|
TAK BYŁO. Z profesorem Władysławem Bartoszewskim
rozmawia Michał Komar
Jak nie zostałem prezydentem
Gazeta Wyborcza, 15 września
Cudem ocalony z Auschwitz, powstaniec
warszawski, Polak ratujący Żydów, więzień PRL, szef dyplomacji
w III RP, znakomity uczony. Profesor Władysław Bartoszewski
opowiada Michałowi Komarowi o swoim niezwykłym, pełnym dramatycznych
wydarzeń życiu. Z wywiadu rzeki, który na rynku ukaże się
w końcu września, wybraliśmy fragment dotyczący lat 80.,
czasów niosących zapowiedź wielkiego przewrotu. Profesor
Bartoszewski był wówczas (od 1983 r.) wykładowcą uniwersytetów
w Monachium, Eichstätt i Augsburgu.

|
Kanclerz Helmut Kohl z żoną i minister Władysław
Bartoszewski pod bramą Auschwitz, lipiec 1995
(c) FORUM/REUTERS |

|
Władysław Bartoszewski
(c) JACEK DOMIŃSKI |
Władysław Bartoszewski: Nagle otrzymuję zaproszenie od rektora
Katolickiego Uniwersytetu Eichstätt Nicolausa von Lobkowitza,
mam objąć profesurę gościnną na Wydziale Historii i Nauk
Społecznych. Jedyny uniwersytet katolicki w Niemczech. Eichstätt
- sławne relikwiami św. Walpurgii i św. Willibalda - jest
małym miastem, liczy około dwunastu tysięcy mieszkańców,
z których dwa tysiące pracuje w diecezji, dwa tysiące na
uniwersytecie, reszta w usługach. Bawarczycy mówią z dumą,
że to bawarska Florencja, i chyba coś w tym jest... Piękna
architektura w pięknym krajobrazie, mnóstwo młodzieży. W
tym komfortowym oddaleniu od świata prowadziłem zajęcia ze
studentami, przygotowując jednocześnie książkę "Aus
der Geschichte lernen?...", która ukazała się we wrześniu
1986 roku z przedmową Stanisława Lema nakładem Deutscher
Taschenbuch Verlag. Kilka miesięcy wcześniej telefon z Londynu.
Dzwoni Lidia Ciołkoszowa: - Panie Władysławie, mam delikatną
sprawę... Otóż pan prezydent Raczyński rozważa odznaczenie
pana orderem Polonia Restituta, ale że pan jest obywatelem
PRL, to jeśli dobrze rozumiem, powinniśmy tę sprawę utrzymać
w dyskrecji... - Pani Lidio, to pewnie pod pani wpływem...
- Ja tylko wyraziłam moje poparcie... Mówię: - W takim razie
bardzo proszę o nadanie tej sprawie stosownego rozgłosu.
Pani Lidia zdziwiła się. A ja mówię: - Jak już, to już! I
9 stycznia 1986 roku otrzymałem od prezydenta RP Edwarda
Raczyńskiego Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia
Polski.
Michał Komar: "Za całokształt działalności w służbie
Polsce w czasie wojny i po wojnie, a w szczególności za opracowania
historyczne i za działalność w sprawach polsko-żydowskich"...
Tak. Na uroczystości, która odbyła
się "na Zamku",
byli dziennikarze brytyjscy, był Eugeniusz Smolar z Polskiej
Sekcji BBC i wysłannicy Radia Wolna Europa, tak jak prosiłem.
Bez dyskrecji. Z rozgłosem.
A co z prezydenturą?
No dobrze, opowiem. Po raz wtóry doszło
do rozmowy na ten temat (poprzednia odbyła się zimą 1981
r. - red.) w Boże Narodzenie 1982 roku. Pojechaliśmy do Londynu
z wizytą do syna. Państwo Raczyńscy zaprosili nas na drugi
dzień świąt. I sytuacja się powtarza. Pan prezydent przeprasza
moją żonę i Anielę, prowadzi mnie do sąsiedniego pokoju.
- Panie Władysławie, sytuacja się zmieniła. W Polsce pan
już nie ma nic do roboty, najwyżej wsadzą pana do więzienia,
a to nie byłoby dobre rozwiązanie. Moja kadencja kończy się
w 1986 roku... Niech pan wyrazi zgodę. Pan Sabbat wie o wszystkim,
popiera. Znów odmówiłem. Minęło pięć lat. 1987 rok, Wielkanoc,
Londyn. Prezydentem jest od niedawna Kazimierz Sabbat. Jesteśmy
u niego na świątecznym przyjęciu. I znów ta sama sytuacja
co z Edwardem Raczyńskim. Pan Sabbat zaprasza mnie do sąsiedniego
pokoju. - Panie Władysławie, chciałbym powrócić do tematu...
Kadencja prezydencka trwa siedem lat. Niech pan pozwoli,
że postąpię zgodnie z intencjami prezydenta Raczyńskiego
i wpiszę pana jako mojego następcę... Ja mówię: - Panie prezydencie,
drogi panie Kazimierzu, przecież za siedem lat ja będę miał
przekroczoną siedemdziesiątkę... - To nie szkodzi - odpowiada
Sabbat. - I mam być na utrzymaniu Rzeczypospolitej? - To
chyba normalne... - odrzekł. Po jakimś czasie powiedziałem
mu, że cenię sobie jego życzliwość, zaufanie, dziękuję, uściskałem
go i na tym koniec.
Ale pan mówił, że do pięciu razy sztuka...
A, to już tylko anegdoty... Pod koniec
1994 roku, a może na początku 1995 roku, jestem w Wiedniu,
nagle telefon z Warszawy, ktoś ze środowiska Unii Demokratycznej
zadaje mi głupie pytanie, czy nie wyraziłbym chęci kandydowania
w najbliższych wyborach prezydenckich.
Pytanie wcale nie takie głupie...
Może i nie, ale głupio zadane, bo
ja wtedy byłem ambasadorem w służbie Rzeczypospolitej i nie
mogłem wystąpić jako konkurent mego zwierzchnika, prezydenta
Lecha Wałęsy... Tymczasem w marcu 1995 roku zostaję ministrem
spraw zagranicznych w gabinecie Józefa Oleksego. A kalendarz
polityczny tego roku był bardzo bogaty. 22 kwietnia lecę
do USA, by odbyć rozmowy z wiceprezydentem Alem Gore'em,
sekretarzem stanu Warrenem Christopherem i przywódcą opozycji
senatorem Robertem Dole'em. 28 kwietnia wygłaszam przemówienie
na specjalnej sesji Bundestagu i Bundesratu z okazji 50.
rocznicy zakończenia drugiej wojny światowej. 6 maja przylatuję
do Londynu, by reprezentować prezydenta RP, 9 maja jestem
jedynym gościem honorowym na uroczystej sesji Knesetu w Jerozolimie,
pod koniec maja wizyta u prezydenta Vaclava Havla, w czerwcu
wizyta Klausa Kinkela, ministra spraw zagranicznych RFN,
w lipcu towarzyszę kanclerzowi Kohlowi w czasie jego wizyt
w obozie Auschwitz-Birkenau i w Krakowie... Moje nazwisko
zaczyna się pojawiać na wysokich pozycjach w rankingach popularności.
I wtedy dochodzi do dziwnej rozmowy z premierem Oleksym,
który gryząc surową marchewkę, zaczyna mnie podpytywać, czy
nie zamierzam zgłosić swej kandydatury, bo jego zdaniem mam
duże szanse, nie powinienem tego lekceważyć. Na co ja zwracam
mu uwagę, że z pewnością pojawi się jakiś poważny kandydat
lewicy. Premier Oleksy dalej gryzie marchewkę: - Lewica nie
ma żadnego dojrzałego polityka. Ja: - A ja słyszałem plotkę,
że pan Aleksander Kwaśniewski... - On się nie nadaje - oświadczył
Oleksy. - Może za jakiś czas, ale jeszcze nie teraz... Potem
znów zacząłem otrzymywać propozycje kandydowania i znów odmawiałem.
Dlaczego?
Gdyby Lech Wałęsa zrezygnował z ponownego
kandydowania i wyraźnie opowiedział się za mną, to co innego...
Ja byłem zobowiązany do lojalności wobec prezydenta Rzeczypospolitej,
który powołał mnie na ministra spraw zagranicznych. Przecież
to proste.
Cofnijmy się do 1986 roku. Został
pan laureatem Nagrody Pokojowej Księgarzy Niemieckich. W
mediach krajowych sprawa została przemilczana wedle zasady,
która i dziś jest nierzadko stosowana, że jak o jakimś wydarzeniu
nie powiedzieli w telewizji albo nie napisali w prasie, to
wydarzenia nie było...
Informacja o nagrodzie w "Tygodniku Powszechnym" została
rutynowo zdjęta przez cenzurę...
Sprawię sobie teraz przyjemność i
wyliczę niektórych laureatów Nagrody Pokojowej Księgarzy
Niemieckich, pana poprzedników: w 1958 roku - Karl Jaspers,
w 1962 - Paul Tillich, w 1964 - Gabriel Marcel, w 1972 -
pośmiertnie Janusz Korczak, w 1974 - brat Roger z Taize,
w 1976 - Max Frisch, w 1977 - Leszek Kołakowski, w 1982 -
George F. Kennan, w 1984 - Octavio Paz, w 1985 - Teddy Kollek...
Był pan zaskoczony?
Byłem bardzo przejęty. Bardzo.
Nagrodę wręczono panu 5 października
1986 roku podczas Międzynarodowych Targów Książki we Frankfurcie
nad Menem, w obecności prezydenta RFN Richarda von Weizsäckera.
Laudację wygłosił profesor Hans Maier, minister kultury Bawarii: "Bartoszewski
nie jest konformistą. Zawzięcie walczy o swoje poglądy. Kocha
spory i doprowadzanie do ich rozwiązania. Utarte hasła prowokują
go do sprzeciwu. Zbyt beztroskich zwolenników pokoju sprowadza
na ziemię twardym realizmem. Dla niego nie liczy się dobra
wola, lecz czynienie dobra. Nie wierzy również, że okrucieństwo
zaczyna się i kończy na płaszczyźnie partyjnej, państwowej
czy narodowej: walka przeciw niemu jest prowadzona w sercach.
Twierdzi: "Nie ma życia za wszelką cenę". Pokój
powinien powstać z odwagi cywilnej. Z Hitlerem i Stalinem
nie można i nie wolno było zawierać pokoju. Istnieją sytuacje,
w których należy przeciwstawiać się powszechnemu prądowi.
I trzeba pamiętać: zawsze niewielu jest takich, którzy mają
na to siłę [...]. Tak często poszukujemy wzorów. On jest
jednym z nich". Co pan czuł, słysząc te słowa?
Że płyną z uczucia przyjaźni.
Ale co pan czuł?
Pewnie dumę... Chce pan wiedzieć,
czy bywam próżny? Odczuwam radość z odwzajemnionego zrozumienia
i wtedy wiem, że zostałem jakoś wyróżniony, wywyższony...
Nagrodę otrzymałem w momencie szczególnym. W Niemczech, w
całej Europie Zachodniej trwała dobra koniunktura dla Polski.
Jan Paweł II w Watykanie. We wszystkich księgarniach tomy
Czesława Miłosza. Lech Wałęsa laureatem Pokojowej Nagrody
Nobla. A jeśli o mnie idzie? Przed wyjazdem z Polski w 1989
roku odbyłem kilkugodzinne spotkanie w Laskach z Tadeuszem
Mazowieckim i Bronisławem Geremkiem. Ustaliliśmy sposoby
informowania przeze mnie zachodniej opinii publicznej o sprawach
polskich. Dzięki nagrodzie, która nazywana jest pół-Noblem,
uzyskałem łatwiejszy dostęp do środowisk politycznych i medialnych.
Coraz częściej zapraszano mnie jako komentatora do niemieckich
stacji radiowych i telewizyjnych. Jak pan wie, od wielu lat
utrzymywałem bliskie kontakty z episkopatem Niemiec i świeckimi
działaczami katolickimi. Teraz okazało się, że Bartoszewski
cieszy się sympatią i zaufaniem Partii Wolnych Demokratów,
Zielonych, SPD. I tak się ułożyło, że zacząłem się spotykać
nieoficjalnie z prezydentem von Weizsäckerem, z czołowymi
deputowanymi do Bundestagu, z redaktorami wpływowych gazet,
od "Die Zeit" po "Süddeutsche
Zeitung", z moderatorami telewizyjnymi... Tymczasem
z Polski przychodzą pierwsze informacje o Okrągłym Stole.
Rzecz niezwykła. Bez precedensu. Dziennik "Die Welt" zaprasza
mnie do współpracy. Moje teksty dotyczące obrad Okrągłego
Stołu, wyborów czerwcowych, sprawy Katynia, stosunków polsko-niemieckich
i polsko-rosyjskich są często cytowane w mediach niemieckiego
obszaru językowego. Niesłychane przyśpieszenie! Latem 1989
roku przyjeżdża do Niemiec Lech Wałęsa. Jest gościem centrali
związków zawodowych, ale strona niemiecka zadbała, aby nadać
wizycie przywódcy "Solidarności", laureata Nagrody
Nobla stosowną wagę i oprawę, co wymagało znacznej delikatności
protokolarnej. Wałęsa spotyka się zatem z kierownictwem związków
zawodowych, to oczywiste, ale przewidziane są też, jak słyszę,
spotkania polityczne. I nagle prezydent Weizsäcker zaprasza
mnie do swej willi w Bonn, abym wziął udział w jego spotkaniu
z Wałęsą.
Czy strona polska wiedziała o tym
zaproszeniu?
Nie wiem. Chyba nie, bo w czasie powitania...
To wyglądało tak: w progu willi prezydent von Weizsäcker
witał Wałęsę, za którymstał Ernst Breit, socjaldemokrata,
przewodniczący centrali związków zawodowych, ja stałem za
prezydentem, i była jeszcze tłumaczka. Von Weizsäcker zagarnia
mnie ręką, abym postąpił krok do przodu, Wałęsa widzi mnie
i woła zdziwiony: - Panie Bartoszewski, a co pan tu robisz?
Odpowiedziałem: - Panie przewodniczący, prezydent von Weizsäcker
poprosił mnie, abym był w czasie rozmowy z panem, jeśli nie
ma pan nic przeciw temu... - Ależ skąd! - odpowiedział. No
i zaczęła się rozmowa, w czasie której zauważyłem narastające
zainteresowanie von Weizsäckera słowami Wałęsy. Spotkanie
było zaplanowane na pół godziny. Wałęsa dosyć optymistycznie
widział przyszłość Europy, a wiedziony trafnym instynktem
akcentował potrzebę przezwyciężenia przeszłości w stosunkach
polsko-niemieckich jako warunku rozwoju demokracji w Polsce
i w NRD. Globalne spojrzenie na przemiany w Europie, które
niewątpliwie odpowiadało niemieckim oczekiwaniom. Dobra rozmowa,
w czasie której żywiołowość Wałęsy, jego znana niechęć do
dyplomatycznych sformułowań wywoływała dyskretny półuśmiech
na twarzy von Weizsäckera. Po godzinie Wałęsa odjechał. Zapytałem
von Weizsäckera, co sądzi o spotkaniu. Odpowiedział: - Był
pan świadkiem. Obie strony powinny być zadowolone. A potem
dodał: - A wie pan, Wałęsa to jest zjawisko natury!... Zapamiętałem
te słowa, bo zawierały i dystans, i szacunek, i podziw, i
zdumienie wytrawnego polityka i intelektualisty działaczem
robotniczym, który z wielką pewnością siebie zapowiadał czas
wielkiego przewrotu. Spotkanie ludzi tak odmiennych, a przy
tym dobrze się rozumiejących było dla mnie - obserwatora
- niezwykle interesujące. Jednocześnie uprzytomniłem sobie,
że na moich oczach zarysowany zostaje horyzont, za którym
mogą nastąpić konkretne decyzje, takie jak ułatwienia w sprawie
polskich długów, ulgi handlowe, czyli to wszystko, co zmieni
na lepsze pozycję naszego kraju. A przypominam, że stało
się to przed historyczną wizytą Helmuta Kohla w Polsce, przed
upadkiem muru berlińskiego. Wieczorem tego samego dnia siedziałem
przy stole z Wałęsą i Willym Brandtem...
W sierpniu 1989 roku Centralny Komitet
Katolików Niemieckich opublikował wspólny list intelektualistów
chrześcijańskich z Polski i Niemiec, w tym pana i Tadeusza
Mazowieckiego, z okazji 50.rocznicy wybuchu drugiej wojny
światowej.
Ten list odwoływał się do wydarzeń
historycznych, ale w gruncie rzeczy był gruntowną, merytoryczną
zapowiedzią późniejszych układów polsko-niemieckich. Proszę
pamiętać, że wczesną jesienią miały miejsce intensywne rozmowy
przygotowujące wizytę Kohla w Polsce. Z upoważnienia Tadeusza
Mazowieckiego prowadził je Mieczysław Pszon, z którym co
wieczór spędzałem po parę godzin. Jednocześnie zostałem poproszony
przez stronę niemiecką o przejrzenie tekstów przemówień przygotowanych
dla kanclerza z okazji jego podróży do Polski. Poczyniłem
swoje uwagi, za co już po jego powrocie do Niemiec otrzymałem
odeń publikację z odręczną serdeczną dedykacją i podziękowaniem
za pomoc. To jedna z perełek w moich zbiorach dotyczących
stosunków polsko-niemieckich.
Głośne było pana wystąpienie w telewizji
WDR wieczorem 31 sierpnia 1989 roku.
To był program prowadzony przez Fritza
Pleitgena, socjaldemokratę, znakomitego komentatora, który
obecnie jest intendentem WDR. Otóż Pleitgen przygotował godzinny
program związany z rocznicą wybuchu drugiej wojny światowej,
do którego zaprosił Willy'ego Brandta, ten zaś z kolei zażyczył
sobie, abym to ja był jego rozmówcą. Rzecz była nadawana
na żywo, z udziałem korespondentów zagranicznych, były telefony
od widzów, ja wdałem się w polemikę z włączającymi się Rosjanami,
którzy twierdzili, że winę za Katyń ponoszą Niemcy. Brandt
milczał, ja zaś robiłem swoje.
Nie dał pan sobie przerwać?
Nie dałem. Miałem rację, więc nie
dałem... A że Brandt w tej akurat sprawie milczał, to trzeba
uszanować... Wie pan, to paradoks historyczny, że nie ten
szlachetny emigrant polityczny, żołnierz norweskiego ruchu
oporu, trochę marzyciel zjednoczył Niemcy, ale brutalnie
odważny Helmut Kohl. Brandt chciał dobrze, ale Kohl umiał
przekuć wizję w czyn, siłą i podstępem. I to dzięki niemu
doszło do zjednoczenia Niemiec, do formalnoprawnego uznania
granicy na Odrze i Nysie. To Kohl przez swoje umiejętności
i wpływy w Bundestagu doprowadził do zgody Bundestagu, zgody
na poziomie ponad osiemdziesięciu procent głosów, na wejście
Polski do NATO...
Dzień później, a więc 1 września 1989
roku, byłem osobistym gościem kanclerza Helmuta Kohla na
uroczystej sesji Bundestagu poświęconej rocznicy wybuchu
drugiej wojny światowej. Powitany imiennie, siedziałem tuż
za prezydentem von Weizsäckerem, co zostało uznane przez
ludzi ze środowisk politycznych i medialnych za fakt znaczący...
Był znaczący.
Zacząłem to sobie uświadamiać... Na
naukę nigdy nie jest za późno.
Michał Komar
Fragmenty książki Michała Komara "Władysław Bartoszewski.
Wywiad rzeka", która ukaże się nakładem Świata Książki
|