E-mail

English






Lech Walesa – zycie w starciu

Jarosław Kurski

Gazeta Wyborcza 26-08-2005,

Lech Wałęsa, wielki człowiek nieustającej walki, dusi się w demokracji. Jest ofiarą własnego sukcesu. Jego legendzie zaszkodziło to, że 25 lat temu uwierzył w swoją nieomylność

Byłem uczniem gdańskiego liceum i należałem do tajnego koła samokształceniowego prowadzonego przez ówczesnego przywódcę Ruchu Młodej Polski - Aleksandra Halla. Mieliśmy po 16-17 lat, ale za to wielkie ambicje intelektualne. Była jesień 1979 r., gdy w ramach poznawania różnych nurtów opozycji zaproponowano nam spotkanie z pewnym robotnikiem z Wolnych Związków Zawodowych, szefem grupy ulotkowej. Na meczach piłkarskich RMP kontra WZZ grał zawsze na pozycji bramkarza. Nie mieliśmy przekonania, że może nam coś ciekawego powiedzieć. Do spotkania więc nie doszło.

Robotnik ten nazywał się Lech Wałęsa.

Potem widziałem go w kościele Mariackim podczas modlitw za rychłe uwolnienie Tadeusza Szczudłowskiego i Dariusza Kobzdeja, skazanych przez kolegium ds. wykroczeń na trzy miesiące aresztu za organizację manifestacji 3 maja 1980 r. Był lipiec 1980 r. Lublin strajkował. Coś wisiało w powietrzu.

Sierpień

Gdy zobaczyłem go ponownie w sierpniowy dzień na II bramie strajkującej Stoczni Gdańskiej, jak porywająco przemawia do tłumu, w którym gdzieś sterczała i moja głowa, jęknąłem tylko: O Jezu, to Wałęsa!

Od tej pory Lech nie pozostawiał mnie już nigdy obojętnym. Fascynował albo irytował, był natchnieniem albo budził dezaprobatę. Ale nigdy nie był nijaki. Miał charakter.

Nigdy nie zaliczałem się do jego bezkrytycznych wyznawców, nie zaznałem tego irracjonalnego uniesienia, dlatego też nie dosięgło mnie nigdy uczucie totalnego zawodu. Czynię to zastrzeżenie, bo bezkrytyczny i pełen uwielbienia stosunek do Lecha był zjawiskiem nader częstym i implikował późniejsze rozczarowania, które nie znały miary. Ludzie, którzy wspierali jego walkę o prezydenturę, już trzy lata później, w rocznicę obalenia rządu Jana Olszewskiego, palili przed Belwederem jego kukłę i wołali: "Wałęsa, zdradziłeś!", "Bolek, do Moskwy!", "Miałeś, chamie, złoty róg!".

Wtedy, w Sierpniu, stojąc pod stocznią, wiedziałem, że tam w środku jest grupa ludzi z WZZ, potem, że jest Międzyzakładowy Komitet Strajkowy, że są Bogdan Borusewicz, Andrzej Gwiazda, Anna Walentynowicz. Ale liczył się tylko on. Bo na czele strajku nie mógł stanąć ani inteligent inżynier Andrzej Gwiazda, ani nikt z zewnątrz, jak KOR-owiec Bogdan Borusewicz. Stoczniowcom o niewielkim stażu - Jerzemu Borowczakowi, Bogdanowi Felskiemu czy Ludwikowi Prądzińskiemu, którzy strajk rozpoczęli - brakowało doświadczenia. Lech był w komitecie strajkowym już podczas tragicznego Grudnia '70.

Strajk rusza z kopyta, gdy 14 sierpnia koło 11 w stoczni zjawia się spóźniony Wałęsa. Właśnie przeskoczył płot. Natychmiast dopisany zostaje do komitetu strajkowego i przejmuje inicjatywę w negocjacjach z dyr. Klemensem Gniechem.

To on był niekwestionowanym liderem strajku. Borusewicz był mózgiem, ale to Wałęsa był przywódcą. To jego słuchali. Jak nikt inny pasował do wizerunku wodza robotniczej rewolty przeciwko władzy reprezentującej rzekomo interesy proletariatu. Właśnie on - proletariusz, głowa wielodzietnej rodziny (szóste dziecko urodziło się cztery dni przed sierpniowym strajkiem), mieszkający w jednej izbie, po wielokroć usuwany z pracy - był prawdziwym przedstawicielem mas, a "oni" byli oligarchami, ludźmi nowej klasy.

Stał na bramie i mówił językiem świeżym i prostym. Wolnym od nowomowy. Językiem, jakim mówili robotnicy na stoczniowym wydziale K-2, w portach, w rafinerii czy w zajezdniach tramwajowych.

Krytycy Lecha, którzy chcą w nim widzieć tylko Nikodema Dyzmę postawionego wyrokiem historii we właściwym miejscu i we właściwym czasie, jako koronny dowód na brak jego przywódczych kompetencji wskazują, że już dwa dni potem, w sobotę 16 sierpnia, chciał poddać strajk, zostawiając na pastwę władzy mniejsze zakłady wspierające strajk. Rzeczywiście, po rozmowach z dyrekcją wynegocjowano podwyżkę 1,5 tys. zł, przywrócenie do pracy Anny Walentynowicz i samego Wałęsy. Uzyskano zgodę na utworzenie - tylko w stoczni - wolnego związku zawodowego. Wałęsa ogłasza przez radiowęzeł: "Mamy porozumienie, strajk w Stoczni Gdańskiej uważam za zakończony".

I trudno mu się dziwić. Wynegocjowano wszystko. Scenariusz zrealizowano w stu procentach. Nikt wówczas nie miał jeszcze bladego pojęcia, że niebawem powstanie MKS, że ruszy lawina, która "odmieni oblicze tej ziemi". Nie mógł tego wiedzieć sam Wałęsa, choć dziś - jak to on - twierdzi, że wszystko wiedział i przewidział, a manewr z zakończeniem strajku był "genialny i finezyjny", bo - jego zdaniem - "chodziło o wyeliminowanie z komitetu strajkowego osób podstawionych przez dyrekcję i bezpiekę". Bogdan Borusewicz w wydanym niedawno wywiadzie rzece "Jak runął mur" powie krótko: "Lech fryzuje historię do swoich potrzeb i co jakiś czas coś wymyśla".

Strajk ratują cztery kobiety - tramwajarka Henryka Krzywonos, która z krzykiem rzuca się na Wałęsę, wołając: "Sprzedaliście nas. Teraz wytłuką nas jak pluskwy", oraz Ewa Osowska, Alina Pieńkowska i Anna Walentynowicz. Każda z nich biegnie ku innej bramie stoczni i apeluje do wychodzących o pozostanie. Na noc zostaje kilkaset osób. Strajk solidarnościowy trwa nadal. Nadal przewodzi mu Lech. - Wyjdę ze stoczni ostatni - deklaruje.

W niedzielę pod zakład przychodzą mieszkańcy Gdańska. W stoczni odprawia się msza święta. Powstaje MKS, rodzi się 21 postulatów. Strajk łapie drugi oddech.

Rusza fala, która w równym stopniu zaskakuje władzę, jak i uczestników protestu. Z dnia na dzień chłopski syn spod Lipna trafia na czołówki światowych mediów. Nie wiem, z jakiej gliny zbudowany musiałby być człowiek, by nie doznać zawrotu głowy i by swego "ja" nie uznać za siłę sprawczą współczesnej historii Polski.

Dlaczego Lechu miałby nie wierzyć w swą wielkość i nieomylność, skoro wtedy, w Sierpniu '80, uwierzyli w nią wszyscy - dziennikarze, intelektualiści, ludzie stojący pod stocznią i słuchający Radia Wolna Europa.

Jak napisał znany pomorski literat Lech Bądkowski w eseju o Lechu "Człowiek z czego", zaspokajał on "głód moralnego przywództwa" - to ten głód spowodował "niesłychane wyniesienie Wałęsy, i w tym przypadku nawet nie można działać na ludzi otrzeźwiająco, ponieważ pozbawi się ich tego, co z takim trudem uzyskali, co z taką radością przyjęli".

Ja też wtedy zapatrzyłem się w Wałęsę. W Wałęsę, który od rana w poniedziałek 18 sierpnia, kiedy po niedzieli ludzie wrócili do stoczni, naprawiał swój błąd - biegał po wydziałach i wzywał powracających do zakładu robotników do niepodejmowania pracy. W Wałęsę, który mądrze poszerzał społeczną bazę protestu i przybyłych z Warszawy przedstawicieli inteligencji Tadeusza Mazowieckiego i Bronisława Geremka zatrzymał w stoczni i uczynił ekspertami, a Lecha Bądkowskiego - członkiem i rzecznikiem MKS. W Wałęsę, który sprzeciwił się zachowawczej idei reformy oficjalnych związków CRZZ lansowanej przez niektórych doradców, ale i powstrzymał się przed stawianiem postulatu 22. - wolnych wyborów w Polsce.

Szedł środkiem, domagając się wolnych związków zawodowych. Zapatrzyłem się w Wałęsę, który szukał kompromisu, ale nie za wszelką cenę, i potrafił zaryzykować całe porozumienie, by skutecznie upomnieć się o uwolnienie aresztowanych działaczy KOR-u i innych ugrupowań opozycji.

Na zawsze zapamiętam go obwieszczającego 31 sierpnia 25 lat temu z II bramy: "Mamy swoje niezależne, samorządne związki zawodowe" i podpisującego wielkim, przerażająco kiczowatym długopisem historyczne porozumienie.

Karnawał

Nieprędko zaznałbym otrzeźwienia, gdyby nie mama, która jako przedstawicielka "S" pracowników wymiaru sprawiedliwości zasiadała w Zarządzie Regionu Gdańskiego. Wracając z MKZ-tu, niemal każdego wieczoru opowiadała o niedemokratycznych praktykach Lecha, o jego konflikcie z Anną Walentynowicz, o tym, że otacza się dworem (już wówczas kierowcą Lecha został Mieczysław Wachowski), że traktuje ludzi z wyższością. I o swoich starciach z Lechem, toczonych publicznie, zawsze z podniesioną przyłbicą i niemal zawsze o przestrzeganie procedur demokratycznych.

W Związku, który miał być demokratyczną odpowiedzią społeczeństwa na totalitarną praktykę władzy, rozpoczęła się ewolucja w stronę autorytaryzmu. W przejmujący sposób opowiadał o tym w "Konspirze" w 1984 r. Bogdan Borusewicz:

"Zacząłem dostrzegać, jak zmieniają się ludzie, którzy byli kiedyś przyjaciółmi, jak uderzają im do głowy ambicje i stanowiska, jak ze skromnych uczynnych kolegów wyrastają bossowie niszczący swoich oponentów". Wałęsa "stał się apodyktyczny, trzaskał drzwiami. (...) Kwitł kult wodzostwa. Najpierw wódz najwyższy - Wałęsa, którego nie można było skrytykować, potem wodzowie w każdym województwie, niemal w każdym zakładzie. I co gorsza, ludzie (...) chcieli pozbyć się wolności i złożyć ją w ręce tych wybujałych autorytetów. Bo jak inaczej określić postawę, kiedy na zebraniu w Regionie ktoś zabiera głos i oświadcza, że wyborcy zobowiązali go, by głosował za wszystkim, co powie Wałęsa, a przeciwko wszystkiemu, co powie Gwiazda. (...) Doszła do tego fatalna polityka kadrowa w doborze władz krajowych i naszych regionalnych. W doborze, a nie w wyborze, bo dobierał jeden jedyny człowiek, co zresztą większość demokratycznie akceptowała. Dobierał na zasadzie: ten mi nie podskoczy".

Zarazem nie było w kierownictwie związku nikogo, kto tak jak Lech umiałby zapanować nad salą i owinąć ją dookoła palca. To dzięki Wałęsie słowo "charyzma" zrobiło w Polsce zawrotną karierę.

Wałęsa kieruje związkiem jednoosobowo. Przekraczając swe kompetencje, podpisuje 20 marca 1981 r. z władzą tzw. porozumienie warszawskie i kończy najpoważniejszy w historii karnawału kryzys bydgoski. W Bydgoszczy milicja pobiła ciężko trzech działaczy "S", m.in. szefa regionu Jana Rulewskiego, Związek sposobił się do strajku generalnego. I choć decyzja Lecha ma charakter niedemokratyczny i pogłębi podziały w "S", historia oceni ją jako zbawienną. Frontalna konfrontacja z interwencją sowiecką włącznie wisiała na włosku. Bodaj wtedy Lech powiedział po raz pierwszy: "Ja demokratycznie, półdemokratycznie, a nawet niedemokratycznie buduję demokrację".

Ruch "S" nabiera własnej dynamiki, stając się coraz bardziej radykalny. Na I krajowym zjeździe "S" wszyscy trzej kontrkandydaci Lecha w walce o fotel przewodniczącego - Marian Jurczyk, Andrzej Gwiazda i Jan Rulewski - oskarżają Wałęsę o ugodowość. Rulewski zarzuca "S" "zbytnie uleganie rzeczywistemu bądź urojonemu zagrożeniu radzieckiemu". Lech wygrywa już w I turze, otrzymując 55 proc. głosów. Nie jest zadowolony. Uważa to niemal za wotum nieufności. Wynik potwierdza podziały w związku.

Byłem na zjeździe w harcerskim mundurze. Jako instruktorzy kręgów im. Andrzeja Małkowskiego, zbuntowanych wobec oficjalnego ZHP, pełniliśmy służbę pomocniczą. Segregowałem jakieś zjazdowe druki, gdy właśnie ogłaszano wyniki wyborów, a delegaci podrzucali Lecha do góry. Nie byłem szczęśliwy. Uważałem, że wygrało wodzostwo, a przegrała demokracja. Nie rozumiałem jeszcze, że na szczęście zwyciężył też umiar i ocalony został kapitalny symbol na długie lata konspiry.

Jak zauważył Borusewicz: „Środowiska liberalne związane z opozycją były coraz bardziej wyciskane z ťS Ť. Z jednej strony przez propagandę partyjną, z drugiej przez ťprawdziwych Polaków Ť, z trzeciej przez hierarchię Kościoła”. Tezę tę dobrze ilustruje gorsząca przepychanka w sprawie okolicznościowej uchwały - podziękowania zjazdu „S” dla środowiska Komitetu Obrony Robotników, który postanowił się rozwiązać. Projekt uchwały zaraz po przemówieniu sędziwego prof. Edwarda Lipińskiego miał złożyć Lech. Nie złożył. Zrobili to dopiero delegaci z Radomia, a uchwałę przyjęto pod koniec drugiej tury zjazdu po przełamaniu obstrukcji nacjonalistycznego skrzydła „S”.

Konspira

Demokracja nie służy Lechowi. Jego żywiołem jest walka. Po 13 grudnia wszystkie zastrzeżenia do niego przestały mieć znaczenie. Znów był w starciu. Znów był mitem. Podejmował decyzje sam, i były to strzały w dziesiątkę. To był ten stary, kochany Lech z Sierpnia '80.

Internowany, nie podjął rozmowy z władzą. O wicepremierze Rakowskim, który do niego przyjechał, powiedział, "żeby go zrzucić ze schodów". Nie dał się zmanipulować i nie przystał na propozycję wspólnej przebudowy socjalizmu, w której miałby odgrywać rolę przywódcy "zdrowego robotniczego nurtu", a do pudła mieli powędrować tylko "ekstremistyczni" doradcy z KOR-u i KPN-u.

List do gen. Jaruzelskiego napisany z internowania, w którym proponuje szukanie porozumienia, podpisuje "kapral Wałęsa", w czym dostrzegałem ekscentryczną nieprzewidywalność, której dał już próbkę z długopisem 31sierpnia 1980 r. Kilka dni potem, 14 listopada 1982 r., wychodzi na wolność. Nie próbuje przejąć władzy nad zakonspirowaną Tymczasową Komisją Krajową. Uznaje kierownictwo podziemia. Współpraca układa się świetnie.

Jako osoba prywatna był dla reżimu kijem w szprychach w procesie normalizacji. Im bardziej władza próbowała z niego zrobić prywatną osobę, obywatela Wałęsę, tym bardziej obywatel Wałęsa wyrastał na narodowego przywódcę. Noblista Lech Wałęsa był, żył, komentował, przemawiał, udzielał wywiadów zagranicznym dziennikarzom. Jego nie dało się zdelegalizować.

Byłem dziennikarzem prasy podziemnej i obserwowałem Wałęsę z bliska, zwłaszcza w drugiej połowie lat 80., gdy jego działania miały już charakter półoficjalny. Miał niespożytą energię, z lubością używał charakterystycznych powiedzonek, za pośrednictwem zagranicznych mediów prowadził nieustanną polemikę z władzą. Był opanowanym, świadomym swych celów przywódcą. Świetnie czuł ludzi i odczytywał nastroje tłumów.

W maju i sierpniu 1988 r. wybuchają w stoczni strajki. Strajkuje radykalna, bezkompromisowa stoczniowa młodzież. Tylko Wałęsa potrafi wprząc energię tego protestu w polityczną taktykę rysującej się perspektywy dialogu z władzą. Skupia wokół siebie Komitet Obywatelski, w którym obok wybitnych ludzi polskiej nauki i kultury zasiedli działacze "S" i przedstawiciele opozycji demokratycznej. Jego nazwisko nadaje dostojnemu gronu immunitet nietykalności.

To Wałęsa wbrew wewnętrznej opozycji w Związku przekonuje do konieczności rozmów z Kiszczakiem i Jaruzelskim. To on w telewizyjnej debacie konfrontuje się z Alfredem Miodowiczem, szefem OPZZ. To on powiada: żadnych warunków wstępnych - i skutecznie walczy o udział Jacka Kuronia i Adama Michnika w rozmowach Okrągłego Stołu. Na temat znaczenia zdjęcia z Wałęsą i listy "S" w kontraktowych wyborach 4 czerwca 1989 r. oraz powołania pierwszego niekomunistycznego rządu nie będę się rozpisywał. Wybitna rola Wałęsy nie podlega najmniejszej dyskusji. To był wielki Lech. Lech triumfujący. Lech przemawiający jesienią 1989 r. do połączonych izb Kongresu Stanów Zjednoczonych jako trzeci po La Fayetcie i Churchillu cudzoziemiec w historii. Lechowi towarzyszy owacja na stojąco. I za oceanem, i w Polsce.

Wtedy właśnie Lech zaproponował mi, bym został jego rzecznikiem prasowym. Zgodziłem się bez wahania. Ta propozycja była dla mnie zaszczytem - i do dziś za tę ofertę jestem Lechowi wdzięczny. Dziewięć miesięcy, jakie spędziłem u jego boku, na całe życie wyleczyły mnie z pokusy władzy i bakcyla polityki.

Wojna na górze

Powtórzmy - demokracja nie służy Lechowi. Po zwycięstwie nastał dla niego wyjątkowo paskudny czas. Dotąd to on pociągał za sznurki, wynosił jednych, pogrążał innych. I oto z chwilą powstania rządu Tadeusz Mazowiecki deklaruje, że "nie będzie premierem malowanym". Polityczna stolica Polski z Gdańska przenosi się do Warszawy, gdzie formuje się realny, niezależny od Wałęsy ośrodek władzy. Rząd - co oczywiste - ma dostęp do publicznych mediów. Lech de facto jest go pozbawiony. Czuje się ignorowany, oszukany przez warszawskie elity, odstawiony na boczny tor.

Reforma Balcerowicza wywołuje niezadowolenie. Lech jeździ po zakładach i studzi buntownicze wobec rządu nastroje, choć nie ma na Mazowieckiego żadnego wpływu. Sam Mazowiecki zaś okazuje się nie najlepszym psychologiem i nie ma dla sytuacji Lecha zrozumienia. Każdy przytyk Wałęsy godzi go śmiertelnie. Potem dialog nie jest już możliwy. Zwycięża wzajemna niechęć. Lech, by istnieć, musi zamienić się w skorpiona. Znów walczyć - tym razem przeciw swoim i - jak mu się wydaje - "o swoje". Z architekta nowego ładu zamienia się w burzyciela. Mówi stoczniowcom na wiecu, że "wstydzi się za rząd". Zachodnim dziennikarzom opowiada o "grożącej wojnie domowej i zapachu prochu, który czuje na ulicy".

Brutalna walka o władzę obleka się w kostium nowej ideologii. Dostarczają jej bracia Kaczyńscy, którzy w Lechu widzą znakomity nośnik politycznej siły. Lech powtarza za braćmi, że reformy idą zbyt wolno, że potrzebne jest przyspieszenie i zerwanie z gorsetem Okrągłego Stołu, konieczna lustracja i dekomunizacja, a zwłaszcza zakwestionowanie "nowego monopolu władzy", jakim rzekomo miał być ruch Komitetów Obywatelskich.

Lech prze do prezydentury, choć oficjalnie ogłosi to dopiero we wrześniu 1990 r. Wtedy już nie będę u jego boku. Ku obopólnemu zadowoleniu zwolnię się dwa miesiące wcześniej. Powróci za to i pojawi się w jego najbliższym otoczeniu - wiedziony nieomylnym instynktem nadchodzącej koniunktury - Mieczysław Wachowski.

Przedtem jednak będę naocznym świadkiem destrukcji obozu "S", którą Lech rozpisze według scenariusza.

Najpierw media. Redaktorem naczelnym "Tygodnika Solidarność" po odejściu Tadeusza Mazowieckiego zostaje Jarosław Kaczyński. Lech próbuje odwołać z funkcji naczelnego "Gazety Wyborczej" Adama Michnika. A Komisja Krajowa odbiera "Gazecie" znaczek "S".

Potem Komitet Obywatelski. Henryk Wujec, sekretarz KO, otrzymuje komunikat: "Czuj się odwołany". Na czele Komitetu staje Zdzisław Najder.

Wreszcie Lech wypowiada tzw. wojnę na górze. Spotkanie Komitetu Obywatelskiego 24 czerwca 1990 r. przebiega w atmosferze napaści i arogancji. Lech wywołuje sędziwego Jerzego Turowicza do tablicy i ex cathedra peroruje, wymachując w jego stronę palcem. Senatorowi Andrzejowi Wielowieyskiemu poleca: „Stłucz pan termometr, nie będziesz pan miał gorączki”. Stwierdza, że potrzeba prezydenta z siekierą.

Jest skuteczny. Obóz „Solidarności” nie odtworzy się już nigdy. Dzieli go też ocena osoby samego Lecha. Z jednej strony Piotr Wierzbicki w książeczce „Bitwa po Wałęsę” widzi w nim genialnego i nieomylnego przywódcę, który dzięki swej nieprzewidywalności jest politykiem i strategiem, jakiemu nie dorastają do pięt inteligenckie pięknoduchy próbujące nim manipulować. Z drugiej - Adam Michnik tłumaczy: „Dlaczego nie oddam głosu na Lecha Wałęsę” - krytykuje nie tylko fatalny styl rozwodu w łonie „S”, ale i nie najlepszy, mówiąc oględnie, styl kampanii Lecha: „Wałęsa nigdy nie był antysemitą ani populistą. Jedno i drugie uważał za idiotyzm. Wszelako wypowiadając nonsensy o ťjajogłowych Ť i dzieląc ludzi wedle kryteriów rasowych na Żydów i nie-Żydów, złożył pokłon wyznawcom antyinteligenckiego populizmu i antysemickich fobii”.

Dziś Lech za "wojnę na górze" wini wszystkich, tylko nie siebie. Kugluje - jak to Lech - że "to był ruch skierowany we mnie, bo ja byłem na tej górze, a wy niżej". I powtarza jak zwykle, że gdyby go wówczas posłuchano...

Muszę Lechowi oddać sprawiedliwość, że z ojcowską tolerancją odnosił się do wątpliwości formułowanych przez swego młodego wówczas, 26-letniego rzecznika. Gdy wręczyłem mu memoriał, w którym wyłożyłem kawa na ławę, co myślę o jego działaniach, nie wylał mnie z roboty - choć właściwie powinien. Lech bowiem szanował ludzi, którzy się z nim nie zgadzają i mówią mu to w oczy. Dlatego, mimo że była to praca przypominająca zabawę zapałkami na beczce prochu, to po latach wspominam ją z sentymentem. Lech dał mi szkołę.

Prezydentura

W drugiej połowie lat 90. zagadnąłem mego prawicowego przyjaciela, który w kampanię prezydencką Lecha w 1990 r. zaangażował się po uszy: - Tak między nami, musisz przyznać, że Kwaśniewski jest lepszym prezydentem niż Wałęsa. - Jak to między nami? O tym trzeba mówić głośno! - odpowiedział oburzony.

Lech zawiódł jako głowa państwa. Nie miejsce tu na bilans jego kadencji. Prezydent działał chaotycznie. Zamiast być czynnikiem stabilizacji państwa, nieustannie tym państwem trząsł. Domagał się coraz większych uprawnień dla siebie, a jednocześnie brak mu było wizji państwa. Wyobrażał sobie, że niczym monarcha będzie rządzić dekretami. Ale mimo tego wszystkiego, mimo niejasnej roli Mieczysława Wachowskiego, szarej eminencji, mimo upolityczniania armii i silnych związków ze służbami specjalnymi - nie stało się to, przed czym drżeli jego adwersarze. Lech nie naruszył delikatnej tkanki młodej polskiej demokracji.

Potem była nieszczęsna wyborcza debata w 1995 r., w której zaproponował Kwaśniewskiemu, że "może mu podać co najwyżej nogę". I przegrana... A jednak, przegraną Lecha z kandydatem obozu postkomunistycznego odczułem boleśnie jako koniec pewnej epoki, epoki ludzi mojej generacji, dla których Lech Wałęsa nigdy nie przestanie być punktem w życiorysie. Chyba jeszcze gorzej poczułem się pięć lat potem, gdy w wyborach prezydenckich zdobył 1 proc. głosów.

Pokrzywdzony

Lech ostatnio powrócił na pierwsze strony gazet. Oskarżony na falach rozgłośni Radia Maryja przez dawnego kolegę z WZZ Krzysztofa Wyszkowskiego o współpracę z SB, Wałęsa odpowiada w sposób dla siebie typowy: "psychole od Rydzyka" i nie ustaje w walce o swe dobre imię. Zwraca się do IPN o przyznanie mu statusu pokrzywdzonego. 21 lipca 2005 r. prezes Leon Kieres zapowiada, że Lech taki status otrzyma. Jednak do tej pory to nie nastąpiło. I najpewniej przed 31 sierpnia już nie nastąpi.

Za to niecieszący się reputacją rzetelnego historyka Sławomir Cenckiewicz z gdańskiego IPN pisze: „Nie rozstrzygam, kto był ťBolkiem Ť, choć muszę przyznać, że dane biograficzne i pracownicze TW Bolka są zbieżne z życiorysem Lecha Wałęsy”. Lech się miota. W telewizyjnej debacie z Jaruzelskim nie przestaje domagać się od generała świadectwa moralności. To sytuacja wyjęta z teatru groteski. W IPN historycy radzą, prześwietlają akta, a nawet głosują - sondażowo - był pokrzywdzony czy może jednak nie? Tymczasem, by odpowiedzieć na to proste pytanie, wystarczy otworzyć encyklopedię powszechną pod hasłem „Wałęsa Lech”.

Lech mógłby być dziś polskim Nelsonem Mandelą i niekwestionowanym autorytetem, gdyby przestał uważać, że zawsze wszystko robił najlepiej, że był doskonały i nieomylny. Trwa do dziś w duszącym uścisku swojego sukcesu sprzed 25 lat. Gdyby wreszcie zarzucił wiarę, że jest Leonardem da Vinci i Albertem Einsteinem w jednej osobie, byłoby mu lżej.

Gdyby przestał wreszcie opowiadać o swej "genialności i finezyjności", odsłoniłby się cały, pełen wewnętrznych sprzeczności i napięć, ludzki wymiar jego nieprzeciętnej natury. Jego osobowość godna jest pióra Fiodora Dostojewskiego.

Czy epizod sprzed 35 lat, kiedy jako młody przestraszony robotnik po grudniowej masakrze coś tam podpisał, epizod opowiedziany zresztą przez samego Lecha we wspomnieniach "Droga nadziei" - może zmienić bilans jego niekwestionowanych zasług? Nie, nie może. Ale może im nadać głębszy wymiar. Wymiar człowieka pokonującego własną słabość. Może ukazać w nowym, jaśniejszym świetle postać młodego chłopaka spod Lipna, który odnosi zwycięstwo najpierw nad samym sobą, potem nad oprawcami, którzy chcą go złamać, i wreszcie nad komunizmem w Polsce.

Jarosław Kurski