|
Pamięć ocalonych
Jerzy Piekarczyk
Przegląd Polski, N.Y.
Dziennik.com/przeglad
11 marca 2005
Było to jedyne gimnazjum w Polsce,
którego świadectwo maturalne zapewniało przyjęcie bez egzaminów
wstępnych na wszystkie polskie uniwersytety oraz Uniwersytet
Hebrajski w Jerozolimie. Otwarte w 1904 roku, istniało przez
35 lat, aż zamknęli je Niemcy po zajęciu miasta. Prywatne
Gimnazjum Koedukacyjne im. Chaima Hilfsteina Żydowskiego Towarzystwa
Szkoły Ludowej i Średniej w Krakowie uważano za jeden z najlepszych
zakładów wychowawczych międzywojennej Polski.
- Poznałem wielu uczniów tego gimnazjum,
którzy spędzili tam 12 lat, od szkoły powszechnej do matury,
jak m.in. Rafael Scharf, zmarły niedawno w Londynie, Natan
Gross, polsko-żydowski pisarz i poeta mieszkający do dziś
w Tel Awiwie, czy dr Igo Feldblum z Hajfy, syn słynnego adwokata
krakowskiego - Szymona Feldbluma - mówi prof. Aleksander Skotnicki,
szef Kliniki Hematologii Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego,
dla którego gimnazjum przy ulicy Brzozowej to ten sam fragment
przeszłości, którą wraz z ludźmi zmiotła II wojna światowa.
Profesor jest członkiem Krakowskiego Towarzystwa Fotograficznego
i ma nadzieję, że w niedługim czasie uda się na kolejnej wystawie
pokazać historię gimnazjum, jego profesorów i uczniów, tak
jak w synagodze Kupa na Kazimierzu, gdzie przypomniano krakowian
żydowskiego pochodzenia, których ocalił Oskar Schindler.
W gimnazjum z językiem wykładowym polskim
uczono ponadto greki, łaciny, niemieckiego oraz hebrajskiego
(w którym wykładano jedynie język i literaturę hebrajską,
interpretację Biblii oraz historię Żydów). Przedmioty judaistyczne
powiększały program o 10 godzin tygodniowo w stosunku do polskich
szkół. Prywatne gimnazjum, dość drogie, bo kosztowało 60 zł
miesięcznie, prawie cztery razy drożej niż czesne (17 zł)
w państwowych, było szkołą bardzo postępową, za co krytykowali
ją ortodoksi. Zajęcia szkolnej orkiestry odbywały się pod
kierunkiem czeskiego kompozytora Wacława Karasia, a była to
- po orkiestrze Gimnazjum im. Sobieskiego - druga w Krakowie
orkiestra, mająca stałe miejsce na patriotycznych majowych
i listopadowych capstrzykach, jakie odbywały się przy kościele
św. Wojciecha na Rynku.
W latach 1919-39 przeszło przez tę
szkołę około pięciu tysięcy uczniów i uczennic. Z holocaustu
ocalała jedna trzecia, blisko 1500. Z pięćdziesiesięciu profesorów
gimnazjum wojnę przeżyło tylko ośmiu. Reszta wybitnych nauczycieli,
w większości absolwentów Uniwersytetu Jagiellońskiego, zamordowano
w Bełżcu albo w krakowskim getcie podczas jego likwidacji
w marcu 1943 roku.
W 1950 r. powstał w Tel Awiwie Związek
Byłych Uczniów Gimnazjum Hebrajskiego w Krakowie. Z tych,
którzy przeżyli, 800 znalazło się w Izraelu. Ocalało ich więcej
niż z innych grup żydowskich tylko dlatego, że większość była
zasymilowana, mówiła po polsku, a tylko tacy mieli przyjaciół
po polskiej stronie, więc było do kogo zapukać, kiedy od tego,
czy drzwi się otwarły, zależało życie. Ortodoksyjni Żydzi
w większości nie utrzymywali prywatnych kontaktów z Polakami.
Ta izolacja pozwoliła im przez wieki zachować tożsamość w
diasporze, ale w czasie wojny tradycja stała się ich śmiertelnym
wrogiem.
Co zostało z tamtych lat
Jest taki zwyczaj, że byli uczniowie
gimnazjum z ulicy Brzozowej spotykają się co pięć lat, w połowie
maja w Tel Awiwie. Pisze Natan Gross: "Zachowaliśmy wierność
dla naszej budy, sentyment do szkolnej ławy, kolegów, pamięć
nauczycieli i wkuwanych na pamięć fragmentów Eneidy czy Ody
do młodości. To nam zostało z tych lat miłości pierwszej i
do dziś stanowi eliksir odmładzający".
W 55-lecie matury podliczył: w 1938
r., gdy zdawali egzamin dojrzałości było ich 54. Wojna zredukowała
tę liczbę do 25. Po wojnie sześciu kolejnych przeniosło się
do lepszego świata. Heńka Zweiga odnalazł po 50 latach: przesiedział
w sowieckim łagrze w rejonie Omska, potem dostał jeszcze 25
lat za "syjonistyczną ojczyznę" i "wrogów ludu",
ale odsiedział tylko sześć, po śmierci Stalina doczekał się
rehabilitacji i na rocznicę matury, przyjechał z Moskwy jako
pracownik Instytutu Lingwistycznego, zamiast mowy powitalnej
recytujący przed dawnymi kolegami kilkadziesiąt wersów z Konrada
Wallenroda.
Spotkania mają swój tradycyjny ceremoniał.
Drzwi hotelowej sali recepcyjnej przy ogrodzie otwierają się
dla wcześniejszych spotkań już 1,5 godziny przed oficjalnym
początkiem, jakiś drink, śledzik, fistaszki i wspólne zdjęcie
mające zaświadczyć, że "nic się nie zmieniliśmy",
choć to przecież nieprawda, bo lata zrobiły swoje. Hejnał
mariacki na syntezatorze gra tradycyjnie kolega, warszawiak
z pochodzenia, ale przyuczony do krakowskich kawałków pamiętanych
z lat szkolnych. Po hejnale Marsz sztandarowy, niejako hymn
szkoły, z którym zawsze szkolna orkiestra szła na capstrzyk
w Rynku, wreszcie Gaudeamus igitur. Juvenes dum sumus - śpiewają,
jakby na chwilę zrzucając z grzbietu brzemię lat. Odczytywanie
szkolnego katalogu. Coraz rzadziej słychać: "obecny".
Z listy nauczycieli nikt już nie żyje. I jeszcze wiersz o
Krakowie, którego już nie ma, choć pozostał w sercach i w
pamięci. I piosenka Co nam zostało z tych lat, Jesienne róże
oraz inne przeboje z lat młodości.
Mówią wiersze zapamiętane po łacinie,
niemiecku, hebrajsku.
Natan Gross zastanawia się, jaka siła
przyciąga po 50 latach tych "oldbojów" z różnych
kątów świata, ludzi różnych stanów i zawodów, na pozór niemających
ze sobą nic wspólnego. Którzy nie utrzymują kontaktów i nawet
z trudem pamiętają, kto jest kto.
Zdjęcia uzyskane dzięki Natanowi Grossowi
z Muzeum Diaspory w Tel Awiwie pokazują szkolne przedstawienia,
profesorów, spotkania, również to z Haimem Bialikiem, uznanym
za odnowiciela poezji hebrajskiej, który przyjechał z Palestyny
w 1931 roku i odwiedził gimnazjum. Próba orkiestry i ćwiczenia
w maskach gazowych na dachu gimnazjum w 1939 roku, jakby zapowiedź
czegoś, czego skutków żaden z uczniów wtedy nie przewidywał.
Młodzież Gimnazjum Hebrajskiego idąca ulicą Grodzką ze sztandarem,
aby świętować na Rynku rocznicę Konstytucji 3 maja. Zdjęcia
żydowskiego hufca harcerskiego w Nowym Targu z lata 1939 roku;
za kilka miesięcy dowiedzą się, że nie mają prawa nazywać
się ludźmi. Wreszcie to zdjęcie z 1946 roku, kiedy uratowani
z holocaustu spotkali się w Tel Awiwie z patronem gimnazjum,
dr. Haimem Hilfsteinem. To ten niewysoki mężczyzna na innym
zdjęciu z roku 1929, kiedy wręcza dyrektorowi szkoły sztandar
na boisku klubu sportowego Makkabi. Hilfstein - lekarz z wykształcenia,
był w okresie międzywojennym bardzo znanym działaczem społecznym,
przewodniczącym Towarzystwa Ochrony Zdrowia Ludności Żydowskiej
(TOZ) - organizacji stawiającej sobie za cel krzewienie medycyny
prewencyjnej, lecznictwa publicznego i opieki nad dziećmi.
TOZ opiekował się także opóźnionymi w rozwoju i chorymi psychicznie,
a w 1939 roku prowadził 300 instytucji medycznych i sanitarnych
w 50 miastach i miasteczkach polskich, zanim zginął z rąk
okupanta.
W czasie okupacji Hilfstein założył,
związaną z Radą Główną Opiekuńczą, Żydowską Samopomoc Społeczną,
która w latach 1941-42 prowadziła 400 placówek opiekuńczych,
obejmujących pół miliona osób i dzięki kontaktom RGO z Czerwonym
Krzyżem była w pewnym stopniu uznawana przez Niemców, co dawało
możliwość dotarcia do potrzebujących. Nawet w getcie krakowskim
zbierano pieniądze na jeszcze biedniejszych od tych, którzy
byli i tak już wystarczająco biedni. Hilfstein był początkowo
w getcie, a następnie pracował jako lekarz w obozie płaszowskim
i w "Emalii" na Lipowej - fabryce Oskara Schindlera,
po czym trafił na jego listę i znalazł się w przeniesionej
do Brünnlitz na Morawach fabryce, w której - razem z przeszło
tysiącem krakowskich Żydów - doczekał wyzwolenia. Po wojnie
wyemigrował do Izraela, gdzie odnalazł kilkuset uratowanych
uczniów Gimnazjum Hebrajskiego z Krakowa.
Ogromny dar boży
"Gdy się ma jednego nauczyciela,
którego można kochać, to jest ogromny dar boży na całe życie"
- napisał Natan Gross o najbardziej znanej postaci gimnazjum,
o Juliuszu Feldhornie. Urodzony w Tarnowie w roku 1901, historyk
literatury i sztuki, pisarz, poeta, tłumacz. Ukończył Uniwersytet
Jagielloński w roku 1923, a w 1927 r. obronił doktorat z filozofii,
w gimnazjum uczył języka polskiego. Humanista w najlepszym
tego słowa znaczeniu. Tłumaczył z włoskiego, niemieckiego,
hebrajskiego, przekładał poetów serbskich i rosyjskich. Człowiek,
który swoimi dokonaniami mógłby wypełnić kilka życiorysów.
Natan Gross napisał:
"Dał nam podstawy miłości do sztuki,
do poezji. Był intelektualistą, poetą, miał nadzwyczajny sposób
podawania wiedzy, był świetnym aktorem i recytatorem, wiersz
powiedziany przez Feldhorna był niezwykłym przeżyciem. Głos
głęboki, ciepły, nieskazitelna dykcja, uczulenie na rytm i
melodii wiersza. Gdy skończył recytować, uczniowie siedzieli
jak skamieniali. Setki jego uczniów pamiętają te recytacje,
których echo dochodzi do nich po latach. Ja to wszystko po
nim odziedziczyłem, on mnie stworzył. Jeśli jestem tym, kim
jestem, to stworzył mnie Feldhorn i ja w to wierzę".
Napisał tak w książce To była Hebrajska
Szkoła w Krakowie, wydanej w roku 1989 dla upamiętnienia 50.
rocznicy likwidacji szkoły.
Lekcje Feldhorna dalekie były od belferskiej
rutyny, odbiegały od oficjalnego programu szkolnego, uczył
patrzeć i słuchać, urządzał na lekcjach koncerty muzyki klasycznej
i nowoczesnej z płyt, zapoznawał uczniów z arcydziełami sztuk
plastycznych. Na przykładach pokazywał granice doskonałego
rzemiosła i genialności, umiejętności kompozycyjnych i głębi
przeżycia. Norwid był jego ulubionym poetą. Uwielbiał Matejkę.
Zajmowali się twórczością Leonarda da Vinci, Buonarottiego,
Rafaela, a przecież miał uczyć tylko polskiego. Szukał w uczniach
nie tyle wiedzy, co inteligencji, samodzielnego myślenia.
Zapamiętano dwóch księży katolickich, którzy regularnie przychodzili
do gimnazjum przy ulicy Brzozowej na wykłady Feldhorna poświęcone
literaturze współczesnej. Planował stworzenie katedry języków
słowiańskich na Uniwersytecie Hebrajskim w Tel Awiwie. W 1938
r. Księgarnia Powszechna zamówiła u niego - zwykłego nauczyciela
języka polskiego w Gimnazjum Hebrajskim - cykl popularnych
wykładów z historii sztuki, do którego zabrał się ze zwykłą
sobie energią (książka Dzieła i twórcy ukazała się dużo później,
w 1962 roku).
Podczas kampanii wrześniowej w 1939 roku służył jako oficer
w Wojsku Polskim. Potem znalazł się we Lwowie, gdzie był nauczycielem
w szkole zawodowej. Po wkroczeniu Niemców związał się z podziemiem.
Przez jakiś czas ukrywał się w Wiśniczu. Potem na aryjskich
papierach, pod nazwiskiem Krawczyk, mieszkał w podkrakowskich
Swoszowicach, w prywatnych małym domku z żoną, Stellą Landy
i córką. Żona - sama również poetka - tłumaczyła z niemieckiego
i angielskiego; oboje uczyli na tajnych kompletach.
W 1943 r. po Stellę przyszło gestapo.
Przed aresztowaniem powiedziała do 5-letniej Marysi: uciekaj
do cioci. Dziewczynka znała drogę wśród zarośli, wcześniej
wypróbowaną z matką podczas spacerów.
Niemcy rozstrzelali małżeństwo Feldhornów
na rynku w Wieliczce. Juliusz miał wówczas 42 lata, Stella
38...
Bardzo bliska przeszłość
Aleksander Skotnicki: - Kiedy zapytałem
Natana Grossa, co się stało z Marysią Feldhorn, powiedział:
"Przeżyła wojnę przechowana w sierocińcu u sióstr zakonnych
w Czersku pod Warszawą. Zadzwoniłem do niej, zaprosiła mnie
do siebie. Kiedy powiedziałem, że chciałbym rozmawiać o jej
ojcu, o Gimnazjum Hebrajskim, a być może zrobić w Krakowie
wystawę na ten temat, ofiarowała mi to, co miała najdroższe:
zdjęcia rodzinne, jedyne, co jej zostało po rodzicach. Powiedziała,
że jeżeli ktoś chce pisać o jej ojcu, jest najmilej widzianym
gościem w jej domu w Warszawie.
Biurko w gabinecie profesora Skotnickiego
zasłane jest czarno-białymi fotografiami sprzed sześćdziesięciu
pięciu lat. Większość z nich jest jak kamienie nagrobne znaczące
pamięć o ludziach, których już nie ma. Pochodzą z albumu z
datą 1940 roku, znalezionego przez robotników na strychu remontowanej,
starej kamienicy w krakowskim Podgórzu. Jej dawnych mieszkańców
pewnie zamordowano w Bełżcu lub na ulicach getta. Album ocalał
i przechowywany przez zasłużonego dla kultury narodowej prezesa
Krakowskiego Towarzystwa Fotograficznego Władysława Klimczaka,
przybliża atmosferę tamtego czasu. Przejmującą atmosferę.
Piękni, beztroscy, uśmiechnięci młodzi ludzie z opaskami z
gwiazdą Dawida. Większość z nich miała niebawem zginąć. Wtedy
jeszcze nie wiedzieli, że są to ostatnie miesiące ich życia.
Prof. Skotnicki pokazuje kolejne zdjęcia:
- To byli nasi współobywatele. Spacerowali po tych samych
ulicach, po Plantach, a przed egzaminami chodzili o czwartej,
piątej rano na Wawel, aby powtórzyć lekcje. W tym mieście
spędzili swą młodość, bawili się, kąpali w Wiśle. Zginęło
ich tutaj 80 tysięcy, zamordowano czwartą część ludności Krakowa.
Gdyby przeżyli, wielu z nich mogłoby stanowić o wielkości
tego miasta i kraju, ale stało się inaczej. Dlatego trzeba
przynajmniej ocalić dla przyszłych pokoleń pamięć o wspólnej
przeszłości, której kres położyła niemiecka okupacja - najtragiczniejszy
okres w 1000-letniej historii Krakowa.
W jednym ze swych wierszy Natan Gross
pisze: Pod Smoczą Jamą nie ma już żydowskich dzieci. Pozostała
tylko historia, trochę zabytków i cmentarzy. I coś niewymiernego,
lecz istotnego i nieprzemijającego - dorobek wspólnego, tysiącletniego
współżycia na jednej ziemi.
|