E-mail

English





Długa historia niesprawiedliwości

Krzysztof Masloń

"Rozdarty naród" to opowieść o generale Sosabowskim i polskich spadochroniarzach

Rzeczpospolita, 3 wrzesnia 2006

ksiazki_a_6-1.F.jpg

Generał Stanisław Sosabowski i sprawca pozbawienia go dowództwa brygady - generał Frederick Browning
(c) WYDAWNICTWO ANDRZEJ FINDEISEN/ A.M.F. PLUS GROUP

16 września w Driel w Holandii, miejscu walk polskiej 1. Samodzielnej Brygady Spadochronowej, odsłonięty zostanie pomnik generała Stanisława Sosabowskiego. Powstał on ze składek weteranów brytyjskich wojsk, z inicjatywy sir Briana Urquharta, w 1944 roku oficera wywiadu odwołanego za ostrzeżenia o obecności niemieckich jednostek pancernych w okolicach Arnhem. To on wszczął kampanię na rzecz przywrócenia honoru polskiemu generałowi i jego brygadzie - kozłom ofiarnym klęski alianckiej operacji Market-Garden, największej akcji powietrznodesantowej w historii.

W głośnym filmie Richarda Attenborough przedstawiającym bitwę pod Arnhem "O jeden most za daleko" w rolę Urquharta wcielił się Sean Connery, Sosabowskim był Gene Hackman, a generała Browninga, bezpośrednio winnego krzywdy, jaka spotkała polskich żołnierzy, zagrał Dick Bogarde.
"W długiej historii niesprawiedliwości nikt nie został potraktowany bardziej niesprawiedliwie niż generał Stanisław Sosabowski" - pisze Norman Davies w przedmowie do "Rozdartego narodu" George'a F. Cholewczynskiego, amerykańskiego autora polskiego pochodzenia. Polska edycja tej książki zaplanowana została na czas uroczystości, jakie odbędą się za kilkanaście dni w Holandii.

Kamień milowy

George F. Cholewczynski urodził się po wojnie, w 1951 roku w New Jersey. Do miana eksperta w dziedzinie wojen powietrznodesantowych doszedł po latach archiwistycznej, bibliotekarskiej pracy urozmaicanej zbieractwem i malowaniem... żołnierzyków. Jest hobbystą, który w dzieciństwie - jak wspomina - ubolewał, że tak trudno mu było nabyć miniaturowe figurki żołnierzy polskich, podczas gdy w niemieckich mógł przebierać. Nic dziwnego, że spróbował sam wykonywać dokładne modele polskich żołnierzy, a niezbędne informacje zdobywał, korespondując z członkami Instytutu Polskiego i Muzeum Sikorskiego w Londynie. Zaczął regularnie jeździć do Anglii, gdzie spotykał się z weteranami bitwy pod Arnhem, przeprowadzając z nimi obszerne wywiady, jak również odwiedzać Holandię, gdzie znów przebadał każdy chyba metr pola zmagań walczących tam (i ginących - brygada Sosabowskiego miała 25 proc. strat) polskich żołnierzy.

W 1989 roku wydał w Holandii książkę "De Polen van Driel", a cztery lata później w Stanach Zjednoczonych "Poles Apart: The Polish Airborne at the Battle of Arnhem". Teraz ta druga książka trafia do polskich czytelników w przekładzie Macieja Antosiewicza.

Jej wydanie po polsku to - zdaniem Normana Daviesa - kolejny kamień milowy pozwalający Polakom, najbardziej zainteresowanym tą problematyką, ostatecznie rozstrzygnąć, czy Polska została zdradzona.

 

Szarża lekkiej brygady

O jaką zdradę chodzi świetnemu historykowi? Otóż, trzeba sobie jasno odpowiedzieć na pytanie, czy na przełomie 1944 i 1945 roku tylko Związek Radziecki nie chciał przywrócenia Polsce niepodległości? Czy były też gotowe do tego mocarstwa zachodnie? "Osobiście - powiada Davies - nie używam słowa "zdrada", chociaż haniebne potraktowanie Polski nie ulega wątpliwości. Zdrada implikuje działanie w złej wierze. A moim zdaniem nie da się ująć zamierzeń aliantów w taką prostą formułę. Oprócz złej woli odegrała tu swoją rolę słaba koordynacja, niedoinformowanie, samozadowolenie, dezorientacja i zwykła nieudolność".

Tak czy inaczej "przypadek Sosabowskiego" jest więcej niż znamienny. Znów oddam głos Daviesowi: "Brytyjska opinia publiczna szybko zapomniała o Arnhem. Postrzegano je jako szlachetną klęskę w rodzaju szarży lekkiej brygady podczas wojny krymskiej. A jej konsekwencje wkrótce straciły znaczenie wobec zakończenia wojny w Europie.

Mimo to, gdyby znano prawdę, konsekwencje klęski pod Arnhem okazałyby się poważne. Niemiecka obrona na Zachodzie została wzmocniona. Wehrmacht odzyskał bojowego ducha. Holandię czekała mroźna i głodna zima. Wojska alianckie nie zdołały przekroczyć Renu przez następnych sześć miesięcy. Stalin miał czas, by bez przeszkód zająć Europę Wschodnią. Nadzieje na "zwycięstwo przed Bożym Narodzeniem" rozwiały się, podobnie jak koncepcja zsynchronizowanego uderzenia na Niemcy ze wschodu i z zachodu. Berlin zdobywała tylko Armia Czerwona"

 

O jeden most za daleko

Przypomnę, o co chodziło w bitwie o Arnhem. Najkrócej: wojska alianckie (trzy dywizje plus spadochroniarze Sosabowskiego) miały przejąć i utrzymać mosty w Holandii, żeby umożliwić pancerniakom atak lądem w sam środek Niemiec. Zamiar się nie powiódł. Alianci ponieśli klęskę, udało im się stworzyć jedynie wiodący donikąd stukilometrowy korytarz. Niemiecki opór okazał się daleko silniejszy, niż tego się spodziewano, i jak celnie powiedział gen. Browning, główny autor czarnej legendy Sosabowskiego, cała operacja to był "o jeden most za daleko".

Marszałek Montgomery, chodzący w sławie po Al-Alamajn, uznał mimo wszystko, że operacja zakończyła się 90-procentowym sukcesem, natomiast "Polacy spisywali się słabo". Konsekwencją tej oceny stał się poufny raport gen. Browninga do brytyjskiego Sztabu Korpusu Powietrznodesantowego postulujący usunięcie Sosabowskiego ze stanowiska dowódcy polskiej 1. Samodzielnej Brygady Spadochronowej. Sugestia ta trafiła na podatny grunt. Polski generał, we wrześniu 1939 r. dowódca legendarnego Pułku Dzieci Warszawy, zakończył wojnę, dowodząc jednostkami wartowniczymi, podobnie jak jego elitarna jednostka bojowa, która w 1945 roku pilnowała mostów na rzekach Waal i Moza.
Sosabowskiemu nie przyznano renty wojskowej, przez lata pracował jako magazynier, dźwigał ciężkie zwoje drutu. Do Polski wrócić nie mógł, komunistyczne władze pozbawiły go obywatelstwa. Jedno, co mu się udało, to połączyć rodzinę - do Anglii przybyli jego żona i syn, oficer Armii Krajowej, ociemniały po ranie z powstania warszawskiego.

Noszący to samo imię co ojciec dr Stanisław Sosabowski przed dziesięciu laty wspominał w Anglii, jak 18 września 1944 roku powstańcy z nadzieją wpatrywali się w niebo nad Warszawą: "Pomimo nieprzyjacielskiego ostrzału ludzie wybiegli na ulice, krzycząc z radości: "Przybywają! Nasi spadochroniarze przybywają!" Potem przyszło wielkie rozczarowanie, kiedy zdaliśmy sobie sprawę, że to tylko ogromna dostawa broni i zaopatrzenia, w większości, niestety, zrzucona nad częścią miasta zajętą przez Niemców! (...) Nasze nadzieje, iż kiedykolwiek ujrzymy brygadę przybywającą na odsiecz miastu, rozwiały się ostatecznie, gdy otrzymaliśmy wiadomość o operacji Market-Garden. Wbrew obietnicom alianckiego naczelnego dowództwa polska brygada spadochronowa nie została wysłana do Polski, tylko wraz z brytyjskimi i amerykańskimi towarzyszami broni zrzucona w Holandii".

Mieszkańcy Driel zachowali dobrą pamięć o tych, którzy ich wyzwalali, polskich żołnierzach z emblematami srebrnego pikującego orła. Dobrze też pamiętają, jak Niemcy ich ukarali za nazbyt entuzjastyczne powitanie aliantów, a i nie zapomnieli Amerykanów, którzy ostatecznie wypędzili hitlerowców z Driel, z tym że ich bazooki "okazały się lepsze do otwierania sejfów - choćby w kościele katolickim i w należącej do Baltusenów przetwórni owoców - niż do niszczenia czołgów".

 

Pośmiertne uznanie

Co Browning miał do zarzucania Sosabowskiemu? W jego raporcie można było przeczytać: "... dał się poznać jako człowiek, z którym współpracuje się niezwykle trudno (...) podnosi on obiekcje i stwarza trudności (...) choć jest niewątpliwie zdolnym żołnierzem, nie potrafi się znaleźć na stanowisku dowódcy brygady spadochronowej, które wymaga osobistego i bezpośredniego dowodzenia batalionami". Trzy strony podobnego bełkotu!

W istocie gen. Stanisław Sosabowski był człowiekiem niełatwym, bardzo wymagającym, ale od siebie również, szorstkim w obyciu, ambitnym. Wystarczyło tego, by popaść w konflikt z dowódcą brytyjskim. A gdy jeszcze wytykał sztabowcom, że źle zaplanowali operację, że zrzutów dokonali nie tam, gdzie było trzeba, że zlekceważyli poważne siły niemieckie...

Generał umarł w biedzie w 1967 roku. Dwa tygodnie po śmierci jego prochy zostały przywiezione do Polski. Spoczął w rodzinnym grobie na Powązkach, tym samym cmentarzu, na którym dwa lata wcześniej odsłonięto pomnik z nazwiskami wszystkich spadochroniarzy i cichociemnych, którzy zginęli za ojczyznę w latach 1941 - 1945. Bardzo długo był to jedyny pomnik za żelazną kurtyną wystawiony żołnierzom walczącym na Zachodzie.

A trzy miesiące temu, 31 maja 2006 roku, królowa holenderska Beatrix udekorowała 1. Samodzielną Brygadę Spadochronową najwyższym odznaczeniem państwowym, Orderem Wojennym Wilhelma I, a generała Sosabowskiego, pośmiertnie, Medalem Brązowego Lwa.

 

KRZYSZTOF MASŁOŃ

George F. Cholewczynski Rozdarty naród. Polska Brygada Spadochronowa w bitwie pod Arnhem. Przełożył Maciej Antosiewicz. Wydawnictwo Andrzej Findeisen/ A. M. F. Plus Group sp. z o. o., Warszawa 2006