|
Wytlumaczyc niewytlumaczalne
Zygmunt Bauman
LMD - wrzesien 2006
www.monde-diplomatique.pl/index.php?id=7
Podczas 16. Festiwalu Kultury Zydowskiej, 4 czerwca 2006 roku w Krakowie,
Jan Tomasz Gross wyglosil odczyt poswiecony szescdziesiatej rocznicy
pogromu w Kielcach, w którym kilkudziesieciu cudem ocalonych z Zaglady
zydowskich mieszkanców tego miasta zostalo zamordowanych przez swoich
polskich sasiadów. Do pogromu przylaczyl sie niemal co czwarty mieszkaniec
Kielc.
W swoim wykladzie autor Fear: Antisemitism in Poland after Auschwitz [1]
przypomnial stanowisko Krystyny Kersten, której zdaniem kazdy, kto chce
zrozumiec ten dramatyczny epizod z polsko-zydowskiej historii, powinien
przede wszystkim starac sie zrozumiec, jak to mozliwe, ze tak wielu
zwyklych ludzi wzielo udzial w masowym morderstwie popelnionym w zwykly
dzien w zwyczajnym, prowincjonalnym miescie...
Poszukujac odpowiedzi na te pytania Gross przewertowal archiwa i wysluchal
relacji swiadków tamtych wydarzen. Siegnal do wszelkich dostepnych zródel i
zebral wszelkie dowody - wszystko, co moglo mu pomóc wytlumaczyc to, co
niewytlumaczalne i pojac to, co niepojete.
Recenzowana ksiazka jest owocem tych wyczerpujacych i starannych badan.
Przeczytawszy ostatnia strone, czytelnicy odkladali te ksiazke - podobnie
jak i ja - z dwoma uczuciami.
Pierwszym jest podziw i wdziecznosc dla autora, ze zrobil wszystko co w
ludzkiej mocy, aby wydobyc na swiatlo dzienne najglebiej skrywane tajemnice
i rozproszyc mroki wokól wydarzen tamtego tragicznego dnia. Drugim jest
wrazenie, ze niezrozumienie (w sensie uchwycenia sensu tych wydarzen),
które zachecilo czytelnika do siegniecia po ksiazke Grossa, nie malalo,
lecz poglebialo sie z kazda przeczytana strona, i to nie z powodu
niedostatku lecz raczej nadmiaru wyjasnien, które przedstawiano w ciagu
szescdziesieciu lat, jakie minely od pogromu.
Gross, w slad za Hanna Arendt, zauwaza, ze za kazdym wydarzeniem, równiez
tym, które na pierwszy rzut oka wydaje sie zupelnie pozbawione sensu, gdy,
na przyklad wielu ludzi z wlasnej inicjatywy, ale przy jawnym lub ukrytym
wsparciu inteligentnych i wyksztalconych autorytetów, zaczyna mówic
kompletne niedorzecznosci, kryc sie musi pewna doza praktycznego sensu.
Gdy motloch w Kielcach oskarzyl Zydów o porywanie dzieci, aby piec z nich
mace i pic ich krew gwoli podreperowania swych nadwyrezonych przejsciami
okupacyjnymi cial, nie kto inny jak cieszacy sie wielkim autorytetem
biskupi katoliccy oglosili, iz oskarzenia te moga nie byc calkiem
bezpodstawne i ze brak jest niezbitych dowodów umozliwiajacych ich
odrzucenie...
Za tym nonsensem musi sie kryc jakis sens; w irracjonalnych, masowych
wybuchach szalenstwa tkwic musi jakis okruch racjonalnosci - tego
przynajmniej domaga sie rozum, jesli ma pozostac w zgodzie ze swoimi
wlasnymi normami i standardami. Rozum, jesli ma byc tym, czym jest, czyli
próba zrozumienia tego, co nie zrozumiale, nie spocznie nigdy - nawet jesli
jego kolejne wysilki rozbijaja sie o mur przesadów, odpornych na argumenty
i niepodatnych na perswazje.
Przesadem, o którego zrozumienie walczy Gross, jest antysemityzm. Zrozumiec
antysemityzm to odkryc i precyzyjnie wskazac powody, dla których opiera sie
on wszelkiej argumentacji i wszelkim dowodom...
Socjologowie wiedza, ze kazda umowa, jesli ma miec sens, jesli ma byc w
ogóle mozliwa, musi byc oparta na "pozaumownych" czy "przedumownych"
przeslankach, takich na przyklad jak "dotrzymywanie slowa jest sluszne i
wlasciwe" albo "slusznie jest karac za zlamanie obietnicy". W odróznieniu
od praw i obowiazków zawartych w umowie, przeslanki te nie sa sprawa
kontraktu i nie podlegaja negocjacjom. Wiecej, rzadko lub zgola nigdy nie
sa one artykulowane, przez co rzadko przyjmuja forme, która moglaby wywolac
debate; a gdyby ja nawet wywolaly, to i tak, bez wzgledu na to, jak dluga i
jak rozumna bylaby ta debata, nie moze ona rozstrzygnac o ich prawdziwosci
lub falszywosci.
Bez tych pozaumownych podstaw kontrakt moze byc najwyzej swiadectwem
naiwnosci jego sygnatariuszy. Analogicznie mozemy powiedziec, ze wszystkie
wyartykulowane "przyczyny" antysemityzmu i czyny nim inspirowane, opieraja
sie na nienegocjowalnych przeslankach, odpornych na wszelkie racjonalne
argumenty i kontrargumenty. Gross podkresla daremnosc wysilków
zmierzajacych do "obalenia przesadów w drodze zwyklej weryfikacji hipotez",
gdyz nieuchronnie wkraczamy wówczas "na teren dyskursu, w którym podstawowe
przeslanki uprzedzenia sa juz bezwiednie przyjete". Jeszcze jeden wezel
gordyjski, wezel, którego nie mozna rozsuplac, tylko przeciac... "Ale -
przestrzega Gross - nawet ujawnienie zlej wiary, lezacej u podstaw
przesadu, wcale nie gwarantuje jego wyjasnienia" (xiii). Nasze szanse na
sukces sa znikome, jednak obowiazek dalszego prowadzenia walki pozostaje
ten sam.
*
Masakra kieleckich Zydów byla przypadkiem morderstwa, którego ofiara padli
ludzie tylko z powodu zaliczenia ich do okreslonej kategorii
religijno-etnicznej.
Polacy, którzy zebrali sie wokól domu zamieszkalego przez ocalalych z
Zaglady Zydów i którzy rozbiegli sie po okolicy w poszukiwaniu innych istot
ludzkich, które chcieli zabic, interesowali sie tylko tym, czy schwytani sa
Zydami. W razie watpliwosci sprawdzali dokumenty.
Pewien kierowca ciezarówki, zaczepiony przez grupe zupelnie obcych ludzi,
którzy powiedzieli mu, ze "maja tutaj tych Zydów, których chca zabic" i
poprosili go o podwiezienie do pobliskiego lasu, gdzie wygodniej bedzie ich
zamordowac, nie zadal sobie nawet pytania, dlaczego wlasciwie "ci Zydzi"
mieli byc zabici. Nie zadzwonil takze do szpitala psychiatrycznego po karetke.
Mezczyzn, kobiety i dzieci mordowano tylko dlatego, ze nalezeli do
kategorii osób przeznaczonych do zamordowania. Ich wina bylo to, ze zostali
oskarzeni. Podobny los spotkal mieszkanców sunnickiej dzielnicy Bagdadu
podczas zajsc opisanych w New York Timesie z 9 lipca 2006 roku: "Uzbrojony
motloch szalal w zdominowanej przez sunnickich Arabów dzielnicy Bagdadu.
Ludzi wywlekano z domów i z samochodów, a nastepnie ich mordowano" [2]...
Kazdego, kto wpadl w rece sfanatyzowanych oprawców - kazdego bez wyjatku!
Tym, co pozwala nam zaliczyc te i inne podobne przypadki do morderstw
"kategorialnych", jest równiez fakt, iz to sami mordercy wybieraja ofiary i
wykonuja na nich wyroki.
Zabójstwa tej kategorii sa od poczatku do konca sprawa jednostronnej
decyzji. Pod adresem ofiar wykrzykiwane sa oskarzenia (im dziksze, tym
lepsze, gdyz skuteczniej podgrzewaja emocje motlochu), jednak nikt nie
troszczy sie o to, by ofiarom udowodnic popelnienie jakiejs zbrodni. Wyrok
juz wydano, kara musi byc wymierzona. Nic, co ofiary uczynily, lub czego
nie uczynily, nie moze im przyniesc wybawienia. Nikt dla nikogo nie czyni
wyjatku, nikt nie uniknie losu przypisanego spolecznosci, do której naleza.
Jak zauwazyl Raoul Hilberg, los Zydów zostal przypieczetowany w tej samej
chwili, w której nazistowscy urzednicy, przygotowujac rejestry Zydów
oddzielili ich od list "normalnych" Niemców, wsteplowujac im do paszportów
litere "J".
Artur Sandauer sugerowal kiedys, ze antysemityzm najsluszniej jest pojmowac
jako jeden z przejawów ogólniejszej postawy, dla której ukul termin
"allosemityzm". Zydzi, zanim jeszcze stali sie obiektem zarliwej, czesto
morderczej nienawisci, postrzegani byli jako "calkowicie inni" - allus to
po lacinie "inny". Allosemityzm to postawa i praktyka oddzielania Zydów od
nas, normalnych ludzi, to uznanie ich za istoty tak rózne od reszty ludzi,
ze nie stosuja sie do nich nawet sposoby opisu i traktowania osób
uznawanych za "po prostu obcych". Allosemityzm sam z siebie nie rodzi ani
milosci, ani nienawisci, ani pogardy, ani podziwu dla Zydów - wywoluje w
zamian i podsyca lek przed ambiwalencja: przed swiatem pomieszanych i
nachodzacych na siebie znaczen, które w swiecie "uporzadkowanym", w
swiecie, jaki nie burzy spokoju ducha, powinny byc scisle od siebie
oddzielone, aby zapobiec sytuacjom zmuszajacym do przyjmowania naraz
wzajemnie sprzecznych postaw i podejmowania wzajemnie sprzecznych dzialan.
Ambiwalencja niszczy harmonie i przejrzystosc swiata, czyniac go
niezrozumialym, a zycie w nim pelnym zasadzek i chronicznie, nieznosnie
niebezpiecznym.
"Allosemityzm" ma dluga historie. W 1816 r., gdy Zydzi opuscili getta w
calej Europie, ogolili brody i wynajeli dobrych krawców, Niemiec, Friedrich
Rühs, zauwazyl, ze bez wzgledu na to, co jeszcze zrobia, i tak nie beda
tacy jak inni. "Sa nie do podrobienia, powinni byc z tego dumni i
podkreslac to, noszac specjalna wstazke i traktujac ja jako odznake
honorowa". [3] Co sie zdawalo niepokoic Rühsa najbardziej, byla perspektywa
wmieszania sie Zydów w tlum, tak, ze stana sie niewidoczni, zarówno dla
anty- jak i filosemitów...
Lata mijaly, zmienialy sie melodie, ale refren pozostawal ten sam. Przez
stulecia powracal w pismach najwybitniejszych europejskich myslicieli.
W dziennikach Gombrowicza czytamy na przyklad: "Gdy slysze z ust tych
ludzi, ze naród zydowski jest taki sam, jak inne, odczuwam to mniej wiecej
jak gdybym slyszal Michala Aniola twierdzacego, ze niczym od nikogo sie nie
rózni"; i dalej: "geniusz zydowski (...) jest najscislej polaczony z
choroba, upadkiem i ponizeniem" - jest "genialny, dlatego ze chory" i
"twórczy, bo anormalny"; "Historia tego narodu - konkluduje Gombrowicz -
jest tajna prowokacja, podobnie jak biografie wszystkich wielkich ludzi"
[4], których uwazamy za wielkich wlasnie dlatego, ze róznia sie od zwyklych
smiertelników. Sa wyjatkowi, w ich zyciu nie ma miejsca na rutyne, nie
mieszcza sie w ramach, w jakich wioda swe zycie zwykli zjadacze chleba. A
znów zdaniem Ciorana, "Zydzi reprezentuja egzystencje wyalienowana par
excellence"; sa ludem "akosmicznym", "który nigdy nie bedzie stad", sa
ludem "skads indziej", "obcym w samej swojej istocie". Sa jednoczesnie
"lepsi i gorsi", "ucielesniaja ekstrema, do których my aspirujemy, nigdy
ich nie osiagajac. Zyd jest nami, kiedy wykraczamy poza siebie..." [5] W
kazdym miejscu Zyd jest nie na miejscu, jesli to "miejsce" zdefiniujemy za
pomoca "naszych" standardów; jest krok dalej i kilka kroków z boku. Zyd -
powiedzialby zapewne Nietzsche idac tropem Ciorana - to superman w zle
dopasowanym przebraniu zwyklego czlowieka.
Korzenie "allosemityzmu" siegaja glebiej w europejska przeszlosc nizby
cytowane wypowiedzi sugerowaly. "Calkowita innosc" Zydów mocno zakorzenila
sie w umyslach Europejczyków na dlugo przed epoka XIX-wiecznego modernizmu.
Na marginesach map ludzkiego swiata starozytni Rzymianie notowali hic sunt
leones - "tu mieszkaja lwy". Spadkobiercy Rzymian - chrzescijanie -
obsadzali obrzeza oswojonego, swojskiego swiata albo niedosieglymi
objawienia poganami, albo heretykami, którzy laske panska utracili lub sie
jej wyrzekli. Te dwa okreslenia wystarczaly do jasnego oddzielenia "nas" od
"nich", "ludzi" od "nie-ludzi", "wnetrza" od "zewnetrza" - przeciwienstw,
dzieki których przejrzystosci i jednoznacznosci swiat prawowiernych wydawal
sie zrozumialy i zdatny do zamieszkania; ale nie w odniesieniu do Zydów,
którzy sami sa wcieleniem ambiwalencji, nie bedac ani poganami, ani
odszczepiencami, lecz do obu nimi naraz. Czcigodni ojcowie chrzescijanstwa
zarazem jego prawowiernosci nikczemnie uwlaczajacy, Zydzi byli wcieleniem
absurdu burzacego porzadek rzeczy.
Zydowskiego odrzucenia chrzescijanstwa nie mozna bylo zbyc jako przejawu
godnej ubolewania ignorancji czy zablakania zagubionych owieczek. Ich
rodzaj niewiary byl logicznie niespójny, a tym samym rzucal wyzwanie
spójnosci chrzescijanskiego swiata.
Z nadejsciem ery nowoczesnej, w epoce narodo-budownictwa i "nieswietego
trójprzymierza" narodu, terytorium i suwerennego panstwa, na fundamentach
odziedziczonej po poprzednich stuleciach ambiwalencji spietrzyly sie nowe
niedorzecznosci. W malo których z wrót zatrzaskiwanych w toku zmudnej i
pelnej dramatów epopei budownictwa narodowych siedzib nie znalazly sie
palce Zydów, owego absurdalnego "nienarodowego narodu".
W kazdej epoce ambiwalencja rodzi chaos i dezorientacje; moze takze, jesli
nie wyda sie jej bitwy, owocowac paralizem woli i czynu. Nie ma na nia
lekarstwa prócz karczowania dotknietych nia terenów. Zniesienie
ambiwalencji, niszczenie jej mateczników i nosników, jest czynem twórczym,
aktem ladotwórstwa. Dazac do uporzadkowania odziedziczonego w spadku po
swych poprzednikach swiata, nowoczesnosc musiala zrobic wszystko, aby
ambiwalencje wytepic, a nikt lepiej niz Zydzi nie nadawal sie do roli
kukly, oddajac która na pastwe plomieniom daloby sie upiora ambiwalencji,
chocby i zastepczo tylko, spopielic. Zydzi, ambiwalencji najpelniejsze
wcielenie, byli znakomitym sciekiem dla odprowadzania lokalnie rodzonych
napiec i leków.
W swoim nowatorskim studium na temat gnebiacych Europe "demonów", Norman
Cohn nie znalazl zwiazku pomiedzy upowszechnianiem sie metody naukowej i
racjonalnosci w zyciu codziennym, a slabnieciem leku przed czarami.
Dostrzegl jednak synchronizacje kolejnych fal polowan na czarownice z
niepokojami i lekami wywolanymi rozpadem wiezi rodzinnych i wzmagajacym sie
tempem nowoczesnych przeobrazen.
Zydzi wybornie nadawali sie do wypelnienia prózni po czarownicach w owej
osobliwej sztafecie, jaka startowala od rzucania uroków przez wiedzmy, a
konczyla wszechswiatowa konspiracja i wiodla od sal tortur i plonacych
stosów do komór gazowych i krematoriów.
W tresciwym podsumowaniu swojej opowiesci o losie XX-wiecznych Zydów Max
Weinreich pisze:
"Zyd mógl ucielesniac wszystko, co budzi zawisc, lek i pogarde.
Byl krzewicielem bolszewizmu, ale takze - rzecz ciekawa - liberalnego
ducha i zgnilizny zachodniej demokracji. Mógl byc zarazem kapitalista
i socjalista. Obwiniano go o indolencje i pacyfizm, ale równiez o
to, ze jest wiecznym podzegaczem wojennym" [6] .
Prosi sie, by w tym miejscu posluzyc sie parafraza pamietnego wolterowego
kalamburu i stwierdzic, ze gdyby Zydów nie bylo, trzeba by ich bylo
wymyslic (a i wymysla sie ich na potege - uprawianie antysemityzmu nie
potrzebuje juz obecnosci Zydów).
Zydzi jako rozsadnicy nawzajem wykluczajacych sie wystepków mogli sluzyc (i
sluzyli) jako jeden z najwazniejszych czynników "zwierania szeregów" i
jednoczenia narodów, skadinad rozdzieranych konfliktami klasowymi, i
niecheciami lokalnymi i plemiennymi niesnaskami. Jak to celnie ujal Marek
Edelman, w Polsce Zydzi nie sa juz wrogami, ale za to wrogowie sa
nieodmiennie Zydami...
*
Wiosna i latem 1946 r. mieszkancy Kielc i okolicznych wiosek mieli
wszystkie powody do frustracji, niepokoju i strachu. Polska zaczynala sie
dopiero podnosic ze zniszczen wojennych i o zyciu codziennym tamtych dni z
pewnoscia nie mozna bylo powiedziec, ze bylo uporzadkowane. Nazistowska
okupacja zdruzgotala znane, nawykowe rutyny, a nowe nie zdazyly sie jeszcze
uksztaltowac. Przyszlosc byla mieszanka oszalamiajacych nadziei i
paralizujacych obaw. Dla wielu Polaków, to co inni przyjmowali za
wyzwolenie, bylo raczej poczatkiem kolejnej obcej okupacji, a pokój, który
nastapil po kapitulacji Niemiec, zdawal sie jeno przyslowiowa cisza przed
kolejna burza. Nowy rzad zainstalowany pod ochronnym parasolem armii
radzieckiej postrzegany byl przez wielu dokladnie tak, jak sam sie nazwal -
jako "tymczasowy". Czy jego uznanie nalezalo uznac za akt patriotyzmu czy
za kolaboracje z wrogiem, bylo sprawa szeroko otwarta i przedmiotem
gwaltownych starc.
Jak zauwazyl Gross, miesiace bezposrednio poprzedzajace zbrodnie w Kielcach
byly "okresem wielkich politycznych napiec. W calym kraju toczyla sie
bezwzgledna wojna propagandowa za i przeciw rzadowi, prowadzona przez jego
zwolenników i legalnych przeciwników. Spoleczenstwo bylo zastraszone i
poddane szczególnie intensywnej manipulacji." (24) Narastajace uczucie
niepewnosci i slabo uswiadamiane, masowe leki stworzyly sprzyjajacy klimat
do przesladowan, a któz móglby sie do nich lepiej nadawac niz Zydzi, kozly
ofiarne na nieustajacym ostrym dyzurze.
Raymond Aron zauwazyl, ze wyjscie Zydów z gett bezposrednio poprzedzilo
narodziny nowoczesnego antysemityzmu. Jego zdaniem tej czasowej zbieznosci
nie mozna uznac za czysty zbieg okolicznosci. Polaczenie pojawienia sie na
widoku publicznym Zydów, stanowiacych wczesniej niecodzienny widok na
ulicach francuskich miast, z trzesieniem ziemi spowodowanym upadkiem ancien
regime'u, bylo równie oczywiste i proste, jak to, ze dwa i dwa to cztery...
Dokad Zydzi tkwili w swoich gettach swiat byc moze nie wydawal sie bardziej
wygodny do zycia, lecz byl chociaz trwaly, pewny i przewidywalny, i kazdy
czlowiek wiedzial na czym stoi, co mu wolno, a czego nie, i czego mu sie
wypada spodziewac. A teraz Zydzi sa wszedzie, mieszaja sie z tlumem w
miastach i wszystko staje sie chybotliwe, nic nie jest stuprocentowo pewne
ani jednoznaczne, i w niczym nie mozna pokladac bezwzglednej ufnosci...
Zmierzajac do "ostatecznego rozwiazania" "kwestii zydowskiej", okupanci
nazistowscy czyscili gruntownie polskie miasta i wsie z zydowskich
rzemieslników, sklepikarzy i straganiarzy. Przez kilka lat moglo sie
wydawac, ze ich zamiar sie powiódl. Polska wygladala na Judenfrei.
Studiujac dzienniki i wspomnienia Polaków z czasów wojny, Feliks Tych,
niegdys dyrektor Zydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie, odkryl,
ze "poczatkowe zatroskanie autorów losem Zydów znika w momencie, gdy sami
Zydzi znikaja z ich pola widzenia za murami getta". [7] I nagle,
niespodziewanie, setki tysiecy Zydów wynurzylo sie z piwnic, strychów,
stodól i lesnych jam, w których chronili sie przed komorami gazowymi, a
tysiace innych powrócilo z wygnania lub azylu w ZSRR. A stalo sie to w
momencie, gdy wladze nad terazniejszoscia i przyszloscia zdewastowanego
wojna kraju przejely nowe, nieznane, a zatem i budzace trwoge sily.
Poza pospolita ludzka sklonnoscia do doszukiwania sie zwiazków
przyczynowych w przypadkowych zbiegach okolicznosci, by tym sposobem
dopatrzec sie sensu w obrotach sprawy uwlaczajacych swa zagadkowoscia
rozumowi i zastapic dwa wielkie utrapienia jednym takim, z którym latwiej
mozna sobie poradzic, wielu Polaków mialo osobiste powody, by sie "powrotem
umarlych" przerazic.
W swoim pionierskim studium dotyczacym powojennych ekscesów antysemickich w
Polsce, Bozena Shaynok przypomina, iz "zydowska wlasnosc zmienila podczas
wojny wlasciciela". [8] Przejecie wlasnosci zydowskiej stanowilo dla nowych
polskich wlascicieli prawdziwy awans spoleczny, a powrót dawnych
wlascicieli byl dla nich osobista katastrofa, której wypadalo przeciwstawic
sie wszelkimi dostepnymi srodkami. Gross przytacza obserwacje Wincentego
Bednarczuka z wrzesnia 1945 r.:
"Doskonale zdawalismy sobie sprawe, ze ze wszystkich grup spolecznych
nowa polska burzuazja - która zajela miejsce pomordowanych Zydów, czesto
doslownie, i czula jeszcze krew na swych rekach, nienawidzila Zydów
bardziej niz kiedykolwiek". (40) Podobne glosy nie byly rzadkoscia w
powojennych latach. Przestrogi, co warto odnotowac, pochodzily czesto od
szeroko czytanych polskich pisarzy, takich jak Jerzy Putrament czy
Kazimierz Wyka.
Jedna z najwspanialszych i najwnikliwszych interpretacji, antycypujacych
teorie "dysonansu poznawczego" Leona Festingera, przedstawil Stanislaw
Ossowski, najwybitniejszy w powojennej Polsce socjolog i jeden z
najbardziej wplywowych intelektualistów:
"Przypomnijmy to rozumowanie: Gdy czyjas tragedia staje sie dobrodziejstwem
dla kogos innego, pojawia sie potrzeba przekonania siebie i innych, ze
tragedia byla moralnie usprawiedliwiona. Taka byla wlasnie sytuacja
wlascicieli niegdys zydowskich sklepów, albo tych, których wczesniej
zmagali sie z zydowska konkurencja." [9]
Gross konkluduje: "Mówiac po prostu, zeby zrozumiec to, co wydarzylo sie w
powojennej Polsce wystarczy wziac pod uwage trzy zjawiska: upowszechnienie
sie antysemickiej ideologii gloszonej przez Kosciól katolicki i wiekszosc
przedwojennych partii politycznych, demoralizacje czasu wojny i wreszcie
pojawienie sie w Polsce szerokiej warstwy beneficjantów, którzy z przyczyn
ekonomicznych byli niechetni i aktywnie sprzeciwiali sie powrotowi Zydów do
swoich miast i wiosek po wojnie." (46) W rzeczy samej - byli niechetni i
aktywnie sie sprzeciwiali.
Wracajac do Warszawy ze swojej kryjówki w malopolskiej wiosce, Janina
Bauman pojechala na Prage jedna z owych ciezarówek, które przejely fukcje
nieistniejacego transportu publicznego w niedawno wyzwolonej i zrujnowanej
Warszawie. Wspomina:
"Jadac w okropnym tloku z tymi obcymi ludzmi, nagle zdalam sobie sprawe, ze
jest to moja pierwsza okazja, aby spojrzec ludziom w Warszawie prosto w
oczy. Podnioslam glowe i usmiechnelam sie do mojego najblizszego sasiada,
jakbym chciala powiedziec: 'Popatrz, wrócilam, zyje!'. I wtedy uslyszalam
jak jeden mezczyzna powiedzial do drugiego:
"Niewiarygodne! Wciaz jacys zostali. Niemieccy partacze nie zagazowali ich
wszystkich". [10] Ciezarówka byla przepelniona, ale krytyk "partackiej
roboty" nawet nie sciszyl glosu, pewny, ze zaden ze wspólpasazerów nie
zwróci mu uwagi.
*
Jan T. Gross chcial, zeby glównym przeslaniem jego studium z podtytulem
"esej o interpretacji historycznej" byla mysl, ze to wlasnie "masowy udzial
w inspirowanych przez nazistów grabiezach i morderstwach Zydów byl
przyczyna polskiego powojennego antysemityzmu, a nie rzekomy, decydujacy
udzial Zydów w narzuceniu Polsce komunizmu". (xvi)
Swoje stanowisko powtórzyl z jeszcze wieksza moca w podsumowaniu:
"Nie widze innego wiarygodnego wyjasnienia powrotu fali antysemityzmu w
powojennej Polsce, jak to, iz byl on osadzony w spolecznym oportunizmie
czasu wojny... Zydów atakowano nie dlatego, ze Polacy wierzyli w historie o
wysysaniu krwi lub o zydokomunie. Atakowano ich, zeby sie ich pozbyc - na
dobre i na zawsze - w obronie wlasnych interesów, czesto opartych na
ciemnych ukladach lub zbrodniach z czasów wojny. (247)
Tak, wielu czytelników sie zgodzi (a gdyby którys mial watpliwosci, to
ponowna lektura dowodów przytoczonych przez Grossa latwo go przekona), ze
strach przed utrata skradzionej wlasnosci mógl pchnac wielu ludzi do
uczestnictwa w mordach i wypedzaniu tysiecy upiornych reliktów ograbionego
narodu. Mógl takze sklonic wielu innych do przypatrywania sie pogromom z
ledwie ukrywana aprobata. Interpretacja brzmi calkiem rozumnie. Zgodna jest
w kazdym razie zarówno z rozpowszechnionym, (choc niekoniecznie slusznym)
pogladem na nature ludzka, jak i z koncepcja "racjonalnego wyboru", która -
jak modne dzis wsród socjologów i politologów poglady insynuuja -
adekwatnie tlumaczy postepowanie i wybory, jakich dokonuja nasi bliznich w
codziennym zyciu.
Alez skadze! - zaoponuja inni: obrona wlasnych interesów, a dzialania
wywolane bajdami o zydowskich wampirach wysysajacych krew chrzescijanskich
dzieci lub o "zydokomunie" nie sa zjawiskami tej samej kategorii. Chcac
wyjasnic to, co niewyjasnialne, nalezy raczej odwolywac sie do obu, gdyz
nie wykluczaja sie one i nie uniewazniaja wzajemnie. Latwiej jest uwierzyc
w najbardziej nawet nonsensowne glupstwa i latwiej poddac sie inspirowanym
przez nie impulsom, gdy najslabsza nawet iskierka nadziei na uzyskanie
materialnych korzysci skutecznie dlawi glos rozumu moralnego. Czy jednak
osobisty interes równie latwo odnióslby swoje pyrrusowe zwyciestwo nad
nakazem moralnym, gdyby motywowanych nim zbrodniczych czynów nie popelniano
w swiecie, w którym panuje falszywa etyka - etyka, która zamienia grzech w
cnote i uwalnia od winy zarówno sprawców, jak i swiadków zbrodni? Falszywa
etyka i materialne korzysci nie wykluczaja sie wzajemnie; nie powinny byc
traktowane jak konkurencyjne alternatywy, a tym mniej jak niemozliwe do
pogodzenia sprzecznosci. Uzupelniaja sie raczej i umacniaja wzajemnie.
Wskazuja sobie wzajemnie droge i pomagaja omijac pojawiajace sie na niej
przeszkody.
Paradoks to wprawdzie, lecz wiernie odzwierciedlajacy pokretna logike
zdarzen, ze jesli porazka etyki zalozyla fundamenty powojennego polskiego
antysemityzmu, to sila zasad moralnych i upór ludzkich sumien uchronily
gmach na nich wzniesiony przed zawaleniem...
Mordu na polskich Zydach dokonano na oczach Polaków, stawiajac ich tym
samym przed dylematami moralnymi, nieznanymi wiekszosci narodów w podbitych
przez nazistów krajach; dylematami bez rozwiazania i dobrego wyjscia:
dylematami, jakie z pogwalceniem Kantowego testamentu przeciwstawialy
nakazy rozumu przykazaniom etycznym. Niemieccy okupanci zagrozili w Polsce
kara smierci kazdemu, kto ratowal lub ukrywal Zydów. Smierc grozila takze
tym, którzy wiedzieli, gdzie ukrywaja sie Zydzi, lecz nie doniesli o tym
fakcie okupacyjnym wladzom. Ci, którzy mimo wszystko zdecydowali sie niesc
pomoc przesladowanym, nie mniej od gestapo musieli sie obawiac swoich
polskich sasiadów.
Joanna Beata Michlic, autorka fundamentalnej pracy o zmieniajacym sie
wizerunku Zyda w polskiej swiadomosci [11], przytacza opis typowego
doswiadczenia Zyda ukrywajacego sie wsród Polaków: "Zylem w ciaglym leku,
ze zabija mnie Niemcy, ale jeszcze bardziej balem sie Polaków, którzy mogli
mnie latwo rozpoznac jako Zyda. Powiedzenie komus obcemu lub nawet
znajomemu, ze jest sie Zydem, równaloby sie samobójstwu."
Postanowienie, by przyjsc Zydom z pomoca, wystawialo ratujacych i ich
rodziny na ogromne niebezpieczenstwo, wymagalo heroicznej odwagi i swietym
tylko wlasciwej, a zwyklym ludziom rzadko dotepnej gotowosci do poswiecen.
Ci, którym oszczedzono tego okrutnego testu moralnego mestwa, nie moga go
sobie nawet wyobrazic i nigdy nie beda pewni, czy zdaliby go pomyslnie,
gdyby ich jemu poddano. Pójscie za odruchem moralnym moglo kosztowac zbyt
wiele: rzecz w tym jednak, ze równie kosztowna mogla sie okazac odmowa
ratowania zycia, nawet jesli waluta byly w tym przypadku "tylko" wyrzuty
sumienia.
Jerzy Jastrzebowski przypomnial historie zaslyszana od jednego ze swoich
starszych krewnych. Jego rodzina postanowila pomóc staremu przyjacielowi,
Zydowi, który wygladal jak Polak i mówil nienaganna polszczyzna, odmówila
wszakze ukrywania jego trzech sióstr, które wygladaly na Zydówki i mówily z
zydowskim akcentem. Czlowiek ten nie chcial jednak ratowac sie sam. "Gdyby
moja rodzina podjela inna decyzje, byloby dziewiec szans na dziesiec, ze
wszyscy zostaniemy rozstrzelani. Szansa na ocalenie dla naszego przyjaciela
i jego sióstr byla w tych warunkach jeszcze mniejsza. A jednak osoba, która
opowiadala mi o tym rodzinnym dramacie, powtarzajac: - Co mielismy robic?
Nie mozna bylo nic zrobic! - nie patrzyla mi w oczy. Podejrzewala, ze
wyczuwam klamstwo, chociaz podane fakty byly prawdziwe." [12]
Ponizenie ofiar i usuniecie ich z pola zobowiazan moralnych jest zwykla
reakcja wiekszosci ludzi w stanie ostrego dysonansu poznawczego. Impuls
moralny ulega wówczas stlumieniu, milknie, co jednak nie znaczy, ze znika.
Zepchniety w mroczne zakatki umyslu, gnije tam i ropieje, dodajac jad do urazy.
Im bardziej pragniemy zagluszyc wyrzuty sumienia, tym glosniej ublizamy
pamieci ofiar. Jednak im glosniej to czynimy, tym mniejsza mamy szanse na
pelne wyleczenie.
Osoby cytowane przez Michlic daja swiadectwo tej perwersyjnej i toksycznej
logice: "Moje sumienie obarczone jest wielkim poczuciem winy. Chodzi mi o
graniczaca z okrucienstwem obojetnosc na los Zydów. Przyznaje - nic mnie
nie obchodzili ludzie umierajacy w getcie. To byli 'oni' - nie 'my'.
Widzialem dym unoszacy sie nad plonacym gettem i wiedzialem, co dzialo sie
za jego murami, ale to byli 'oni'."
Odrzucenie "innego" karmi sie swoja wlasna dynamika. By trwac i rosnac w
sile, nie potrzebuje energii z zewnatrz, lub tez czerpie ja ze wszystkiego,
co napotka na swojej drodze. Zgodnie z logika "lancucha
schizmogenetycznego" opisana przez Gregory Batesona, nasila sie z kazdym
dzialaniem i z kazdym aktem przeciwdzialania. Z kazdym zlem wymierzonym w
drugiego coraz bardziej zatruwa i poniza jednako i odrzuconych, i
odrzucajacych. W procesie tym, jedna po drugiej, niszczy wszelkie inne
alternatywy. Lancuch ten nie ma swojego naturalnego konca, moze byc tylko
przeciety. Jednakze, jak wykazuje Gross w swoim blyskotliwym studium,
ostrze rozumu i rozumnej argumentacji jest zbyt tepe, by podolac temu zadaniu.
Zygmunt Bauman
|