|
ROZMOWA Z JANEM PAWŁOWSKIM
Przygoda w słusznej sprawie
Rzeczpospolita 27 lutego 2005
Rozmawia Anna Jarmusiewicz
ANNA JARMUSIEWICZ: Nasze spotkanie
jest niezwykłe: okazało się, że mój wywiad z Apolonią Starzec
"Uratowana po aryjskiej stronie" ("Rzeczpospolita",
13 maja 2004) dotyczył działalności pana teściowej, Ireny
Solskiej.
JAN PAWŁOWSKI: Przebywając akurat w
Polsce, otworzyłem "Rzeczpospolitą" i ze zdziwieniem
ujrzałem tak dobrze mi znane i bliskie zdjęcie Ireny Solskiej
- od 50 lat stoi ono bowiem na komodzie w moim domu we Francji.
Żyłem w kręgu rodziny Solskich. Moja żona, Anna Sosnowska-Solska,
była jedyną córką Ireny i Ludwika Solskich.
Brał pan udział w niesieniu pomocy
osobom pochodzenia żydowskiego. Czy należał pan do Armii Krajowej
lub do "Żegoty"?
W konspiracji działałem od stycznia
1940 r. do czerwca 1945 roku, ale w innych strukturach. Do
akcji pomocy Żydom trafiłem poprzez "Patronat",
a także Radę Główną Opiekuńczą. Myślę, że za mało mówi się
o tych instytucjach, a przecież odegrały one bardzo ważną
rolę. Działały na dwa fronty: legalnie - organizowały pomoc
dla jeńców w obozach wojskowych i osób cywilnych w więzieniach,
nielegalnie zaś - pomoc dla Żydów w getcie oraz tych, którzy
przechowywali się po aryjskiej stronie. Przemycano także grypsy
do i od uwięzionych oraz ukrywano wojskowych aliantów zbiegłych
z obozów jenieckich, a nawet, poprzez Międzynarodowy Czerwony
Krzyż w Genewie - utrzymywano kontakty z rządem polskim na
emigracji. Nasi historycy zajmują się głównie działalnością
AK, oddziałami partyzanckimi, a więc ruchem oporu i jego działaniami
bojowymi, tymczasem istniały bardzo zakonspirowane struktury
walki z Niemcami na innym poziomie. Wywiady Wielkiej Brytanii
czy np. Szwecji oraz Szwajcarii prowadziły działalność wywiadowczą
zupełnie niezależną od konspiracyjnych walk Polski Walczącej
i ten temat jest, jak się zdaje, zupełnie pomijany.
Czy tymi kanałami - niezależnie od
relacji i apeli sporządzanych przez Polskie Państwo Podziemne
- docierały informacje o losie Żydów?
Jest absolutną nieprawdą, że rządy
Anglii czy Stanów Zjednoczonych nie były informowane o tym,
jak Niemcy traktowali Żydów podczas okupacji, ponieważ raporty
na ten temat przekazywano regularnie od grudnia 1940 roku
przez Szwajcarię, Szwecję oraz Hiszpanię. Były one doskonale
udokumentowane. Takie informacje alianckim rządom przekazywali
m.in. ksiądz orionista Antoni Marabutto, który jeździł swobodnie
z Warszawy do Rzymu, ponieważ miał obywatelstwo włoskie. Ze
Sztokholmu z kolei raporty o sytuacji w Niemczech i okupowanej
Polsce wysyłał Wiesław Patek, konsul RP.
Kto finansował "Patronat"?
Dary pochodziły z różnych źródeł, prywatnych
i społecznych. Były także dary w naturze, które otrzymywano
od rolników, z majątków, jakie pozostały w rękach Polaków.
A pieniądze pochodziły przede wszystkim z kierowanego przez
dyr. Młynarskiego Banku Emisyjnego, częściowo legalnie. Sporo
środków przekazywało także "Społem" oraz właściciele
sklepów. Ofiarność była wówczas ogromna.
Wiem, że także pana ojciec ratował w Warszawie Żydów.
Ojciec miał wielu znajomych i przyjaciół
Żydów, z którymi przed wojną pracował. Niektórzy z nich, po
wysiedleniu, tak jak my, znaleźli się w Warszawie.
Kiedy wybuchła wojna, miał pan 17 lat...
Urodziłem się w Zduńskiej Woli pod
Łodzią, gdzie spędziłem dzieciństwo i pierwsze lata młodości.
Stąd także pochodził o. Maksymilian Kolbe, którego rodzice
mówili tylko po niemiecku. Podobnie jak w Łodzi także w naszym
mieście mieszkała jedna trzecia Polaków, po tyle samo Żydów
i Niemców. Ta mieszanka nie powodowała jednak żadnych antagonizmów,
fobii ani konfliktów. W państwowym gimnazjum nr 44 im. Kazimierza
Wielkiego, do którego uczęszczałem, społeczność uczniowska
była bardzo solidarna. Mieliśmy świetnych nauczycieli i wychowawców,
humanistów i patriotów, a tolerancja była częścią naszej etyki
i kultury, także w dziedzinie religii - ksiądz, pastor i rabin
byli równie szanowanymi autorytetami. Może o tym świadczyć
fakt, że w razie potrzeby, gdy jeden z nich na przykład zachorował
- nawzajem się na lekcjach religii zastępowali.
Taki ekumenizm na poziomie szkoły to
była chyba wtedy rzadkość.
Tak było do lat 1935 - 1936, kiedy
Niemców zaczęła judzić propaganda płynąca z Rzeszy - zaczęli
się separować i wyróżniać, toteż naturalne było zbliżenie
Polaków i Żydów, które pogłębiło się po wybuchu wojny. Świat
zmieniał się wtedy z dnia na dzień, a nowa rzeczywistość była
pełna paradoksów - byłych kolegów, a nawet przyjaciół podzieliły
narodowość, wyznanie, język, wygląd, dowód osobisty. Nie chciałem
tego zaakceptować, dlatego robiłem wszystko, by koledzy ze
szkolnej ławy pozostali przyjaciółmi. I częściowo mi się to
udało. Na przykład Adolf Welk, Niemiec i baptysta, został
wcielony do Ordnungspolizei, Policji Porządkowej. Natomiast
Elek Kapłan, Żyd, znalazł się w getcie. Przekonałem Welka,
że musi pomóc Kapłanowi - i ten dotrzymał słowa, pomógł mu
i wyprowadził z getta. Tak się zaczęło.
W jaki sposób pana rodzina znalazła
się w Warszawie i na czym polegała pomoc Żydom?
Szóstego grudnia 1939 r. zostaliśmy
przez Niemców wysiedleni. Dano nam 10 minut na opuszczenie
domu i pozwolono zabrać tylko 10 kg bagażu. Trzeba było oddać
pieniądze, książeczki oszczędnościowe, złote przedmioty, nawet
obrączki i medaliki. Dziś, kiedy toczy się dyskusja na temat
wysiedlonych po 1945 roku Niemców, warto pamiętać, że na początku
wojny Niemcy wysiedlili z polskich ziem włączonych do Rzeszy
1,5 miliona Polaków... Zamieszkaliśmy więc w Warszawie - ja
kontynuowałem studia, pracowałem, ale i konspirowałem. Młodość
lubi przygody - obcowanie z ryzykiem i zagrożeniem często
staje się narkotykiem. A to, że przygoda ta służyła dobrej
i słusznej sprawie, nadawało jej głęboki sens.
Jak układała się pana współpraca z
panią Solską?
Tak, jak układa się współpraca dwóch
wspólników mających do siebie całkowite zaufanie. Różnica
polegała tylko na tym, że Irena miała w Warszawie, jako sława
przedwojennego teatru, wielkie znajomości, ja organizowałem
zaś środki finansowe i miałem kolegów gotowych na każde ryzyko.
Przez dom Solskiej na ul. Malczewskiego przewinęło się wielu
Żydów, głównie kobiet - także i tych, które przed wojną związane
były z teatrem. Jeszcze dziś się dziwię, że Solska miała taką
szczęśliwą rękę w tej robocie - wiele osób wiedziało, czym
się zajmowała, a jednak nikt jej nie zdradził. Ona sama chyba
nie zdawała sobie sprawy, jak wiele ryzykuje. Odnosiła na
scenie największe triumfy w dramatach, ale dramat wojenny,
w którym wzięła udział, to była jej największa życiowa rola,
którą odegrała po mistrzowsku. Z kobiet, które przez dłuższy
czas ukrywały się u Solskiej, najlepiej pamiętam pewną lekarkę,
z domu Landau. Wyrobiliśmy jej papiery na nazwisko Zofia Zielińska.
Przeżyła okupację i często odwiedzała Solską po wojnie, najpierw
we Wrocławiu, a później w Konstancinie i Skolimowie. Dla doktor
Rosenblum z kolei wystaraliśmy się o papiery na nazwisko Zofia
Szymańska. Mieszkała u sióstr w klasztorze na ul. Czerniakowskiej.
Przeżyła powstanie i wojnę. W Warszawie zasłynęła potem jako
znany pediatra. Pamiętam także prof. Helenę Radlińską, z domu
Rajchman, która przed wojną była rektorem Wolnej Wszechnicy.
Brat "babci" - bo tak nazywano panią Radlińską -
Ludwik Rajchman, był osobistością dobrze znaną w Stanach Zjednoczonych,
pracował jako jeden z dyrektorów Fundacji Rockefellera. To
on wymyślił UNICEF i Światową Organizację Zdrowia - jako agendy
ONZ.
Co w udzielaniu pomocy Żydom było najtrudniejsze?
Istniało dwojakie zagrożenie: denuncjacja
i szantaż, ale również nieostrożność samych ukrywających się.
Pewne osoby cierpiały bowiem na taką klaustrofobię, że ryzykowały
życie, żeby tylko wyjść na ulicę i "zobaczyć świat".
Często łudziły się, że ich nikt nie rozpozna. Podobnie było
zresztą z kilkoma ukrywanymi w Warszawie wojskowymi zbiegłymi
z obozów jenieckich, głównie z Anglikami. W ich ukrywaniu
brałem także udział i nie było to bezpieczne zadanie, ponieważ
Polakom, którzy im pomagali, groziła śmierć. Można jednak
było podziwiać mistrzostwo naszych speców od podrabiania wszelkiego
rodzaju dokumentów, poczynając od kartek żywnościowych po
paszporty i książeczki wojskowe oraz "Marschbefehlis",
czyli rozkazy jazdy ułatwiające podróżowanie. Moja pomoc polegała
najczęściej na organizowaniu transportu ukrywających się Żydów
z jednego miejsca do drugiego. Wynajmowałem np. od dorożkarza
jego pojazd i udawałem woźnicę. Koledzy zapewniali ochronę,
jadąc rikszą lub dorożką. Kobiety ubierało się w strój żałobny
i kapelusz z woalką oraz zaopatrywało w wieniec lub w kwiaty,
by upozorować wyjazd na pogrzeb. Pamiętam także, że jakąś
rodzinę żydowską przewoziliśmy ukrytą w szafach wozem do transportu
mebli firmy F. Puławski.
Tuż po wojnie wyjechał pan nielegalnie
do Francji. Czy bał się pan represji i zniewolenia, czy raczej
chciał dalej walczyć o wolną Polskę poza krajem, jak wielu
emigrantów politycznych po 1945 r.?
Kiedy do Polski wkroczyli komuniści,
można się było spodziewać wszystkiego najgorszego. Okazja
wyjazdu trafiła się w czerwcu 1945 r. - organizacja angielska,
z którą miałem kontakt podczas okupacji, zabierała jeńców
z obozów niemieckich i dostarczyła mi odpowiednie dokumenty.
Kiedy znalazłem się w Niemczech, zgłosiłem się do dywizji
gen. Maczka, którą dowodził wtedy gen. Klemens Rudnicki. Dotarłem
do miasteczka nazwanego Maczkowem, położonego w Niemczech
przy granicy holenderskiej, a ponieważ dobrze znałem język
angielski, zostałem mianowany oficerem łącznikowym między
naszą dywizją a rozlokowaną w Hanowerze kwaterą armii brytyjskiej.
Jednocześnie pracowałem w alianckiej Komisji Kontrolnej Niemiec
(Control Commision for Germany), która miała za zadanie poszukiwanie
zbrodniarzy wojennych. Ponieważ stacjonowałem w Getyndze,
zapisałem się na tamtejszy uniwersytet, gdzie do 1948 roku
studiowałem ekonomię polityczną. Wtedy Brytyjczycy zaproponowali
mi wyjazd do Polski; chcieli, żebym zorientował się w sytuacji
po sfałszowanych przez komunistów wyborach 1947 r. i ucieczce
na Zachód Stanisława Mikołajczyka. W Warszawie próbowałem
nawiązać kontakt z ambasadą angielską, ale wygadał się jeden
z jej pracowników, który nie znał się na robocie konspiracyjnej.
W listopadzie 1948 r. zostałem aresztowany przez UB. Osadzono
mnie najpierw na 18 miesięcy w gmachu MBP na ul. Koszykowej.
Siedziałem w celi zwanej literatką - nazwa pochodziła stąd,
że cele oznaczano nie cyframi, ale literami alfabetu. Cela
była tak mała, że nie mogłem się położyć, pozbawiona była
okna i światła. Potem przeniesiono mnie do równie znanego
aresztu stalinowskiego na Pradze, na ul. Cyryla i Metodego,
a potem do Pałacu Mostowskich, w którym mieściła się także
Komenda Główna MO.
Kiedy pana zwolnili?
Przesiedziałem pięć lat. Wyszedłem
z więzienia 3 października 1953 r., po śmierci Stalina. Dłużej
bym nie wytrzymał, bo kiedy opuściłem więzienie, ważyłem tylko
36 kg przy moich 180 cm wzrostu. Z powodu awitaminozy miałem
też 95 proc. utraty wzroku. Kobiety ustępowały mi miejsca
w tramwaju, myśląc, że jestem starcem. Kiedy przyjechałem
do siostry, do Łodzi, wygłodzony, rzucałem się z początku
na surowe mięso, zwłaszcza cielęcą wątróbkę - tak reagował
organizm na brak witaminy B, nieodzownej dla funkcjonowania
wzroku. Wezwano mnie na komisję poborową, i to aż trzykrotnie.
Kiedy zapytałem o przyczynę, lekarze powiedzieli, że - zgodnie
z wiedzą medyczną - z takimi wynikami krwi dawno nie powinienem
był żyć...
Kiedy pan uciekł z Polski?
W 1954 roku, przez zieloną granicę.
Okazja trafiła się, kiedy odwiedziłem Irenę Solską na Śląsku,
gdzie, niezmordowana, pomagała zakładać świetlice i teatry.
Pewnego razu, siedząc na dworcu, usłyszałem rozmowę dwóch
wopistów. Mówili, że z powodu silnego mrozu tej nocy nie będzie
warty w wieżach granicznych. Podjąłem natychmiast decyzję
- wsadziłem do teczki słoninę, 4 kg kiełbasy, złotą omegę
ojca i wyrzuciłem wszystkie dokumenty oprócz książeczki wojskowej.
Nie będę opowiadał, z jakimi przygodami dotarłem do Berlina,
strzelano do mnie, itp. Znowu nawiązałem kontakt z moją aliancką
organizacją. Musiałem jednak przez jakiś czas zostać w Berlinie
Zachodnim, ponieważ nie mogłem dostać wizy do Francji, mimo
że od 1946 r. czekała na mnie w Paryżu żona. Przyjechałem
tam dopiero w 1955 roku i zacząłem studiować to, o czym zawsze
marzyłem - nauki polityczne. Pracowałem wtedy w słynnym Narodowym
Centrum Badań Naukowych (CRNS).
Gdzie pracował pan po ukończeniu studiów?
W Fundacji Nauki Politycznej, która
współpracowała z CRNS. Fundacja ta wydawała miesięcznik "Europe
de L'Est et Union Sovietique" - miałem tam swoją stałą
rubrykę - specjalizowałem się w sprawach Polski oraz Niemiec
Wschodnich. W CRNS pracowałem do 1968 roku. Przedtem jeszcze,
w latach 1961 - 1964, prowadziłem wykłady w College de France
jako asystent bardzo znanego wówczas profesora ekonomii Francois
Perraux. W 1968 r. zająłem się handlem zagranicznym. Zaczynałem
od zera. Kiedy jechałem na pierwszą transakcję z pewnym Arabem,
nie miałem nawet pieniędzy na bilet. Tak było przed południem
- ale już po południu, po podpisaniu transakcji, mogłem sobie
kupić 60 nowych mercedesów! Tak więc wszystko w życiu jest
możliwe.
Pracując we Francji, był pan stale zaangażowany w sprawy polskie.
Pełnił pan również funkcję delegata na Francję rządu polskiego
na uchodźstwie w Londynie. Kiedy to było?
Delegatem byłem od 1968 do 1971 r.
Natomiast w 1971 r. zostałem delegatem przy EWG i w organizacjach
międzynarodowych. Funkcję tę pełniłem do 1978 roku. Chodziło
o promowanie spraw polskich i mówienie o prawdziwej sytuacji
w Polsce.
Czyli w EWG był pan, niejako, prekursorem późniejszych naszych
negocjatorów III RP?
Wtedy chodziło nam o podtrzymanie na
Zachodzie przekonania, że nadejdzie kiedyś dzień, gdy Polska
zostanie kandydatem, a potem dołączy do zachodniej wspólnoty
polityczno-gospodarczej. Nasze działania polegały na kontaktach
dyplomatycznych, które, jak wiadomo, są nie do przecenienia.
Konsultowano się z nami na przykład wtedy, kiedy Zachód zamierzał
udzielić PRL pożyczek.
Czyli sens trwania rządu emigracyjnego
II RP w Londynie był nie tylko symboliczny...
Jest sprawą mało znaną, że niektóre
państwa na Zachodzie, łącznie z Francją i Wielką Brytanią,
chociaż uznawały rząd PRL, utrzymywały kontakt z reprezentantami
gabinetu emigracyjnego pod pretekstem troski o sprawy licznych
polskich skupisk emigrantów politycznych, jakie powstały na
Zachodzie po 1945 r.
Należał pan do kręgu "Kultury"
i wspierał ją także finansowo.
Kiedy zająłem się interesami i bardzo
dobrze zarabiałem, jedną dziesiątą dochodów przeznaczałem
na działalność humanistyczno-kulturalną - wspierałem przede
wszystkim "Kulturę", a przez nią także środowiska
opozycyjne w Polsce: KOR i ROPCiO - z tym że te ostatnie kręgi
nie pod swoim nazwiskiem.
Ale do "Kultury" chyba pan
nie pisał artykułów...
Nie, ponieważ politycznie się z Giedroyciem
nie zgadzałem. Redaktor Giedroyc i Juliusz Mieroszewski chcieli
ulepszać komunizm poprzez ewolucję, ja natomiast - z moim
przyjacielem Józefem Mackiewiczem - wyznawałem pogląd, że
Polska może odrodzić się tylko wówczas, kiedy komunizm zostanie
zniszczony; uważałem, że jest to rak, którego nie da się wyleczyć.
Podobno przyjaźnił się pan także z
Józefem Czapskim?
Nie tyle się przyjaźniłem, ile zabierałem
go niejednokrotnie samochodem do swojego podparyskiego domu.
To on namówił mnie na malowanie.
Kiedy teraz pokazuje mi pan swoje miniatury,
przypomina mi się Stanisławski.
Ależ to jest właśnie jeden z moich
mistrzów! Miałem kilka wystaw w Londynie, Paryżu, a nawet
w Teheranie - ponieważ mam kontakty handlowe ze Wschodem.
Miniatury dobrze się sprzedawały - w Paryżu kupowali je Rotschildowie.
Jan Paweł II ma także album z miniaturami, który mu ofiarowałem.
Zostałem nawet członkiem znanej grupy malarskiej w Normandii,
gdzie mam dom.
Czy mieszkając we Francji, odczuwał
pan, że Polska była stale obecna w świadomości Francuzów?
Polska była cały czas obecna, ponieważ
już od czasów Napoleona we Francji mieszka wiele osób ze starych
polskich bogatych rodzin: Braniccy, Zamoyscy, Poniatowscy,
Radziwiłłowie. Niektórzy z nich pozostali polskimi patriotami.
Oczywiście, Francuzi wiedzą np., że madame Curie była pierwszą
kobietą profesorem na Sorbonie oraz że dostała dwie Nagrody
Nobla, nie zawsze jednak mają świadomość, że była Polką. Wielu
jest też we Francji Polaków, którzy po 1945 r. odegrali tutaj
dużą rolę, np. bracia Gaston i Jean Paul Palewski w parlamencie
i w służbie zagranicznej. Wielu Polaków uczestniczyło także
w życiu gospodarczym - na przykład profesor Sorbony Jan Marczewski
był po wojnie twórcą bardzo nowatorskiej ustawy o bankach
i finansach we Francji. Sporo jest także znanych architektów.
Stałe miejsce w pamięci Francuzów ma słynna klawesynistka
Wanda Landowska. Jej syn jest wybitnym rzeźbiarzem i autorem
słynnej rzeźby św. Genowefy oraz grobowca marszałka Focha
w Paryżu, a jej wnuk dyryguje wielką orkiestrą symfoniczną
Paryża. Polacy, którzy zostali tutaj po 1945 r., to była śmietanka
kulturalna; Londyn był bardziej polityczny. Nie jest więc
przypadkiem, że to w Paryżu zrodziła się "Kultura".
Wydawał pan, przez pewien czas, własne
pismo w Rzymie, a także działał w Europejskiej Wspólnocie
Dziennikarzy.
Kiedy mieszkałem w Rzymie w latach
1981- 1988, wydawałem polski miesięcznik, który odkupiłem
od poprzedniego redaktora Jerzego Jankowskiego. Tytuł pisma
brzmiał: "Polska w Europie" - ja sam pisywałem do
niego krótkie felietony polityczne, w stałej rubryce zatytułowanej
"Po drodze" - oczywiście pod pseudonimem, ze względu
na rodzinę w kraju, ponieważ do 1989 roku polską emigrację
polityczną uważano za wroga PRL. W Europejskim Związku Dziennikarzy
natomiast działałem do 1995 r. Tu także chodziło o promowanie
polskich spraw.
Rozmawiała Anna Jarmusiewicz
|