|
Byli też dobrzy Niemcy - wywiad
z Romanem Polańskim
Rozmawiali Marek Beylin i Adam Michnik
Gazeta Wyborcza, 24.05.2002
Tutaj nie chodzi o politykę. Chciałem
pokazać pewien moment w historii naszego kraju i człowieka,
którego otaczają postacie pozytywne i negatywne - Polacy,
Żydzi, Niemcy. Wie pan, który Niemiec był dobry? Ten, który
uratował Szpilmana - mówi o swoim najnowszym filmie Roman
Polański w rozmowie z Markiem Beylinem i Adamem Michnikiem
Marek Beylin: Czy w filmie "Pianista" zrobionym
na podstawie wspomnień Władysława Szpilmana posługuje się
Pan swoją pamięcią tamtych czasów, własnym życiem?
Roman Polański: Wręcz przeciwnie. Szukałem tematu, w którym
mógłbym wykorzystać wspomnienia z dzieciństwa, ale który nie
byłby moją historią, opowiadaniem o moim życiu. Wykorzystuję
najdrobniejsze wspomnienia, używając ich do rekonstrukcji
detali, wyglądu ulic, strojów itd.
M.B.: W Polsce przez lata bardzo mało mówiło się o Holocauście.
Ja nie pamiętam takich rozmów w domu...
Z moim ojcem też prawie nigdy nie rozmawialiśmy na ten temat.
On przeżył obóz koncentracyjny, ja przeżyłem getto krakowskie
i później chowałem się na wsi. Nie rozmawialiśmy o tym z innymi
członkami rodziny ani kolegami, np. z Ryśkiem Horowitzem [światowej
sławy fotografikiem - red.]. Nie pamiętam nawet jednej rozmowy
z Ryśkiem na ten temat.
M.B.: Może mało kto chciał słuchać tych opowieści?
Jednak we Francji cały czas się o tym mówiło. W Polsce wszyscy
mówili o Armii Krajowej, o Powstaniu Warszawskim itd., i to
pomimo że władza była temu niechętna. A na temat Holocaustu
panowało milczenie.
Adam Michnik: Takie samo milczenie istniało w Izraelu. Do
procesu Eichmana w Jerozolimie to był temat tabu.
Sądzi pan? Dlaczego?
A.M.: Dobre pytanie. Chciałem Pana o to spytać.
To były bardzo przykre wspomnienia i nikt nie miał ochoty
do nich wracać. Ważna była przyszłość.
A.M.: Pańska odpowiedź, że się nie wspomina spraw przykrych,
jest naturalnie słuszna. Ale przecież działanie w ruchu oporu,
ustawiczne ryzyko śmierci to też są sprawy przykre. Jednak
uczestnicy wojennej konspiracji chętnie wspominali przeszłość.
Dlaczego nie chcieli wspominać Żydzi?
Żydzi gdzie?
A.M.: Nigdzie. Była pierwsza fala relacji tuż po wojnie,
a potem 15 lat milczenia. Bo to zawsze były wspomnienia ściganej
zwierzyny. Wspomnienia ludzi, którym nie dano szansy walki,
których przed zabiciem chciano jeszcze obedrzeć z ludzkiej
godności.
Wątpię. Nie wiem, czy pan ma rację, mówiąc, że nigdzie o
tym nie mówiono. Moim zdaniem działo się tak głównie w Polsce
z jeszcze jednego powodu - większość Żydów po wojnie ukrywała
swoje pochodzenie. Unikała antysemityzmu. Nikt nie mówił:
"Ja jestem Żydem". Nawet później w Szkole Filmowej
w Łodzi ludzie, o których było wiadomo, że są Żydami, nie
przyznawali się do tego.
M.B. : We Francji też nie. Pierwsze prace o uwikłaniu Francji
w Holocaust napisali Anglicy i Amerykanie.
Może we Francji Żydzi też nie chcieli ujawniać swego pochodzenia.
Natomiast w Ameryce wcale tak nie było. Byłem zaskoczony,
gdy odkryłem, że Żydzi w Ameryce nie ukrywają swojej tożsamości.
A.M.: Zgoda, ale pierwsze poważne publikacje o Holocauście
pojawiły się tam dopiero po 1960 r. Wcześniej amerykańscy
Żydzi też nie chcieli manifestować odrębności losu żydowskiego.
Nikt nie mówił: "To jest Żyd". Tak mówili Żydzi
między sobą.
W moim pokoleniu było to samo do 1968 r. W połączeniu z niechęcią
do tego rodzaju wspomnień stworzyło to epokę, w której Holocaust
nie istniał w zbiorowej pamięci, był zapomniany.
M.B.: A czy Pana interesował spór o Holocaust - spór, który
znalazł odbicie również w kinie? W niektórych filmach przedstawiano
nazistów jako zimnych, nordyckich morderców, w innych z kolei
- jako mieszczuchów zagonionych do zbrodni. Jacy są naziści
w Pańskim filmie i w Pańskiej wyobraźni?
Różni. Unikam stereotypów, usiłuję pokazać to, co pamiętam.
Byli ludźmi i zimnymi, i dobrodusznymi. Trzeba zdawać sobie
sprawę, że nie wszyscy Niemcy byli nazistami. Gdyby ktoś spojrzał
na Polskę w czasach komunistycznych z zewnątrz, mógłby pomyśleć,
że pełno tu komunistów. Ale wystarczało bywać w Polsce, żeby
wiedzieć, że to nieprawda. Większość bała się, udawała, ale
komunistami nie była. Podobnie musiało być w Niemczech. Wielka
część społeczeństwa była po stronie Hitlera, ale była też
masa tych, którzy się zwyczajnie bali. Część była oburzona,
ale udawała, że ma nazistowskie przekonania. Dziś panuje przekonanie,
że wszyscy Niemcy wiedzieli o zbrodniach, o Holocauście. Ja
jednak jestem przekonany, że nie wiedzieli.
A.M.: Oczywiście, że nie wiedzieli. M.B.: A dlaczego ci dobroduszni
strzelali do Żydów?
Bo to jest naród bardzo zdyscyplinowany.
A.M.: Czy Pana zdaniem coś podobnego do nazizmu mogłoby się
przydarzyć w innych krajach?
Tak. To, co zdarzyło się w Niemczech w latach 30., mogło
się zdarzyć choćby we Francji. Francuzi wcale nie są mniej
podatni na tego rodzaju ekscesy.
M.B.: A Polacy?
Polacy mniej.
M.B.: Dlaczego?
To kwestia mentalności społeczeństwa. W Polsce możliwe są
pogromy, wybuchy, ale nie sądzę, by całe społeczeństwo mogło
być uwiedzione w ten sposób. Już łatwiej byłoby uwieść Amerykę.
Jest tak wspaniale zdyscyplinowana. Ktoś, kto nie zna Ameryki,
może sobie wyobrażać, że Ameryka jest bardzo anglosaska, ale
jak się tam mieszka, widać, że oni są bardzo niemieccy. Mają
skłonność do ścisłego porządkowania wszystkiego.
A.M.: W Europie Polska często ma opinię kraju antysemickiego.
Pan robi film o Żydzie podczas okupacji w Generalnej Guberni.
Czy zderzył się Pan z reakcjami antysemickimi?
Nie, zupełnie nie.
M.B.: A wśród gapiów?
Wśród gapiów wychwyciłem - mało, ale jednak. U pewnych ludzi
świadomość olbrzymiej krzywdy wyrządzonej Żydom łączy się
z pogardą dla nich. Gdy przyjechałem do Warszawy robić "Amadeusza"
[przedstawienie teatralne według dramatu Petera Shaffera,
wystawione w 1981 r. w teatrze Na Woli - red.], szedłem ulicą
z pewną aktorką. To była jedna z ulic, która w czasie wojny
należała do getta. I ona zaczęła mówić, że w tym getcie były
te Żydki. Pamiętam, jak mnie to niesłychanie zaskoczyło, że
w ustach osoby wykształconej, kulturalnej mogło się znaleźć
miejsce na słowo Żydki. I pomyślałem sobie wtedy, że ona nie
zdawała sobie z tego sprawy. Że w Polsce może być specyficzny
stosunek do Żydów. Co mnie najbardziej zastanowiło, to liczba
Żydów w tym kraju.
A.M.: Tak dużo czy tak mało?
Tak mało. Jak tu jest jeszcze możliwy antysemityzm?
A.M.: Zdradzę Panu sekret - Żydzi antysemitom nie są do niczego
potrzebni, a nawet im przeszkadzają. M.B.: Czy Pan pamięta
swoje reakcje na powojenny pogrom w Krakowie?
Ja to przecież widziałem. Mieszkałem przy ulicy Dietla 48,
na trzecim piętrze, z Ryśkiem Horowitzem, bo jego rodzina
zajęła się mną, zanim mój ojciec wrócił z obozu koncentracyjnego.
Widziałem przez okno, jak bili.
M.B.: Czy w "Pianiście" chce Pan przekazać coś
z tej rzeczywistości?
Jak obejrzyjcie, to zobaczycie.
A.M.: Wszystkie Pana filmy są doskonale uniwersalne. Pan
je wyjmuje z realiów historycznych, politycznych. Mogą się
dziać wszędzie: w Afryce, Rosji, we Francji, w Chile, Argentynie.
Tym razem zrobił Pan film doskonale konkretny.
Nie zgadzam się, że moje filmy mogą dziać się wszędzie. Jestem
wręcz wrogiem tego rodzaju filmów. Tylko w "Śmierci i
dziewczynie" było ważne, żeby nie umieszczać akcji w
konkretnym kraju, np. w Chile. Napisałem, że to się dzieje
gdzieś w Ameryce Południowej. Ale moje inne filmy dzieją się
w konkretnych miejscach. I "Nóż w wodzie", i "Tess",
gdzie mamy Dorset ze wszystkimi szczegółami. "Chinatown"
dzieje się na pewno w Los Angeles w latach 30. To jest historia
tego miasta, dlatego ten film tak szalenie podobał się Amerykanom.
Na liście najlepszych stu filmów umieścili go na 19. miejscu.
A.M.: Miałem na myśli to, że cokolwiek Pan obserwuje, to
widzi człowieka w trudnej sytuacji. Jednak w Pańskich filmach
nie ma konkretnych problemów politycznych. W Ameryce był maccartyzm,
segregacja rasowa - jednak takich problemów w Pańskich filmach
nie ma. A teraz robi Pan fim o Holocauście, czyli także o
problemie polityki.
To nie jest polityka, tylko pewna sytuacja polityczna, na
której film jest oparty. Jednak chodzi w nim o coś innego
- o pokazanie pewnego momentu w historii naszego kraju, momentu,
który pamiętam z najdrobniejszymi szczegółami, o pokazanie
człowieka, który jest otoczony postaciami pozytywnymi i negatywnymi.
Są dobrzy i źli Polacy, Żydzi, Niemcy. Tak - byli też dobrzy
Niemcy. Wie pan, który Niemiec był dobry? Ten, który uratował
Szpilmana.
A.M.: Jak to się stało, że nagle jakiś facet postawił sobie
za cel wyeliminowanie ze świata jakiegoś narodu żydowskiego
i w dużej mierze to mu się powiodło. Dlaczego?
Ale tak się zawsze zdarza.
A.M.: Nigdy przedtem tak nie było. Były czystki etniczne,
były wojny religijne, nigdy nie było takiego planu, żeby w
pień - od niemowlęcia do starca - wyciąć cały naród.
Przedtem nie było technologii, która by tego rodzaju plany
czyniła możliwymi.
A.M.: Myśli Pan, że to jest rzeczywiście tylko kwestia technologii?
Moim zdaniem tak. Niech pan popatrzy, tego rodzaju niespodzianki
zdarzają się w różnych miejscach. I mogą zdarzyć się w każdej
chwili. Zawsze jesteśmy zaskoczeni. Nawet 11 września był
wcześniej nie do pomyślenia. Gdybym panu o czymś takim powiedział
parę miesięcy temu, to potraktowałby to pan jak dowcip. Ja
już dawno pogodziłem się z myślą, że w każdej chwili wszystko
może się odwrócić. Niech pan popatrzy na Kambodżę, gdzie w
ciągu kilku lat wymordowano połowę ludności; proporcjonalnie
to nawet więcej, niż Hitler zrobił w Europie. Niech pan popatrzy
na to, co stało się nagle w Jugosławii, na Bałkanach. Czy
jeszcze parę lat temu, zanim to się zdarzyło, podejrzewałby
pan, że dojdzie do czegoś takiego? Czy kilka miesięcy przed
zburzeniem muru berlińskiego spodziewał się pan, że on runie?
A.M.: Prędzej niż wojny w Jugosławii.
Spodziewał się pan, że za pańskiego życia nie będzie Związku
Radzieckiego?
A.M.: Nie spodziewałem się tego ani nie prognozowałem, że
tak się stanie. Nigdy jednak nie uważałem, że to jest niemożliwe.
Ja byłem święcie przekonany, że koniec Związku Radzieckiego
nastąpi, ale nie za mojego życia. Kiedyś w XXI wieku, ale
nie za nas, nie tak nagle. Trzeba się przyzwyczaić do tego,
że to, co nam się wydaje z betonu, może się rozlecieć w parę
sekund. Spokojne życie, które prowadzimy, takie pewne, takie
stabilne, jest tylko złudzeniem. W każdej chwili może się
rozlecieć.
A.M.: Mnie się wydaje, że w każdym Pana filmie jest obecne
to właśnie przeświadczenie, że niby wszystko jest dobrze,
małżeństwo sobie żyje i nagle przejeżdża samochód. I wszystko
wywraca się do góry nogami.
Bo tak jest.
A.M.: Czy to jest Pańskim zdaniem norma, czy też jest to
norma Pańskiego życia?
To jest kino, które z moim życiem nie ma nic wspólnego.
A.M.: A ja czasami myślę, że ludzie, którzy przeżyli okres
Holocaustu, w cieniu skazanych na śmierć, mają zakodowaną
w umyśle wiedzę, że nic nie jest stabilne.
Moim zdaniem to się nie wiąże z doświadczeniem Holocaustu.
Do tych wniosków doszedłem bardzo późno, jakieś dziesięć lat
temu. Pomysł, że tamte moje doświadczenia odzwierciedlają
się w moich filmach, wydaje mi się nieprawdopodobny.
A.M.: Jednak to jest w Pana filmach.
No może jest, ale może to jest instynktowne.
A.M.: Proszę nam powiedzieć, w jakiej mierze Pana filmy wpisują
się w coś, co kiedyś było nazywane polską szkołą filmową?
To przecież pytanie do panów.
A.M.: My w swoim czasie na nie odpowiemy.
Wzory wyniosłem właśnie stąd, uczyłem się w Szkole Filmowej,
oglądając filmy włoskie, rosyjskie i amerykańskie. W grupie
studentów, do której wtedy należałem, wykuł się jakiś standard.
Nauczyłem się wiele od takich ludzi jak Andrzej Wajda. Mam
nadzieję, że płacę w tej chwili dywidendy.
M.B.: A Munk był dla Pana ważny?
Munk był ważny, bo byłem jego asystentem. Dużo się od niego
nauczyłem, ale jeżeli chodzi o estetykę, większe znaczenie
miało dla mnie to, co robił Andrzej Wajda. Myślę głównie o
"Popiele i diamencie", trochę o "Kanale".
Chciałem wtedy robić takie filmy. Byliśmy oczywiście ograniczeni
przez system. I jak się dziś patrzy na to, co robił Wajda
wtedy, trzeba zrozumieć, że on się zmagał z cenzurą. To tak,
jakby powiedzieć reżyserowi, że może nakręcić film, stojąc
na jednej nodze i z jednym okiem przewiązanym.
Oczywiście były też filmy, które wywarły na mnie wpływ, jeszcze
zanim poszedłem do Szkoły Filmowej, głównie "Niepotrzebni
mogą odejść", "Hamlet", znacznie później "Osiem
i pół" Felliniego. Zwłaszcza "Niepotrzebni mogą
odejść" - ten film do dziś odczuwam w robocie. Gdy go
oglądałem, miałem 15-16 lat, ze wszystkich filmów zrobił na
mnie największe wrażenie. Przez dłuższy czas wydawało mi się,
że to kwestia estetyki. Bo to jest film wspaniale sfotografowany,
skonstruowany, o niebywałej atmosferze. Akcja rozgrywa się
w ciągu 24 godzin. Zaczyna się w dobrej pogodzie, potem pogoda
się psuje, zaczyna padać deszcz, śnieg. Ulice wyglądają jak
ulice Krakowa, w którym się wychowałem. Zupełnie ta sama atmosfera.
Wydawało mi się, że to kwestia gry aktora, konstrukcji. Lecz
dopiero niedawno, jakieś dziesięć lat temu, oglądałem ten
film ponownie i zrozumiałem, że był w nim jeszcze jeden element,
który podziałał na mnie niezwykle mocno - historia uciekiniera.
Jako dziecko nie zdawałem sobie z tego sprawy. Teraz widzę
to znakomicie.
M.B.: A jak Pan ocenia polska ekipę, z którą robił Pan "Pianistę"?
Miałem wspaniałe doświadczenia z polską ekipą i kręceniem
tego filmu tutaj. Również z ludźmi wokół, z gapiami, ze statystami.
To była dla mnie naprawdę niespodzianka. Przeszkadzała mi
tylko jedna rzecz - gadali na planie.
A.M.: "Pianista" będzie na pewno żywo dyskutowany.
Mój znajomy, Żyd z Izraela, powiedział mi, że bardzo się boi,
żeby to nie była nowa "Lista Schindlera", to znaczy,
żeby to się nie kończyło tym, że pozytywnym bohaterem jest
oficer hitlerowskiej armii.
No to niech się boi. To jego zmartwienie.
|