|
Złota Palma dla "Pianisty"
Romana Polańskiego
Barbara Hollender
Rzeczpospolita, 26 maja 2002
Złotą Palmą 55. Festiwalu Filmowego
w Cannes uhonorowany został "Pianista" Romana Polańskiego.
Grand Prix zdobył faworyzowany przez dziennikarzy "Człowiek
bez przeszłości" Fina Aki Kaurismakiego. Za parę najlepszych
aktorów jury uznało Kati Outinen ("Człowiek bez przeszłości")
oraz Oliviera Gourmeta ("Syn").
Jury tegorocznego festiwalu w Cannes, obradujące pod przewodnictwem
Davida Lyncha, musiało podjąć bardzo trudną decyzję, bo dawno
nie było imprezy filmowej na tak wysokim poziomie. Do ostatniej
chwili wśród faworytów wymieniano zupełnie inne tytuły. Wszystkie
rankingi krytyków, zarówno francuskich, jak i zagranicznych,
wygrał "Człowiek bez przeszłości" Aki Kaurismakiego.
Mówiono też o "Synu" braci Dardenne, "Boskiej
interwencji" Elii Suleimana, bardzo mocną pozycję miały
dwa filmy brytyjskie - "Wszystko albo nic" Mike'a
Leigha oraz "Słodka szesnastka" Kena Loacha.
Wszystkie te tytuły w oczach jury przegrały z obrazem Polańskiego
- tradycyjnie opowiedzianą historią holokaustu, zrealizowaną
na podstawie książki autobiograficznej Władysława Szpilmana.
Jest to niewątpliwie również wielki sukces polskich współpracowników
Polańskiego - scenografię do "Pianisty" zaprojektował
Allan Starski, kostiumy - Anna Sheppard, zdjęcia zrobił Paweł
Edelman, muzykę skomponował Wojciech Kilar. Odbierając Złotą
Palmę Roman Polański podziękował także anonimowym polskim
statystom - bez których lojalności i poświęcenia - jak powiedział
- nie byłoby tego filmu. Polański dziękował też Pierre'owi
Lescure'owi, który przyczynił się do realizacji filmu jako
ówczesny szef Canal+, a także pozostałym swoim producentom.
Aki Kaurismaki, który dostał Grand Prix, wydawał się zawiedziony.
Wielkim przegranym okazał się Mike Leigh, którego film nie
dostał żadnej nagrody. Także wyróżnienia aktorskie były swojego
rodzaju niespodziankami. Gourmet wygrał m.in. ze znakomitym
w filmie Alexandra Payne'a "O Schmidcie" Jackiem
Nicholsonem i z Adrienem Brodym - głównym bohaterem "Pianisty".
Nagrodę za scenariusz dostał Paul Laverty ("Słodka szesnastka"),
Palestyńczyka Elię Suleimana uhonorowano nagrodą jury. Za
reżyserię wyróżniono Paula Thomasa Abdersona ("Punch
Drunk Love") oraz Koreańczyka Im Kwon-Taeka ("Chihwaseon").
Rocznicową nagrodę 55. Festiwalu dostał Michael Moore za znakomity
film dokumentalny - "Bowling for Columbine" opowiadający
o kulcie broni w USA i tragicznych wydarzeniach w szkołach
w Columbine i Flynt.
Barbara Hollender z Cannes
Złota Palma dla "Pianisty"
Filmowe życie Romana Polańskiego
|

Roman Polański w pogawędce z jurorami
- Sharon Stone i Davidem Lynchem
(c) EPA
|
BARBARA HOLLENDER
Nazwano go "obywatelem świata",
napisano o nim ponad 20 książek, wywiad z nim jest atrakcją
dla każdej gazety. Roman Polański nakręcił w życiu 17 filmów
fabularnych, reżyserował przedstawienia teatralne, zagrał
około 30 ról i epizodów. Nigdy nie dostał Oscara, ale za "Rosemary's
Baby" i "Chinatown" ma worek nominacji.
Jest też laureatem Europejskiej Nagrody Filmowej za całokształt
twórczości i jednym z 40 "nieśmiertelnych" zasiadających
w Akademii Francuskiej.
Kino było ucieczką
Mówi się, że życie każdego człowieka to materiał na książkę.
Życie Romana Polańskiego mogłoby zapewne posłużyć za kanwę
kilku powieści. Urodził się w 1933 roku w rodzinie polskich
Żydów w Paryżu, ale jego rodzice postanowili wrócić do kraju,
gdy miał trzy lata. Jako dziecko przeżył horror hitlerowskiej
okupacji i getta, z którego uciekł w ostatniej chwili, tuż
przed likwidacją. Jego matka nigdy nie wróciła z Oświęcimia.
Kino było najpierw ucieczką. W swojej autobiografii Polański
napisał: "Jeśli wierzyć sloganowi ruchu oporu ČTylko
świnie siedzą w kinieÇ, musiałem być rzeczywiście skończoną
ČświniąÇ". Pod koniec wojny, mając 12 lat, codziennie
zasiadał przed ekranem. Żeby oderwać się, na chwilę zapomnieć.
Kiedy po wojnie odnalazł ojca, zaczął znów chodzić do szkoły.
Jednak bardziej od szkolnej ławki ciągnęła go sztuka - od
14 roku życia występował na scenie. Na wydział aktorski się
nie dostał, ale zdał na reżyserię w szkole filmowej w Łodzi.
Tam już nikt nie miał wątpliwości, że Polański to wielka osobowość.
"Obliczono, że był o dwa centymetry wyższy od Napoleona
Bonaparte i już wtedy wiedziano, że podbije świat" -
napisał później Krzysztof Kąkolewski.
W Filmówce szokował. Żeby nakręcić etiudę "Rozbijemy
zabawę" opowiadającą o chuliganach z nudów nadużywających
przemocy, wynajął kilku chłopaków, którzy wtargnęli na szkolny
bankiet. Kręcąc inną swoją etiudę - "Dwaj ludzie z szafą"
też nie uległ socrealistycznym realiom, zachował ostre spojrzenie
na rzeczywistość i surrealistyczny humor. Film został nagrodzony
na festiwalu filmowym w Brukseli, a dalej już poszło. Dwa
lata spędzone w Paryżu, powrót do Polski i "Nóż w wodzie"
- subtelna opowieść o trójkącie, która przyniosła młodziutkiemu
twórcy nagrodę FIPRESCI w Wenecji i nominację do Oscara.
Hollywood, który kupuje dla siebie młode talenty, zaproponował
Polańskiemu zrobienie remake'u "Noża w wodzie" -
za duże pieniądze, z Richardem Burtonem i Elizabeth Taylor.
Polański wtedy jeszcze nie zgodził się. Ale dobrze poczuł
się na zachodzie Europy. W Londynie spotkał producenta Gene'a
Gutowskiego. Dzięki niemu nakręcił thriller "Wstręt",
czarną komedię "Matnię", potem horror komediowy
"Nieustraszeni pogromcy wampirów". Ten ostatni film
powstał w koprodukcji brytyjsko-amerykańskiej. I teraz już
uległ Hollywoodowi. W 1968 roku zrealizował tam "Rosemary's
Baby" - film, który stał się prawdziwym wydarzeniem.
Ale pod koniec lat sześćdziesiątych, gdy miał doskonałą passę
zawodową, dotknęła go tragedia. Straszliwsza niż mógłby wymyślić
jakikolwiek scenarzysta. Był w Londynie, gdy w jego domu w
Bel Air (w Los Angeles) banda Mansona w bestialski sposób
zamordowała jego żonę i przyjaciół. Świat mu się zawalił.
Podwójnie. Bo w prasie amerykańskiej pojawiły się artykuły
sugerujące, że to jego demoniczne filmy sprowokowały Mansona.
Między Europą a Ameryką
Po tej tragedii Roman Polański wyjechał z Hollywood do Europy.
Tu przeniósł na ekran Szekspirowskiego "Makbeta".
Jednak siła fabryki snów była ogromna. Wrócił do Los Angeles,
by zrobić "Chinatown" - dramat sensacyjny, niepokojący,
niejednoznaczny. Znów odniósł wielki sukces. Dostał 11 nominacji
do Oscara. Ale dzień wręczenia statuetek był porażką. Z 11
szans tylko jedna zamieniła się w Oscara.
Polański żył wtedy zawieszony między Europą a Ameryką. W Paryżu
nakręcił "Lokatora", wrócił do Stanów. A w marcu
1977 roku znów trafił na pierwsze strony gazet. Został oskarżony
o gwałt na 13-letniej modelce, której miał robić zdjęcia do
"Vogue". Kilka tygodni przesiedział w więzieniu.
Miał nadzieję, że skończy się na odszkodowaniu, o które wystąpiła
macocha Samanthy. Ale prasa piętnowała "małego Polaka",
a sędzia amerykański postawił go w stan oskarżenia. Polański
pod pretekstem pracy nad filmem "Huragan" opuścił
więc Stany, aby już nigdy tam nie wrócić.
Od końca lat 70. mieszka na stałe w Paryżu. W tym czasie zrobił
tylko sześć filmów. "Tess" była elegancką, epicką
opowieścią o miłości, "Piraci" - niezbyt udanym
obrazem przygodowym, o którym niektórzy krytycy pisali złośliwie:
"30 mln poszło na dno", "Frantic" - zgrabnie
zrealizowanym filmem sensacyjnym. W "Gorzkich godach"
Polański opowiadał o miłości i nienawiści, uległości i upokorzeniu,
o panowaniu nad drugim człowiekiem. Także w nakręconej na
podstawie sztuki Ariela Dorfmana "Śmierci i dziewczynie"
były skondensowane ludzkie uczucia, problem kata i ofiary,
poczucia winy i obsesji zemsty.
W "Dziewiątych wrotach" wrócił do tematu "czartowskiego",
ale zastrzegał się: - Diabeł jest postacią fikcyjną, w chrześcijańskiej
mitologii reprezentuje zło. Ja tam naprawdę w diabła nie wierzę.
Zło jest w człowieku i nie trzeba na to specjalnych dowodów.
Urodzony aktor
W ostatnich latach furorę zrobiło kilka sztuk wyreżyserowanych
przez niego w teatrach Europy. W Wiedniu święcił triumfy "Bal
wampirów", we Włoszech "Amadeusz". No i kocha
Polański aktorstwo. Od najdawniejszych czasów - występów w
"Synu pułku" i debiutu ekranowego w "Pokoleniu"
Andrzeja Wajdy. 10 lat temu, w warszawskim przedstawieniu
"Amadeusza" sam zagrał Mozarta. Staje też przed
kamerą. Nie tylko we własnych filmach. Czasem gra u innych,
jak choćby w "Czystej formalności" Giuseppe Tornatore.
Ostatnia jego rola to Papkin w ekranizacji "Zemsty"
dokonanej przez Wajdę.
Polański chroni swoje życie prywatne, nie chce już odpowiadać
na pytania o trudną przeszłość. Dzisiaj ma szczęśliwą rodzinę
- jego żona, aktorka Emmanuelle Seigner urodziła mu dwoje
dzieci.
- Człowiek nagle uświadamia sobie, że - parafrazując tytuł
książki Moody'ego - jest jeszcze "życie po filmie"
- mówi 68-letni dziś artysta.
A jego ostatni film "Pianista" sprawił, że Roman
Polański znów wrócił do Polski. Nakręcił - jak sam mówi -
"najważniejszy film swojego życia". Właśnie za niego
odbierał wczoraj Złotą Palmę.
Opowieść o przetrwaniu
W "Pianiście" Szpilman - kompozytor i pianista -
opisał swoje wojenne dzieje - gehennę getta, potem ukrywania
się po aryjskiej stronie, wreszcie okres, gdy po upadku powstania
był warszawskim "Robinsonem". Opisał horror wojny
w sposób lapidarny, niemal beznamiętnie. Jego książka stała
się światowym bestsellerem. Scenariusz na jej podstawie przygotował
znakomity brytyjski pisarz i dramaturg Ronald Harwood.
Filmowy "Pianista" dzieli się na dwie części. Pierwsza
to historia zamożnej żydowskiej rodziny, która przeżywa koszmar
upokorzenia i degradacji. W tej części - zrealizowanej dość
tradycyjnie, z hollywoodzkim stylem opowiadania, najważniejsze
wydaje się odtworzenie obrazu getta i koszmaru holokaustu.
Druga część - bardziej interesująca - to opowieść o chęci
przetrwania, o ukrywaniu się, walce o życie. W tej części
znacznie więcej jest tego Polańskiego, którego znamy z "Matni"
czy "Lokatora".
Film powstał w koprodukcji francusko-polsko-niemiecko-angielskiej.
Zdjęcia kręcono w Berlinie i w Warszawie. W postać Szpilmana
wcielił się amerykański aktor Adrien Brody, znany m.in. z
"Cienkiej czerwonej linii" Terrence'a Malicka i
"Lata Sama" Spike'a Lee. Scenografię do "Pianisty"
zaprojektował Allan Starski, kostiumy - Anna Sheppard, zdjęcia
zrobił Paweł Edelman, muzykę skomponował Wojciech Kilar. Polskim
współproducentem filmu jest Lew Rywin z "Heritage Films".
B.H.
POWIEDZIELI "RZECZPOSPOLITEJ"
Ronald Harwood, scenarzysta:
- Książka Władysława Szpilmana wydała mi się niezwykła. Przede
wszystkim dlatego, że napisana jest w pierwszej osobie, a
czytając ma się wrażenie, że wszystko, co się dzieje, nie
dotyczy autora. W czasie pierwszego spotkania z Polańskim
ustaliliśmy, że postaramy się ten dystans zachować w filmie.
Nigdy przedtem niczego takiego nie robiłem. To zadanie wydawało
mi się tak trudne, że nie wiedziałem, jak zacząć. Ale Roman
ponaglał. Zacząłem pisać. Po kilku tygodniach spotkaliśmy
się. Pracowaliśmy razem. Roman wzbogacał scenariusz o swoje
wspomnienia, dodawał szczegóły, zapamiętane z dzieciństwa.
Staraliśmy się pozostać jak najbliżej książki, ale kilka scen
wymyśliliśmy. Na przykład historia z Niemcem, który każe staremu
Żydowi zdjąć kapelusz, a potem iść dalej nie chodnikiem, lecz
rynsztokiem - przydarzyła się ojcu Romana. Dzisiaj, po obejrzeniu
filmu, jestem pod wrażeniem pieczołowitości, z jaką Roman
odtwarzał realia getta.
Adrien Brody, aktor:
To była najważniejsza rola w moim życiu. Grałem człowieka
o charakterze zupełnie innym niż mój. Musiałem zrozumieć bardzo
wiele z czasu, który jest tak bardzo odległy. Myślę zresztą,
że nikt nie jest w stanie zrozumieć, co to znaczy głodować,
dopóki sam nie zazna głodu. Na dodatek mój bohater jest pianistą,
całe godziny spędzałem więc przy fortepianie, by nauczyć się
grać tak, aby moje ruchy wyglądały naturalnie. Nie starałem
się upodabniać do człowieka, którego widziałem na zdjęciach.
Próbowałem raczej uświadomić sobie, jaki był, co czuł. Bardzo
mi we wszystkim pomagał Roman. Poświęcał mi ogromnie dużo
czasu, prowadził przez zawiłości mojej postaci. To naprawdę
niezwykły profesjonalista, który dokładnie wie, czego oczekuje
od aktora.
Paweł Edelman, operator:
Jestem zachwycony tym, że zostaliśmy docenieni. I bardzo szczęśliwy,
że to jest film polski, bo nasze kino od dawna nie pojawiało
się w Cannes. Roman Polański jest znakomitym profesjonalistą,
człowiekiem precyzyjnym, który dokładnie wie, o co mu chodzi,
a to jest kluczowa sprawa podczas pracy na planie filmowym.
Przygotowywanie "Pianisty" to był świetny czas.
Krzysztof Pieczyński, aktor:
Roman Polański jest bardzo dokładny, wymagający i - co dla
mnie było istotne - traktuje wszystkich równo. Nie czułem,
że będę trzy minuty na ekranie, wymagał ode mnie wiele, ale
mogliśmy powtarzać ujęcie tyle razy, ile było trzeba, by i
on był zadowolony, i ja. Muszę przyznać, że na początku byłem
stremowany, bo to jednak Roman Polański... Ale z każdym dniem
ta trema mijała, choć zachowane zostały oczywiście odpowiednie
relacje - takie, jakie powinny obowiązywać między twórcą filmu
a aktorem.
NASZE SUKCESY W CANNES
1954 - Nagroda za reżyserię dla Aleksandra Forda za film "Piątka
z ulicy Barskiej"
1957 - Nagroda specjalna jury dla "Kanału" Andrzeja
Wajdy
1961 - Nagroda specjalna jury dla "Matki Joanny od Aniołów"
Jerzego Kawalerowicza
1964 - Nagroda specjalna za całokształt twórczości dla Andrzeja
Munka (pośmiertnie)
1973 - Nagroda specjalna jury dla "Sanatorium Pod Klepsydrą"
Wojciecha Jerzego Hasa
1978 - Wielka nagroda jury dla "Krzyku" Jerzego
Skolimowskiego; nagroda FIPRESCI dla "Człowieka z marmuru"
Andrzeja Wajdy; nagroda jury ekumenicznego dla "Spirali"
Krzysztofa Zanussiego
1979 - Nagroda jury ekumenicznego dla "Bez znieczulenia"
Andrzeja Wajdy
1980 - Nagroda specjalna jury i wyróżnienie jury ekumenicznego
dla "Constans" Krzysztofa Zanussiego
1981 - Złota Palma i nagroda jury ekumenicznego dla "Człowieka
z żelaza" Andrzeja Wajdy
1982 - Nagroda aktorska dla Jadwigi Jankowskiej-Cieślak za
rolę w filmie "Inne spojrzenie" Karoly Makka; nagroda
dla Jerzego Skolimowskiego za scenariusz "Fuchy"
1988 - Nagroda specjalna jury i wyróżnienie FIPRESCI dla "Krótkiego
filmu o zabijaniu" Krzysztofa Kieślowskiego
1990 - Nagroda aktorska dla Krystyny Jandy za główną rolę
w "Przesłuchaniu" Ryszarda Bugajskiego
1991 - Nagroda FIPRESCI i nagroda jury ekumenicznego dla "Podwójnego
życia Weroniki" Krzysztofa Kieślowskiego
2002 - Złota Palma dla "Pianisty" Romana Polańskiego
K.FEU., PAP
Do głosu doszło już pokolenie
myślące wyłącznie obrazami
Nieobojętni na świat
Jury tegorocznego festiwalu w Cannes musiało podjąć bardzo
trudną decyzję, bo dawno nie było imprezy filmowej na tak
wysokim poziomie. Przynajmniej kilka filmów mogło z tej konkurencji
wyjść zwycięsko. I to jest wielki sukces kina, które wyraźnie
budzi się z letargu.
Nieobojętność. To chyba najważniejsza cecha większości pokazywanych
w konkursie filmów. Twórcy pod różnymi szerokościami geograficznymi
szukają klucza do zrozumienia współczesnego świata. Chcą dotrzeć
głębiej niż autorzy telewizyjnych klipów. Próbują pokazać
genezę chorób toczących dzisiejsze społeczeństwa i źródła
narodowych konfliktów, wybuchających z nową siłą.
Canneńscy selekcjonerzy wyłowili te filmy z ogromną precyzją.
Niedługo po pokazie "Kedmy" żydowskiego reżysera
Amosa Gitaia odbyła się projekcja "Boskiej interwencji"
Palestyńczyka Elii Suleimana. Ten sam świat, ale interesy
nie do pogodzenia. I wzajemna nienawiść nie do przezwyciężenia.
Z tej nienawiści może urodzić się tylko terroryzm. O przenoszonej
przez wieki niechęci - tym razem turecko-ormiańskiej - opowiada
też Kanadyjczyk rodem z Armenii Atom Egoyan w "Araracie".
Świat bliżej nas, choć bez konfliktów narodowych, też nie
jest spokojny. Artyści rejestrują frustrację i agresję, jakie
narastają na marginesie sytych europejskich społeczeństw.
W blokowiskach na przedmieściach wielkich miast, wśród bezrobocia
i braku perspektyw, ginie jakakolwiek nadzieja. W tych społecznych
obserwacjach celują Brytyjczycy. Ken Loach ("Słodka szesnastka")
i Mike Leigh ("Wszystko albo nic") pokazują ludzi
nie dających sobie rady z życiem. Nastoletni bohaterowie Loacha
mogą budować swoją lepszą przyszłość tylko wchodząc na drogę
przestępstwa. Bohaterowie Loacha, dotknięci tragedią, próbują
jeszcze wierzyć w siłę rodzinnych więzów. Ale czy tej wiary
starczy im na długo?
Artyści znów chcą wstrząsnąć sumieniami. Znaczące, że po raz
pierwszy od 1956 roku w konkursie znalazł się film dokumentalny.
Michael Moore w "Bowling for Columbine" pokazał
Amerykanów bez żadnych ograniczeń kupujących broń, agresywnych,
śpiących z pistoletem pod poduszką. I pytał: czy w takiej
atmosferze mogło nie dojść do tragedii w szkole w Columbine,
gdzie dwóch chłopców zastrzeliło 12 kolegów i nauczyciela?
Czy można się dziwić, że we Flint w stanie Michigan sześcioletni
chłopczyk zabił w szkole swoją rówieśniczkę?
Twórcy szukają kontrapunktu dla zła. Czegokolwiek, z czego
można by czerpać nadzieję. To mogą być więzy rodzinne - jak
u Mike'a Leigh. Albo wiara - jak u Marka Bellocchia w "Godzinie
religii". Tylko że o wiarę współczesnemu, wątpiącemu
człowiekowi najtrudniej. Bohaterowi filmu "O Schmidcie"
Alexandre'a Payne'a wali się cały świat - jako emeryt przestaje
być potrzebny w pracy, umiera mu żona, córka wychodzi za mąż
za okropnego człowieka. Zostaje pustka. Chyba że sensem życia
stanie się mały czarny chłopiec mieszkający gdzieś daleko
w Tanzanii, któremu stary człowiek poprzez organizację charytatywną
posyła czeki na 22 dolary. I listy, w których opowiada o swoim
życiu.
Nadzieja potrzebna jest tak bardzo, że jednym z najwyżej ocenionych
filmów canneńskich stała się prosta, utopijna bajka opowiedziana
przez Aki Kaurismakiego. Jego tytułowy "człowiek bez
przeszłości" podnosi się z upadku, od zera buduje swoje
życie. Mozolnie, dzień po dniu, wydostaje się z dna. Więc
jednak można...
Niewiele było na tym festiwalu filmów wypreparowanych z tła
społecznego. Najciekawszy z nich to niewątpliwie "Spider"
Davida Cronenberga - dojmujące studium schizofrenii, cierpienia,
nieradzenia sobie z własną męczącą pamięcią i z własnymi demonami.
W tej grupie wyróżniał się również film braci Dardenne "Syn",
złożona psychologicznie opowieść o zemście i wybaczeniu.
Współczesne kino szuka nowego języka. Najbardziej skrajny
przykład tych poszukiwań to film "Irreversible"
Gaspara NoŽ. Francuz opowiada historię od końca. Najpierw
poraża nas obrazami koszmarnego mordu, potem - idąc wstecz
- zaczyna wyjaśniać, jak do niego doszło. I już wiemy, że
wszystko, co ma się dalej stać, jest nieodwracalne. Film NoŽ
jest rodzajem eksperymentu. Interesującego, choć oczywiście
nie do powtórzenia. Ale język kina w ogóle staje się ostrzejszy,
szybszy, jakby dostosowany do wymogów młodej widowni. Zadziwiające,
jak sprawnie opowiadają dzisiaj debiutanci. Do głosu doszło
już pokolenie myślące obrazami, które za kamerą czuje się
jak ryba w wodzie.
Tegoroczny festiwal canneński napawa nadzieją. Ludzie kina,
którzy w ostatnich latach przysnęli, znów zaczynają rozmawiać
z publicznością. B.H.
|