|
Ni ja tam jestem
Wystawa w Zachecie
Anna Bikont
2006-10-03
Może ktoś kiedyś mnie rozpozna, to będzie wiedział, co się ze mną stało
Zastałam rozłożone na podłodze dziesiątki, setki fotografii. Eleganckie damy z przełomu wieku w długich sukniach i kapeluszach, pejsaci, brodaci mężczyźni w myckach, małe dziewczynki w opadających pończoszkach. Jedni, jakby nieobecni, ze wzrokiem skierowanym ku wewnątrz, inni z zatrzymanym w czasie gestem rzucający nam porozumiewawcze spojrzenie. Lech Majewski, grafik, profesor warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, układał z tych zdjęć album. Na jego podstawie powstała wystawa "I ciągłe widzę ich twarze" pokazywana w 1996 roku w Zachęcie i we wrześniu tego roku, po dziesięciu latach, wznowiona.
Marcel Łoziński, członek jury konkursu zorganizowanego przez Fundację Shalom, na który przysłano siedem tysięcy zdjęć polskich Żydów, oraz Gołda Tencer, prezes Fundacji, poprosili mnie o napisanie tekstu o dawnych żydowskich miasteczkach. Ale gdy tylko zobaczyłam te rozsypane zdjęcia, zrozumiałam, że chcę odtworzyć tyle, ile się da - los bohatera zdjęcia i los samego zdjęcia.
Nadesłanym fotografiom towarzyszyły mniej lub bardziej czytelne napisy na odwrocie, czasem tylko jakiś list czy notatka. Niektóre zdjęcia - jak te znalezione na terenie getta w Szydłowcu, wzdłuż torów kolejowych prowadzących do obozu w Brzezince, wśród strzępów ubrań ze zlikwidowanego getta w Hucie Zawiercie - ludzie przechowali ponad pół wieku, choć osoby na zdjęciach były im zupełnie obce.
Wydawało się z początku, że większość z nich zaplątała się pomiędzy cudze losy, wczepiwszy się rozpaczliwie w rodzinne albumy polskich sąsiadów, w szuflady kredensów u dalekich znajomych, w archiwa lokalnych zakładów fotograficznych. Ale czasem okazywało się, że ta obcość była tylko pozorna. Przy dziesiątym telefonie czy przy trzecim spotkaniu moi rozmówcy odkrywali przede mną, że w rzeczywistości są to ich zdjęcia rodzinne.
Ten pan, niezupełnie znajomy, ojciec
Jedna z moich rozmówczyń z tyloma szczegółami opisała, kim jest mężczyzna w mundurze ze zdjęcia z 1919 roku, że zadzwoniłam do niej z ciekawości, by dopytać, skąd tyle wie o postaci na fotografii. Johan Kapelusz urodził się 25 maja 1878 roku w Brodach, jego rodzice mieli fabrykę surowców filcowych, która zbankrutowała w latach dwudziestych, studiował przez jakiś czas inżynierię w Wiedniu, a potem malarstwo w Paryżu, po 17 września 1939 roku znalazł się w części Polski okupowanej przez Rosjan i pracował przy budowie dróg, ukrywając swoje "inteligencko-burżuazyjne" pochodzenie, by uniknąć wywózki na Sybir, a zginął w Bełżcu lub w Brzezince jesienią 1942 roku.
Moja rozmówczyni najpierw wyznała, że "ten pan" to "niezupełnie znajomy, to rodzina", ale nic więcej nie chciała dodać. Przy kolejnej rozmowie rozpłakała się. - Ja z mamą się uratowałyśmy, ale cudem, bo zaprzyjaźnieni sąsiedzi nas wydali. Od tej pory nikomu nie mówiłyśmy, że jesteśmy Żydówkami.
W czasie następnej rozmowy telefonicznej o swoim ojcu znów mówiła "pan". Czy ktoś z rodziny był akurat w pokoju, czy chciała przekreślić swoje wyznanie, nie wiem.
Jestem ostatnim męskim potomkiem
Do innej przesyłki był dołączony list: "Jestem ostatnim męskim potomkiem naszego wielkiego rodu. Wychowałem się wprawdzie w postępowym domu, ale w żydowskiej kulturze i tradycji. Czuję się głęboko przywiązany do naszej społeczności, staram się dać temu wyraz przez swoje postępowanie. Jednak uważam ze zrozumiałych powodów, że nie powinienem tego podawać, gdyż byłoby to co najmniej niestosowne". Na końcu był dopisek: "Przepraszam za małoduszność. Gdyby uważali Państwo za konieczne potwierdzenie listowne tej przesyłki, uprzejmie proszę o niepodawanie w Waszym adresie zwrotnym ani nazwy Fundacji Shalom, ani też żadnej innej instytucji czy organizacji żydowskiej".
Uzgadniając przez telefon jakiś szczegół do podpisu, dowiedziałam się od mojego rozmówcy, że przysłał tylko część zdjęć, ale może przekazać resztę, więc wybrałam się do odległego od Warszawy miasta. Okazał się profesorem uniwersyteckim, nikomu ze znajomych, jak również rodzinie ze strony żony nie wyjawił swego pochodzenia. Pokazywał mi wyrysowane przez swą zmarłą już ciotkę drzewo genealogiczne sięgające wiele pokoleń wstecz. O każdym ze swoich kuzynów, a także stryjecznych dziadkach i pradziadkach mógł opowiadać godzinami.
Był tam pradziadek Abraham, który strzelił sobie w głowę, gdy mu się syn wychrzcił, ale kula przeszła bokiem, szczęśliwie dożył osiemdziesiątki, a ulubioną zabawą wnuków było wkładanie palca w dziurę po kuli nad jego czołem. Wiedeńskie ciotki, które zakochały się w tym samym mężczyźnie i popełniły samobójstwo, wyskakując przez okno i trzymając się za ręce. Inna ciotka, też z Wiednia, i też wyskoczyła na bruk - kiedy w 1936 roku przyszło ją aresztować gestapo jako działaczkę partii antynazistowskiej. Tyle że ją odratowali. I wysłali do obozu koncentracyjnego. Większość rodziny zginęła w obozach zagłady, ale jeden z wujków poległ w 1939 roku jako polski lotnik, a inny, z rodziny austriackiej zasymilowanej od pokoleń, wżeniony w niemiecką rodzinę, poległ na froncie wschodnim.
Ze ściśniętym sercem wiozłam w prezencie do Fundacji jeden z piękniejszych kompletów zdjęć rodzinnych, jakie kiedykolwiek widziałam i o których następne pokolenie miało się już nie dowiedzieć.
Wierzyłam, że moi rozmówcy żyją z wojenną traumą, własną czy odziedziczoną po rodzicach, i stąd ich ukrywanie się, już tyle lat po wojnie, po "aryjskiej stronie". Szok Jedwabnego spowodował, że zaczęłam o tym myśleć inaczej. Pisząc książkę, o tym, co dzieje się w miasteczku skonfrontowanym ze zbrodnią sprzed lat, mówiłam o moim pochodzeniu i odczułam na własnej skórze, ile wywołuję tym lęku i agresji i jak dojmujące może być poczucie obcości we własnym kraju. Wtedy dopiero dotarło do mnie, że może nie bez racji moi rozmówcy chcieli uchronić siebie i swoje rodziny.
Prowadziłam też długie rozmowy z ludźmi, którzy nie kryli swojego pochodzenia. Każdy z nich w inny sposób nie dawał sobie rady ze świadomością Zagłady. Pamiętam opowieść bardzo już wtedy starszego pana, Rafała Malca, który spokojnym głosem relacjonował mi wojenne dzieje swojej rodziny, a głos mu się załamał dopiero, gdy wspomniał los swego wujka, którego rodzina w latach 30. zaprosiła do Ameryki: - Abraham źle skończył, jako nowojorski taksówkarz. Tam nie ma postojów, więc jeździł w kółko, od świtu do nocy.
Wraz z Żydami przepadł ten świetny chleb
Większość relacji, polskich i żydowskich, spisanych i wysłuchanych, pochodziła od ludzi, którzy urodzili się na początku wieku. Im więcej zadawałam pytań, tym bardziej stawało się dla mnie jasne, że album i wystawa - świadectwo pamięci - są jednocześnie bolesnym znakiem zapomnienia.
"Byli to bliscy znajomi moich rodziców. Jedni to rodzina miejscowego piekarza, którym mama pomagała prowadzić dom, a ojciec przywoził im mąkę z młyna do piekarni, drudzy - nasi bezpośredni sąsiedzi, właściciele tartaku w Kolbuszowej. Fotografie te przetrwały w zbiorach mojej mamy, mimo tułaczki wojennej, prześladowań, przymusowej wywózki na roboty do Niemiec, skrzętnie przez nią przechowywane". Napisałam do ofiarodawczyni, że zapomniała zaznaczyć, która rodzina jest która. Odpisała: "Tego niestety nie pamiętam".
Zdarzało się, że do zdjęć dołączano długie epistoły, z których wynikało bardzo niewiele, jak z listu jednej pani, która nadesłała plik pięknych fotografii dziewcząt. Gdy udało mi się z nią skontaktować, usłyszałam: "To koleżanki szkolne mojej nieżyjącej siostry. W jej klasie było dużo Żydówek. Czy to akurat te dziewczyny? Ja nie wiem, ale myślałam, że państwo rozpoznają".
Jeszcze tak niedawno żyli wśród polskich sąsiadów, byli kolegami z podwórka, prowadzili wspólne interesy. Raz po raz zapisywaliśmy na fotografiach: "nazwisko nieznane". W większości domów o swoich przedwojennych sąsiadach nie opowiadano. Generalny proces rugowania pamięci w PRL-u dołożył się do wykreślenia Żydów z przedwojennego pejzażu Polski.
Okruch wspomnień, każdy strzęp pamięci wydawał się bezcennym darem, wartym przechowania "Odbitkę tę wykonałem ze szklanej kliszy znalezionej u mojego teścia. Według jego opinii jest to rodzina ze Szczekocin lub Jędrzejowa. Ja myślę, że można brać pod uwagę również Lelów".
Albo: "Jesienią 1943 roku spotkałam na drodze kobietę z dwu- trzyletnim dzieckiem. Miałam wtedy 15 lat. Zatrzymali się u nas na noc. Uciekli z getta w Łowiczu. Następnego dnia pojechali do rodziny do Warszawy. Kobieta odchodząc dała mi to zdjęcie i powiedziała: >Może ktoś kiedyś mnie rozpozna, to będzie wiedział, co się ze mną stało <".
Zdjęcie klasy, do której chodziły polskie i żydowskie dzieci, opatrzone było wspomnieniem: "W Uniłowie Lejzur przed wojną miał piekarnię, bez zarzutu czystą. Ale głównie mi chodzi o chleb, jaki tam pieczono - takiego nie spotkałam do tej pory. Chleb pytlowy, mieszany, razowy. Przykro, bo wraz z Żydami przepadł ten świetny chleb".
Rzadko kiedy zdarzał się tak szczegółowy przekaz: "Mieszkałem z tą rodziną w jednej sieni, w domu przy ulicy Podzamcze 46 w Będzinie. Hablime Wajsenberg zrobiła to zdjęcie sobie i swoim czterem synom w 1940 lub 1941 roku, wiedząc, że mogą wojny nie przeżyć, i ofiarowała je mojej rodzinie. Starszy syn to Aron, młodszy - Mosiek, imion dwóch najmłodszych nie pamiętam. (...) Pan Wajsenberg był tandetnym krawcem, przed wojną szył cajgowe spodnie. Co piątek niósł towar na targ i sprzedawał pośrednikom. Utrzymywała się z tego cała rodzina. W każdą sobotę musieli mieć na obiad gęś. (...) Hablime z czterema synami była w getcie w Będzinie. W 1942 roku, kiedy szedł transport Żydów do Oświęcimia, były makabryczne sceny. Moja matka stała po drugiej stronie torów kolejowych. Zauważyła ją Hablime i zawołała: >Pani Naleźniak, my się już nie zobaczymy <. Od tej pory nie mieliśmy żadnych wiadomości. Zdjęcie to przechowywałem sześćdziesiąt lat".
Starsza pani z Lublina przesłała zdjęcie ślubne podpisane: państwo Stendigowie z Leżajska, 10 października 1921 roku. I dodała w rozmowie ze mną: - Stendigowie mieli jednego syna, Józefa, bawiliśmy się razem jako dzieci. Pani Niusia opowiadała, że kupuje mu wszystko, co najlepsze, czekoladowe cukierki, a on woli landrynki. Nie mogłam się nadziwić. W 1939 roku miałam 14 lat, Józio był o dwa lata starszy. Gdy pędzono Żydów do Kuryłówki i powiedziano, że kto przepłynie San, będzie wolny, z innymi młodymi skoczył do wody. Wszyscy zostali zastrzeleni w rzece".
Za lasem mieszka starszy pan
Dzwoniłam do miejskich urzędów czy lokalnych instytucji kulturalnych z pytaniem, czy nie znają może kogoś ze swojej miejscowości, kto ma żydowskie korzenie i mógłby mi pomóc w rozszyfrowaniu zdjęcia. Czasami mi się udawało: - Za lasem mieszka starszy pan, nigdy o tym nie mówi, ale niech pani spróbuje go podpytać. W ten sposób udało mi się odtworzyć, co to za uroczystość odbywała się w 1924 roku w Andrychowie - otwarcie domu gminy żydowskiej z salą zebrań, czytelnią i mykwą - i rozszyfrować nazwiska niektórych uczestników: Wiktora Zilbermana, robotnika, Joachima Lowicza, znanego adwokata, Samuela Tirasa, który miał w rynku sklep z galanterią, rabina Dawida Awigdora.
Wiele z tych zdjęć, gdyby nie inicjatywa Fundacji Shalom, by nie przetrwało. Jedna z ofiarodawczyń napisała: "Mieszkaliśmy na stacji, przez którą przejeżdżały pociągi do obozu zagłady. Rodzice pomagali Żydom w ucieczkach, oni się wtedy u nas ukrywali. Po jednym z nich została fotografia. Wisiała przez 50 lat w moim pokoju, a ostatnio spadła, szybka się potłukła. Postanowiłam rozstać się z nią. Jestem już kobietą starą i mam świadomość, że gdy odejdę za szlaban życia, ten obrazek wyląduje na śmietniku".
Inna znów: "Na pewno nie jest to zdjęcie, jakie chcielibyście dostać, ale jestem stara i chora i myślę o pójściu do lepszego świata, a wtedy moje rzeczy zostaną wyrzucone lub spalone. Nie chciałabym, aby tę jedyną pamiątkę po szlachetnym człowieku i serdecznej mojej przyjaciółce spotkał taki los. Nazywała się Sara Finkelsztain. Była absolwentką gimnazjum w Grójcu".
W ostatniej chwili przed wysłaniem albumu do drukarni udało mi się wycofać zdjęcie, które bodaj najbardziej wstrząsnęło jury konkursu. Przedstawiało małe, wystraszone dziecko gdzieś wysoko w gałęziach drzewa. Na odwrocie podpis: "Siedziało tak, dopóki nie zmarło. Tak kazali Niemcy". Wysłałam do ofiarodawcy długą listę pytań, a odpowiedź tylko upewniła mnie w podejrzeniach. Tym razem podał inną wersję, że to dziecko ukrywało się na drzewie. O wybranie się pod wskazany adres, na wieś pod Kazimierzem Dolnym, został poproszony żyjący w Kazimierzu poeta, pieśniarz i malarz Jan Wołek. Wtedy okazało się, że to nie było zdjęcie dokumentujące Zagładę. Trzynastolatek wysłał zdjęcie z rodzinnych zbiorów, skuszony nagrodą obiecaną w ogłoszeniu o konkursie.
W to miejsce Lech Majewski wstawił zdjęcie kobiety - mały wycięty trójkąt, postrzępiony i pognieciony. Czternastoletnia wówczas Zahava Goldstein-Rosen zabrała je ze sobą do Auschwitz i przeniosła przez dwie selekcje doktora Mengele, raz trzymając je w ustach, a drugim razem przylepione plastrem do podeszwy bosej stopy, ratując zdjęcie swojej zamordowanej w obozie w Płaszowie matki. Do Fundacji przesłała inne zdjęcia, powojenne. Zadzwoniłam do niej do Tel Awiwu, spięła się cała na dźwięk polskiej mowy i zgodziła się rozmawiać jedynie po angielsku. Od kiedy wylądowała w Palestynie - oświadczyła mi - nie powiedziała nigdy słowa po polsku, ma bardzo złe doświadczenia z czasu wojny, o których nie chce mówić. Po kolejnym telefonie zaczęła mówić po polsku i płakać. A potem przesłała to najcenniejsze dla niej zdjęcie.
Również inne fotografie obecne na wystawie przesyłali rozsiani po świecie Żydzi polskiego pochodzenia. Przepełnieni rozpaczliwą tęsknotą za światem, który unicestwiono. Ela Tuchman z Montevideo dopisała do zdjęcia z 1936 roku przedstawiającego stragan na rynku w Międzyrzeczu: "Nie ma teraz Żydów, ni straganów, ni ja tam jestem".
*Wystawa "I ciągle widzę ich twarze", Galeria Zachęta, komisarz wystawy Tomasz Tomaszewski, do 3 października
|