzielnie radzić w Powstaniu
jako sanitariuszka. Obok Malina, z krągłą buzią, której zawdzięcza
swój pseudonim. W przeciwieństwie do starszej siostry nad
wiek poważna, patrzy przed siebie z zaciśniętymi ustami. Ma
powody do dumy - w kwietniu trafiła do "Parasola",
najsłynniejszej podziemnej jednostki.
- Była konspiracja, ale na mieście o
"Parasolu" się po prostu mówiło. Wiadomo było, że
przeprowadzają wielkie akcje - tłumaczy Malina. Od dawna starała
się o kontakt z "prawdziwą organizacją". Harcerskie
zbiórki i piosenki tylko ją niecierpliwiły, chciała walczyć.
Marzenie wkrótce się spełniło. Na razie jeszcze jest dziewczynką
w sukience w kwiatki. Lato na zdjęciu trwa. Jak zapach tui
po burzy.
Decyzja o powołaniu specjalnego oddziału
do walki z gestapo zapadła w Komendzie Głównej Armii Krajowej
latem 1943 r. Jego trzon miało stanowić około 60 żołnierzy,
wybranych z Grup Szturmowych Szarych Szeregów - wśród nich
"Bolec". W "Parasolu" od początku. - Tam
chodziło o odwagę i silne charaktery. Była selekcja. Wybierano
ludzi gotowych na śmierć, którzy zawsze wykonają zadanie i
nigdy nie zostawią kolegi. Nie wolno było się cofnąć o krok.
Lęk został wyeliminowany. Jeśli ktoś się zawahał, nigdy więcej
nie trafił do żadnej akcji. Ale i wcześniej było się obserwowanym.
"Bolec" opowiada o "próbie odwagi" - polecono
mu wejść do budynku żandarmerii przy Placu Zamkowym i zebrać
informacje o układzie pokojów, kto gdzie siedzi itd. Nie wpuszczano
tam cywilów, a na pewno nie Polaków. Prawdziwa mission impossible.
- Teraz myślę, że chciano zobaczyć,
co zrobię: czy się od razu wycofam albo czy po prostu nie
nakłamię. Ale szczęście mi sprzyjało. To był deszczowy dzień
i nagle zobaczyłem, że na Placu Zamkowym coś błyszczy na ziemi
- złota odznaka hitlerowska. Było takich wszystkiego 10 tysięcy,
więc rzecz była cenna. Wziąłem ją i poszedłem na posterunek
żandarmerii. Postawiłem na bezczelność: powiedziałem wartownikowi,
że chcę odznakę oddać właścicielowi osobiście, a jemu nie
dam, bo ukradnie. Wpuścił mnie. Chodziłem od pokoju do pokoju
i pytałem, czy nie zgubiono przypadkiem odznaki. Nikt mnie
nie zaczepił, pewnie myśleli, że jestem volksdeutschem, skoro
w ogóle mnie tam wpuszczono. Pochodziłem więc trochę, pooglądałem
i żeby nie kusić losu, wyszedłem nie zatrzymywany przez nikogo.
"Parasol" to było marzenie
każdego chłopaka - wzdycha "Magik" na eleganckiej
kanapie w jego willi na Saskiej Kępie. Należał do najmłodszych
parasolowych żołnierzy: kiedy zaczęło się Powstanie, miał
14 lat, a jednocześnie był jednym z bardziej doświadczonych.
Trudno powiedzieć dokładnie, kiedy trafił do podziemia. Już
jako 12-letni chłopak przenosił na polecenie matki i babci
nie tylko paczki z podziemną prasą. Matka i ciotka w podwarszawskiej
Zielonce współorganizowały produkcję granatów. Latem 1943
r. Niemcy aresztowali "Magika", mamę i jego młodszą
siostrę Lalkę, ciotkę i jej kilkuletniego synka Dadka. Dzieciom
dzięki pomocy jednego ze strażników udało się uciec. Matka
i ciotka trafiły do Oświęcimia. Cudem ocaleni Lalka i Dadek
zostali w mieście u babci, a "Magika" wysłano do
lasu. W partyzantce Ponurego w Górach Świętokrzyskich zjawił
się w eleganckiej tweedowej marynarce i pięknych oficerkach,
które pożyczył od wuja w Warszawie. Wkrótce po oficerkach
nie było śladu, spaliły się, gdy suszył je przy ognisku. Chłopak
przeszedł ostre szkolenie.
Przyjęto mnie jako żołnierza. Wtedy
złożyłem pierwszą przysięgę w AK. Był tam plutonowy "Sokół".
Ależ on się nad nami znęcał! Jak się czołgaliśmy i pięty nam
wystawały, kopał w nie bez litości. Ale pewnie dzięki jego
twardej szkole przeżyliśmy.
Z partyzanckiego oddziału, w którym
służył "Magik", żyje jeszcze kilkanaście osób, wśród
nich jego opiekun Jerzy Stefanowski, "Habdank".
Do Warszawy chłopiec przyjechał na przezimowanie pod koniec
1943 r., w kwietniu 44 r. trafił do "Parasola".
W Powstaniu ze względu na leśne doświadczenie został obserwatorem,
do jego obowiązków należało śledzenie pozycji i ruchów nieprzyjaciela,
niekiedy samotne wypady poza powstańcze linie. W "Parasolu"
walczył jednak tylko przez pierwsze sierpniowe dni. Potem
trafił do Oddziału Specjalnego "Juliusz", gdzie
dowodził sekcją butelkarzy. - To byli ludzie, którzy nie bali
się śmierci. Desperaci. Większość zginęła.
Na zdjęciach zrobionych na barykadzie
przy ul. Królewskiej pod koniec Powstania widać wychudzonego
chłopaka z gęstą czupryną. Trudno uwierzyć, że ma 14 lat.
Ma za to belki kaprala i zacięte, wściekłe spojrzenie.
Nie zawiedli
- Dopiero w Powstaniu okazało się, że
w "Parasolu" była też moja siostra, Lalka - opowiada
"Magik". - Konspiracja była taka, że nawet o tym
nie wiedziałem.
"Magik" przysiągł matce, że
będzie się siostrą opiekował. Nie udało się: 13 sierpnia na
ul. Miodowej Lalkę rozerwał granatnik.
Ze zdjęcia okładki książki "Magik
i Lalka" napisanej przez Malinę spogląda śliczna dziewczynka
w ludowym stroju i chłopiec o wielkich, trochę smutnych oczach.
To rok 1935 r. "Magik" na zdjęciu, wtedy jeszcze
nazywany Luleczkiem, ma pięć lat. Jest mama, jest tata, wszystko
jest jeszcze normalne. Cała rodzina szykuje się do wyjazdu
do Gdyni, gdzie Edmund Bartnik, ojciec "Magika",
zasłużony śląski powstaniec, ma kierować nowoczesnymi zakładami
mięsnymi. "Magik" głaszcze okładkę ręką. - Malina
nie chciała pisać o rzeczach okropnych. Na przykład o dwóch
dniach walk na cmentarzu ewangelickim na początku Powstania.
Spadł na nas grad pocisków z granatników, po prostu setki.
Pamiętam rannych, którym jelita wychodziły na wierzch, rannych
w płuca, którzy połykali krew płynącą im z ust. Pamiętam też
jednego Niemca. Pojechałem po nim serią jak maszyną do szycia.
Żył jeszcze, kiedy zabierałem mu parabellum, wołał: "Hilfe,
hilfe", ale ja wiedziałem, że nie ma już żadnych szans.
"Magik" milczy przez chwilę,
a potem mówi ostro i zdecydowanie: - Teraz to ja na ślimaka
uważam na ścieżce, ale niech ludzie wiedzą, jaka jest wojna.
- W Akcji pod Arsenałem miałem być butelkarzem
i zatrzymać więźniarkę butelką z benzyną. W ostatniej chwili
okazało się, że nie ma dla mnie broni i kazali mi zrezygnować.
Ale ja mówię: - Słuchaj "Zośka", mogę nie brać udziału
w akcji, ale nie zabronisz mi popatrzeć. Dali mi dwa wiekowe
pistolety, jeszcze 2 filipinki [produkowane przez AK granaty]
i tyle miałem. Zostałem drugim butelkarzem. Pierwszemu nie
udało się przebić szyby więźniarki. Moja kolej - opowiada
z przejęciem "Bolec" - Pamiętam twarz kierowcy za
szybą... Starałem się podejść jak najbliżej i mierzyć dokładnie.
Rzuciłem i patrzę - dwie pochodnie wyskakują, udało się.
"Bolec" śmieje się. Pasuje
do wyobrażeń o ludziach z tamtych czasów. Twardy, nieugięty,
nieskory do wzruszeń. "Najdzielniejszy" - tak mówią
o nim inni powstańcy. Siedzimy przy małym stole w mieszkaniu
na 14. piętrze, trochę milczymy pijąc wino, trochę rozmawiamy
o hodowli winorośli i sztuce kulinarnej. Widać, jak na balkonie
wiatr targa surfinie, będzie burza. Nagle "Bolec"
zaczyna mówić.
- Była w Powstaniu taka dziewczynka,
dziewczyneczka. 16 lat miała, po prostu śliczna. Buzia okrągła
i delikatna jak u dziecka, włosy ciemne. Miały taki złoty
połysk. I jeszcze wiązała je w warkocze. Pamiętam, jak zobaczyłem
ją na naszym punkcie sanitarnym, ranną. Straszny postrzał
miała, z karabinu maszynowego w brzuch. Jak mnie zobaczyła,
to się rozpłakała. Podbiegłem do niej i zacząłem uspokajać,
głaskać. - To nic, dziecko, to nic, ja wiem, że boli - mówiłem.
- A ona mówi, że nie dlatego płacze,
że boli, albo że mnie zobaczyła, ale dlatego, że nie była
wczoraj na posterunku. To było dla niej najważniejsze, dla
tego dziecka. Bo to jeszcze dziecko było. To było najważniejsze.
"Romka", "Roma" - taki miała pseudonim
- Bolec przerywa mocno poruszony i patrzy na surfinie. Zaczyna
padać.
"Romę" Malina poznała jeszcze
na Woli, w pierwszych dniach Powstania. - To była moja powstańcza
przyjaciółka. Wycofano nas z Woli i zakwaterowano na Freta,
na posesji ojców dominikanów. Na zapleczu był drewniany teatr
i barak z umywalkami i to jeszcze z wodą! Zamknęłyśmy się
tam we dwie, położyłyśmy na umywalkach i odkręciłyśmy wodę
tak, że ciekła z kilku kranów na raz. Zaraz jednak uderzyła
"szafa" i kąpiel się skończyła - opowiada Malina
ze śmiechem.
Kolejne dni Powstania były coraz trudniejsze.
Kończył się czas radosny. Pod koniec sierpnia "Roma"
została śmiertelnie ranna w brzuch. Jej agonia trwała niemal
trzy dni. Przez cały czas przy jej posłaniu siedziała Malina.
Była też przy ekshumacji zwłok przyjaciółki z grobu w Parku
Krasińskich w maju 1945 r. - Poznałam ją po czarnych warkoczach.
Niemal wszystkie dziewczęta w Powstaniu obcięły włosy, bo
nie było gdzie ich umyć, a co chwila spadał na nas gruz i
pył. Roma swoje zostawiła.
- W Powstaniu czułam się żołnierzem
i z tego byłam dumna. Kiedy byliśmy na Starym Mieście, mogłam
odwiedzić rodzinę na ul. Boduena, ale gdzie tam... Zrobiłam
to dopiero po przejściu kanałami ze Starówki do Śródmieścia.
Zeszliśmy na dół nocą z 1 na 2 września, jako ostatnia grupa
"Parasola" ze Starego Miasta. O 5 rano wyszliśmy
na Wareckiej - przechodziłam koło domu i zamiast wstąpić i
powiedzieć "żyję", poszłam dalej, aż oddział zatrzymał
się w Al. Ujazdowskich. Dopiero tam poprosiłam o pozwolenie
odwiedzenia rodziny.
W domu Malina zjawiła się popołudniu
akurat na imieniny ojca, w spódnicy sztywnej od jodyny i krwi.
Brudna i śmierdząca. Kąpała ją panna Ola, opiekująca się jej
najmłodszą siostrzyczką po śmierci matki. - Najpierw musiała
zeskrobać ze mnie brud i maź, żeby się dostać do skóry. Przebrałam
się potem w czystą spódniczkę i nowe buty, niestety na obcasie,
bo sandały zupełnie zniszczyły się w kanale.
W pantofelkach Malina wróciła do oddziału.
O rodzinę nie martwiła się do chwili, gdy z pozycji na Czerniakowie
zobaczyła naloty na Śródmieście.
- Poczułam straszliwy niepokój, gdy
zobaczyłam niemieckie samoloty, aż schowałam się sama w kącie
i zaczęłam płakać. Wcześniej nigdy mi się to nie zdarzyło.
Okazało się, że właśnie wtedy spadła bomba na dom, w którego
piwnicy schronili się moi bliscy. Po jednej stronie ludzie
przeżyli, po drugiej nie. Mój ojciec i rodzeństwo ocaleli.
Zginął Antoś, ten wysoki chłopak ze zdjęcia. Już wcześniej
był chory, wdało się zakażenie, a on się zadręczał, że nie
zdołał stawić się 1 sierpnia na Starym Mieście, że jego koledzy
ze 104 kompanii Syndykalistów pomyślą, że zawiódł.
Nowe czasy, nowe życie
Po Powstaniu i "Magik", i
"Bolec" poszli do niewoli jak wielu powstańców.
Nie wrócili do Polski. Malina została. Z ocalałą rodziną zamieszkała
w Łodzi. Poszła do szkoły. Miała w końcu dopiero 15 lat. -
Byłam zwykłą uczennicą normalnej szkoły. O tym, co przeżyłam,
co robiłam w czasie Powstania, nie opowiadałam, była to moja
trudna i bolesna sprawa.
Było ciężko, ale jak się ma 15-16 lat,
to radość życia jest silniejsza. Wyżywała się w sporcie i
harcerstwie, które wkrótce przestało ją jednak bawić. Do Warszawy
wróciła z rodziną w 1947 r. i tam już zrobiła maturę. Potem
studia dziennikarskie, praca magisterska w 1955 r. na UW i
w końcu - marzenie jej życia - w 1975 r. obrona pracy doktorskiej
o prasie Szarych Szeregów napisanej pod kierunkiem prof. Aleksandra
Kamińskiego "Kamyka". - Do dziś jest dla mnie wzorcem
osobowym. Dla niego zawsze na pierwszym miejscu był najmniejszy
zuch, a nie ważni oficjele - wyznaje Malina. Teraz znowu jest
"na barykadzie". Pracuje nad sporządzeniem notek
o powstańcach warszawskich.
- Po 60 latach zebrać dokładne dane
nie jest łatwo. Wyszedł już tom 5. - nazwiska na litery A-Kr.
Teraz zajmujemy się tomem 6. Razem będzie około 50 tysięcy
notek! - opowiada z zapałem Malina, koordynator Wielkiej Ilustrowanej
Encyklopedii Powstania Warszawskiego, przygotowywanej przez
wydawnictwo Bellona.
- W młodości chciałem być dyplomatą,
poznawać świat, zwiedzać kraje. Przed wojną uczyłem się francuskiego,
niemieckiego, angielskiego - mówi "Bolec". Języki
przydały się po wojnie. Z niewoli trafił do Włoch, a potem
przez Anglię do Kanady.
- Bryndza była i tyle. Żona, dwójka
dzieci. Pracowałem w pralni chemicznej. Zarabiałem 30 dolarów
na tydzień, do garnka nie było co włożyć, ale szczęście mi
sprzyjało - wspomina "Bolec".
- Pamiętam jak w Ottawie poszedłem na
ryby, myślałem, że coś złapię.
Wędkarze to specyficzni ludzie, niby
małomówni, ale do siebie zawsze zagadają. Nad rzeką "Bolec"
spotkał kadrowego w fabryce produkującej pralki, która właśnie
dostała kontrakt na budowę samolotów i potrzebowała ludzi
do pracy. Pensja: marzenie czyli 1,25 dolara na godzinę: przyjdź
jutro do fabryki, nic się nie martw - zachęcał kadrowy.
- Nie miałem pojęcia o samolotach i
wydawało mi się to nieuczciwe, ale dałem się przekonać. Obserwowałem
majstra i po tygodniu wiedziałem, o co chodzi.
"Bolec" mógł już utrzymać
powiększającą się rodzinę, a wkrótce awansować. Kiedy stanął
na nogi i mógł żyć spokojnie, zdecydował się na kupno farmy
w dzikiej kanadyjskiej puszczy. Sam karczował las, orał, uczył
się doić kozę. - Chciałem pokazać, że mimo swego kalectwa
[wskazuje na lewą rękę, w którą był ranny] dam sobie radę.
- W Anglii znalazłem się już wiosną
1945 r. - opowiada "Magik". - Miałem 15 lat, byłem
inwalidą [w Powstaniu stracił oko] i nie znałem języka. Na
początku nawet nie zamierzałem się uczyć, myślałem, że wkrótce
wrócę do Polski i będę się bił z bolszewikami.
Stało się inaczej. "Magik"
skończył jeden z lepszych londyńskich college'ów, został inżynierem
i dostał dobrą pracę. Jak mówi, zawsze chciał być dyrektorem,
jak ojciec i jego marzenie się spełniło. Kierował budowami
w Afryce i Kanadzie. Z dumą pokazuje zdjęcie, na którym stoi
obok służbowego mercedesa.
"To było zupełnie zwyczajne"
Głównym zadaniem "Parasola"
było likwidowanie w błyskawicznych potyczkach na ulicach Warszawy
niemieckich funkcjonariuszy skazanych przez sąd Polski Podziemnej
na karę śmierci. W czasie roku działalności przed Powstaniem
przeprowadzono 13 akcji, w tym słynny zamach na Franza Kutscherę
- dowódcę SS i Policji na dystrykt warszawski. W tym czasie
zginęło prawie 50 żołnierzy. W Powstaniu - prawie 300. W sumie
przez batalion przewinęło się ponad 700 żołnierzy. Teraz w
Polsce i zagranicą żyje jeszcze 120 członków "Parasola".
- Z obchodami 50-lecia batalionu nie
ma jednak porównania. Mało nas już - szepcze do mnie Elżbieta
Dziębowska, "Dewajtis", w czasie obiadu w Centrum
Konferencyjnym Wojska Polskiego w Warszawie. Powstańcy, ich
rodziny, zaproszeni goście. Atmosfera inna niż dzień wcześniej
na Powązkach. Gwar, żarty jak na spotkaniu klasowym, wspomnienia
o wojennych akcjach i niedawnych towarzyskich spotkaniach.
Nawoływania, zapisywanie telefonów. Przed obiadem wręczano
"Syrenki", odznaki zasłużonych dla miasta Warszawy
- wianuszek wyróżnionych, których było więcej niż tych, którzy
pozostali na krzesłach w głębi sali. Wśród odznaczonych Malina,
"Bolec", "Magik". Nie są to ich pierwsze
odznaczenia, "Magik" jeszcze w Powstaniu dostał
Virtuti Militari. Dziś jest najmłodszym kawalerem Orderu.
Odznaczenia - nie o tym myśleli, gdy
podejmowali walkę.
- Takie były okoliczności. Proszę mi
wierzyć, to było zupełnie zwyczajne - "Dewajtis".
- Wtedy była inna hierarchia wartości.
Zabrano nam szkoły, sprowadzono do roli poślednich pracowników.
Jedyny sposób wykazania się to była walka - Malina.
- Takie było wychowanie. Tak nas kształtowała
szkoła, rodzice. Ja nie wierzyłem, że w ogóle z tego Powstania
wyjdę - "Bolec".
- Cieszę się, że byłam w Powstaniu.
To wielka przemiana. Z kłopotów, klęski, potem degradacji,
teraz na stare lata mamy coś dobrego. Dzięki Powstaniu mogę
z dumą przeżyć starość - Malina zaciera ręce.
- Nawet teraz nie pozwoliłbym, żeby
powstanie mnie ominęło. Taki idiota jestem - "Bolec"
śmieje się.
- Nie myślało się o niebezpieczeństwie.
Byłam dumna, że należałam do ludzi, którzy walczyli - Malina.
- Czy się bałem? Pewnie, że się bałem,
ale swojego dowódcy się bałem bardziej - żartuje "Magik".
- Być wśród ludzi, którzy się sprawdzili.
Świadomość tego to największa forma nagrody - mówi Malina.
Ona sama jak najbardziej teraźniejsza, z paznokciami u nóg
pomalowanymi na czerwono i krótko ostrzyżonymi włosami, pełna
planów, energii, jak najdalsza od egzaltacji, a jednak mówi
to zupełnie serio. Sprawdzić się. Nie zawieść. Wierzyć.
"Panien rój, kwiatów rój i sztandary
/ Równy krok, śmiały wzrok, bruk aż drży / Alejami paradą
będziem szli defiladą / w wolną Polskę, co wstała z naszej
krwi." Tak kończy się hymn "Parasola". Tak
miało być. Tak widział to parasolowy poeta Józef Szczepański,
"Ziutek". Zmarł z odniesionych na Starym Mieście
ran 10 września 1944 r.
- Wie pani, co mną jakiś czas temu wstrząsnęło?
- pyta Malina. - Staruszka, której obaj synowie zginęli w
Powstaniu. Mieszkała sama w strasznych warunkach, w nieogrzewanym
pokoju. I ona mówi mi, że kiedy synowie szli walczyć, powiedzieli
jej, żeby się o nic nie martwiła, bo jeśli zginą, to Polska
się nią zajmie.
Julia Hartwig
Victoria
Dlaczego nie tańczyłam na Polach
Elizejskichkiedy tłum wiwatował na cześć końca wojny?Dlaczego
to nie ja rzuciłam się w ramiona temu marynarzowiktóry
schodząc z trapu z płóciennym workiem na ramieniubiegł
ku mnie przepychając się przez rozgorączkowany tłumgdy
z wszystkich megafonów dobiegały jużrozszalałe dźwięki
bebopana przemian z Marsylianką i hymnem Boże strzeż
Króla?Dlaczego nie rozbiłam butelki szampanaw pobliżu
ich obu ubranych jeszcze w angielskie munduryi nie przeczuwających
że kiedyś stanę u końca ich drogi?Dlaczego pisane mi
było żebym na głównej ulicy Lublinana widok wchodzących
oddziałów z czerwonymi gwiazdamipłakała z radości że
nie usłyszę już znienawidzonego: Raus! i Halt!i z szarpiącego
żalu że jest to cena za utracone marzenieo triumfalnym
wjeździe bohatera na białym koniui o powrocie tych którzy
podwójnie oszukanitu już wracać nie chcieliStanęliśmy
więc - ci co się zachowali -na ulicach obróconej w pustynię
Warszawyi dziś po latach odnajdujemy tam siebietrudnych
do rozpoznaniana wyblakłych taśmach starych kronik filmowych
|
Zebrani na apelu poległych na warszawskich
Powązkach powoli rozchodzą się. Pod prąd brnę z moim 3-letnim
Adasiem. Niesiemy znicze - obiecałam mu, że jak będzie cichutko,
pomoże mi je zapalić. Jasna główka przyciąga wzrok i uśmiechy
powstańców. Wysoki, chudy pan o białych włosach stojący z
boku alejki głaszcze go po cherubinkowatych lokach.
- Zaraz, zaraz, proszę poczekać - mówi
i szybko sięga do kieszeni marynarki. Podaje małemu cukierka.
- Podziękuj - mówię do dziecka.
- Nie trzeba - przerywa mi mężczyzna
- To ja dziękuję, że pani z nim tu przyszła.
Zapalamy znicze, powoli wracamy. Staram się nie stracić z
oczu czerwonego podkoszulka Adasia radośnie migającego między
płytami. Alejkę przebiega samotna wiewiórka. Tuje jeszcze
pachną.
Dziękuję Michałowi Żakowskiemu,
bez którego pomocy ten tekst nie mógłby powstać.
|