|
Medal Sw. Jerzego 2006
Ks. Adam Boniecki
Redaktor naczelny "Tygodnika Powszechnego"
2006-10-01
Laudacja dla Leszka Kołakowskiego, wygłoszona z okazji przyznania filozofowi medalu im. św. Jerzego

Fot. Tomasz Wiech / AG
Leszek Kołakowski i Anna Dymna otrzymali w piątek w Krakowie medale św. Jerzego. Anna Dymna mówiła: - Odbieram ten medal swoimi rękami, ale to nie ja go dostaję, bo samemu niczego takiego nie da się zrobić. Ja nie walczę z żadnymi smokami, ja staram się je oswajać. Wokół mnie są ludzie, od których nauczyłam się radości, nauczyłam się, że warto, nawet jak człowiek płacze po nocach z bezsilności, bo potwory szaleją. Moi niepełnosprawni przyjaciele uczą mnie czegoś, czego nie da się nigdzie wyczytać: jak bardzo sobie jesteśmy potrzebni
Tegoroczny Laureat Medalu pochodzi z Radomia. To jest ważne, bo już przed laty wybitny lekarz, w Ameryce mieszkający, przyjaciel dzisiejszego Laureata, słusznie twierdził, że najmądrzejsi ludzie są z Radomia. Zbyteczne dodawać, że on sam (wybitny lekarz) jest z Radomia, a zupełnie zbyteczne, że dom mojego dzieciństwa znajdował się zaledwie kilkanaście kilometrów od Radomia.
Nie wystarczy jednak być z Radomia. Medal przyznany Profesorowi za mądrość, jest medalem za skuteczną walkę z głupotą. Głupota, jako głowa smoka, jest szczególnie trudna do odcięcia, bo wciąż się zmienia wyraz jego mordy i głowa wciąż się rusza, jedno i drugie utrudnia trafienie.
Godził niegdyś Pan Profesor swoją włócznią w (cytuję) "pewną tradycję polską, której nie lubił, tradycję klerykalno-bigoteryjno-nacjonalistyczną, antysemicką, endecką" w całą tę zbitkę, która wydawała mu się złowroga kulturalnie, a odpychała go osobiście. Oczywiście obrywało się przy okazji Kościołowi. Potem, choć tej tradycji nadal nie lubi, uznał, że tamte ataki, w ówczesnej sytuacji kulturalnej, miały sens niedobry.
Przyznaje jednak, że przy okazji tamtych zapasów różnych rzeczy się nauczył. Myślę, że nie tylko Pan Profesor. Także dla ludzi Kościoła (w każdym razie dla mnie) była to dobra lekcja konfrontacji z serią ważnych zarzutów i pytań. Bo z pewnością byli i tacy, którzy - owszem, czytając Kołakowskiego, cierpieli, ale i zadawali sobie pytanie: a może on jednak ma trochę racji?
Strategicznym błędem tamtego etapu walki ze smokiem głupoty, bezmyślności, zakłamania było złudzenie, że walcząc z jedna twarzą smoka, oswoi inne jego oblicze. Próbował, przeprowadzając rewizję marksizmu, "wydostać go (marksizm) z obręczy stalinizmu, przywrócić mu wartość intelektualną, szacunek dla prawdy, szacunek dla wartości demokratycznych". Tak zaczęła się walka, która ostatecznie się przyczyniła do rozkładu panującej ideologii. Konkluzją "Historii marksizmu" jest stwierdzenie, że "chociaż Marks całkiem inaczej to sobie wyobrażał, komunizm zgodnie z jego założeniami nie może być niczym innym jak niewolnictwem".
Wkład dzisiejszego Laureata w walkę ze smokiem "jedynie słusznej ideologii" ma wymiar światowy. Cios wymierzony przez Profesora temu smokowi był śmiertelny. Osobliwością zaś wydarzenia było to, że, cytuję z pamięci, kiedy trupa niesiono, żeby go pogrzebać, trup śpiewał pieśń pochwalną o sobie samym.
Lecz obcięte głowy smoka odrastają. Profesor Kołakowski nie ma złudzeń i ostrzega przed odrostami totalitaryzmu: "Wola totalitarna nadal działa, nawet jeżeli jest prawdą, że nie może być realizowana w takich rozmiarach, w takiej formie, w jakiej to było kiedyś".
Ostrzega, że i w społeczeństwach demokratycznych niebezpieczny potencjał istnieje w samych funkcjach państwa. Z jednej strony ludzie chcą mieć coraz więcej swobody, z drugiej chcą od państwa coraz więcej środków ochrony i bezpieczeństwa, zabezpieczenia pod wszystkimi względami. "Ale nie można mieć jednego i drugiego". (....) Coraz dalej idące wymagania stawiane państwu zawierają w sobie potencjał totalitarny". Nie rozwijam tego, a jedynie o tym wspominam, by widok Leszka Kołakowskiego i obciętej głowy totalitaryzmu nie wprawił nas w stan błogiego uśpienia.
Pól bitewnych na których Profesor Leszek Kołakowski walczy z bezmyślnością, schematami zamiast myślenia, jest wiele. Godzi się tu wspomnieć przynajmniej o poletku kościelnym. Przy wielu okazjach (także w tej sali) dowodzi usilnie, że obiegowe przeciwstawianie sobie tzw. progresizmu i integryzmu jest nieporozumieniem, bo samo pojęcie chrześcijaństwa zawiera w sobie to, że "mimo wszystkich zmian cywilizacyjnych przechowuje się w historii jakiś rdzeń, który zmianie nie podlega". Co nie znaczy, że proces dostosowania odziedziczonych form wyrazu chrześcijaństwu do wymogów czasu nie jest mu potrzebny.
Profesor, mówiąc na te tematy, zwykł się zastrzegać, że o tych sprawach mówi "z pozycji zewnętrznych" i nie chce - cytat - "mówić w taki sposób, jakby dawał pouczenia Papieżowi albo kongregacjom Kurii Rzymskiej". Tymczasem... odkryłem, że w roku 2000 Prefekt Kongregacji ds. Doktryny Wiary (zresztą późniejszy papież) w magistralnym eseju - przedmowie do nowego wydania swojej wcześniejszej książki "Wprowadzenie w chrześcijaństwo" - w kluczowej kwestii obecności i miejsca wiary w zlaicyzowanym świecie cytuje profesora Leszka Kołakowskiego i - o zgrozo! - utożsamia się z jego zdaniem. Tak więc, chcąc nie chcąc, Leszek Kołakowski doradcą papieża został (co prawda przyszłego papieża).
Prowadzi też Leszek Kołakowski bitwy ze smokiem głupoty na niewielkich polach umysłowej inercji zwykłych małych ludzi. Taką walką był drukowany w TP cykl "O co nas pytają wielcy filozofowie?", w którym prowadził czytelnika do podstawowych przecież dla człowieka pytań, nie podpowiadając żadnych odpowiedzi.
I mnie czasem zmusza do przemyśliwania nad sprawami, które uważałem za przemyślane. W ostatnim telefonie była mowa o odpustach. Nieco się boję, mając w pamięci smutny los Doktora Lutra.
Redakcji "Tygodnika Powszechnego" dziękujemy za udostępnienie tekstu laudacji
|