|
Lech Walesa zycie w starciu
Jarosław Kurski
Gazeta Wyborcza 26-08-2005,
Lech Wałęsa, wielki człowiek nieustającej
walki, dusi się w demokracji. Jest ofiarą własnego sukcesu.
Jego legendzie zaszkodziło to, że 25 lat temu uwierzył w swoją
nieomylność
Byłem uczniem gdańskiego liceum i należałem
do tajnego koła samokształceniowego prowadzonego przez ówczesnego
przywódcę Ruchu Młodej Polski - Aleksandra Halla. Mieliśmy
po 16-17 lat, ale za to wielkie ambicje intelektualne. Była
jesień 1979 r., gdy w ramach poznawania różnych nurtów opozycji
zaproponowano nam spotkanie z pewnym robotnikiem z Wolnych
Związków Zawodowych, szefem grupy ulotkowej. Na meczach piłkarskich
RMP kontra WZZ grał zawsze na pozycji bramkarza. Nie mieliśmy
przekonania, że może nam coś ciekawego powiedzieć. Do spotkania
więc nie doszło.
Robotnik ten nazywał się Lech Wałęsa.
Potem widziałem go w kościele Mariackim
podczas modlitw za rychłe uwolnienie Tadeusza Szczudłowskiego
i Dariusza Kobzdeja, skazanych przez kolegium ds. wykroczeń
na trzy miesiące aresztu za organizację manifestacji 3 maja
1980 r. Był lipiec 1980 r. Lublin strajkował. Coś wisiało
w powietrzu.
Sierpień
Gdy zobaczyłem go ponownie w sierpniowy dzień na II bramie
strajkującej Stoczni Gdańskiej, jak porywająco przemawia do
tłumu, w którym gdzieś sterczała i moja głowa, jęknąłem tylko:
O Jezu, to Wałęsa!
Od tej pory Lech nie pozostawiał mnie już nigdy obojętnym.
Fascynował albo irytował, był natchnieniem albo budził dezaprobatę.
Ale nigdy nie był nijaki. Miał charakter.
Nigdy nie zaliczałem się do jego bezkrytycznych wyznawców,
nie zaznałem tego irracjonalnego uniesienia, dlatego też nie
dosięgło mnie nigdy uczucie totalnego zawodu. Czynię to zastrzeżenie,
bo bezkrytyczny i pełen uwielbienia stosunek do Lecha był
zjawiskiem nader częstym i implikował późniejsze rozczarowania,
które nie znały miary. Ludzie, którzy wspierali jego walkę
o prezydenturę, już trzy lata później, w rocznicę obalenia
rządu Jana Olszewskiego, palili przed Belwederem jego kukłę
i wołali: "Wałęsa, zdradziłeś!", "Bolek, do
Moskwy!", "Miałeś, chamie, złoty róg!".
Wtedy, w Sierpniu, stojąc pod stocznią, wiedziałem, że tam
w środku jest grupa ludzi z WZZ, potem, że jest Międzyzakładowy
Komitet Strajkowy, że są Bogdan Borusewicz, Andrzej Gwiazda,
Anna Walentynowicz. Ale liczył się tylko on. Bo na czele strajku
nie mógł stanąć ani inteligent inżynier Andrzej Gwiazda, ani
nikt z zewnątrz, jak KOR-owiec Bogdan Borusewicz. Stoczniowcom
o niewielkim stażu - Jerzemu Borowczakowi, Bogdanowi Felskiemu
czy Ludwikowi Prądzińskiemu, którzy strajk rozpoczęli - brakowało
doświadczenia. Lech był w komitecie strajkowym już podczas
tragicznego Grudnia '70.
Strajk rusza z kopyta, gdy 14 sierpnia koło 11 w stoczni
zjawia się spóźniony Wałęsa. Właśnie przeskoczył płot. Natychmiast
dopisany zostaje do komitetu strajkowego i przejmuje inicjatywę
w negocjacjach z dyr. Klemensem Gniechem.
To on był niekwestionowanym liderem strajku. Borusewicz był
mózgiem, ale to Wałęsa był przywódcą. To jego słuchali. Jak
nikt inny pasował do wizerunku wodza robotniczej rewolty przeciwko
władzy reprezentującej rzekomo interesy proletariatu. Właśnie
on - proletariusz, głowa wielodzietnej rodziny (szóste dziecko
urodziło się cztery dni przed sierpniowym strajkiem), mieszkający
w jednej izbie, po wielokroć usuwany z pracy - był prawdziwym
przedstawicielem mas, a "oni" byli oligarchami,
ludźmi nowej klasy.
Stał na bramie i mówił językiem świeżym i prostym. Wolnym
od nowomowy. Językiem, jakim mówili robotnicy na stoczniowym
wydziale K-2, w portach, w rafinerii czy w zajezdniach tramwajowych.
Krytycy Lecha, którzy chcą w nim widzieć tylko Nikodema Dyzmę
postawionego wyrokiem historii we właściwym miejscu i we właściwym
czasie, jako koronny dowód na brak jego przywódczych kompetencji
wskazują, że już dwa dni potem, w sobotę 16 sierpnia, chciał
poddać strajk, zostawiając na pastwę władzy mniejsze zakłady
wspierające strajk. Rzeczywiście, po rozmowach z dyrekcją
wynegocjowano podwyżkę 1,5 tys. zł, przywrócenie do pracy
Anny Walentynowicz i samego Wałęsy. Uzyskano zgodę na utworzenie
- tylko w stoczni - wolnego związku zawodowego. Wałęsa ogłasza
przez radiowęzeł: "Mamy porozumienie, strajk w Stoczni
Gdańskiej uważam za zakończony".
I trudno mu się dziwić. Wynegocjowano wszystko. Scenariusz
zrealizowano w stu procentach. Nikt wówczas nie miał jeszcze
bladego pojęcia, że niebawem powstanie MKS, że ruszy lawina,
która "odmieni oblicze tej ziemi". Nie mógł tego
wiedzieć sam Wałęsa, choć dziś - jak to on - twierdzi, że
wszystko wiedział i przewidział, a manewr z zakończeniem strajku
był "genialny i finezyjny", bo - jego zdaniem -
"chodziło o wyeliminowanie z komitetu strajkowego osób
podstawionych przez dyrekcję i bezpiekę". Bogdan Borusewicz
w wydanym niedawno wywiadzie rzece "Jak runął mur"
powie krótko: "Lech fryzuje historię do swoich potrzeb
i co jakiś czas coś wymyśla".
Strajk ratują cztery kobiety - tramwajarka Henryka Krzywonos,
która z krzykiem rzuca się na Wałęsę, wołając: "Sprzedaliście
nas. Teraz wytłuką nas jak pluskwy", oraz Ewa Osowska,
Alina Pieńkowska i Anna Walentynowicz. Każda z nich biegnie
ku innej bramie stoczni i apeluje do wychodzących o pozostanie.
Na noc zostaje kilkaset osób. Strajk solidarnościowy trwa
nadal. Nadal przewodzi mu Lech. - Wyjdę ze stoczni ostatni
- deklaruje.
W niedzielę pod zakład przychodzą mieszkańcy Gdańska. W stoczni
odprawia się msza święta. Powstaje MKS, rodzi się 21 postulatów.
Strajk łapie drugi oddech.
Rusza fala, która w równym stopniu zaskakuje władzę, jak
i uczestników protestu. Z dnia na dzień chłopski syn spod
Lipna trafia na czołówki światowych mediów. Nie wiem, z jakiej
gliny zbudowany musiałby być człowiek, by nie doznać zawrotu
głowy i by swego "ja" nie uznać za siłę sprawczą
współczesnej historii Polski.
Dlaczego Lechu miałby nie wierzyć w swą wielkość i nieomylność,
skoro wtedy, w Sierpniu '80, uwierzyli w nią wszyscy - dziennikarze,
intelektualiści, ludzie stojący pod stocznią i słuchający
Radia Wolna Europa.
Jak napisał znany pomorski literat Lech Bądkowski w eseju
o Lechu "Człowiek z czego", zaspokajał on "głód
moralnego przywództwa" - to ten głód spowodował "niesłychane
wyniesienie Wałęsy, i w tym przypadku nawet nie można działać
na ludzi otrzeźwiająco, ponieważ pozbawi się ich tego, co
z takim trudem uzyskali, co z taką radością przyjęli".
Ja też wtedy zapatrzyłem się w Wałęsę. W Wałęsę, który od
rana w poniedziałek 18 sierpnia, kiedy po niedzieli ludzie
wrócili do stoczni, naprawiał swój błąd - biegał po wydziałach
i wzywał powracających do zakładu robotników do niepodejmowania
pracy. W Wałęsę, który mądrze poszerzał społeczną bazę protestu
i przybyłych z Warszawy przedstawicieli inteligencji Tadeusza
Mazowieckiego i Bronisława Geremka zatrzymał w stoczni i uczynił
ekspertami, a Lecha Bądkowskiego - członkiem i rzecznikiem
MKS. W Wałęsę, który sprzeciwił się zachowawczej idei reformy
oficjalnych związków CRZZ lansowanej przez niektórych doradców,
ale i powstrzymał się przed stawianiem postulatu 22. - wolnych
wyborów w Polsce.
Szedł środkiem, domagając się wolnych związków zawodowych.
Zapatrzyłem się w Wałęsę, który szukał kompromisu, ale nie
za wszelką cenę, i potrafił zaryzykować całe porozumienie,
by skutecznie upomnieć się o uwolnienie aresztowanych działaczy
KOR-u i innych ugrupowań opozycji.
Na zawsze zapamiętam go obwieszczającego 31 sierpnia 25 lat
temu z II bramy: "Mamy swoje niezależne, samorządne związki
zawodowe" i podpisującego wielkim, przerażająco kiczowatym
długopisem historyczne porozumienie.
Karnawał
Nieprędko zaznałbym otrzeźwienia, gdyby nie mama, która jako
przedstawicielka "S" pracowników wymiaru sprawiedliwości
zasiadała w Zarządzie Regionu Gdańskiego. Wracając z MKZ-tu,
niemal każdego wieczoru opowiadała o niedemokratycznych praktykach
Lecha, o jego konflikcie z Anną Walentynowicz, o tym, że otacza
się dworem (już wówczas kierowcą Lecha został Mieczysław Wachowski),
że traktuje ludzi z wyższością. I o swoich starciach z Lechem,
toczonych publicznie, zawsze z podniesioną przyłbicą i niemal
zawsze o przestrzeganie procedur demokratycznych.
W Związku, który miał być demokratyczną odpowiedzią społeczeństwa
na totalitarną praktykę władzy, rozpoczęła się ewolucja w
stronę autorytaryzmu. W przejmujący sposób opowiadał o tym
w "Konspirze" w 1984 r. Bogdan Borusewicz:
"Zacząłem dostrzegać, jak zmieniają się ludzie, którzy
byli kiedyś przyjaciółmi, jak uderzają im do głowy ambicje
i stanowiska, jak ze skromnych uczynnych kolegów wyrastają
bossowie niszczący swoich oponentów". Wałęsa "stał
się apodyktyczny, trzaskał drzwiami. (...) Kwitł kult wodzostwa.
Najpierw wódz najwyższy - Wałęsa, którego nie można było skrytykować,
potem wodzowie w każdym województwie, niemal w każdym zakładzie.
I co gorsza, ludzie (...) chcieli pozbyć się wolności i złożyć
ją w ręce tych wybujałych autorytetów. Bo jak inaczej określić
postawę, kiedy na zebraniu w Regionie ktoś zabiera głos i
oświadcza, że wyborcy zobowiązali go, by głosował za wszystkim,
co powie Wałęsa, a przeciwko wszystkiemu, co powie Gwiazda.
(...) Doszła do tego fatalna polityka kadrowa w doborze władz
krajowych i naszych regionalnych. W doborze, a nie w wyborze,
bo dobierał jeden jedyny człowiek, co zresztą większość demokratycznie
akceptowała. Dobierał na zasadzie: ten mi nie podskoczy".
Zarazem nie było w kierownictwie związku nikogo, kto tak
jak Lech umiałby zapanować nad salą i owinąć ją dookoła palca.
To dzięki Wałęsie słowo "charyzma" zrobiło w Polsce
zawrotną karierę.
Wałęsa kieruje związkiem jednoosobowo. Przekraczając swe
kompetencje, podpisuje 20 marca 1981 r. z władzą tzw. porozumienie
warszawskie i kończy najpoważniejszy w historii karnawału
kryzys bydgoski. W Bydgoszczy milicja pobiła ciężko trzech
działaczy "S", m.in. szefa regionu Jana Rulewskiego,
Związek sposobił się do strajku generalnego. I choć decyzja
Lecha ma charakter niedemokratyczny i pogłębi podziały w "S",
historia oceni ją jako zbawienną. Frontalna konfrontacja z
interwencją sowiecką włącznie wisiała na włosku. Bodaj wtedy
Lech powiedział po raz pierwszy: "Ja demokratycznie,
półdemokratycznie, a nawet niedemokratycznie buduję demokrację".
Ruch "S" nabiera własnej dynamiki, stając się coraz
bardziej radykalny. Na I krajowym zjeździe "S" wszyscy
trzej kontrkandydaci Lecha w walce o fotel przewodniczącego
- Marian Jurczyk, Andrzej Gwiazda i Jan Rulewski - oskarżają
Wałęsę o ugodowość. Rulewski zarzuca "S" "zbytnie
uleganie rzeczywistemu bądź urojonemu zagrożeniu radzieckiemu".
Lech wygrywa już w I turze, otrzymując 55 proc. głosów. Nie
jest zadowolony. Uważa to niemal za wotum nieufności. Wynik
potwierdza podziały w związku.
Byłem na zjeździe w harcerskim mundurze. Jako instruktorzy
kręgów im. Andrzeja Małkowskiego, zbuntowanych wobec oficjalnego
ZHP, pełniliśmy służbę pomocniczą. Segregowałem jakieś zjazdowe
druki, gdy właśnie ogłaszano wyniki wyborów, a delegaci podrzucali
Lecha do góry. Nie byłem szczęśliwy. Uważałem, że wygrało
wodzostwo, a przegrała demokracja. Nie rozumiałem jeszcze,
że na szczęście zwyciężył też umiar i ocalony został kapitalny
symbol na długie lata konspiry.
Jak zauważył Borusewicz: Środowiska liberalne związane z
opozycją były coraz bardziej wyciskane z ťS Ť. Z jednej strony
przez propagandę partyjną, z drugiej przez ťprawdziwych Polaków
Ť, z trzeciej przez hierarchię Kościoła. Tezę tę dobrze ilustruje
gorsząca przepychanka w sprawie okolicznościowej uchwały -
podziękowania zjazdu S dla środowiska Komitetu Obrony Robotników,
który postanowił się rozwiązać. Projekt uchwały zaraz po przemówieniu
sędziwego prof. Edwarda Lipińskiego miał złożyć Lech. Nie
złożył. Zrobili to dopiero delegaci z Radomia, a uchwałę przyjęto
pod koniec drugiej tury zjazdu po przełamaniu obstrukcji nacjonalistycznego
skrzydła S.
Konspira
Demokracja nie służy Lechowi. Jego żywiołem jest walka. Po
13 grudnia wszystkie zastrzeżenia do niego przestały mieć
znaczenie. Znów był w starciu. Znów był mitem. Podejmował
decyzje sam, i były to strzały w dziesiątkę. To był ten stary,
kochany Lech z Sierpnia '80.
Internowany, nie podjął rozmowy z władzą. O wicepremierze
Rakowskim, który do niego przyjechał, powiedział, "żeby
go zrzucić ze schodów". Nie dał się zmanipulować i nie
przystał na propozycję wspólnej przebudowy socjalizmu, w której
miałby odgrywać rolę przywódcy "zdrowego robotniczego
nurtu", a do pudła mieli powędrować tylko "ekstremistyczni"
doradcy z KOR-u i KPN-u.
List do gen. Jaruzelskiego napisany z internowania, w którym
proponuje szukanie porozumienia, podpisuje "kapral Wałęsa",
w czym dostrzegałem ekscentryczną nieprzewidywalność, której
dał już próbkę z długopisem 31sierpnia 1980 r. Kilka dni potem,
14 listopada 1982 r., wychodzi na wolność. Nie próbuje przejąć
władzy nad zakonspirowaną Tymczasową Komisją Krajową. Uznaje
kierownictwo podziemia. Współpraca układa się świetnie.
Jako osoba prywatna był dla reżimu kijem w szprychach w procesie
normalizacji. Im bardziej władza próbowała z niego zrobić
prywatną osobę, obywatela Wałęsę, tym bardziej obywatel Wałęsa
wyrastał na narodowego przywódcę. Noblista Lech Wałęsa był,
żył, komentował, przemawiał, udzielał wywiadów zagranicznym
dziennikarzom. Jego nie dało się zdelegalizować.
Byłem dziennikarzem prasy podziemnej i obserwowałem Wałęsę
z bliska, zwłaszcza w drugiej połowie lat 80., gdy jego działania
miały już charakter półoficjalny. Miał niespożytą energię,
z lubością używał charakterystycznych powiedzonek, za pośrednictwem
zagranicznych mediów prowadził nieustanną polemikę z władzą.
Był opanowanym, świadomym swych celów przywódcą. Świetnie
czuł ludzi i odczytywał nastroje tłumów.
W maju i sierpniu 1988 r. wybuchają w stoczni strajki. Strajkuje
radykalna, bezkompromisowa stoczniowa młodzież. Tylko Wałęsa
potrafi wprząc energię tego protestu w polityczną taktykę
rysującej się perspektywy dialogu z władzą. Skupia wokół siebie
Komitet Obywatelski, w którym obok wybitnych ludzi polskiej
nauki i kultury zasiedli działacze "S" i przedstawiciele
opozycji demokratycznej. Jego nazwisko nadaje dostojnemu gronu
immunitet nietykalności.
To Wałęsa wbrew wewnętrznej opozycji w Związku przekonuje
do konieczności rozmów z Kiszczakiem i Jaruzelskim. To on
w telewizyjnej debacie konfrontuje się z Alfredem Miodowiczem,
szefem OPZZ. To on powiada: żadnych warunków wstępnych - i
skutecznie walczy o udział Jacka Kuronia i Adama Michnika
w rozmowach Okrągłego Stołu. Na temat znaczenia zdjęcia z
Wałęsą i listy "S" w kontraktowych wyborach 4 czerwca
1989 r. oraz powołania pierwszego niekomunistycznego rządu
nie będę się rozpisywał. Wybitna rola Wałęsy nie podlega najmniejszej
dyskusji. To był wielki Lech. Lech triumfujący. Lech przemawiający
jesienią 1989 r. do połączonych izb Kongresu Stanów Zjednoczonych
jako trzeci po La Fayetcie i Churchillu cudzoziemiec w historii.
Lechowi towarzyszy owacja na stojąco. I za oceanem, i w Polsce.
Wtedy właśnie Lech zaproponował mi, bym został jego rzecznikiem
prasowym. Zgodziłem się bez wahania. Ta propozycja była dla
mnie zaszczytem - i do dziś za tę ofertę jestem Lechowi wdzięczny.
Dziewięć miesięcy, jakie spędziłem u jego boku, na całe życie
wyleczyły mnie z pokusy władzy i bakcyla polityki.
Wojna na górze
Powtórzmy - demokracja nie służy Lechowi. Po zwycięstwie
nastał dla niego wyjątkowo paskudny czas. Dotąd to on pociągał
za sznurki, wynosił jednych, pogrążał innych. I oto z chwilą
powstania rządu Tadeusz Mazowiecki deklaruje, że "nie
będzie premierem malowanym". Polityczna stolica Polski
z Gdańska przenosi się do Warszawy, gdzie formuje się realny,
niezależny od Wałęsy ośrodek władzy. Rząd - co oczywiste -
ma dostęp do publicznych mediów. Lech de facto jest go pozbawiony.
Czuje się ignorowany, oszukany przez warszawskie elity, odstawiony
na boczny tor.
Reforma Balcerowicza wywołuje niezadowolenie. Lech jeździ
po zakładach i studzi buntownicze wobec rządu nastroje, choć
nie ma na Mazowieckiego żadnego wpływu. Sam Mazowiecki zaś
okazuje się nie najlepszym psychologiem i nie ma dla sytuacji
Lecha zrozumienia. Każdy przytyk Wałęsy godzi go śmiertelnie.
Potem dialog nie jest już możliwy. Zwycięża wzajemna niechęć.
Lech, by istnieć, musi zamienić się w skorpiona. Znów walczyć
- tym razem przeciw swoim i - jak mu się wydaje - "o
swoje". Z architekta nowego ładu zamienia się w burzyciela.
Mówi stoczniowcom na wiecu, że "wstydzi się za rząd".
Zachodnim dziennikarzom opowiada o "grożącej wojnie domowej
i zapachu prochu, który czuje na ulicy".
Brutalna walka o władzę obleka się w kostium nowej ideologii.
Dostarczają jej bracia Kaczyńscy, którzy w Lechu widzą znakomity
nośnik politycznej siły. Lech powtarza za braćmi, że reformy
idą zbyt wolno, że potrzebne jest przyspieszenie i zerwanie
z gorsetem Okrągłego Stołu, konieczna lustracja i dekomunizacja,
a zwłaszcza zakwestionowanie "nowego monopolu władzy",
jakim rzekomo miał być ruch Komitetów Obywatelskich.
Lech prze do prezydentury, choć oficjalnie ogłosi to dopiero
we wrześniu 1990 r. Wtedy już nie będę u jego boku. Ku obopólnemu
zadowoleniu zwolnię się dwa miesiące wcześniej. Powróci za
to i pojawi się w jego najbliższym otoczeniu - wiedziony nieomylnym
instynktem nadchodzącej koniunktury - Mieczysław Wachowski.
Przedtem jednak będę naocznym świadkiem destrukcji obozu
"S", którą Lech rozpisze według scenariusza.
Najpierw media. Redaktorem naczelnym "Tygodnika Solidarność"
po odejściu Tadeusza Mazowieckiego zostaje Jarosław Kaczyński.
Lech próbuje odwołać z funkcji naczelnego "Gazety Wyborczej"
Adama Michnika. A Komisja Krajowa odbiera "Gazecie"
znaczek "S".
Potem Komitet Obywatelski. Henryk Wujec, sekretarz KO, otrzymuje
komunikat: "Czuj się odwołany". Na czele Komitetu
staje Zdzisław Najder.
Wreszcie Lech wypowiada tzw. wojnę na górze. Spotkanie Komitetu
Obywatelskiego 24 czerwca 1990 r. przebiega w atmosferze napaści
i arogancji. Lech wywołuje sędziwego Jerzego Turowicza do
tablicy i ex cathedra peroruje, wymachując w jego stronę palcem.
Senatorowi Andrzejowi Wielowieyskiemu poleca: Stłucz pan
termometr, nie będziesz pan miał gorączki. Stwierdza, że
potrzeba prezydenta z siekierą.
Jest skuteczny. Obóz Solidarności nie odtworzy się już
nigdy. Dzieli go też ocena osoby samego Lecha. Z jednej strony
Piotr Wierzbicki w książeczce Bitwa po Wałęsę widzi w nim
genialnego i nieomylnego przywódcę, który dzięki swej nieprzewidywalności
jest politykiem i strategiem, jakiemu nie dorastają do pięt
inteligenckie pięknoduchy próbujące nim manipulować. Z drugiej
- Adam Michnik tłumaczy: Dlaczego nie oddam głosu na Lecha
Wałęsę - krytykuje nie tylko fatalny styl rozwodu w łonie
S, ale i nie najlepszy, mówiąc oględnie, styl kampanii Lecha:
Wałęsa nigdy nie był antysemitą ani populistą. Jedno i drugie
uważał za idiotyzm. Wszelako wypowiadając nonsensy o ťjajogłowych
Ť i dzieląc ludzi wedle kryteriów rasowych na Żydów i nie-Żydów,
złożył pokłon wyznawcom antyinteligenckiego populizmu i antysemickich
fobii.
Dziś Lech za "wojnę na górze" wini wszystkich,
tylko nie siebie. Kugluje - jak to Lech - że "to był
ruch skierowany we mnie, bo ja byłem na tej górze, a wy niżej".
I powtarza jak zwykle, że gdyby go wówczas posłuchano...
Muszę Lechowi oddać sprawiedliwość, że z ojcowską tolerancją
odnosił się do wątpliwości formułowanych przez swego młodego
wówczas, 26-letniego rzecznika. Gdy wręczyłem mu memoriał,
w którym wyłożyłem kawa na ławę, co myślę o jego działaniach,
nie wylał mnie z roboty - choć właściwie powinien. Lech bowiem
szanował ludzi, którzy się z nim nie zgadzają i mówią mu to
w oczy. Dlatego, mimo że była to praca przypominająca zabawę
zapałkami na beczce prochu, to po latach wspominam ją z sentymentem.
Lech dał mi szkołę.
Prezydentura
W drugiej połowie lat 90. zagadnąłem mego prawicowego przyjaciela,
który w kampanię prezydencką Lecha w 1990 r. zaangażował się
po uszy: - Tak między nami, musisz przyznać, że Kwaśniewski
jest lepszym prezydentem niż Wałęsa. - Jak to między nami?
O tym trzeba mówić głośno! - odpowiedział oburzony.
Lech zawiódł jako głowa państwa. Nie miejsce tu na bilans
jego kadencji. Prezydent działał chaotycznie. Zamiast być
czynnikiem stabilizacji państwa, nieustannie tym państwem
trząsł. Domagał się coraz większych uprawnień dla siebie,
a jednocześnie brak mu było wizji państwa. Wyobrażał sobie,
że niczym monarcha będzie rządzić dekretami. Ale mimo tego
wszystkiego, mimo niejasnej roli Mieczysława Wachowskiego,
szarej eminencji, mimo upolityczniania armii i silnych związków
ze służbami specjalnymi - nie stało się to, przed czym drżeli
jego adwersarze. Lech nie naruszył delikatnej tkanki młodej
polskiej demokracji.
Potem była nieszczęsna wyborcza debata w 1995 r., w której
zaproponował Kwaśniewskiemu, że "może mu podać co najwyżej
nogę". I przegrana... A jednak, przegraną Lecha z kandydatem
obozu postkomunistycznego odczułem boleśnie jako koniec pewnej
epoki, epoki ludzi mojej generacji, dla których Lech Wałęsa
nigdy nie przestanie być punktem w życiorysie. Chyba jeszcze
gorzej poczułem się pięć lat potem, gdy w wyborach prezydenckich
zdobył 1 proc. głosów.
Pokrzywdzony
Lech ostatnio powrócił na pierwsze strony gazet. Oskarżony
na falach rozgłośni Radia Maryja przez dawnego kolegę z WZZ
Krzysztofa Wyszkowskiego o współpracę z SB, Wałęsa odpowiada
w sposób dla siebie typowy: "psychole od Rydzyka"
i nie ustaje w walce o swe dobre imię. Zwraca się do IPN o
przyznanie mu statusu pokrzywdzonego. 21 lipca 2005 r. prezes
Leon Kieres zapowiada, że Lech taki status otrzyma. Jednak
do tej pory to nie nastąpiło. I najpewniej przed 31 sierpnia
już nie nastąpi.
Za to niecieszący się reputacją rzetelnego historyka Sławomir
Cenckiewicz z gdańskiego IPN pisze: Nie rozstrzygam, kto
był ťBolkiem Ť, choć muszę przyznać, że dane biograficzne
i pracownicze TW Bolka są zbieżne z życiorysem Lecha Wałęsy.
Lech się miota. W telewizyjnej debacie z Jaruzelskim nie przestaje
domagać się od generała świadectwa moralności. To sytuacja
wyjęta z teatru groteski. W IPN historycy radzą, prześwietlają
akta, a nawet głosują - sondażowo - był pokrzywdzony czy może
jednak nie? Tymczasem, by odpowiedzieć na to proste pytanie,
wystarczy otworzyć encyklopedię powszechną pod hasłem Wałęsa
Lech.
Lech mógłby być dziś polskim Nelsonem Mandelą i niekwestionowanym
autorytetem, gdyby przestał uważać, że zawsze wszystko robił
najlepiej, że był doskonały i nieomylny. Trwa do dziś w duszącym
uścisku swojego sukcesu sprzed 25 lat. Gdyby wreszcie zarzucił
wiarę, że jest Leonardem da Vinci i Albertem Einsteinem w
jednej osobie, byłoby mu lżej.
Gdyby przestał wreszcie opowiadać o swej "genialności
i finezyjności", odsłoniłby się cały, pełen wewnętrznych
sprzeczności i napięć, ludzki wymiar jego nieprzeciętnej natury.
Jego osobowość godna jest pióra Fiodora Dostojewskiego.
Czy epizod sprzed 35 lat, kiedy jako
młody przestraszony robotnik po grudniowej masakrze coś tam
podpisał, epizod opowiedziany zresztą przez samego Lecha we
wspomnieniach "Droga nadziei" - może zmienić bilans
jego niekwestionowanych zasług? Nie, nie może. Ale może im
nadać głębszy wymiar. Wymiar człowieka pokonującego własną
słabość. Może ukazać w nowym, jaśniejszym świetle postać młodego
chłopaka spod Lipna, który odnosi zwycięstwo najpierw nad
samym sobą, potem nad oprawcami, którzy chcą go złamać, i
wreszcie nad komunizmem w Polsce.
Jarosław Kurski
|