|
Uwagi o megalomanii narodowej i ksenofobii Polaków
Jan Józef Lipski
Gazeta Wyborcza
26 września 2006
Ojczyzna istnieje
tylko wtedy, gdy istnieje też obczyzna; nie ma "swoich", gdy nie ma "obcych".
Od stosunku do "obcych" bardziej niż od stosunku
do "swoich" zależy kształt patriotyzmu. Jest
w tym zawsze coś paradoksalnego, że miłość do kraju i do
własnego narodu określana być może dopiero przez stosunek
do innych krajów i innych narodów, lecz jest to paradoks
właściwy wszelkiemu myślowemu i uczuciowemu wyodrębnieniu.
Kto to są "swoi" - a kto "obcy"? Czym
się różni "mój" kraj - od nie mojego? Mój naród - od
nie mojego?
Nie chodzi w tych pytaniach o jakieś
treści opisowe: że my mówimy po polsku - a "oni" w innych językach; że żyjemy
np. w innej strukturze kulturalnej niż "oni" - bo przyjęliśmy
chrześcijaństwo w X wieku z Zachodu, bo z Zachodu przyszedł
do nas Renesans, Oświecenie, Romantyzm itd. - bo nawet jeśli
uważa ktoś z nas, że największym poetą, jakiego ludzkość
wydała, jest Goethe albo Dante, albo Shakespeare - to jednak
Mickiewicz i Słowacki jakoś inaczej tkwią w nas (czy my w
nich) - bo wrosły nam chyba już na zawsze w narodową pamięć
lata niewoli i walki o wyzwolenie się z niej itd., itd.;
że nawet być może (choć to sporne) cechuje nas w większości
coś takiego jak polski charakter narodowy. Rzecz nie w stwierdzeniach
opisowych, a w wartościach i ocenach; czy uważamy się za
lepszych - czy tylko za innych; czy sądzimy, że w tej inności
jest jakaś szczególna wartość (i jaka?); czy uważamy, że
przysługują nam z jakiegoś tytułu szczególne prawa i przywileje
- a może obowiązki. Zależnie od odpowiedzi na te pytania
- wyznajemy różne patriotyzmy. W skrajnych wypadkach - należymy
właściwie do różnych ojczyzn - jeśli ojczyzna to przede wszystkim
dobra duchowe i wartości, a nie tylko fakt takiej, a nie
innej przynależności etnicznej.
Świat wartości, z którego trzeba spojrzeć na zagadnienie
ojczyzny - to przede wszystkim, choć nie wyłącznie, świat
wartości moralnych. Należymy do tego kręgu kulturowego, którego
pojęcia etyczne ukształtowało głównie chrześcijaństwo. Wierzący
i niewierzący - zostaliśmy ukształtowani przez nakaz miłości
bliźniego, podstawowy drogowskaz moralny naszej kultury.
Nie chciałbym przez to stwierdzenie odbierać wagi dorobkowi
moralnemu innych religii i światopoglądów. Judaizm, z którego
wyszło chrześcijaństwo, islam, buddyzm, hinduizm, najbardziej
laicka z nich kultura etyczna konfucjanizmu itd. - dopracowały
się godnego szacunku dorobku w dziedzinie etyki. Myśliciele
naszego kręgu kulturowego, reprezentujący nurt areligijny,
laicki - wzbogacili również naszą refleksję etyczną i świadomość.
Niemniej jednak wychowało nas przede wszystkim właśnie chrześcijaństwo
- i w podstawowych ideach tej etyki chcemy pozostać. Sądzę,
że szowinizm, megalomania narodowa, ksenofobia, czyli nienawiść
do wszystkiego co obce, egoizm narodowy - nie dadzą się pogodzić
z nakazem chrześcijańskim miłości bliźniego. Patriotyzm natomiast
- daje się pogodzić. Tak jak szczególna miłość w rodzinie
nie musi i nie powinna być przeszkodą dla miłości bliźniego
- tak i szczególna miłość dla członków tej samej wspólnoty
narodowej winna być podporządkowana tej samej nadrzędnej
normie moralnej. Patriotyzm jest z miłości - i do miłości
ma prowadzić; wszelka inna jego forma jest deformacją etyczną.
***
"Miłość do wszystkiego co polskie" - to częsta
formuła narodowej, "patriotycznej" głupoty.
Bo "polskie" były przecież i ONR, i pogromy we Lwowie, Przytyku i
Kielcach, i getto ławkowe, i pacyfikacje wsi ukraińskich, i Brześć, i Bereza,
i obóz w Jabłonnie w 1920 roku - by poprzestać na 20 zaledwie latach naszej
historii. Patriotyzm - to nie tylko szacunek i miłość do tradycji, lecz również
nieubłagana selekcja elementów tej tradycji, obowiązek intelektualnej pracy
w tym zakresie. Wina za fałszywą ocenę przeszłości, za utrwalanie fałszywych
moralnie mitów narodowych, za służące megalomanii narodowej przemilczanie ciemnych
plam własnej historii - jest zapewne mniejsza z moralnego punktu widzenia niż
praktykowanie zła wobec bliźnich, lecz przecież jest przesłanką aktualnego
zła i drogą do przyszłego.
Nie lubimy przypominać sobie podboju ogniem i mieczem Jadźwingów
- to psułoby nam obraz narodu polskiego, który rzekomo nikogo
nigdy nie podbijał. Nie lubimy umieszczać w naszych kompendiach
historycznych wiadomości o wymordowaniu załogi Wielkich Łuków
po kapitulacji - bo to niezgodne z rycersko-humanitarnym
stereotypem naszych dziejów. Zapominamy o metodach zwalczania
buntów i powstań ukraińskich, o rajdzie naszego bohatera
narodowego Stefana Czarnieckiego, mordującego wieś za wsią,
aż do niemowlęcia; o obłędnym kołowrocie wzajemnych odwetów
i kontrodwetów, stanowiących od paruset lat ponurą treść
historii polsko-ukraińskiej. Szczycimy się polską tolerancją
- by półgębkiem tylko wspominać, kiedy się skończyła i jak.
Szczycimy się tragicznym udziałem polskich żołnierzy w kampanii
hiszpańskiej Napoleona - tak jakby Somosierra, rozgromienie
żołnierzy broniących niepodległości swej ojczyzny, była kartą
chwały, a staramy się zrobić, co można, by zapomnieć o hańbie
Saragossy, lub ją zakłamać. O niektórych ciemnych kartach
okresu dwudziestolecia międzywojennego już wspominałem.
Nie wolno nam tak postępować! Każde przemilczenie - staje
się oliwą do ognia megalomanii narodowej, jest chorobą; każde
uchylenie się od uznania własnych win - jest niszczeniem
etosu narodowego.
Mamy w polskiej literaturze historycznej
dwie tradycje: jedna służy megalomanii narodowej, druga to
tradycja Żeromskiego, gorzka tradycja obrachunków: Saragossa
jest tu tragedią i hańbą narodową zarazem; zaborca austriacki
przychodzi z ustawodawstwem niosącym pewien postęp socjalny;
chłop polski z okresu Powstania Styczniowego pokazany jest
z naturalistyczną prawdą, jakżeż daleką od "patriotycznych" malowanek; Polska niepodległa,
jej aparat władzy zostaje straszliwie - i ostrzegawczo -
oskarżony w "Przedwiośniu". Musimy wrócić do Żeromskiego
i jego patriotyzmu, którego wyrazem jest jego twórczość.
Trzeba paradoksów lat sześćdziesiątych w PRL, by Andrzej
Wajda został z pozycji "patriotycznych" zaatakowany
właśnie za to, co znalazł u Żeromskiego; by twórczość autora
,.Rozdziobią nas kruki, wrony" stała się tematem czytanek
historyczno-literackich w okresie ofensywy moczaryzmu.
Strzeżmy się i podejrzliwie patrzmy
na każdą nową ofensywę "patriotyzmu" -
jeśli jest bezkrytycznym powielaniem ulubionych sloganów
megalomanii narodowej. Za frazeologią i rekwizytornią miłą
przeważnie Polakowi - czają się przeważnie cyniczni socjotechnicy,
którzy patrzą, czy ryba bierze na ułańskie czako, na husarskie
skrzydło, na powstańczą panterkę. ,Jest to coś na kształt
bagniska, traf tam, a coraz głębiej wciska" - pisze
Miłosz w "Traktacie moralnym".
Ojczyźniano-patriotycznej frazeologii
w prasie oficjalnej towarzyszy od lat już wielu nagonka na
tych, którzy ośmielają się psuć malowanki i panoramki dla
głuptasków. Utkwiła mi w pamięci szczególnie ofensywa na "Wariacje pocztowe" Kazimierza
Brandysa. Jest to jedna z najambitniejszych i najmądrzejszych
książek tego autora. Cała sfora bardzo "patriotycznych" dziennikarzy
i krytyków rzuciła się na niego, jako na tego... który ośmiesza
i wyszydza naszą przeszłość. Było to zdumiewające, Brandys
w sposób przejmujący przedstawił los jednej polskiej rodziny,
która w każdym kolejnym pokoleniu zrywa się wraz z narodem
do walki o niepodległość ojczyzny - i w każdym pokoleniu
ponosi klęskę, strącającą pokonanych na dno nędzy, chorób,
wykolejenia społecznego i psychicznego. Taka właśnie jest
tragiczna prawda o losie jeśli nie całego narodu - to przynajmniej
elity, niosącej w sobie jego samoświadomość. Czytałem tę
powieść tak, jak czyta się relacje historyków o kolejnych
klęskach narodowych, chorując prawie podczas lektury; jeszcze
raz przeżywałem tragizm naszych dziejów. I potem dowiaduję
się, że autor "Wariacji pocztówek"... ośmiesza
i wyszydza. To zależy, jakie kto ma poczucie humoru i na
jaki temat...
Kampanię tę - i inne podobne - prowadziły z reguły te same
pisma i przeważnie te same pióra, które poznaliśmy w pamiętnym
roku 1968. Lokaj sowiecki przebrał się w mundur ułański...
Nad tym trzeba się zastanowić: jaką funkcję spełniać mają
te maskarady "ułanów rakowieckich"?* Kogo mają
ogłupić, kogo zwabić na "patriotyczną" przynętę,
kogo zatruć jadem szowinizmu.? Co to ma wspólnego z miłością
ojczyzny? I jakiej ojczyzny?
Stare hasło "Bij Żyda, spasaj Rassiju" odżyło na
naszych oczach... Jak za cara, jak za ochrany. Nawet metody
niewiele się zmieniły w swej istocie - choć kamuflaż "patriotyczny" na
tę skalę i w tym stylu jest tu czymś nowym: ONR też był "patriotyczny" -
tym razem jednak jest to antysemityzm państwowy niesuwerennego
państwa. "Spasaj Rassiju".
Gdyby to była sprawa tylko prasy oficjalnej, gdyby nikt nie
łapał się na tę przynętę "patriotyczną", gdyby
nie było w tradycjach polskich tych wątków, które nagle jak
czuły kamerton zaczynają współdźwięczeć - nie byłoby o czym
pisać ani z czym polemizować. Ale tak niestety nie jest.
Akcenty megalomanii narodowej i ksenofobii znaleźć można
też w prasie nieocenzurowanej, a więc autentycznej.
Trzeba wyraźnie i jasno tu powiedzieć: nie zawsze możliwy
jest dialog; często sama próba podjęcia go bywa hańbą (jeśli
nie jest zwykłą głupotą). Z bohaterami antysemickich wybryków
w "marcowej" prasie dialogu być nie może - ani
z tymi, którzy widzą w tej brudnej publicystyce wyraz swych
przekonań. Nie mamy z nimi wspólnej ojczyzny, ani nie chcemy
z nimi mieć w ogóle niczego wspólnego. Ale między patriotyzmem
Słonimskiego, Ossowskich, Jasienicy (specjalnie wymieniam
nazwiska twórców bardzo różniących się między sobą - i zarazem
podobnych do siebie we wspólnym mianowniku humanizmu i patriotyzmu;
najbliższych ideowych patronów, więcej, współtwórców dzisiejszego
ruchu demokratycznej opozycji) - a "patriotyzmem" Filipskich,
Gontarzów, Kąkolów rozciąga się ogromna przestrzeń społeczna,
wypełniona gęsto ludźmi, o których rozgrywa się dopiero walka:
którą ojczyznę wybiorą? Nie wolno pod żadnym pozorem zrezygnować
z tych wszystkich, którzy zaczadzeni są ksenofobią i megalomanią
narodową, ale nienawiść i pycha nie zdeformowały jeszcze
ostatecznie i nieodwracalnie ich umysłów i uczuć. Walka o
kształt polskiego patriotyzmu będzie rozstrzygająca dla losów
naszego narodu - dla losów moralnych, kulturalnych, politycznych.
Ksenofobia i megalomania narodowa wzajemnie się żywią i wspierają.
Wiemy, ile wycierpiała Polska od Rosjan i Niemców - co nie
usprawiedliwia przekraczania granic głupoty i nienawiści
w stosunku do tych narodów; głupotą i nienawiścią człowiek
i naród sam sobie szkodzi. Sfaszyzowani Ukraińcy dali się
nam we znaki w latach czterdziestych - tu jednak nawet rachunek
krzywd i win jest już inny niż z Niemcami, co nic nie pomaga
Ukraińcom w potocznej świadomości polskiej. Ale czemu tak
często Polak pogardza Czechem ("Pepiczkiem")? Tu
widać, jak splata się ze sobą ksenofobia ze zidioceniem,
by zgodnie doprowadzić w sierpniu niektórych naszych rodaków
do wewnętrznego przyzwolenia na to, co było zarówno przeciw
moralności, jak i przeciw naszym narodowym interesom, na
inwazję w Czechosłowacji.
Wróćmy do sprawy stosunku ogromnej większości Polaków do
Niemców i Rosjan. Trzeba powtórzyć, że nienawiścią i głupotą
człowieka i naród sam sobie szkodzi. Niedostrzeganie moralnych
problemów tam, gdzie są, bo tak jest wygodniej - deprawuje
moralnie. Do Niemców mamy od wieków wiele pretensji. To cesarze
niemieccy najeżdżali nasz kraj, by go sobie podporządkować,
nie odwrotnie. Teutoński Zakon Krzyżowy Najświętszej Marii
Panny był zmorą Prusów, Litwinów, Pomorzan i Polaków. Prusacy
wraz z Rosjanami i również niemieckojęzycznymi Austriakami
rozebrali I-szą Rzeczpospolitą. Rugi, Hakata, prześladowania
narodowo-religijne pod pruskim zaborem były już pierwszą
zapowiedzią tego, co stało się w czasie drugiej wojny światowej.
O ogromie zbrodni hitlerowskich na ziemi polskiej nie ma
się co rozwodzić. Musiał jednak przyjść moment - jeśli chcieliśmy
pozostać w kręgu chrześcijańskiej etyki i cywilizacji zachodnioeuropejskiej
- by powiedzieć: "Wybaczamy i prosimy o wybaczenie".
W sytuacji zniewolenia narodu powiedział to największy niezależny
autorytet moralny, jaki nam pozostał: Kościół polski. To
zdanie - mimo wszelkich resentymentów, opartych na rzeczywistych
krzywdach - musimy uznać za swoje. By je przyjąć, wystarczyłaby
jego treść moralna. Ale obok treści moralnej jest w nim też
narodowa i kulturalna: jako naród o poczuciu przynależności
do zachodniego kręgu kultury śródziemnomorskiej - marzymy
o powrocie do naszej szerszej ojczyzny, do Europy. Stąd konieczność
pojednania z Niemcami, którzy w tej Europie już są - i nadal
będą. Wyciągnięcie ręki przez Episkopat Polski do Episkopatu
Niemiec - było najśmielszym i najbardziej dalekowzrocznym
czynem powojennej historii Polski.
Głos Episkopatu Polski do Episkopatu Niemiec stawia jednak
przede wszystkim problem, którego nie wyminie się, jeśli
chce się pozostać wiernym chrześcijaństwu: problem również
naszych win wobec Niemców. W Polsce nie znosi się takiego
postawienia sprawy - i nietrudno to zrozumieć, gdyż proporcje
są uderzająco nierówne. Nie można się jednak godzić z lekceważeniem
własnych win, nawet gdy są nieporównywalnie mniejsze od cudzych.
Wzięliśmy udział w pozbawieniu ojczyzny milionów ludzi, z
których jedni zawinili na pewno poparciem Hitlera, inni biernym
przyzwoleniem na jego zbrodnie, jeszcze inni tylko tym, że
nie zdobyli się na heroizm walki ze straszliwą machiną terroru
- w sytuacji, gdy ich państwo toczyło wojnę. Zło nam wyrządzone,
nawet największe, nie jest jednak i nie może być usprawiedliwieniem
zła, które sami wyrządziliśmy. Wysiedlanie ludzi z ich domów
może być w najlepszym razie mniejszym złem, nigdy - czynem
dobrym. To prawda, że z pewnością nie byłoby sprawiedliwe,
by naród napadnięty przez dwóch zbirów miał płacić na dodatek
sam wszystkie tego koszty. Wybór wyjścia, które - jak się
zdaje - jest mniejszą niesprawiedliwością, wybór mniejszego
zła nie może jednak znieczulać na zagadnienie moralne. Zło
jest złem, a nie dobrem, nawet gdy jest mniejszym i niemożliwym
do uniknięcia złem. To trudno: albo chce się być chrześcijaninem,
albo nie... Jeśli nim się jest - wie się, że zasada zbiorowej
odpowiedzialności nie ma nic wspólnego z etyką, którą wyznajemy;
że nawet jeśli musielibyśmy wybrać mniejsze zło - nie wolno
nam zła nazywać dobrem; że wyrządzenie zła stwarza zobowiązanie
moralne, choćby ten, kto go od nas doznał, wyrządził nam
stokroć więcej zła - a na dodatek w słabym stopniu odczuwał
potrzebę zadośćuczynienia.
Zasada mniejszej niesprawiedliwości, konieczność urządzenia
życia milionom Polaków opuszczających z konieczności swą
ojczyznę na wschodnich ziemiach II-giej Rzeczypospolitej
- jest zresztą jedynym usprawiedliwieniem tego, co się stało.
Nie usprawiedliwiałyby tego w żaden sposób racje historyczne
- bardzo wątpliwe, jak dalej zobaczymy - ani etniczne, z
wyjątkiem może Opolszczyzny, co też jest dyskusyjne. Przejdźmy
się po Warmii i Mazurach, by na własne oczy zobaczyć, ilu
tam napotkamy autochtonicznych Polaków, tzn. Mazurów i Warmiaków!
Tym bardziej niepokoi, jako objaw zatrucia etyki narodowej
przez nacjonalizm, że od czasu do czasu pokazują się artykuły,
których autorzy przechwalają się, iż jeszcze przed drugą
wojną światową - a więc przed faktem napadu na Polskę, przed
eksterminacją milionów obywateli polskich przez Niemców,
przed pojawieniem się problemu znalezienia terenów do życia
milionom Polaków z Kresów Wschodnich - grupy polityczne,
z którymi byli ci autorzy związani, żądały Polski po Odrę
i Nysę, ze Szczecinem i Wrocławiem. To nie są artykuły stwierdzające
interesujący fakt - to akceptacja ówczesnych programów, które
wówczas były planami zaborczymi, sprzecznymi z zasadami układania
stosunków między narodami zgodnie z etyką chrześcijańską.
Przypominać te wstydliwe epizody historii ideologicznej z
aprobatą - to objaw degeneracji etycznej, a zarazem zresztą
głupota polityczna.
W polskiej świadomości naszych stosunków historycznych z
Niemcami narosło masę mitów i fałszywych wyobrażeń, które
trzeba będzie kiedyś odkłamać - w imię prawdy i w celu leczenia
siebie samych: fałszywe wyobrażenia o własnej historii są
chorobą ducha narodu, służą przeważnie za pożywkę ksenofobii
i megalomanii narodowej.
Prawie każdy Polak (nawet wykształcony!) wierzy dziś, że
wróciliśmy po drugiej wojnie światowej na ziemie zagrabione
nam przez Niemców. Tyczyć to może Gdańska i Warmii od pokoju
toruńskiego (1466) do rozbiorów należących do I-szej Rzeczypospolitej
- choć zresztą Gdańsk i Warmia były wówczas i do końca drugiej
wojny światowej w większości etnicznie niemieckie. Reszta
Prus Wschodnich nigdy polska nie była, a Niemcy zdobyli te
ziemie nie na Polakach, a na Prusach, narodzie pokrewnym
Litwinom. Polska mniejszość na tym terenie (Mazurzy), zresztą
słabo uświadomiona w swej masie, to ludność napływowa, sprowadzona
głównie przez Albrechta Hohenzollerna z Polski; nie wiedział
biedak, że powinien realizować idee Drang nach Osten i Prusy
zaludniać tylko Niemcami. Zachodnie Pomorze - etnicznie też
niepolskie, choć słowiańskie - zrzucało parokrotnie z uporem
swą zależność od Polski i wytworzyło własną organizację państwową,
zniszczoną przez Szwedów dopiero w XVII wieku. Prusacy wzięli
te ziemie, zamieszkane nie przez Polaków, Szwedom, nie Polsce.
Zniemczenie Pomorza Zachodniego odbyło się bez gwałtów, drogą
naturalną. Śląsk jeszcze w Średniowieczu zhołdowany został
przez Czechów - i wraz z Czechami wszedł w skład monarchii
austriackiej. Prusy zabrały go Austriakom, nie Polsce, dopiero
w XVIII wieku, gdy procesy niemczenia się Dolnego Śląska,
również naturalnego, dokonującego się bez przymusu, były
już mocno zaawansowane. Śląsk Opolski i Śląsk Górny zachowały
swą etniczną polskość. Zorganizowany i skuteczny w pewnym
stopniu nacisk germanizacyjny na tych ziemiach to dopiero
druga połowa wieku XIX i XX wiek. Natomiast my nie chcemy
z kolei dziś pamiętać, że są to ziemie, na których przez
parę setek lat kwitła kultura niemiecka, Czytamy rzewne felietony
o Piastach Śląskich, ich zamkach i pałacach, ale nikt nam
nie mówi, że już Henryk Probus znany jest niemieckim podręcznikom
literatury jako Minnesanger (niemieckojęzyczny trubadur),
układający swe poezje w tym samym języku co Walter von der
Vogelwelde, co Hermann von Aue, gdy polska liryka miłosna
miała powstać i rozkwitnąć dopiero po dwu wiekach. To postać
symboliczna w dziejach Śląska.
Po wiekach rozwoju kultury niemieckiej obok polskiej na Śląsku,
Ziemi Lubuskiej, Warmii i Mazurach, w Gdańsku (przytłaczająco
niemieckim) - i od dawna wyłącznie niemieckiej na Pomorzu
Zachodnim - przypadł nam w wyniku historycznych przemian
bogaty spadek architektury i innych dzieł sztuki oraz pamiątek
historycznych niemieckich. Jesteśmy wobec ludzkości depozytariuszami
tego dorobku. Zobowiązuje nas to, by z całą świadomością,
że strzeżemy dorobku kultury niemieckiej, bez zakłamań i
przemilczeń w tej dziedzinie - chronić te skarby dla przyszłości,
również naszej.
Pokutuje w Polsce mit Drang nach Osten - wychwycony z głupiej
i zbrodniczej mitologii wilhelmińskich Niemiec. Rozprawiał
się z jego przejęciem przez polską publicystykę Antoni Gołubiew
w "Tygodniku Powszechnym", w artykule zbyt mało dostrzeżonym,
który powinien wejść do podstawowych lektur polskiego inteligenta.
Wiadomo, że zachodnia granica I-szej Rzeczypospolitej była
przez wieki jedną z najspokojniejszych i najtrwalszych w
Europie. Zaborczość państwa krzyżackiego była zaledwie fragmentem
dziejów Niemiec średniowiecznych.
Natomiast nie lubi się u nas pisać i pamiętać o tym, co zawdzięczamy
cywilizacyjnie i kulturalnie Niemcom. Że dach i cegła, że
murarz, drukarz, malarz i snycerz, że setki słów polszczyzny
dokumentują, co zawdzięczamy naszym sąsiadom zza zachodniej
miedzy. Piękny dorobek architektoniczny i rzeźby, malarstwa
i innych sztuk i rzemiosł w Krakowie i wielu innych miastach
i miasteczkach Polski, nie tylko w Średniowieczu, lecz częściowo
i później, aż po wiek XIX - to w dużej części dzieła Niemców,
którzy tu osiedlali się i wzbogacali naszą kulturę. Każdy
prawie Polak wie o Wicie Stwoszu, nie każdy wie, że był to
etniczny Niemiec (chwała nauce polskiej, że przeprowadziła
w tej sprawie pracami ks. Bolesława Przybyszewskiego dowód
ostateczny), wielu wyobraża sobie, że był Polakiem i gotowi
spoliczkować każdego, kto temu zaprzeczy, nikt zaś poza specjalistami
nie zna setek, a może nawet tysięcy imion i nazwisk twórców-Niemców,
którzy zostawili niezatarty ślad w naszej kulturze.
Historia winna być wrotami w przyszłość. Co chcemy wybrać
jako symbole dla przyszłości: czy Grunwald - czy Legnicę,
gdzie Polacy i Niemcy stanęli razem na drodze ... (dziś powiedzielibyśmy:
dywizjonom konnym) Batuchana? Grunwald pozostanie oczywiście
na zawsze w pamięci narodowej - ale czy ma to być tylko Grunwald?
Niszczenie polskiej kultury przez hitlerowców podczas drugiej
wojny światowej - czy jej wzbogacanie przez Wita Stwosza
i setki mniej znanych znakomitych artystów ma dominować w
naszej świadomości? Czy w Oświęcimiu chcemy zapamiętać tylko
Niemców-oprawców, czy też i tych Niemców, choć była ich garstka,
którzy nie tylko jako więźniowie, ale też jako członkowie
załogi obozu walczyli ze złem? (Pisze o tym w swej źródłowej,
wydanej przed kilkunastu laty w Londynie pracy pt. "Oświęcim
walczący" emigracyjny pisarz i historyk Józef Garliński
- a celnicy polscy odbierają tę książkę na granicy). Czy
Niemcami mają być w naszej świadomości tylko gestapowcy i
SS? Czy Niemcami nie byli także bohaterowie ze związku Weisse
Rose z Monachium, podejmujący w samym jądrze ciemności najtrudniejszą
z walk, walkę przeciw "swoim", w czasie toczącej
się wojny?
Weisse Rose była to szaleńcza grupa prawdziwych chrześcijan,
którzy czynem - takim, na jaki było ich stać - zaświadczyli,
że inaczej niż większość ich rodaków w owych latach byli
chrześcijanami nie tylko z nazwy, że gotowi byli przyjąć
męczeństwo, by dać świadectwo prawdzie i dobru. Ich kult
- choć nic z Polską nie mieli bezpośrednio wspólnego - powinien
być i u nas żywy: po pierwsze - właśnie dlatego, że są to
Niemcy, że są to ludzie należący do tego samego narodu co
mordercy milionów podczas drugiej wojny światowej; po drugie
- by uświadomić nam dyrektywę etyczną głoszącą, że gdy własny
naród i własne państwo wchodzą na drogę zbrodni i zła - obowiązkiem
moralnym jest przeciwstawić się temu, choćby nawet naród
i państwo toczyły wojnę na zewnątrz. Czy bohaterowie z Weisse
Rose niegodni są nazwania ich patriotami niemieckimi? Czy
byli zdrajcami swego narodu? Przeciwnie, to oni ratowali
resztki godności i wartości moralnych swego narodu - i oni
tworzyli wartości niezbędne dla przyszłych Niemiec. W duszach
swych nosili inną ojczyznę niż ta, w której mieli nieszczęście
żyć i umrzeć męczeńską śmiercią.
Lek i nieufność, jaką żywi wobec Niemców znaczna część Polaków
- są zrozumiałe. Byłoby lekkomyślnością i głupotą zakładać,
że w Niemcach, w ich stosunku do nas i w ogóle w ich mentalności
bez śladu zanikły toksyny nacjonalizmu, nawarstwiające się
od ery bismarckowsko-wilhelmińskiej - a jeśli ktoś chce,
to może i wcześniej, od początku XIX wieku. Nie brak faktów
- rozdmuchiwanych zresztą przez naszą urzędową propagandę
ponad ich proporcje w życiu dzisiejszych Niemiec - świadczących,
że z uwagą winniśmy śledzić stan potencjalnej gotowości części
Niemców do recydywy. Zarazem jednak winniśmy zrobić maksimum
tego, co można, by z naszej strony stworzyć optymalne przesłanki
do pojednania naszych narodów. Przede wszystkim musimy niejedno
zmienić w nas samych i naszej świadomości historycznej, by
to było możliwe.
***
Z Rosjanami stan polskiej przeciętnej świadomości wygląda
inaczej niż z Niemcami. Do Niemców zebrało się dużo nienawiści
zmieszanej z lękiem - lecz i dużo respektu. W stosunku do
Rosjan przeważa - również obok nienawiści (chyba znacznie
mniej głęboko zakorzenionej niż wobec Niemców i łagodniejszej)
i lęku (lęk z koszmarnych snów o czołgach sowieckich strzelających
do zbuntowanych Polaków) - lekceważenie, poczucie wyższości.
Skąd się ono wzięło - diabli wiedzą, ale Polacy na ogół przekonani
są o niższości kultury rosyjskiej wobec polskiej. "Wyższość" i
"niższość" kulturalna narodów to temat cienki i niebezpieczny.
Narody przypominają pod wieloma względami osoby ludzkie.
Tak jak dla człowieka wychowanego w etyce chrześcijańskiej
i świadomie, rozumiejąc ją, akceptującego, że każda osoba
ludzka ma wartość i godność nie mniejszą od innej osoby,
choć jeden jest mądry, drugi głupi, jeden dobry, drugi zły
- tak i każdy naród ma swą wartość i godność niezależnie
od tego, czy opętany jest w danej chwili przez hitleryzm,
czy ma bogatą sztukę itd. Wiem, że Litwini nie mają poetów
miary Mickiewicza i Słowackiego, dramaturgów klasy Wyspiańskiego
itd. (z "i tak dalej" lepiej być ostrożnym: Ciurlionis
należy moim zdaniem do najwybitniejszych malarzy świata w
swej epoce) - i nie ośmieliłbym się mimo to odczuwać lekceważenia
wobec ich kultury narodowej. Nie ma tu miejsca na rozważania,
dlaczego tak jest. Być może chodzi o to, że wiem, iż człowiek
żyjący w kulturze litewskiej znajduje w niej dostateczną
podstawę, by rozwinąć pełnię człowieczeństwa w sobie. Ale
tym bardziej dziwne, skąd to częste w Polsce przekonanie
o własnej wyższości kulturalnej wobec Rosjan?
Mieć poczucie wyższości kulturalnej wobec narodu, który wydał
Dostojewskiego i Tołstoja, nie licząc co najmniej dwu dziesiątków
pisarzy, którzy mogliby być chlubą każdej literatury europejskiej,
wobec narodu Rublowa i Mendelejewa, i Strawińskiego - to
chyba duże nieporozumienie. Jest to naród, który stworzył
byliny i wielkie malarstwo cerkiewne już wówczas, gdy my
mieliśmy literaturę narodową jeszcze ubożuchną - a malarstwo
w powijakach. Żaden z polskich pisarzy nie wywarł takiego
wpływu na literaturę Zachodu, tego Zachodu, do którego chcemy
należeć - jak Dostojewski, Tołstoj, Turgieniew, Czechow.
Nic też nie wskazuje, by kultura duchowa chłopów polskich
była bogatsza niż rosyjskich. Są tylko inne. Jest coś groteskowego
i żałosnego zarazem w megalomańskim poczuciu wyższości wielu
Polaków nad Rosjanami.
Postawa ta bywa zresztą uzasadniana również od innej strony.
W polskiej ideologii od dawna, od czasów romantyzmu, mają
obieg koncepcje, według których rosyjska kultura została
uwarunkowana dwojako - i negatywnie - przez skrzyżowanie
się wpływów bizantyjskich i mongolsko-tatarskich (turańskich).
W ostatnich czasach można zauważyć w i prasie, i innych publikacjach
nieocenzurowanych zawrotną karierę koncepcji Feliksa Konecznego
w tym zakresie. W wielkim skrócie można powiedzieć, iż rezultatem
tej krzyżówki bizantyjsko-turańskiej jest kultura, w której
podporządkowanie jednostki hierarchicznej władzy jest czymś
oczywistym, kolektywizm dominuje nad osobą, etyka hordy nad
etyką jednostki.
Jak zwykle w wypadkach takich uogólnień - coś jest na rzeczy
i zarazem aż zbyt wiele nie chce się zgadzać. Tradycje despotyzmu
moskiewskiego pewnie coś genetycznie mają w sobie z wzoru
władzy chińskiej, a pozycja i rola cara oraz jego dworu w
tym systemie z pewnością świadomie wzorowana była na Bizancjum.
Ale przeciw tej tradycji jest w Rosji tradycja inna, tradycja
duchowej niepodległości, od kniazia Kurbskiego bądź dawniej
się poczynająca: tradycja niezgody i szukania oparcia ideowego
na Zachodzie. Rosja dekabrystów, Hercena, Bezkiszina i innych
uczestników Powstania Styczniowego, Ziemli i Woli, narodników
- to nie Rosja bizantyjsko-turańska. W naszym czasie Rosjanie
stworzyli niedawno słowo samizdat, którym i my się nieraz
dziś posługujemy, byli pierwsi, pokazali drogę, płacąc za
to wielką cenę, a komitet wielkiego Sacharowa jest natchnieniem
i wzorem dla nas. U nich w dodatku trudniej - i więcej trzeba
odwagi.
Pamiętajmy, że wyzwolenie całej środkowo-wschodniej Europy
z totalizmu sowieckiego zależy głównie od ruchów emancypacyjnych
w ZSRR. Najliczniejszy i największą rolę odgrywający w imperium
naród rosyjski daleki jest jeszcze od tego, by upomnieć się
o demokratyczne prawa. Jako naród uciskany jest przy tym,
naturalną rzeczy koleją, szczególnie zdemoralizowany. Tu
najbardziej rozkwita nowe zjawisko: "patriotyzm" sowiecki
(niestety, z tym zjawiskiem można zetknąć się nie tylko u
Rosjan); tu najłatwiej znaleźć zwolenników polityki interwencyjno-pacyfikacyjnej,
trzymającej w ryzach państwa satelickie; tu każda wzmianka
o tym, że samostanowienie narodów ZSRR może stać się faktem
- budzi przeważnie gniew. Tym większy szacunek - wyzbyty
groteskowego i głupiego poczucia wyższości - i tym żywsze
braterstwo winno nas łączyć z Rosjanami walczącymi o wolność.
Jeszcze kilka lat temu i w Polsce nie było dużo odważnych,
by przeciwstawić się systemowi policyjnemu i totalitarnemu
- gdy policzyć zaś Rosjan, którzy się odważyli, gdy porównać
represje, można czuć tylko podziw i szacunek.
Im trudniej niż nam - bo są po dziesięcioleciach najkrwawszego
terroru wewnętrznego w dziejach świata, po straszliwej i
w znacznej części krwawej selekcji negatywnej dokonującej
się od tak dawna, a represje karne biją w nich mocniej i
bezwzględniej.
My, Polacy, nie chcemy też pamiętać, gdy mowa o Rosjanach,
że co prawda ZSRR jest dziedzicem i kontynuatorem dążeń i
stylu nawet caratu; że w związku z tym nacjonalizm rosyjski
odgrywa ogromną rolę w ekspansji sowieckiej - ale zarazem
sowietyzm, usiłując zniszczyć tożsamość narodową Polaków,
Litwinów, Łotyszów, Ukraińców, Gruzinów, Ormian itd. - z
wielką mocą niszczy też tożsamość narodową, tradycję, kulturę
Rosjan. Sowietyzm jest groźny i zabójczy zarówno dla Polaków,
jak i dla Rosjan.
***
Szczególne miejsce w naszej świadomości winny zajmować narody
litewski, białoruski i ukraiński. Należy tu raz jeszcze przypomnieć
kazanie ks. Jana Zieji w archikatedrze św. Jana w Warszawie
17 IX 1975 roku, które - wierzę w to - jest faktem o znaczeniu
historycznym nie tylko w płaszczyźnie moralnej, choć o moralne
pryncypia w nim chodziło. Są to narody przez wieki związane
wspólnym z nami losem. Mało zdajemy sobie sprawę jednak,
że mniej sobie one chwalą tę wspólnotę losów niż my. Polonizacja
elit szlacheckich na Litwie i Rusi zepchnęła te narody do
rzędu "niehistorycznych" ludów, które dopiero w drugiej
połowie XIX wieku z trudem zaczęły wytwarzać swe nowe elity,
inteligencję. Polonizacja była co prawda procesem naturalnym,
bez użycia siły - ale była też zarazem klęską opóźniającą
wytworzenie się narodów sensu stricto. Tego się łatwo nie
zapomina. Ukraińcy pamiętają ponadto dobrze wiek XVII i XVIII,
tzn. pamiętają straszliwe, barbarzyńskie polskie pacyfikacje
buntów kozackich i ukraińskich chłopskich powstań - nie chcą
natomiast pamiętać o straszliwościach mordów na Polakach
i Żydach w 1648 roku i o rzezi humańskiej. Polacy - odwrotnie.
I-sza Rzeczpospolita nie zostawiła zbyt dobrych wspomnień.
II-ga Rzeczpospolita tego nie naprawiła. Przeciwnie. Polsko-litewski
konflikt o Wilno był, to prawda, trudny do załatwienia. Obydwa
narody czuły się związane z tym miastem emocjonalnie - podczas
gdy (rzadko o tym pamiętamy) przynajmniej południowo-zachodnia
Wileńszczyzna, włącznie z Wilnem, miała większość etnicznie
polską. Rozwiązania federacyjnego, do którego parł Piłsudski,
mało kto sobie życzył, udaremnili je ostatecznie polscy nacjonaliści.
Do dziś Litwini żywią do nas zapiekłą niechęć za Wilno -
pomnożoną o pamięć idiotycznego roku, gdy ulicami polskich
miast przeciągały pochody skandujące: "Wodzu - prowadź
nas na Kowno!", jakby w polskim godle narodowym widniał
nie biały orzeł, lecz Koziołek Matołek. My do dziś żywimy
do Litwinów niechęć za to, że wydali z siebie w czasie drugiej
wojny światowej formacje kolaboracyjne, szczególnie dotkliwe
dla Polaków (jeszcze bardziej dla Żydów). To błędne koło
musimy przerwać! Gdy w Kownie doszło niedawno do rozruchów
na tle narodowo-religijnym - nastrój solidarności (niestety
- tylko nastrój) był w Polsce powszechny. Może to dobry omen.
Z łagodnymi, cichymi Białorusinami nigdy nie mieliśmy tak
ostrych konfliktów jak z Ukraińcami. Warto jednak przypomnieć,
że II-ga Rzeczpospolita też zostawiła wobec nich bilans win,
pod postacią tendencji polonizacyjnych, wyrażających się
głównie upośledzeniem szkolnictwa białoruskiego. Naszym dążeniem
powinno być, by tego rodzaju zjawiska nie powtórzyły się.
Najgorzej było z Ukraińcami. Pierwszą wojną II-giej Rzeczypospolitej
była - o czym nie każdy pamięta - polsko-ukraińska wojna
we Wschodniej Galicji. Lwów zrósł się przez wieki z historią
i kulturą Polski do tego stopnia, że - będąc miastem, w którym
ludność polska wyraźnie przeważała nad ukraińską - trudno
było sobie wyobrazić w owym czasie rezygnację z niego. Rozstrzygnęła
siła. To smutne, ale nie niezwykłe w dziejach, że dwa narody
nie znajdują innego rozwiązania konfliktów jak wojna. Rachunek
krzywd ukraińskich zaczyna się później. Irredenta ukraińska,
nieustannie stymulowana przez - nie ma co ukrywać - faszyzujących
nacjonalistów ukraińskich szukających oparcia to w Niemczech,
to w niechętnej nam Pradze - była trudnym problemem dla II-giej
Rzeczypospolitej. A jednak wojewoda Józewski na Wołyniu umiał
rozładowywać napięcia i dla dobra Rzeczypospolitej popierać
kulturalne inspiracje ukraińskie. Ignorowanie narodowych
i kulturalnych potrzeb Ukraińców było drogą donikąd. Pacyfikacje
- tak jak były robione - są hańbą, niezależnie od tego, jak
trudną sytuację stwarzali aktami terroru i sabotażu nacjonaliści
ukraińscy. Dla przyszłości obydwu narodów lepiej byłoby,
gdyby okres Il-giej Rzeczypospolitej został w pamięci Ukraińców
jako epoka, w której we Wschodniej Galicji i na Wołyniu kwitły
instytucje kulturalne; ukraińskie pod mecenatem Rzeczypospolitej,
z uniwersytetem ukraińskim we Lwowie na czele. Ten dorobek
profitowałby do dziś i dłużej dla obu narodów. Stało się
inaczej.
Druga wojna światowa nierówno obciążyła rachunki win, które
obydwa narody wzajemnie sobie wypominają. Tym razem niewiele
mieliśmy sobie do wyrzucenia. Za to zaraz po wojnie, gdy
oddziały UPA po klęskach zadanych im przez armię sowiecką
zostały zepchnięte na południowo-wschodnie krańce protektoratu
polskiego i rozgorzała walka w Bieszczadach - pomysł załatwienia
problemu, jaki stanowiła partyzantka ukraińska na tych ziemiach,
przez zamienienie ich w pustynię, tj. przez wysiedlenie Łemków
i rozproszenie ich po Polsce - był pomysłem szatańskim, który
zrodził się zapewne w głowie któregoś z "doradców z KGB,
praktykujących z talentem rzymską zasadę divide et impera
- a znających precedensy na skalę o ileż większą ze swego
kraju.
Jeszcze tylko parę zdań o naszych stosunkach z Czechami,
choć o tym już była wzmianka. Czesi bynajmniej nie mają podstaw,
by mieć wobec nas wyłącznie czyste sumienie. Jednostronne
rozwiązanie za pomocą siły zbrojnej problemu Śląska Zaolziańskiego
w momencie, gdy ważyło się istnienie państwa polskiego w
1920 roku - nie przynosi Czechom zaszczytu. Ale udział Polski
w rozbiorze Czechosłowacji, wraz z Hitlerem, był mimo to
haniebny. W 1968 roku, a więc w 30 lat później, polskie wojska
wzięły udział w okupacji Czechosłowacji. W pięknym songu
o Hradcu Kralovym, który śpiewa się od 1968 roku do dziś
w środowiskach opozycyjnej młodzieży, słusznie jest to ujęte
w publicystycznej ostatniej zwrotce: "Nie z twojego
to rozkazu grzmią buty wojskowe, lecz co ty zrobiłeś, co
ty zrobiłeś dla Hradca Kralove?". Naród polski nie może
odpowiadać za władzę narzuconą nam przez obcych i na obcej
głównie sile opartą - ale fakt, że w wielkim kraju, o pięknych
tradycjach walki o "naszą wolność i waszą", głos
protestu podnieśli tylko Jerzy Andrzejewski i Zygmunt Mycielski
w swych listach do czeskich i słowackich braci - oraz mała
grupka studentów w Warszawie, próbujących rozpowszechniać
ulotki ze sprzeciwem - nie przynosi nam, którzyśmy się bali,
zaszczytu. Gorzej: można było spotkać ludzi tak niemądrych,
że akceptowali tę inwazję, bzdurząc bezmyślnie a to o zagrożeniu
niemieckim, a to o wrogości Czechów wobec nas... Megalomania
narodowa i ksenofobia znów złożyły się na to, że akurat wobec
tych, którzy powinni nam być zawsze, a w szczególności dziś
szczególnie bliscy, wobec braci zza Sudetów, zza Olzy i zza
Karpat okazaliśmy małostkowy brak solidarności.
Każdy Polak powinien dziś rozumieć, że dwie są racje, moralna
i polityczna, dla których dziś nasze tradycyjne fobie i megalomanie
wobec wszystkich otaczających nas narodów są samobójstwem:
racja moralna - oraz okoliczność, że jesteśmy już w dużym
stopniu zatruci sowietyzmem, że grozi nam utrata więzi duchowej
z naszą przeszłością i z kulturą Zachodu, z tradycjami etycznymi
chrześcijaństwa; to, co dawniej było plamą na naszych dziejach
i na naszej mentalności narodowej - plamą analogiczną do
zauważalnych u wielu innych narodów - dziś może okazać się
zwiastunem śmierci i rozkładu; racja polityczna mówi nam,
że trzeba liczyć się z tezą, według której od grozy śmierci
i rozkładu uwolnimy się albo wszyscy razem, zarówno narody
ZSRR, jak i narody od ZSRR zależne - albo nikt. Znikome jest
prawdopodobieństwo, by totalitarny i trzymający w ryzach
narody wchodzące w skład ZSRR sowietyzm mógł być zmuszony
do wypuszczenia z pazurów swej zdobyczy, którą dziś jesteśmy
w jakimś stopniu.
Antysemityzm jest tak różnym rodzajem ksenofobii, o tak odmiennej
funkcji i roli w historii, że wymaga osobnego omówienia.
Przede wszystkim pytanie, czy jest to ksenofobia. Gdy w Polsce
żyli ludzie różniący się wszystkim: językiem, poczuciem narodowym,
religią, tradycją, obyczajem, często ubiorem itd. i antysemityzm
ku nim się kierował - była to zapewne ksenofobia. Gdy antysemityzm
obejmował też ludzi nie różniących się językiem i ubiorem
i oderwanych już od religii swych przodków - można by mniemać,
że jednak działo się tak z powodu ich rzeczywistej czy domniemanej
solidarności z tamtymi - i wciąż była to ksenofobia. Gdy
jednak przenosił się na ludzi często od pokoleń spolonizowanych,
niejednokrotnie wyznających nie formalnie, lecz faktycznie
tę samą religię co większość Polaków, przesiąkniętych polską
kulturą do szpiku kości, a często nawet mających za sobą
działalność niepodległościową i walkę o wolność Polski -
to już coś więcej i gorzej niż zwykła ksenofobia, która jest
zjawiskiem ujemnym i niepożądanym, niekoniecznie jednak zawadzającym
o psychopatologię społeczną.
Jedyną możliwością uzasadnienia takiego antysemityzmu jest
rasizm - często podświadomy, głośno nie wyznawany. Przeświadczenie
o mniejszej, niepełnej wartości ludzi ze względu na ich biologiczne,
rasowe determinanty jest jednak nie do pogodzenia z naszym
chrześcijańskim spadkiem etycznym, z przykazaniem miłości
bliźniego i Pawłowym "nie masz Greczyna ani Żyda".
W praktyce znamy jeszcze inną próbę uzasadnienia, religijną,
pseudochrześcijańską. Odrzucenie Chrystusa przez Żydów -
a nawet wzięcie na siebie i potomnych Jego krwi, przelanej
pod ich naciskiem - miałoby spowodować dla Żydów skutki analogiczne
do grzechu pierwotnego ludzkości, a więc immanentne zło,
które przyjęli w siebie. Konstrukcja to raczej kołtuńska
niż teologiczna i modelowo antychrześcijańska. Chrześcijaństwo
nie zna winy zbiorowej ani dziedziczenia winy, ani zbiorowej
odpowiedzialności za winę. Grzech pierworodny w teologii
chrześcijańskiej nie jest dziedziczeniem winy, lecz skażeniem
natury ludzkiej. Może więc Żydzi, według tej koncepcji, mieliby
naturę ludzką podwójnie skażoną? W takim razie jako bliźni
winni być przedmiotem szczególnej troski, a nie prześladowań
- chrzest zaś ostatecznie zmywałby to skażenie, co dla endeckiego
i oenerowskiego kołtuna jest koncepcją nie do przyjęcia.
Ale II-gi Sobór Watykański, po wiekach tolerowania takiej
postawy, a nawet jej faktycznego, choć dyskretnego zaadoptowania,
odrzucił i ten wariant uzasadnienia antysemityzmu. Szkoda,
że tak późno, dobrze, że tak się stało. Istotnym składnikiem
etyki chrześcijańskiej, przyswojonej zarówno przez wierzących,
jak i niewierzących, jest przeświadczenie, że człowieka oceniać
można tylko po jego czynach, że każdy człowiek jest pod tym
względem równy (wierzący dodadzą: wobec Boga), i że żadna
ocena jego uczynków nie może uchylić nakazu miłości bliźniego.
Niemniej jednak w chrześcijańskim od wieków narodzie polskim
- antysemityzm zakorzenił się w sposób budzący niepokój.
Antysemityzm - czy antysemityzmy? Wiemy dobrze, jak szeroka
to skala zjawisk: od poczucia wyższości i pogardy (najbardziej
groteskowy rodzaj ksenofobii - wobec narodu, który odkrył
czy też wynalazł jedynego, wszechogarniającego, wszechmocnego,
czysto duchowego Boga; który wydał z siebie tylu wielkich
uczonych, artystów, pisarzy, co proporcjonalnie chyba żaden
inny naród świata; który dał dowody nadludzkiej niezłomności,
przez tysiąclecia zachowując w warunkach jak najbardziej
niesprzyjających swą religię, kulturę, tożsamość), przez
poczucie zagrożenia i stąd płynące dyskryminacje różnego
rodzaju, aż po nienawiść wyzwalającą się w masowych mordach.
Nie można powiedzieć, że to wszystko jedno i to samo - różnica
jest ogromna, niemniej jednak mają rację i ci, którzy wskazują,
jak łatwo formy łagodniejsze i "poczciwe'' antysemityzmu
stają się pożywką dla form najgroźniejszych. Wszystkie zaś
one - niejednakowo co prawda - są nie do pogodzenia z nakazem
miłości bliźniego.
Historia Polski przez wieki należała w tej dziedzinie do
najpiękniejszych (stosunkowo) w Europie. Tumulty i inne odrażające
zjawiska zdarzały się i w Rzeczypospolitej, nie na skalę
jednak straszliwych pogromów średniowiecznych w Zachodniej
Europie. Światli królowie i elita rządząca umieli rozsądnie
sterować współżyciem narodów w Rzeczypospolitej. Paweł Jasienica
w "Polsce Jagiellonów" ze słuszną dumą wskazuje
na braci Józefowiczów, z których jeden, wychrzta (protoplasta
rodu Józefowiczów-Hlebnickich), został jednym z najwyższych
dostojników Rzeczypospolitej Obojga Narodów, a drugi, pozostając
przy wyznaniu mojżeszowym, został przez Zygmunta Starego
pasowany na rycerza. W Złotym Wieku wszystko to było jeszcze
możliwe: Żyd pasowany rycerzem, chłop jednym z czołowych
poetów epoki, mieszczanie w elicie intelektualnej, a nawet
politycznej.
Mimo jednak późniejszego upadku państwa i narodu - dopiero
druga połowa wieku XIX przyniosła początki "nowoczesnego" antysemityzmu
("nowoczesnego" - tzn. wykraczającego poza szlacheckie
poczucie niedopuszczalności przekraczania barier stanowych
- i wyznaniową awersję). Było to już wówczas, gdy w okresie
walk o niepodległość ukształtowała się tradycja, znaczona
imieniem oficera Insurekcji i Legionów Berka Joselewicza,
poległego pod Kockiem w 1809 roku (mniej pamięta się o żołnierzach
jego pułku, skrwawionego w 1794 w obronie Pragi) i jego rówieśnika
oraz krajana z Litwy Jankiela z "Pana Tadeusza";
tradycja rabinów Meiselsa i Cylkowa wprowadzających język
polski do synagog, solidarnych z katolickim klerem w walce
przeciw rosyjskiemu zaborcy; tradycje manifestacji na Krakowskim
Przedmieściu w 1861 roku, gdy po salwie, od której padł zakonnik
niosący na czele pochodu krzyż - młody uczeń szkoły rabinackiej,
Landy, wzniósł znowu krzyż do góry ("krzyż Polaków" -
czytamy w relacjach) , by paść od następnej salwy; tradycja
Żydów-oficerów i żołnierzy Powstania Styczniowego. Tradycje
te były zawsze hamulcem, choć jakże niedoskonałym, dla polskiego
antysemityzmu, mimo że zostały wzmocnione tradycją żarliwych
patriotów polskich żydowskiego pochodzenia, walczących o
polską kulturę i naukę, o polską oświatę pod zaborami - a
później znowu udziałem Żydów w czynie zbrojnym Legionów.
Bolesław Prus genialnie uchwycił ten proces, gdy na progu
nowej epoki, wywołanej industrializacją w Królestwie, drogi
tych, którzy byli solidarni w roku 1863, rozchodzą się, gdy
Żydzi zostają odepchnięci od polskości; dla dra Szumana,
wrośniętego w kulturę polską - to tragedia; dla Szlangbauma,
nie zasymilowanego w tym stopniu, to przesłanka do poczucia
się obcym. Pamiętajmy, że oni obydwaj - jak Wokulski! - są
powstańcami 1863 roku!
Nastroje antysemickie, coraz bardziej nurtujące polskie mieszczaństwo,
a podniecane przez prowokacje Ochrany w innych częściach
imperium carów i w Królestwie Polskim (wiadomo już dziś mniej
więcej, kto organizował fale pogromów po 1905 roku i skąd
poszły w świat "Protokoły Mędrców Syjonu") - weszły
do ideologii i praktyki endecji, stopniowo wyostrzając się
i coraz wyraźniej dehumanizując: od haseł bojkotu ekonomicznego
przez kwestionowanie praw obywatelskich mniejszości żydowskiej
- aż do krwawych pogromów w miasteczkach i na wyższych uczelniach,
czyli od Ligi Narodowej przez Stronnictwo Narodowo-Demokratyczne
i Obóz Wielkiej Polski - do ONR i grup młodoendeckich. Pojawiły,
się nawet głosy w prasie ONR postulujące eksterminację Żydów
w Polsce.
Niestety, odpór społeczny był za słaby. Główna, najsilniejsza
partia polskiej lewicy, PPS, silna w środowiskach robotniczych
- była słaba na uczelniach, skąd głównie rekrutowały się
bojówki ONR. Lewicowa i liberalna inteligencja zdobywała
się na piękne dowody solidarności z ofiarami bojówek - ale
były to głównie akty indywidualnej odwagi (ciekawe, że zdarzały
się i wśród starej profesury endeckiej). Władza, coraz bardziej
ewoluująca po śmierci Piłsudskiego ku faszyzującej prawicy,
nie próbowała zbyt energicznie przeszkadzać awanturom, wyprawianym
częściowo przez grupy znajdujące się w opozycji wobec sanacji,
częściowo jednak przez jej sojuszników (ONR "Falanga").
Kościół przyglądał się temu obojętnie (z wyjątkiem tak drastycznych
wypadków jak pobicie w kościele księdza Pudra, neofity),
a nawet część prasy katolickiej (np. "Mały Dziennik")
popierała antysemityzm.
W tej sytuacji nadeszła wojna i okupacja, wraz ze straszliwą
eksterminacją Żydów przez okupanta. Ocena egzaminu zdanego
w tej sytuacji przez Polaków nie może być niestety prosta
i jednoznaczna.
Na Zachodzie, głównie w środowiskach żydowskich, porażonych
tragedią zagłady milionów, pojawiły się nieodpowiedzialne
i prawie nic nie mające wspólnego z rzeczywistością oskarżenie
narodu polskiego o współuczestnictwo w eksterminacji. Pojawiły
się nawet obelżywe określenia, jak "naród szmalcowników".
Antypolonizm powinien być uważany za postawę nie mniej hańbiącą
niż antysemityzm. Zdanie "wszyscy Polacy to antysemici" lub "wszyscy
Polacy to pijusy" jest tyleż warte, co "wszyscy
Żydzi są oszustami".
Zjawisko tzw. "szmalcownictwa", tzn. szantażu uprawianego
na ukrywających się Żydach oraz współpracy z gestapo przy
ich tępieniu, wypominane Polakom na Zachodzie i przez wielu
Żydów - było marginesem. Każde społeczeństwo ma swój margines
zbrodniczy. Dla Żydów był to margines tak groźny, że wielu
z nich mogło mieć nim przesłoniętą całą resztę Polski. Nie
można winić o takie zdeformowane widzenie proporcji ludzi,
którzy przez kilka lat byli obiektem polowania. Trzeba jednak
pamiętać, że gestapo umiało, posługując się zdrajcami, nie
tylko wyłapywać ukrywających się Żydów, lecz dekonspirować
całe jednostki podziemnej armii (por. wpadka dyspozycyjnego
oddziału dywersyjnego KG AK "Osa-Kosa") i działaczy
tego nawet szczebla co Komendant Główny AK "Grot"-Rowecki.
Nie o antysemityzm więc w zasadzie chodziło, lecz o obrzydliwy
proceder, kierujący się przecinko wszystkim, których tropiło
gestapo.
W zapędzie polemicznym przeciw krzywdzącym opiniom o stosunku
społeczeństwa polskiego do Żydów - nie bez złej woli peerelowska
propaganda uogólniała, że jest to stanowisko ogółu Żydów
na świecie, co jest kłamstwem o tendencji antysemickiej,
obliczonym na złą informację. Długa jest lista - i zapewne
nie zamknięta - Polaków odznaczonych izraelskim medalem "Sprawiedliwy
między Narodami". Świadczy ona, że Żydzi w Izraelu doceniają
zasługi Polaków dla ratowania Żydów w Polsce podczas drugiej
wojny światowej. Co więcej - przy okazji nadania niedawno
tegoż medalu b. szefowi kierownictwa Walki Podziemnej Instytut
Yad Vashem rozstrzygający o nadaniu odznaczenia w uzasadnieniu
wskazał oficjalnie na zasługi polskiego państwa podziemnego
w tej sprawie. Uczeni żydowscy, tacy jak Philip Friedman,
przyczynili się istotnie do zbadania prawdy o udziale Polaków
w ratowaniu Żydów. Antypolonizmu wśród części Żydów na Zachodzie
nie można przypisywać całej zbiorowości - jak nie wolno całemu
narodowi polskiemu przypisywać antysemityzmu.
Trzeba jednak z bólem, lecz odważnie powiedzieć, że prawda
w tej sprawie nie wydaje się też tak prosta i jasna, jak
to nieraz bywa przedstawiane. Nie prześladowaniem i tropieniem
ukrywających się Żydów zawinili głównie Polacy, mimo że byli
wśród nas uprawiający taki proceder - lecz obojętnością.
To prawda, że trzeba było aż bohaterstwa, by Żydów ratować.
Znam ludzi schwytanych przez Niemców z bronią w ręku, którzy
jednak przeżyli w obozach koncentracyjnych - nie znam człowieka
ukrywającego Żyda, który by przeżył wpadkę - ani o takim
nie słyszałem. Co więcej: żołnierz AK wiedział, że jeśli
zostanie aresztowany, czekają go tortury, może aresztują
jego żonę, zapewne wkrótce rozstrzelają go; ale mógł liczyć,
że małe dzieci ocaleją. Kto ukrywał Żyda - i na to nie mógł
liczyć. Tej ceny nie płacili Francuzi czy Holendrzy - mimo
to ich sukcesy w ratowaniu Żydów nie wydają się zawrotne
- a winy Francuzów przy wydawaniu Żydów nawet znaczne. Wysiłek
społeczeństwa polskiego w dziedzinie ratowania Żydów był
duży, godny szacunku, opłacony sowicie krwią - i nie pozbawiony
sukcesów. Obok poszczególnych osób i rodzin ratujących swych
przyjaciół, a często przypadkowo obcych ludzi - działały
także instytucje jak Rada Pomocy Żydom, korzystająca z poparcia
i pomocy Podziemnego Państwa Polskiego. Stanowisko polskich
władz było w tej sprawie jasne. Sądzę jednak, że znaczna
część społeczeństwa była obojętna wobec zagłady Żydów - i
że winę za to ponosi m.in. panoszenie się antysemityzmu przed
wojną. Ba, konspiracyjna prasa skrajnej prawicy jest nadal
antysemicka w czasie wojny! Co więcej - czy naprawdę nie
słyszeliśmy w czasie okupacji zdania: "Po wojnie Hitlerowi
postawi się pomnik!"? Gdyby nie zatruwano narodu polskiego
przed wojną antysemityzmem - z pewnością mniej byłoby obojętnych.
Nie byłoby też może tych mętów, które w miasteczkach Mazowsza
zareagowały na wywożenie z gett ludzi, współobywateli - rabunkiem
i brutalnością (pisał o tym otwarcie - protestując i grożąc
represjami "Biuletyn Informacyjny", oficjalny
organ AK).
Historia antysemityzmu w Polsce na tym się nie kończy. Bezpośrednio
po wojnie krajem wstrząsnęła wiadomość o pogromie kieleckim.
Wiele wskazuje na to, że była to prowokacja NKWD i bezpieki.
Trzeba było opinii Zachodu przedstawić Polskę jako kraj w
gruncie rzeczy zhitlerzony, w którym tylko komuniści mogą
zaprowadzić porządek. Ale dowodów na to nie mamy w stu procentach,
gdyby zaś nawet znalazły się - pozostaje faktem, że tego
rodzaju prowokacje udać się mogą tylko wówczas, gdy padają
na glebę gotową je przyjąć.
Lata stalinowskie przyniosły stymulację antysemityzmu. Stało
się to, co było do przewidzenia przed wojną, jak to zwykle
bywa z mniejszościami nieterytorialnymi, podlegającymi różnym
dyskryminacjom, skrajna internacjonalistyczna lewica była
popularna wśród młodzieży i inteligencji żydowskiej - toteż
w aparacie nowej władzy, a szczególnie w aparacie ucisku
(nazywając po imieniu - w bezpiece) znalazło się niemało
Żydów lub ludzi żydowskiego pochodzenia. Kto wie, czy nie
towarzyszył temu zjawisku makiawelizm, płynący z Centrali
w Moskwie; mniejszości dobrze się do takiej roli nadają dzięki
swemu wyobcowaniu (por. krwawa rola Polaków, Żydów, Łotyszów
w CzeKa), a w razie czego dobrze nadają się i do roli kozła
ofiarnego
To zjawisko - udział znacznej części ocalałych Żydów polskich,
a również Polaków żydowskiego pochodzenia w bezpiece i...
w całym aparacie komunistycznej władzy - nałożyło się na
pamięć roku 1939, gdy znaczna część ludności żydowskiej Kresów
Wschodnich z demonstracyjną radością - krótkotrwałą - powitała
załamanie się Rzeczpospolitej i okupację. Nie wolno jednak
pamiętać tylko o tym, a zapominać np. o heroicznych aktach
lojalności przywódców Bundu, Altera i Ehrlicha, wobec Rzeczpospolitej
i o ich proteście wobec władz sowieckich. Przypłaciła to
życiem po niewielu latach - a więc nie weszli do Panteonu
pamięci polskiej.
Październik 1956 roku pokazał jednak - mimo odosobnionych
ekscesów - że motywacje antysemickie nie są tak silne, by
spowodować spontaniczne a groźne działania społeczne, choć
tlą się do dziś. Po kilku latach jednak podjęta została zorganizowana
próba wykorzystania tego motywu w walce politycznej. Grupa
idąca do władzy pod wodzą Mieczysława Moczara rzuciła zrazu
pół jawnie, w 1967 jawnie, a w 1968 z fanfarami i werblami
hasło antysemityzmu (pod pretekstowym i wprowadzającym w
błąd hasłem walki ze syjonizmem). Był to zresztą cały kompleks
chwytów propagandowych, które wstyd nazwać ideologią, lecz
w tej roli jednak użytych: "patriotyzm" podbijający
bębenka megalomanii narodowej ("my Polacy złote ptacy" -
jak w wyliczance dziecinnej), kurs na bezkrytyczny stosunek
do mitów narodowych, próba ich przywłaszczenia, apelowanie
do przeciętnej mentalności kombatanckiej, militaryzacja wyobraźni.
propaganda represywnego działania wymiaru sprawiedliwości,
ksenofobia skierowana m.in. przeciw naszym związkom z Zachodem
oraz poczuciu solidarności z Czechami i Słowakami. Pewne
sukcesy odniesiono, ale akurat nie w kampanii antysemickiej.
Były obawy, że ta bardziej poruszy społeczeństwo, które zareagowało
jednak ospale i ostrożnie, a w poważniejszej części niż można
się było spodziewać - niechętnie, nawet wrogo. Sam fakt,
że płynęło to z góry- skazywał akcję na mierne tylko powodzenie.
W gruncie rzeczy okazało się, że już tylko aparat i aktyw
partyjny (plus przybudówki tego typu co np. PAX, o tradycjach
oenerowskich) są zainteresowane tą sprawą, na tej samej zasadzie,
na której przed wojną drobnomieszczanin polski nienawidził
Żyda - konkurenta. Drobnomieszczanina zastąpił kołtun partyjny,
nienawidzący konkurenta do eksponowanego biurka - co w roku
1968 było jeszcze aktualne. Szczególnie młodzież w swej masie
przyjęła wrogo antysemityzm.
Wypchnięcie z Polski w 1968 roku tysięcy Żydów i Polaków
żydowskiego pochodzenia jest jedną z hańb w dziejach naszego
kraju. Policyjny antysemityzm sowiecki, szalejący w ZSRR
wówczas, gdy nic go jeszcze nie zapowiadało w PRL (m.in.
wymordowanie znacznej części inteligenci żydowskiej w ZSRR,
w tym prawie wszystkich pisarzy używających języka jidisz)
- został teraz przeszczepiony do nas. Nie bez racji po paru
miesiącach cała czołówka "marcowych" publicystów
partyjnych udekorowana została Złotymi Odznakami Towarzystwa
Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Obok niepowetowanych strat
moralnych, które ludzie ci i ich sojusznicy z aparatu spowodowali
- odnotować trzeba straty również przeliczalne: w exodusie
z Polski tych, co nerwowo nie wytrzymali - nie brak było
trudnych do zastąpienia fachowców.
Nie poczuwam się do wspólnej ojczyzny z marcowymi publicystami
i aparatczykami organizującymi w 1968 roku antysemicką nagonkę.
Wstydzę się za kombatantów ze ZBOWiD-u, którzy pozwolili,
by wykorzystano ich przeszłość do firmowania tej ohydy. Byli
wśród nich, niestety, moi towarzysze broni, różnych rang,
z AK.
Z różnymi odmianami ksenofobii idzie w parze megalomania
narodowa. "My Polacy złote ptacy". Jesteśmy niby
nieporównanie lepsi, mądrzejsi, bardziej utalentowani itd.
od wszystkich narodów świata, a w szczególności od tych,
którzy żyją bliżej nas. Już ksiądz Dębołęcki napisał na ten
temat stek bzdur na początku XVII wieku i tak to trwa i rozwija
się.
W beznadziejnej sytuacji międzynarodowej, po upadku Powstania
Listopadowego, rozkwitł polski mesjanizm. Najwięksi nasi
poeci i myśliciele zaangażowali się w tę ideę. Była w niej
autentyczna wielkość, uskrzydlona ich geniuszem. Myślę, że
odegrało to jakąś rolę w przetrwaniu klęsk, choć pytanie,
czy nie przyczyniało się do następnych. Ale spadek, który
do dziś przechował się w przeciętnej mentalności jako tako
wykształconego Polaka po tych romantycznych wzlotach jest
żałosny: poczucie jakiejś szczególnej wyższości tylko z tego
tytułu, że jest się Polakiem, poczucie wyższości często doprawionej
religijną egzaltacją. Może zresztą egzaltacja to za duże
słowo: to raczej karykatura egzaltacji, wyżywająca się w
narodowo-religijnej rekwizytorni.
Warto i należy zwrócić uwagę na splot wątków narodowych z
religijnymi w tej postawie (ma to zresztą tę dobrą stronę,
że patriotyczna tromtadracja partyjno-zbowidowska słabo dociera
do społeczeństwa). Co to znaczy "Polak-katolik",
o tym pisał obszernie, kompetentnie i celnie Bohdan Cywiński
w "Rodowodach niepokornych". Chciałbym tu zwrócić
mimo to uwagę na parę aspektów tej sprawy - bo dla odpowiedzi
na pytanie "patriotyzm - ale jaki?" mają one zasadnicze
znaczenie.
Hasło-twierdzenie o nierozłączności polskości i katolicyzmu
może mieć różne interpretacje. Rzuca się je przeważnie bez
bliższego sprecyzowania - i dzieje się to tak często, że
można dopatrzyć się w tym metody. Ponieważ slogan ten w najbardziej
narzucającej się interpretacji może znaczyć, że kto nie jest
katolikiem, nie jest pełnowartościowym, zupełnym Polakiem
(jeśli jest w ogóle Polakiem sensu stricto) - należałoby
za każdym razem, gdy się nim ktoś posłuży, wyraźnie zaznaczyć,
czy o to rozumienie go właśnie chodzi. Niedawno można było
przeczytać o nierozłączności polskości i katolicyzmu w artykule
księdza Sroki w gdańskim "Bratniaku". Autor, interpelowany
przeze mnie osobiście, odpowiedział, że został źle zrozumiany,
chodzi mianowicie o to, że katolicyzm wywarł tak wielki i
wielostronny wpływ na kulturę polską, tak w nią wrósł, że
kultura ta jako całość nie da się od katolicyzmu oderwać
bez utraty swej tożsamości. Jest to teza rozsądna i nikogo
nie powinna dotykać, choć też mogłaby być przedmiotem dyskusji,
można by np. spytać, wiedząc jak mocno prawosławie zdeterminowało
kulturę Rosji, czy gdyby odrodzenie religijne Rosji dokonało
się nieoczekiwanie przez połączenie ze Stolicą Piotrową -
nastąpiłaby nie poważna zmiana w narodzie rosyjskim, lecz
w ogóle utrata przezeń tożsamości narodowej? Czy - uogólniając
- katolicyzacja jakiegokolwiek narodu niechrześcijańskiego
musi spowodować jego wynarodowienie? Ale zostawmy tę dyskusję
na boku - bardziej mi chodzi o pierwszą interpretację polsko-katolickiego
hasła, dość powszechną, jak mi się zdaje, wszędzie tam, gdzie
spotykamy się jednocześnie z ksenofobią i megalomanią narodową,
a wciąż żywioną niesprecyzowanymi zdaniami, które tu rozważamy.
Sens pierwszy bowiem jest zarówno fałszem, jak i złą przysługą
wyrządzoną tradycji narodowej oraz dzisiejszemu stanowi poczucia
narodowego. Wyobcowuje bowiem z tradycji narodowej ogromne
i ważne jej obszary, a z dzisiejszego życia narodowego tych
ludzi, którzy do katolicyzmu się nie poczuwają.
Co w dziejach i tradycji polskiej jest niekatolickie? Pomijając
epizody, które mało wpłynęły na bieg naszych dziejów, jak
np. polski husytyzm - zacząć trzeba od polskiej tradycji
reformacji i protestantyzmu. Niemałe to w XVI i XVII wieku
tradycje, tradycje Mikołaja Reya i arian polskich, tradycje
współżycia różnych wyznań w tolerancji, przypieczętowane
aktem Konfederacji Warszawskiej. Nie brak protestantów wśród
naszych bohaterów narodowych (przykład: generał Sowiński),
nie brak pastorów wśród narodowych działaczy polskich. To
prawda, że Kościół katolicki odegrał wielką rolę w trwaniu
przy polskości, szczególnie pod zaborem pruskim i na dalekich
kresach pod zaborem rosyjskim. Ale na Śląsku Cieszyńskim
i na Mazurach polskość pielęgnowały zbory ewangelickie i
ich pastorzy. Ostatnim aktem heroicznej postawy narodowej
ewangelików polskich było męczeństwo nieugiętych pastorów
i działaczy w okresie okupacji hitlerowskiej. Symboliczne
jest tu nazwisko Bursche - ale nie jedyne. Wkład polskich
protestantów w kulturę polską i w walkę o byt narodowy jest
tak wielki, że wszelkie próby wyłączania ich z naszej polskiej
wspólnoty narodowej muszą budzić ostry sprzeciw.
Podobnie nie sposób zgodzić się na zanegowanie żywego bogatego
udziału w kulturze polskiej od czasów Oświecenia, a ze szczególną
intensywnością od okresu pozytywizmu, bezwyznaniowego nurtu
laickiego, często ateistycznego, niekiedy agnostycznego,
wśród nich większości bohaterów "Rodowodów niepokornych".
Bohdana Cywińskiego i ich kontynuatorów. Trudno wyobrazić
sobie kulturę polską ostatniego stulecia bez Edwarda Abramowskiego
i małżeństwa Dawidów, bez Wacława Nałkowskiego i Ignacego
Redlińskiego, bez Stefana Żeromskiego i Andrzeja Struga,
bez Stefana Czarnowskiego i Tadeusza Kotarbińskiego, bez
Edwarda Lipińskiego oraz Marii i Stanisława Ossowskich, bez
Antoniego Słonimskiego i Marii Dąbrowskiej, bez Leszka Kołakowskiego.
A są to nazwiska sygnały, reprezentujące tu często całe szkoły
i nurty myśli polskiej, setki nazwisk Polaków, którzy wnieśli
ogromny i niezatarty wkład w dorobek polskiej kultury.
Jedną z odmian ksenofobii jest kult "swojskości" przeciwstawiany "modom" płynącym
ze świata (głównie z Zachodu). Dziwaczność tej postawy polega
głównie na tym, że jej rzecznicy przeważnie głoszą zarazem
tezy o naszym związku z kulturą Zachodu. Dziwny związek,
który ma polegać na izolowaniu się. Wygląda na to, jakby
zwolennicy tej postawy uważali, że związki związkami - ale
już starczy tego dobrego.
Postawa to śmieszna i nonsensowna. Żadnej kulturze nie wyszła
jeszcze izolacja na dobre. Polacy doświadczyli tego na sobie
w znacznym stopniu. Od braci Czechów wzięliśmy chrześcijaństwo,
zaszczepione następnie przez Czechów, Niemców i innych ludzi
z Zachodu. Po naukę zaczęli Polacy jeździć do Paryża, Pragi,
na włoskie i niemieckie uniwersytety, zrazu cieniutkim strumyczkiem,
poszerzającym się stale z korzyścią dla naszej kultury. Zachodni
mentorzy, Niemcy i Francuzi, uczyli nas wznosić budowle romańskie,
a później gotyckie, zapełnione rzeźbami i obrazami, będącymi
dziełem cechowych artystów - Niemców. Obyczaj zachodnioeuropejskiego
rycerstwa przyjął się w Polsce. Sprowadzone z Zachodu zakony
krzewiły cywilizację i kulturę. Poczynając od końca XV wieku
zaczęliśmy czerpać pełnymi garściami z Włoch, przeżywających
Renesans, a potem z całej renesansowej Zachodniej Europy,
sprowadzając stamtąd artystów, pisarzy i uczonych. Cała elita
polska kształciła się na zachodnioeuropejskich uniwersytetach,
głównie we Włoszech i w Niemczech. Z Niemiec przyszła Reformacja,
która wzbogaciła polskie życie umysłowe. Z bliskiego Orientu
turecko-tatarskiego szlachta polska brała stroje, wyposażenie
wnętrz, broń (i niestety barbarzyński zwyczaj wbijania na
pal). W literaturze polskiej od XVI wieku widać gołym okiem
inspiracje płynące z Włoch, Niemiec, Francji, Hiszpanii.
Dopiero wiek XVIII przyniósł ze sobą osłabienie tych więzów
i osłabnięcie importu kultury, ze skutkiem dla Polski tragicznym.
Na szczęście już od połowy XVIII wieku więzy te znów się
wzmocniły, artyści polscy znów jeżdżą do Włoch po naukę,
światła część arystokracji - nie tylko po fraczek i perukę,
lecz i po myśl oświeceniową, która rozkwitła Komisją Edukacji
Narodowej i reformami Sejmu Wielkiego. I odtąd czerpiemy
nadal pełnymi garściami; z Zachodu przychodzi romantyzm i
pozytywizm, symbolizm i impresjonizm, ekspresjonizm i futuryzm.
Są to rzeczy znane i oczywiste - ale wciąż muszą być przypominane.
Kultura polska rozkwita zawsze w symbiozie z tymi podnietami,
a nie w opozycji do nich. Rzadko kiedy czerpaliśmy tak obficie,
jak w wieku XVI - z tak pięknym sukcesem dla kultury narodowej.
Mickiewicz jest cały przesiąknięty zachodnim romantyzmem
- i zarazem oryginalny, twórczy, niezwykły. I tak dalej.
Przerwanie tego rodzaju związków wpędzić nas może co najwyżej
w neosarmatyzm, podobny do sarmatyzmu epoki saskiej.
Boli nieraz, że znacznie więcej wzięliśmy, niż daliśmy. W
całości kultury europejskiej liczy się co prawda nie tylko
eksport, lecz sam fakt stworzenia oryginalnych wartości,
niemniej jednak chcielibyśmy w syntezie europejskiej brać
udział nie tylko przez sam fakt posiadania dla siebie bogatej
kultury. Z nielicznymi wyjątkami - nasze wpływy są tylko
regionalne. Wiele zawdzięczają im Ukraińcy, Białorusini,
Litwini - mało Francuzi, Anglicy, Niemcy, Włosi. W sytuacji
o ileż lepszej są Rosjanie - z Dostojewskim i Tołstojem,
staroruskim malarstwem cerkiewnym... Myślę, że bez megalomanii
narodowej można mniemać, że Europa dużo traci przez faktyczną
nieznajomość Mickiewicza, Słowackiego, Norwida. Zna natomiast
już stosunkowo nieźle Gombrowicza i Witkacego. To też jest
wskazówką, że oryginalne wartości artystyczne, mające szansę
przekraczania granic naszej kultury narodowej, powstają nadal
na rozstajnych drogach wiodących ze świata do nas - i w świat
z powrotem.
Myśli tu wyrażone nie są odkryciami, a wiele zagadnień tu
poruszonych wymagałoby z pewnością pogłębienia. Wyobrażam
sobie jednak, że dla dość licznej grupy czytelników będą
to myśli co najmniej kontrowersyjne, a częściowo nie do przyjęcia.
Dlatego właśnie powstał ten szkic, z myślą o tym, jak bardzo
rozpowszechnia się w Polsce ksenofobia i megalomania narodowa,
choć nie sądzę, by było to zawsze równoznaczne z ostrym szowinizmem.
W dodatku w różnych sprawach granice postaw zacierają się
poważnie, trochę na skutek doświadczeń historycznych, nie
sprzyjających rozkwitowi postaw chrześcijańskich w stosunkach
między narodami, trochę na skutek nawyków wychowania - tak
że w rezultacie i autor tych uwag łapie się niekiedy na tym,
że to co pisze uważa co prawda za słuszne, ale bynajmniej
nie może stwierdzić, by przyswoił sobie w zupełności, we
wszystkich punktach postawę, którą głosi, tak by kierowała
jego reakcjami emocjonalnymi bez potknięć. Tym potrzebniejsze
jest propagowanie tej postawy. Jestem przekonany, że jednym
z najistotniejszych zagadnień naszej teraźniejszości i przyszłości
jest wyzbycie się megalomanii narodowej i ksenofobii, a przynajmniej
ich stępienie do stanu niegroźnego dla dalszych losów narodu
polskiego. Jeśli to się nie stanie - byle agent, przebrawszy
się w ułańskie czako i zawiesiwszy ryngraf na piersi, poprowadzi
naród dokąd zechce, podbijając bębenka ,,dumy narodowej" i
manipulując fobiami; stracimy wszelkie szansę, nawet jeśli
się one otworzą, współdziałania z innymi, jak my uciskanymi
przez sowietyzm narodami - a tymczasem nie wolno nam czekać
na szczęśliwe zbiegi okoliczności, musimy zacząć pracować
nad zbudowaniem solidarności uciskanych; zamkniemy w rezultacie
sobie drogę do Zachodniej Europy, w której widzimy naszą
kolebkę kulturową - na zawsze; nie łudźmy się, że jeszcze
w tej Europie się znajdujemy; może trochę: wspomnieniami,
tęsknotami, pragnieniami. Z roku na rok pogrążamy się coraz
głębiej w sowietyzm, rozkładający nasz system wartości, więzi
społeczne, widzenie przez nas samych naszych tradycji narodowych.
Czasami wydaje się, jakbyśmy sami pchali się ku temu, tak
wyglądało w 1968 roku. Miejmy nadzieję jednak, że naród nasz
okaże się za mądry na tego rodzaju manipulacje.
Tekst przedrukowujemy za podziemnym wydawnictwem NOW-a, w którym ukazał się
w roku 1981
Jan Józef Lipski
|