Wobec
pogromu kieleckiego:
dwa rachunki sumienia (II)
Adam Michnik
Gazeta Wyborcza
10 czerwca 2006
Nad świeżą mogiłą ofiar
pogromu bp Teodor Kubina wypowiedział kilka prawd oczywistych,
choć wtedy, w 1946 r., trudnych do wypowiedzenia: że nie
wolno zabijać ludzi tylko dlatego, że są Żydami; że "żydowski
mord rytualny" jest
godnym pogardy wymysłem antysemitów; że antysemicka nienawiść
prowadzi do zbrodni. Druga część eseju
Pamięci Stanisława Musiała SJ
VIII
A jednak
ujawniło się wtedy, w tym strasznym lipcu 1946 r., także
inne oblicze polskiego Kościoła katolickiego i polskiego
duchowieństwa. Oto ono:
"Do ogółu społeczeństwa miasta Częstochowy i województwa kieleckiego
W Kielcach dokonano zbrodni masowego mordu na osobach obywateli
polskich narodowości żydowskiej. Zamordowano ponad czterdziestu
Żydów i dwóch Polaków, którzy przeżyli piekło okupacji niemieckiej,
patrzyli na śmierć i męczarnie swoich najbliższych i sami
uniknęli śmierci z rąk okupanta nie bez pomocy polskiego
społeczeństwa chrześcijańskiego.
Moralni i faktyczni sprawcy dokonanego mordu podeptali godność
człowieka oraz dopuścili się strasznego w swej formie pogwałcenia
chrześcijańskiego przykazania miłości bliźniego i ogólnoludzkiej
zasady: >Nie zabijaj <.
Nic, absolutnie nic nie usprawiedliwia zasługującej na gniew
Boga i ludzi zbrodni kieleckiej, której tła i przyczyny poszukiwać
należy w zbrodniczym fanatyzmie i nieusprawiedliwionej ciemnocie.
Fanatyzm jednych, posługujący się dla celów zbrodni pojęciami
zamierzchłego średniowiecza, obcymi wierzeniom społeczności
chrześcijańskiej i zasadom ogólnego współżycia wszystkich
współobywateli kraju, bez różnicy narodowości i wyznania,
uknuł zbrodnię i wyzyskał ciemnotę innych dla dokonania tej
zbrodni.
I jedni, i drudzy winni być bezwzględnie i bez jakichkolwiek
zastrzeżeń potępieni jako zbrodniarze w rozumieniu wszelkich
praw boskich i ludzkich.
Pozostawiając pierwszych osądowi wymiaru sprawiedliwości
ubolewamy nad drugimi, że dali się sprowokować do zbrodni,
która zamąciła nasze współżycie wewnętrzne w kraju i zniesławiła
dobre imię Polaka za granicą.
Zbrodnia kielecka została bezapelacyjnie potępiona przez
wszystkich, którzy mają serca bijące tętnem miłości bliźniego,
przywiązaniem do niewzruszonych wierzeń i obyczajów naszych
ojców i dziadów oraz uczciwością uczuć czysto ludzkich.
W związku z tym, jako przedstawiciele społeczeństwa częstochowskiego,
mający do tego społeczeństwa zaufanie i wierzący niezłomnie
w jego świadomość ludzką i wyznawane przezeń zasady chrześcijańskie
i moralne, oświadczamy i apelujemy:
Wszelkie twierdzenia o istnieniu mordów rytualnych są kłamstwem.
Nikt ze społeczności chrześcijańskiej ani w Kielcach, ani
gdzie indziej w Polsce nie został skrzywdzony przez Żydów
dla celów religijnych i rytualnych. Nie jest nam znany ani
jeden wypadek porwania dziecka chrześcijańskiego przez Żydów.
Wszystkie szerzone w tej materii wiadomości i wersje są wymysłem
świadomym zbrodniarzy lub nieświadomym - ludzi obałamuconych
i zmierzają do wywołania zbrodni.
Zbrodniarze i obałamuceni zasługują na sąd sprawiedliwy albo
wyrozumiałą litość, nigdy zaś na to, ażeby znaleźli posłuch
u społeczeństwa.
Dlatego też apelujemy do wszystkich bez wyjątku obywateli
miasta Częstochowy i województwa kieleckiego, do ludzi dobrej
woli w szczególności, by nie dawali posłuchu zbrodniczym
wersjom i pogłoskom, wersje te i pogłoski sprawdzali u źródeł,
prostowali je wśród najbliższego środowiska oraz przeciwdziałali
wszystkimi siłami możliwościom wywołania jakichkolwiek ekscesów
przeciwko ludności żydowskiej.
Wierzymy, że uświadomione obywatelsko i przywiązane do zasad
moralności chrześcijańskiej społeczeństwo miasta Częstochowy
i Ziemi Kieleckiej nie da posłuchu zbrodniczym podszeptom
i nie splami się podniesieniem ręki na współobywatela dlatego
tylko, że jest on innego wyznania i innej narodowości.
Teodor Kubina, biskup
Starosta grodzki dr T. J. Wolański
Starosta powiatowy J. Kaźmierczak
Prezes Miejskiej Rady Narodowej K. Zajda
Prezes Powiatowej Rady Narodowej S. Rękas".
IX
Odezwa bp. Teodora Kubiny należy do najpiękniejszych świadectw
w historii Kościoła katolickiego w Polsce. Słychać tu bezkompromisowy
ton Nazarejczyka, radykalizm ewangelicznych zasad: "Niech
słowa wasze będą: tak - tak, nie - nie".
W obliczu grozy i hańby pogromu bp Kubina powiedział "tak" prawdzie
i miłości bliźniego; powiedział "nie" zbrodni,
kłamstwu i nienawiści. Powiedział tak na wieść, że wobec
40 osób rok po ostatecznej klęsce Hitlera dokonała się Zagłada.
Ci, których ominęły Treblinka i Auschwitz, ponieśli śmierć
z ręki polskiego motłochu. Dlatego te słowa - proste, jasne
i szlachetne - musiały zostać publicznie wypowiedziane, choćby
miały wywołać skandal. Bowiem - można sądzić - dla bp. Kubiny
ten rodzaj skandalu był istotą przesłania ewangelicznego.
Czyż Kazanie na Górze nie było skandalem?
Można by zatem sądzić, że odezwa bp. Kubiny, świadectwo duchowej
wielkości Kościoła katolickiego w Polsce, będzie stale obecna,
wciąż przypominana i podawana za wzór. A jednak...
A jednak Episkopat na konferencji plenarnej "zobowiązał
poszczególnych biskupów, ażeby powstrzymali się od zajmowania
indywidualnie stanowiska wobec wszystkich bez wyjątku wydarzeń
w kraju i nie stwarzali sytuacji jak po wypadkach kieleckich
(...), że ordynariusz jednej z diecezji (...) współuczestniczy
w wydaniu odezw, których treść i intencje inni ordynariusze
diecezji uznali za niemożliwe do przyjęcia z zasadniczych
założeń myślowych i kanonicznych Kościoła katolickiego".
Stanowisko bp. Kubiny - można przypuszczać - okazało się "niemożliwe
do przyjęcia" dla większości biskupów. Zdaniem współczesnego
historyka odezwa bp. Kubiny została odczytana przez innych
biskupów jako "pośrednia aprobata stanowiska władz wobec
pogromu". Takie odczytanie było - moim zdaniem - całkowicie
nieuprawnione. Komunistyczna propaganda oskarżała - językiem
brutalnej nagonki - podziemie antykomunistyczne i PSL o winę
za pogrom, natomiast w odezwie bp. Kubiny nie było żadnych
kłamstw tego typu. Był tam żal po zamordowanych oraz przestroga
przed kłamstwem i fanatyczną nienawiścią.
Tym niemniej zwyciężył sposób myślenia obecny w deklaracji
kard. Hlonda i bp. Kaczmarka. Zwyciężył na bardzo długo.
Pogrom kielecki nie stał się przedmiotem refleksji moralnej
- został zepchnięty w niepamięć zbiorową, ogarnięty narodową
amnezją na 35 lat. A jednak...
X
A jednak po 35 latach temat pogromu kieleckiego powrócił.
Powrócił za sprawą działaczy kieleckiej "Solidarności",
którzy w lipcu 1981 r. oddali hołd ofiarom pogromu. Powrócił
za sprawą głośnego artykułu Krystyny Kersten w "Tygodniku
Solidarność" (grudzień 1981). A potem wracał już systematycznie
- powstały filmy i książki, aż po pamiętne obchody 50. rocznicy
w 1996 r. z udziałem premiera Włodzimierza Cimoszewicza.
Polska świadomość zbiorowa wypluła knebel - normalna rozmowa
Polaków o przeszłości stała się możliwa.
Sądzę, że ważnym składnikiem takiej rozmowy jest wspólny
namysł nad dwiema twarzami Kościoła katolickiego, które ujawniły
się w 1946 r., po pogromie kieleckim. Nazwijmy je "twarzą
bp. Kaczmarka" i "twarzą bp. Kubiny".
Biskup Kubina nie wyróżniał się swym stosunkiem do antysemityzmu
na tle większości biskupów II Rzeczypospolitej. Ronald Modras,
profesor teologii na Katolickim Uniwersytecie w St. Louis
(USA), pisał: "Biskupi nie potrafili sobie wyobrazić Polaków
i Żydów pracujących wspólnie nad rozwiązaniem społecznych
i gospodarczych problemów w Polsce. List pasterski biskupa
Teodora Kubiny z 1936 r. wyjaśniał, dlaczego tak jest. Świat
jest podzielony na rywalizujące obozy Chrystusa i antychrysta.
Chrześcijanie muszą przyjąć wojenne zawołanie >króluj nam,
Chryste <. Muszą przeciwstawić się materialistycznym kapitalistom
i komunistom, którzy przyjęli >żydowski < okrzyk wojenny:
>Nie chcemy, by Chrystus nam królował <".
Nie była to teologia szczególnie wyrafinowana.
Biskupów Kaczmarka i Kubinę nie dzielił oczywiście stosunek
do dogmatów wiary. Nie dzielił ich też stosunek do komunizmu.
Charakteryzując sytuację powojenną, bp. Kubina mówił w styczniu
1946 r.: "O to nowe oblicze ziemi, o ten nowy świat
już dziś rozpoczęła się walka. W tej walce konsolidują się
dwa obozy: obóz materialistyczny, który nowy świat chce budować
bez Boga, i obóz chrześcijański, który chce go oprzeć na
Bogu. Walka między nimi z konieczności musi się rozegrać,
bo jeden obóz jest negacją drugiego w istotnych swych założeniach
i poglądach na świat i życie". Taki był powszechny pogląd
wszystkich biskupów.
Tak więc, nie różniąc się w fundamentalnej ocenie komunizmu
ani też "żydowskiego" materializmu, różnili się
w reakcji na pogrom antyżydowski. Dlaczego? Skazani jesteśmy
na hipotezy. Porównując język tekstów obu biskupów, bez trudu
zauważamy różnice. Raport bp. Kaczmarka to głos polityka
Kościoła - chce on bronić i usprawiedliwiać swą polską owczarnię
przed brutalnymi oskarżeniami komunistów i niesprawiedliwymi
zarzutami zagranicznych gazet. Bp Kubina natomiast przemawia
głosem pasterza, który przestrzega swą owczarnię przed złem
tkwiącym w niej samej, przed grzechem zapalczywej nienawiści
prowadzącej - jak w Kielcach - do bestialstwa i zbrodni.
W dziejach Kościoła zawsze istniała tradycja Urzędu Nauczycielskiego
- kapłańska i tradycja świadectwa ewangelicznego - prorocka.
Głos bp. Kaczmarka był głosem kapłana zatroskanego o instytucję
Kościoła, o autorytet i bezpieczeństwo Urzędu Nauczycielskiego,
o możność funkcjonowania tej instytucji w świecie wrogości
i nienawiści, która rozlała się jak zaraza. Natomiast bp
Kubina przemówił językiem tradycji mesjańskiej - głosem proroka,
który nie dba o własne bezpieczeństwo, lecz jest zatrwożony
cudzym nieszczęściem, chce uśmierzyć ból ofiar i zatrzymać
rękę potencjalnych oprawców.
Czym była rzeczywistość pogromu kieleckiego i terroru komunistów
dla bp. Kaczmarka? Spoglądał nań okiem Urzędu Nauczycielskiego
Kościoła - urzędu uformowanego przez tradycję instytucji
sprawującej rząd dusz od "zawsze". W ramach owej
instytucji w okresie bezkrólewia prymas sprawował także godność
interreksa. Czyż może dziwić, że czas władzy dyktatorskiej
komunistów był dla ludzi Kościoła epoką interregnum?
Instytucję Kościoła kształtowały artykuły wiary i historia
misji apostolskiej pojmowanej jako chrystianizacja pogan,
walka z herezją Reformacji, z libertyńskim duchem Oświecenia,
z liberalizmem pozytywistów, z antyklerykalizmem socjalistów,
z widmem ateistycznej i krwawej rewolucji bolszewickiej.
Składnikiem historii Kościoła w Polsce była także tradycja
Polaka-katolika, który poprzez swą religię ocalał i pielęgnował
tożsamość narodową w stałym konflikcie z protestancką germanizacją
i prawosławną rusyfikacją.
Ów Polak-katolik, wychowany na pismach Romana Dmowskiego
i jego uczniów, nasyconych resentymentem antysemickim, wierzył,
że Żydzi stanowią dlań zagrożenie pierwszoplanowe. Arcypasterze
Kościoła bardzo rzadko tłumaczyli swej owczarni, że jest
inaczej.
Co więcej - w 1946 r. arcypasterz był przekonany, że cały
naród polski nienawidzi Żydów, utożsamianych z władzą komunistyczną.
Wolno przypuszczać, że i on sam podzielał te uczucia. Nie
koniec na tym - miał poczucie niewinności całkowitej, gdyż
bronił Kościoła, w którym widział wartość absolutną, przed
bezbożnym komunizmem - absolutną antywartością, totalnym
złem. Ten arcypasterz formułował swe opinie, mając świadomość,
że naród polski i Kościół katolicki znajdują się na progu
bolszewizmu, zagnani tam sowieckimi kolbami. Toteż pogrom
kielecki był - w oczach arcypasterza - prowokacją zorganizowaną
przez wrogów, kolejnym aktem w procesie bolszewizacji Polski,
w dążeniu do zniewolenia narodu i unicestwienia Kościoła.
Jakby spoglądał w twarz oficerowi Urzędu Bezpieczeństwa -
Żydowi, który poniża i upokarza, torturuje i morduje polskich
patriotów.
XI
Bp Teodor Kubina spoglądał w twarze
Żydów zamordowanych w pogromie. Czy rozmyślał w bolesnej
zadumie nad sensem istnienia Kościoła - Oblubienicy Chrystusa,
przewodnika ludzkości na drodze do zbawienia, który ma moc
i zdolność definiowania, co jest grzechem, a co cnotą? Czy
powtarzał sobie, że Kościół, rozdawca dóbr niewidzialnych
w świecie widzialnym, nie istnieje przecież z własnej woli?
Że powołany został nie po to, by głosić nadzieję na wieczne
trwanie Kościoła, lecz na przyjście Królestwa Bożego? Czy
wspominał Jezusa, który ujmował się za odrzuconymi i uciskanymi,
za pozbawionymi nadziei, za przeklętymi na tej ziemi? Jezusa,
który powiadał: "Wszystko,
co uczyniliście jednemu z waszych braci najmniejszych, mnieście
uczynili"?
Czy spoglądając na twarze zamordowanych żydowskich kobiet,
mężczyzn i dzieci, dostrzegł jakiś refleks losu Tego, co
był "umęczon pod Ponckim Piłatem" - jakiś ślad
tamtego cierpienia, płaczu, tortury ukrzyżowania? A może
- pełen litości dla tych zgładzonych ludzi - pomyślał, że
Jezus był przecież Żydem? Że bliźni, o których mowa w przykazaniu
miłości, to nie tylko bliscy przyjaciele, ale też ci obcy,
bezbronni i osamotnieni? Że, choćby sprowokowany, mord Żydów
kieleckich - tak niedługo po Auschwitz - to wotum nieufności
ze strony motłochu wobec tradycji Polski chrześcijańskiej
i tolerancyjnej?
Jakkolwiek było, bp Teodor Kubina przemówił językiem bezkompromisowego
świadectwa chrześcijanina.
XII
Biskup Kubina nie uciekał w sformułowania ogólnikowe - mówił
wprost o "zamordowanych Żydach", którzy "przeżyli
piekło okupacji niemieckiej" i "patrzyli na śmierć
i męczarnie swoich najbliższych". Biskup Kaczmarek inaczej
- przypomniał po prostu, że "każdy człowiek jest bliźnim
i że zabijać nikogo nie wolno". Podobnie prymas Hlond,
który oświadczył, że "Kościół katolicki zawsze i wszędzie
potępia wszelkie mordy".
Z kolei w odezwie kurii kieleckiej "Do wszystkich Przewielebnych
Księży Proboszczów Diecezji Kieleckiej", odczytanej
w Kościołach bez żadnych komentarzy, mówi się ogólnie o "wypadkach",
które "zgasiły życie wielu osób". Dalej czytamy,
że "fakt rozmyślnego zabójstwa jest zbrodnią wołającą
o pomstę do Boga i jako taki godzien całkowitego i bezwzględnego
potępienia. Fakt ten jest tym karygodniejszy, gdy dzieje
się na oczach młodzieży i nieletnich dzieci". W konkluzji
kuria "wzywa katolickie społeczeństwo diecezji kieleckiej
do zachowania spokoju, opanowania się oraz zrozumienia powagi
chwili w interesie własnym i Narodu. Niechaj żaden katolik
nie da się zwodzić nikomu, kto by go chciał pchnąć do podobnych
czynów". W całej odezwie nie wspomina się ani słowem,
że był to pogrom antyżydowski zapoczątkowany plotką o uprowadzeniu
przez Żydów chrześcijańskiego dziecka w intencji mordu rytualnego.
Po prostu - ktoś kogoś zabił, nie wiadomo z jakiego powodu...
Zastanawiam się: czy w 1946 r., bezpośrednio po Zagładzie,
sytuacja Żydów nie była jednak w jakiś sposób wyjątkowa?
Czy nie byli oni w szczególny sposób skazani na śmierć przez
antysemicki reżim III Rzeszy? Czy w twarzach bestialskiego
motłochu nie mogli dostrzec znajomych rysów szmalcowników,
którzy skazywali ich na śmierć przez denuncjację w gestapo?
Czy zatem banalizacja mordu Żydów, którzy uszli z rąk nazistów
i szmalcowników, nie musiała być potraktowana jako dodatkowy
policzek i poniżenie?
Czyż Żydzi - w hitlerowskiej Zagładzie i w późniejszych pogromach
antyżydowskich - nie byli mordowani na zupełnie innych zasadach
niż wszystkie inne narody? Czyż nie spotykało ich to wszystko
tylko dlatego, że byli Żydami? Czy poprzez milczenie o tym,
co się zdarzyło podczas Zagłady, poprzez zacieranie różnicy
losów, nie odbiera się Żydom prawa do ich własnego, z niczym
nieporównywalnego nieszczęścia?
A zarazem - odbierając Żydom prawo do ich szczególnego bólu
z powodu Zagłady, narzuca się im obowiązek szczególnej odpowiedzialności
i poczucia winy za komunizm i jego zbrodnie. Czy nie ma w
tym jakiegoś koszmarnego nonsensu, jakiejś strasznej krzywdy?
Wreszcie - czy ten nonsens, ta krzywda wyrządzona niedobitkom
Zagłady, zepchnięte gdzieś głęboko na samo dno podświadomości
zbiorowej, nie kładą się fatalnym cieniem na myśleniu i sumieniu
tych wszystkich, którzy są skłonni dziś jeszcze powtarzać
formuły kardynała Augusta Hlonda i biskupa Czesława Kaczmarka?
Czy nie nadszedł już czas, by sięgnąć do świadectwa biskupa
Teodora Kubiny?
XIII
Z pewnością taki czas nie dla wszystkich nadszedł. Oto przed
kilku laty redaktor jednego z pism katolickich o kierunku
konserwatywnym, ubolewając, że nie przeprowadzono szczegółowych
badań dotyczących udziału Żydów w aparacie władzy komunistycznej,
wypowiedział pogląd wart zacytowania:
"Opinia publiczna była zaskakiwana informacjami o zbrodniczych
szwadronach śmierci AK i NSZ likwidujących bezbronnych Żydów.
Co ciekawe, owe ofiary podziemia zbrojnego, dopóki nie zostały
rozstrzelane, nie były Żydami - były oficerami NKWD, oprawcami
UB. Dopóki żyli, byli komunistami, gdyż - jak piszą publicyści
z obozu nam przeciwnego, domagając się, aby nie zajmować
się kwestią narodowości wielu oficerów UB i działaczy PPR
- >Żyd, który stawał się komunistą, przestawał być Żydem
<. Jednak kiedy został zastrzelony - właśnie jako oprawca
komunistyczny - to dla prasy lewicowej staje się automatycznie
ofiarą egzekucji na podłożu rasowym".
Jak na to odpowiedzieć? Nazwiskami ofiar pogromu kieleckiego,
wśród których nie było ubeków? Przypomnieniem, że uzbrojeni
ubecy nie padali ofiarami pogromów? Cytowany redaktor z pewnością
nie czytał raportu bp. Kaczmarka, ale sposób bagatelizowania
tragedii niedobitków żydowskich ocalałych z Zagłady jest
dobrą ilustracją tamtej krzywdy zepchniętej w zbiorową podświadomość
współczesnych, domorosłych antysemitów. Oni, fałszywi i załgani,
będą nadal powtarzać: nie było antysemitów - byli tylko antykomuniści
walczący z "żydokomuną".
Inny redaktor innego pisma konserwatywnego, historyk i publicysta,
w niedawno opublikowanym artykule określił spór wokół zbrodni
w Jedwabnem jako debatę "mającą przerobić resztki naszej
świadomości historycznej na wspólnotę wstydu". Tenże redaktor,
komentując głośny przed 20 laty esej Aleksandra Smolara "Tabu
i niewinność" na temat stosunków polsko-żydowskich, napisał:
"Smolar pisał z pewnym ubolewaniem, że po wojnie nie było
w Polsce >kryzysu świadomości prawicowej <". A przecież prawica
polska nie straciła "wobec konsekwentnego oporu w stosunku
do obu najeźdźców z września 1939 r. moralnej legitymacji".
Czytałem to zdanie ze trzy razy, sądząc, że nie rozumiem
autora. Jakże to? Czy doświadczenie Zagłady nie powinno skłaniać
do przeświadczenia o zbrodniczych konsekwencjach antysemityzmu?
Czy nie powinno skłaniać do refleksji nad własnym, bogatym
i wielostronnym wkładem formacji prawicowych w upowszechnianie
ideologii antysemickiej? Czy ludzie, którzy pałką i żyletką
wprowadzali getta ławkowe na polskich wyższych uczelniach,
nie powinni zastanowić się nad swoją drogą życiową i formacją
intelektualną? Czy autorzy antysemickich książek, artykułów
i ulotek nie powinni - przywołując obraz płonącego getta
- zastanowić się, do czego, choćby nieświadomie, przyłożyli
rękę, wzniecając pogardę i nienawiść do Żydów?
Czy na takim zakłamaniu ma polegać "wspólnota dumy",
do której nakłaniają nas głosiciele "nowej polityki
historycznej"? Czy cztery dekady komunistycznych kłamstw
o historii nie wystarczą? Czy znów mamy uprawiać kłamliwe
samochwalstwo? Czy w ten sposób mamy przełamać "kryzys
polonizmu", co zapowiedział jeden z polityków rządzącej
dziś partii?
"Muza historii jest łagodna, uczona i niepretensjonalna - pisał Leszek
Kołakowski - gdy jednak czuje się opuszczona i zaniedbana, szuka zemsty i oślepia
tych, którzy nią gardzą".
XIV
Rabin Kahane, przemawiając na pogrzebie ofiar pogromu kieleckiego,
apelował do biskupów polskich: "Zwracamy się do was
w obliczu tej nowej tragedii, aby nasze ważkie i pełne dostojeństwa
słowa skruszyły skamieniałe serca...".
Jednak serca polskich biskupów nie były skamieniałe. Te serca
były pełne bólu, cierpienia i współczucia dla ściganych żołnierzy
Armii Krajowej, dla działaczy Polskiego Stronnictwa Ludowego,
dla ludzi wywiezionych w głąb Związku Radzieckiego, dla ofiar
Katynia i Gułagu, dla 16 przywódców podziemia podstępnie
zwabionych w pułapkę kłamliwym "słowem honoru oficera
sowieckiego", wywiezionych do Moskwy i tam skazanych
po haniebnym procesie. Pełne współczucia dla wszystkich okłamywanych
i zmuszanych do kłamstwa, upadlanych i szantażowanych, więzionych,
torturowanych i zabijanych.
Tego można być pewnym - serca biskupów pielęgnowały ten ból.
Biskupi z pewnością niejeden raz zastanawiali się nad "skamieniałymi
sercami" tych wszystkich, którzy tolerowali w milczeniu
gwałt na Polsce, a nieraz go usprawiedliwiali i niejako wspierali
niesprawiedliwymi oskarżeniami.
Rabin Kahane - powtórzmy - do potępienia tego gwałtu nie
wzywał społeczności żydowskiej i sam nigdy go nie potępił.
Istnieje - sądzę - zjawisko, które nazwałbym "egoizmem
bólu". Ból zawsze jest egoistyczny - tak przeżywamy
cierpienie własne, swojej rodziny, swoich przyjaciół. Egoistyczny
jest również ból zbiorowy - ból zadawany tym, z którymi łączy
nas wspólnota losu historycznego, pamięci, odziedziczonych
wartości, wspólnota sensu i wiary w naszą nieśmiertelną ojczyznę.
Przeżywamy ten ból wspólnie z innymi, wewnątrz naszej ojczyzny
duchowej. Gdy zaś nasza ojczyzna jest niewolona, jej pamięć
wykorzeniana, jej wartości deptane, gdy nasz naród jest mordowany,
wtedy - przepełnieni własnym bólem - nie myślimy o nieszczęściu
innych, tylko oczekujemy, że będą oni współcierpieć z nami.
Tak się zwykle nie dzieje i dziać się nie może - oni mają
przecież własny "egoizm bólu", swoją podeptaną
wspólnotę, swój żal do świata, że nie współcierpi z nimi.
Wtedy my popadamy w gorycz, która rodzi niechęć do tamtych
- zaś tamtych ogarnia taka sama gorycz i niechęć. Niechęć
Żyda do Polaka, który nie przeżył Zagłady tak jak Żyd. Niechęć
Polaka do Żyda, że z nim nie współodczuwa zniewolenia Polski
przez komunistów. Zamknięci w twierdzach własnej pamięci
i własnego bólu nie zauważamy nawet, jak niechęć i ból przeobrażają
się w nienawiść i odwet.
Wybitny pisarz węgierski, przenikliwy kronikarz tych lat,
obserwator ludzi porażonych wojną i przerażonych widmem bolszewizmu,
zanotował: "Nienawiść swym palącym i śmierdzącym jak
padlina tchnieniem wybuchała z ludzi i przeciw ludziom, jakby
ktoś nieostrożny niechcący uniósł wieko przykrywające rozpalony
piekielny kocioł. Nienawiść - ale dlaczego? Bo ten drugi
przeżył. Bo nie cierpiał tak i tyle co ja. Bo ten, kto cierpiał,
nie otrzymał natychmiast zadośćuczynienia. Nienawiść, bo
wszystkiego nie dość, wszelka kara i rekompensata są niewystarczające.
Bo nie ma takiego okrutnego potępienia, na jakie zasłużył
ten świat".
Pogrążeni w "egoizmie bólu", solidarni w tym z
własną wspólnotą, nie chcemy i nie umiemy współodczuwać cudzego
bólu. Raport bp. Kaczmarka jest ilustracją takiej niezdolności
do współcierpienia. Ten raport tłumaczy, dlaczego Episkopat
podzielił punkt widzenia bp. Kaczmarka, a nie bp. Kubiny.
Cóż z tego, że punkt widzenia bp. Kaczmarka oparty był na
fałszu - był jednak w jego środowisku w chwili chaosu i terroru
powszechnie podzielany. Cóż z tego, że był niesprawiedliwy,
skoro jego korzenie tkwiły w patriotycznym i odważnym sprzeciwie
wobec sowietyzacji Polski - a to wtedy było dla przeciwników
komunizmu najważniejsze. Krystyna Kersten słusznie zauważyła,
że Kościół stanął wobec "diabelskiej alternatywy" -
albo włączy się w kampanię propagandową komunistów po pogromie
kieleckim, albo sam stanie się przedmiotem ataku jako "współodpowiedzialny
- choćby tylko moralnie - za zbrodnię". Jakże więc dziwić
się nieufności i ostrożności biskupów? A jednak...
XV
A jednak wciąż szokuje przeświadczenie obecne w raporcie
bp. Kaczmarka, że skoro "ogromna większość Żydów szerzy
gorliwie komunizm, pracuje w osławionych Urzędach Bezpieczeństwa,
dokonuje aresztowań, pastwi się nad aresztowanymi i zabija
ich", to Kościół nie może potępić antysemityzmu "z
przyczyn zasadniczych", gdyż "niechęć do Żydów
jest uzasadniona", zaś "Polacy i katolicy mają
do Żydów słuszną urazę".
Trudno o bardziej dobitną ilustrację sposobu rozumowania
antysemitów w powojennej Polsce. Wystarczy utożsamić Żydów
z "oprawcami z UB", by oczyścić własne sumienie
z grzechu antysemityzmu. Ta strategia usprawiedliwiająca
pozwala przerzucić ciężar grzechu na Żydów, czyniąc ich sprawcami
pogromu kieleckiego. Szlachetna w intencji obrona owczarni
przez pasterza przeobraża się w dyskurs nienawiści wobec
ofiar i pełnego odpuszczenia win samemu sobie.
Tymczasem - powtórzmy za Leszkiem Kołakowskim - "nasze doświadczenie
zła polega przede wszystkim na odczuwaniu zła w sobie, a
doświadczenie własnego zła to przeżycie winy. (...) Bez zdolności
do poczucia winy nie możemy być ludźmi w pełnym sensie. Bez
niej opuszcza nas doświadczenie zła i, a fortiori, sama różnica
między dobrem a złem".
Otóż niewątpliwym złem - zwłaszcza tuż po Zagładzie - było
bagatelizowanie nienawiści do Żydów i usprawiedliwianie antysemityzmu
jako formy antykomunizmu. Tego zła nie dostrzegł latem 1946
r. pasterz kieleckiej owczarni.
Minęły lata - nadszedł czas pontyfikatu Jana Pawła II. To
ten papież poprzez szereg wspaniałych, wielkodusznych gestów
utorował drogę nowemu myśleniu o antysemityzmie. Duch tego
pontyfikatu uobecnił się w liście pasterskim biskupów polskich
z okazji 25. rocznicy ogłoszenia soborowej deklaracji "Nostra
aetate". W tym liście, odczytanym w styczniu 1991 r.,
biskupi pisali: "Szczególnie bolejmy nad tymi spośród
katolików, którzy w jakikolwiek sposób przyczynili się do
śmierci Żydów. (...) Choćby tylko jeden chrześcijanin mógł
pomóc, a nie podał pomocnej ręki Żydowi w czasie zagrożenia
lub przyczynił się do jego śmierci, każe to nam prosić nasze
Siostry i naszych Braci Żydów o przebaczenie. (...) Wyrażamy
także szczere ubolewanie z powodu wszystkich wypadków antysemityzmu,
które kiedykolwiek lub przez kogokolwiek na polskiej ziemi
zostało dokonane".
Po przytoczeniu tych słów, pięknych i szlachetnych, wypada
powtórzyć - biskup Teodor Kubina był pierwszy.
XVI
Powyższe uwagi nie uchylają oczywiście pytania o wieloznaczne
relacje pomiędzy społecznością żydowską a sowieckim komunizmem.
Tradycyjna społeczność żydowska była w naturalny sposób antybolszewicka,
gdyż wroga była systemowi, który represjonował i niszczył
żydowskie życie religijne, który likwidował wszelkie formy
gospodarki rynkowej i prywatnej własności. Z drugiej jednak
strony społeczność żydowska widziała w stalinowskim Związku
Radzieckim państwo, które walczyło z hitlerowską Rzeszą,
a każdy dzień tej walki zwiększał nadzieje na przeżycie resztek
Żydów mordowanych w ramach "ostatecznego rozwiązania".
Czyż można tedy dziwić się tej żydowskiej ambiwalencji?
Innym problemem było "zło komunizmu" wyrządzane
przez komunistów o żydowskich korzeniach i żydowskich nazwiskach.
Było takich w 1946 r. niemało. Opisywanie i piętnowanie ich
łajdactw i zbrodni jest normalnym fragmentem rozrachunku
z dziedzictwem totalitarnej dyktatury. Warto jednak pamiętać,
że często takiego rozrachunku dokonywali krytycy komunizmu
o żydowskich nazwiskach, czym narażali się na wściekłe ataki
komunistycznej propagandy antysemickiej. Antysemityzm mógł
skrywać się pod maską komunizmu lub antykomunizmu, ale zawsze
miał ten sam rys charakterystyczny - odwoływał się do stereotypu
wrogiego, demonicznego i wstrętnego Żyda obwinianego o całe
zło świata.
Gdy myśli się o tamtych latach, o tamtych ludziach i ich
porażkach intelektualnych, niezbędny jest - tak sądzę - wysiłek
rozumienia cudzego doświadczenia, jakieś wczucie się w cudze
położenie, spojrzenie na świat okiem tego Innego, Drugiego.
Okiem żydowskim - na polski dramat zniewolenia. Okiem polskim
- na żydowski dramat Zagłady. Wtedy było to niemal niemożliwe,
dziś jest to niezbędne.
Z tym większą czcią pochylamy się przeto nad unikalną w swej
czystości postawą biskupa Kubiny. W słowach jego przesłania
jest łaska dla słabych i otucha dla prześladowanych - te
dwie najważniejsze wartości ludzkiej kondycji. Nad świeżą
mogiłą ofiar pogromu bp Kubina wypowiedział kilka prawd oczywistych,
choć wtedy trudnych do wypowiedzenia: że nie wolno dręczyć
i zabijać ludzi tylko dlatego, że są Żydami; że "żydowski
mord rytualny" jest godnym pogardy wymysłem antysemitów;
że antysemicka nienawiść prowadzi do zbrodni.
Bp Kubina wiedział - a może tylko wyczuwał mądrością serca
- że reakcją na pogrom nie może być szukanie usprawiedliwień
dla ludzi, którzy przeobrazili się w bestie.
W raporcie bp. Kaczmarka czytamy, że uczestnicy pogromu to "ludność
spokojna", "katolicy", przedstawiciele drobnego
mieszczaństwa, a nie "rozgoryczeni życiem bezrobotni
lub nędzarze". Z pewnością tak było - to nie byli nałogowi
mordercy. Wszelako jeśli ci "spokojni katolicy" tak
bardzo znienawidzili Żydów, że zabijali ich z powodu swej
wiary w mord rytualny i swej postawy oporu wobec komunizmu,
to każdy człowiek publicznego zaufania - nauczyciel i pisarz,
polityk i duchowny - miał obowiązek zapytać własnego sumienia:
czy uczyniłem wszystko, by zapobiec zbrodni lęgnącej się
w zdeprawowanych umysłach tych "spokojnych katolików"?
Czy przestrzegałem przed takim myśleniem dostatecznie często
i jednoznacznie? Czy nie ma we mnie żadnej winy?
Jeśli bowiem w tamtych latach - czego nie da się wykluczyć
do końca - antysemityzm pogromowy był formą antykomunizmu
i patriotyzmu - to był to patriotyzm zdegenerowany, godny
zestawienia jedynie z "patriotyzmem" tych szmalcowników,
którzy wierzyli, że Hitler rozwiązuje zamiast Polaków "kwestię
żydowską", a oni czynią Polsce przysługę, szantażując
i denuncjując Żydów ukrywających się po stronie aryjskiej.
Biskup Kubina odrzucił ten zdegenerowany patriotyzm w całej
rozciągłości. Czyniąc tak, stał się głosem Kościoła, który
przestrzega przed "patriotyzmem antysemitów".
Głosem kapłana, który niekoniunkturalnie staje przeciw złu.
Nieraz przecież bywało, że ofiary czuły się samotne i opuszczone
przez Boga, a Kościół stawał w ich obronie, pamiętając o
wiecznie rozbrzmiewającym wołaniu Jezusa na krzyżu.
W takiej chwili bp Teodor Kubina nie chciał powtórzyć gestu
Piłata.
Nota bibliograficzna i podziękowania
Jechiel Alpert: "Zeznanie złożone dn. 4 sierpnia 1967 w Halamie
(Izrael)". Oprac. Ida Fink. Maszynopis
Ryszard Gryz: "Stanowisko Kościoła katolickiego wobec pogromu
Żydów w Kielcach. Stan badań" [w:] "Nasza Przeszłość. Studia
z dziejów Kościoła i kultury katolickiej w Polsce". Instytut
Wydawniczy Księży Misjonarzy, Kraków, t. 93 z 2000 r.
John Micgiel: "Kościół katolicki i pogrom kielecki" [w:]
"Niepodległość", Nowy Jork, t. 25 z 1992 r.
Ronald Modras: "Kościół katolicki i antysemityzm w Polsce
w latach 1933-1939". Tłum. Witold Turopolski. Wydawnictwo
Homini, Kraków 2004
Bożena Szaynok: "Pogrom Żydów kieleckich 4 lipca 1946". Wstęp:
Krystyna Kersten. Wydawnictwo Bellona, Warszawa 1992
Ks. Jan Związek: "Biskup Teodor Kubina. Rodak świętochłowicki
- pierwszy biskup częstochowski". Referat wygłoszony na uroczystej
sesji Rady Miasta Świętochłowice 3 lutego 2001 z okazji 50.
rocznicy śmierci ks. bp. Teodora Kubiny [opublikowany w:]
"Wiadomości Diecezjalne Archidiecezji Katowickiej" z 2001
r.
Dziękuję p. Barbarze Engelking-Boni za udostępnienie zeznania
Jechiela Alperta
Adam Michnik
|