|
Przed 60. rocznicą Powstania w
getcie warszawskim
TYGODNIK POWSZECHNY, 13 kwietnia 2003
O pamięci, historykach, postmodernizmie
i o tym, jak słyszymy Zagładę, rozmawiają Anka Grupińska,
autorka książki „Odczytanie Listy” i Joanna Tokarska-Bakir
Joanna Tokarska-Bakir:
- Marek Edelman powiedział, że „Odczytanie Listy”
jest nagrobkiem. Dominick LaCapra, badacz Zagłady, twierdzi,
że to jest zadanie historyków: zbudować nagrobek i zwrócić
ofiarom utraconą godność. W Polsce ciężko z realizacją takiego
zadania. Widać to na przykładzie Jedwabnego: historycy bardzo
długo zwlekali z opowiedzeniem o tamtej śmierci, nie mówiąc
o zbudowaniu nagrobka. Jak wygląda nagrobek Żydów zamordowanych
w Jedwabnem - każdy wie. Kłótnia o napis jest ilustracją nieprzygotowania
do pochówku.
Można zapytać, czy LaCapra się nie
myli powierzając to zadanie historykom. Ty nie masz ambicji,
które sobie stawiają historycy. Nie jesteś historykiem, a
wykonujesz robotę, którą oni zaniedbali. Mówisz im: panowie,
nie jesteście jedynymi ludźmi, których ta sprawa dotyczy.
To jest także moja historia.
Czy lubimy historyków?
ANKA GRUPIŃSKA: -
Czy rozmawiamy o tym, że nie lubimy historyków? Co mamy im
za złe?
JT-B - Ależ nie, niewykluczone,
że cenimy historyków bardziej niż oni cenią samych siebie.
Historycy są absolutnie niezbędni do tego, by przeszłość została
przepracowana i byśmy mogli się od niej uwolnić. Mówimy im
jedynie: panowie, jesteśmy rozczarowane tym, jak bardzo się
z waszą pracą spóźniacie. Macie obowiązki, z których nie wywiązujecie
się należycie. Ty w pewnym sensie stawiasz historyka na równi
z każdym innym informatorem. Jakbyś mówiła: przychodzą do
mnie różni ludzie, jeden mówi to, drugi tamto, jest między
nimi historyk. Jest tylko jednym z wielu, których historia
obchodzi i którzy mają do niej prawo.
AG: - Bardzo często używam
zwrotu: „historyk powiedział”, albo: „zapamiętano”,
albo: „zapisano” bez podawania źródła, bo wierzę,
że nie źródło jest tu istotne, nie o źródła w (takim) pamiętaniu
chodzi. Istotna jest sama informacja, która buduje pamięć.
Opowieść, która miała swoje źródło, ale w drodze czasu zanurzała
się w innych źródłach, traciła dziewiczość i krzepła w różnych
pamięciach. W końcu przychodzi sobota, zaglądamy do garnka
z czulentem, który się przez lata warzył, i wielu składników
w garnku historii oddzielić czy nawet rozpoznać często nie
potrafimy.
Pilnuję zanotowania źródła, kiedy wiem,
że jestem pierwszą, która informację podaje. Kiedy notuję
rzecz, której nigdzie dotąd nie zanotowano: że Dawidek Hochberg
nie był dowódcą grupy, a zwykłym żołnierzem w grupie Lejba
Gruzalca.
Wtedy zapisuję: „Masza Glajtman
pamięta” i przeciwstawiam jej pamięć pamięci Marka Edelmana.
Tak naprawdę przeciwstawiam pamięć Maszy zapisowi historycznemu
(zdaje się - błędnemu) powtarzanemu od prawie 60 lat.
Natomiast jeśli dzieje się tak, że
informacj została przed laty zanotowana przez jakiegoś historyka,
a potem w kolejnych książkach przez inny przymiotnik, inny
kontekst zmieniała kształt, czasem nie do rozpoznania, nie
podaję źródła. Bo i po co?
Taką ładną ilustracją mojej tezy, że
pamięć historii się kłamie, jest opowieść o powstańcu imieniem
Aleksander. Pepeerowcu, którego imię? pseudonim? Bernard Mark
piszący po wojnie o Powstaniu skojarzył, z zastrzeżeniem „najprawdopodobniej”,
z działaczem pepeerowskiem w getcie Efraimem Fondamińskim.
Po drodze, w kolejnych książkach kolejnych historyków to „najprawdopodobniej”
się zagubiło. I po wielu latach odnajdujemy zapomniany kawałek
układanki: Marek Edelman mówi, że Aleksander nie miał nic
wspólnego z Fondamińskim. Tak się historia kłamie, tak się
nasza pamięć historii buduje. A ja tę pamięć historii, która
czasem ludowe bajanie przypomina, staram się zapisywać.
JT-B - Więc nie jesteś nierzetelna?
AG: - Moja książka nie
jest pracą historyczną, a ci wszyscy przeze mnie wspominani
bez nazwiska są autorami książek z półki holokaustowej, nietrudno
ich odnaleźć i imiona im nadać. „Odczytanie Listy”,
jeśli jest jakimś świadectwem, to jest świadectwem literackim,
zapisem istniejących zapisów. Historia akademicka musi być
zdyscyplinowana. Moje zapisywanie nie musi. Ja opowiadam cudze
opowiadania trochę swoimi, trochę cudzymi słowami.
Odpomnienie, zapomnienie
JT-B - Wskazałabym jeszcze jedną
różnicę między tobą a historykami. Ty słuchasz, nie mówisz:
„tak było”, tylko: „tak usłyszałam”.
Jesteś opowiadaczką cudzych opowieści, wchodzisz w wielki
kanion historii ustnej, źródła ustnego, które jest bardzo
specyficzne. Historycy mają ze źródłem ustnym kłopot, bo nie
wiedzą, jak je weryfikować. Źródło ustne podlega innej dynamice
i powinno podlegać innej obróbce, innej krytyce. To źródło
jest takim zlepieńcem. Ktoś komuś powiedział - autorstwo nie
ma tu specjalnego znaczenia. Autor jest zbiorowy, jak autor
opowieści folklorystycznych. W grupie twoich rozmówców, „Żydów,
którzy jeszcze żyją”, jak ich określiła pani doktor
Alina Margolis, istnieje pamięć, która jest czymś więcej niż
tylko etapem w wypracowywaniu finału „jak to było naprawdę”.
Twoje pisanie jest bliskie zapisowi
etnograficznemu. W Polsce to pogląd raczej rzadki - słabą
mamy etnografię - ale na świecie uchodzi ona za najbardziej
podstawową formę badań społecznych. Etnografia zapisuje „skaz”
[w rosyjskim folklorze forma opowiadania ustnego charakteryzującego
się zwrotami do słuchacza, powtórzeniami] kultury, to znaczy
opowieść w żywym, ludzkim języku. Opowieść, w której bohaterem
jest opowiadający i opowiadanie. W porównaniu z nią historia
jest już bardzo zaawansowanym destylatem. Szwy, za pomocą
których kleci się obraz przeszłości, są w niej już bardzo
pozacierane. Twoja książka jest zapisem pewnego stanu zbiorowej,
odchodzącej świadomości.
AG: - Wolałabym powiedzieć,
że moja książka jest zapisem „pewnego stanu odchodzącej
pamięci”. Albo inaczej: zapisem różnych kawałków pamięci.
JT-B - Ty mówisz o pamięci w
sensie anamnezy czyli odpomnienia, a ja mam na myśli pamięć
szerszą, taką rzekę okresową, która jest też wprawdzie odpomnieniem,
ale ma i drugi, niewidoczny dopływ: starszy, dyskretny i bardzo
produktywny. Jest nim zapomnienie. Coś się zdarza, potem gdzieś
niknie, schodzi poniżej poziomu widoczności i nagle wybija
jak źródło. Ludziom coś nagle się przypomina, śnią się im
sprawy dawne i zapomniane, mają halucynacje, przeszłość do
nich przychodzi. Jak w tym opowiadaniu Hanny Krall: mieszkają
na warszawskim Muranowie, w ich pokoju co pewien czas pojawia
się nieznana kobieta i wyskakuje przez okno. To nie żart.
To metafizyka. A metafizyka nie stosuje krytyki źródeł. My
mówimy o rzeczach ostatecznych, takich jak życie, śmierć.
AG: - A nie bardzo wiadomo,
jak o nich mówić i pewnie dlatego mamy kłopot. Nie mamy języka
do opisywania stanów aż tak nasyconych.
JT-B - Tak jest. Na przykładzie
tego, jak historycy traktują pamięć widać, jak są bezradni
wobec metafizyki.
AG: - Metafizyki, która
bywa źródłem pamięci, albo raczej odpomnienia.
JT-B - To truizm, ale trzeba
go dziwnie często przypominać: przeszłości nie wolno sprowadzać
do tego, co historyk zweryfikował, wyposażył w prawo do istnienia.
Pamięć, która opiera się tylko na źródłach zweryfikowanych,
nie jest wszystkim, co dociera do nas z przeszłości. Ty spisujesz
pamięć, różne pamiętania, nie mówisz tego, jak było naprawdę,
a jak naprawdę nie było.
AG: - A jakbym mogła?! A kto
to wie?! Nigdy nie widziałam innej możliwości niż zapisanie,
kto coś, jakoś pamięta. I zawsze się cieszyłam, że nie jestem
historykiem, nie muszę ustalać tej jednej prawdziwej wersji.
Przeciwnie - zapisuję wszystko, co możliwe, im więcej kawałków,
tym prawdziwsza w swojej wielości mnie się taka opowieść wydaje.
Sceptyczna jestem wobec metody historyków:
weryfikowanie jednej opowieści za pomocą drugiej. Nie rozumiem,
skąd można brać pewność, że czyjeś pamiętanie jest ważniejsze
od innego pamiętania, albo że dwa podobne obrazy przeszłości
są bardziej wiarygodne niż ten jeden, który jest inny.
JT-B - Marceli Handelsman mówił,
że wszystko ma swoją historię i że trzeba badać język, w jakim
ta historia jest. Wszystko jest źródłem i wartość źródła zależna
jest od tego, czy historyk potrafi źródłu postawić pytanie.
Mimo że ty robisz taki recycling źródeł,
twoja książka może być źródłem dla historyka.
AG: - Bardzo mi się podoba określenie
„recycling źródeł”. Tak! Tak! Ja chciałam poskładać
te skrawki, jakoś przemielić i pokazać na nowo: nie gubiąc
po drodze specyfiki materiału odzyskiwanego.
JT-B - Siła twojej książki polega
także i na tym, że przez fragment, szczegół, detal przywołujesz
całość. A twojemu słuchaniu jakiś rodzaj skromności towarzyszy.
Szukanie prawdy
JT-B - Miłosz gdzieś napisał:
„w szumie oceanu jest zawsze smak nicości. Lepiej jest
próbować chwytać mały czas ludzki”. I ty to właśnie
robisz. Budujesz w oczach czytelnika obrazy, które niosą więcej
niż opasłe tomy historyka. Można ci oczywiście postawić zarzut,
że jesteś, za przeproszeniem, postmodernistką.
AG: - A co to znaczy?
JT-B - W znaczeniu, w jakim
przyjęło się u nas to słowo jako wyzwisko, oznacza ono, że
ktoś taki nie wierzy w prawdę, uważa, że wszystko można łączyć
ze wszystkim. To ktoś, kto zamiast czyszczenia form uprawia
kolaże, kpi sobie z wartości i w ogóle jest amoralny.
AG: - W takim razie przynajmniej
trochę jestem postmodernistką. Tyle że ja wierzę w prawdę.
Ba, wiem na pewno, że ona istnieje. Ból tylko w tym, żeby
ją umieć zobaczyć.
JT-B - Otóż to. Czy tę prawdę
można chwycić? Pojmać i usidlić? Twoja książka jest szukaniem
prawdy.
AG: - Moja książka, wierzę,
podaje obrazy prawdziwe do prawdy nas przybliżające. A czasem
obrazy prawdziwe pokazujące okrutnie, jak w żaden sposób do
prawdy dojść nie można.
Jest wiele opowieści o tym, jak powstańcy
wychodzili z kanałów włazem gdzieś przy Łuckiej, niedaleko
Prostej, dnia 10 maja w godzinach rannych. I wiem, jak wielu
rzeczy o tamtym zdarzeniu już wiedzieć nie możemy. Począwszy
od tego, ilu ich było, jak długo to trwało, przez pytania
o to: jak i kiedy zjawiła się tam policja granatowa? żandarmeria?
czy pozostali w kanale z drugiej grupy bronili się? czy zginęli
pod ziemią od gazu? czy może od granatów? czy niektórzy wyszli
i zostali zabici na oczach gapiów? czy wszyscy zginęli w kanale?
Aż wreszcie: jak zginął Rysiek Moselman i Tadek Szejngut,
łącznicy ŻOB-u, którzy obstawiali wychodzących? Często mam
też inny kłopot z prawdą. Zastanawiam się, czy prawdą jest
precyzyjne nazwanie sytuacji, ustalenie faktu? Czy też może
prawdą jest odczucie tamtej sytuacji, jakaś uczuciowa symbioza
z minionym cudzym doświadczeniem? Mnie jakoś za wcześnie na
podręczniki o Zagładzie, mnie ciągle trzeba dotykać, wyobrażać,
przypominać cudze myśli i cudze uczucia.
Duchy i kości
AG: - Chciałaś mówić o duchach,
ale my nie możemy mówić o duchach. Wyśmieją nas.
JT-B - Wyśmieją. Ale o duchach
powiedzieć trzeba! W kraju katolickim, w którym tak bardzo
wierzy się w ciągłość kultury, duchy trzeba traktować serio.
Chyba że marksiści wygrali.
Mówiłaś o nośnikach pamięci. Ciągłości
nie ma: ludzie zginęli, wyjechali. A jednak istnieje tu jakiś
rodzaj trwania.
Choćby w języku. Czasem antysemita
nieświadomie barwi swój język jidyszyzmami. Albo jakiś dawno
zapomniany wątek ożywa w nowej opowieści: niesie tamtą obecność,
podtrzymuje trwanie.
AG: - I co nam z tego wynika?
JT-B - Że rzeczywistość, w której
żyjemy, jest mniej zdziesiątkowana, niż myślimy. Że obecność
jest zjawiskiem dużo bardziej złożonym, niż rozumie to nasza
świadomość.
AG: - Że potęga mitu jest o
wiele większa, niż nam się wydaje.
JT-B - I stąd wynikają pewne
obowiązki. Jestem etnografem, wiele ci o egzorcyzmach mogę
powiedzieć. Ja nie boję się zmarłych, od czasu, gdy im współczuję,
to znaczy, gdy z nimi współ-czuję.
AG: - Czy to wielka sztuka nie
bać się zmarłych? Bo ja też mam do nich serdeczny stosunek.
Chciałabym z nimi jeszcze więcej obcować niż obcuję. Jak tę
książkę pisałam - to oni wszyscy żyli. Do ostatniego zdania
w każdej opowieści opowiadałam o kimś, kto jest obok mnie.
A to ostatnie zdanie zawsze formułowało mi się tak, jakby
z innego, martwego świata przyszło. Bliższe, prawdziwsze było
te osiem zdań, a ostatnie, dziewiąte, odrywało mi się od całej
historii i odchodziło gdzieś w obcą przeszłość.
Przeszłością jest dla mnie ich umieranie.
Obecne są skrawki ich życia. Są tu obok, w mojej teraźniejszości.
Z martwych wstali? Ożywieni zostali literą i duchem? Marek
Edelman mówi, że to nagrobki ze słów i liter. A ja myślę,
że to są także - przywołane, przypomniane i włożone w naszą
codzienność - cudze życia. Ja bardzo potrzebowałam obecności
tych ludzi. Wierzę, że komuś jeszcze okażą się pomocni.
JT-B - Mówiłyśmy o niebaniu
się zmarłych. Uważam, że logo dla Polski XXI wieku to chocholi
taniec z „Wesela”.
Na tym micie zbudowany jest etos narodowy.
Nie wiem, kim jestem, gdzie jestem, nie akceptuję swego miejsca,
mam cholerne kompleksy, moja samoocena jest nieadekwatna:
albo zawyżona, albo zaniżona.
AG: - To taki zespół cech, które
charakteryzują współczesnego Polaka?
JT-B - Tak. Jest taka przepaść
między urojeniami wielkościowymi a kompleksami. A pamięć polska
jest niekompletna, nieprzyswojona. W naszym katolickim kraju
nikt nie wierzy w duchy. Wszyscy, z wyjątkiem paru kobiet,
mają duchy za nic. A te kobiety pewnie są histeryczkami, albo
może niewiele mają do stracenia i mogą sobie pozwolić na śmieszność.
I mogą powiedzieć: tak, proszę państwa, żyjemy na zwłokach
i te kości tu są, w naszych piwnicach i ogródkach.
AG: - A nad nami duchy pilnujące
swoich kości i upominające się o swoje. Wołają do nas o przyswojenie.
JT-B - No, właśnie: im chodzi
o pamięć, wtedy odejdą. O przyswojenie przez nazwanie, opowiedzenie,
może jakieś oznakowanie ich przestrzeni. (Może nie należy
na tych kościach stawiać krzyża czy kamienia księdzu Popiełuszce?
A vis a vis pomnika Umschlagplatzu nie należy budować rywalizującego
pomnika katyńskiego?...) Ty przywracasz ich obecność tej przestrzeni.
Taki zabieg stosujesz: w opowieści o tych, o których wiesz
najmniej, dwa razy wypowiadasz ich imię.
AG: - To prawda, to tryb świadomie
przez mnie zastosowany. Piszę: „Zeew Wortman to imię
powstańca kwietniowego, które dowódcy wpisali na listę zamordowanych
żołnierzy Żydowskiej Organizacji Bojowej.
Podali, że należał do Haszomer Hacair.
Nie znalazłam żadnej wiadomości o Zeewie Wortmanie. Pamiętam,
jak mi się to zdanie napisało. I już wiedziałam, że wkleję
je w inne opowieści bez fabuły. Pamiętam ten przymus powtórzenia
imienia, bo jedynym szczegółem, który znam, jest właśnie imię.
Powtarzając imię, ożywiam je jakby. Odczytanie listy przestaje
być tylko apelem poległych. Jest też poszukiwaniem życia.
JT-B - I to jest obowiązek żywych
wobec umarłych. A kiedy to rozumiesz i jesteś uczciwa wobec
umarłych - nie boisz się ich. Nasz lęk przed duchami oznacza,
że nie spełniamy wobec nich swoich powinności. Tu się celebruje
rocznice, ale nikt nie walczy o osobisty dostęp do przeszłości.
No i przeszłość nas dręczy. Nagrobki, które zbudowałaś, to
nie jest marsz żałobny. Przywracasz umarłych na moment do
życia, żeby mogli odejść. Ale oni muszą odejść. Bo jeśli zostają,
to istnieje niebezpieczeństwo, że pomylisz żywych z umarłymi.
AG: - Ja ich nie mylę, ale lubię,
jak przy jednym stole siedzą. I nie bardzo tu widzę jakieś
niebezpieczeństwo.
JT-B - Życie w przeszłości jest
niebezpieczne! Z drugiej strony, jeśli mamy tylko symboliczny
nagrobek, to bardzo trudno uwolnić się od duchów.
AG: - Trochę mi niewygodnie
z tą rozmową o duchach. Ja uważam, że „Odczytanie Listy”
to jest książka o życiu: o miłości, o przyjaźniach, o ideałach
tamtych młodych, o ich tęsknieniu do Erec Israel. I te życia
mają swój epilog: tak jak wszystkie inne kończą się umieraniem.
Spojrzeć w przepaść
AG: - Każdy człowiek ma potrzebę
obcowania ze złem, z mrocznością, z dramatem. Łatwiej, bo
bezpieczniej obcować z takim doświadczeniem pośrednio. My,
tu w Polsce, często odnosimy się do potęgi zła i tragedii
Holokaustu, bo on nam tu najbliżej. Rozsiadł się w naszej
przestrzeni, żywił się nami, a dziś my żywimy się nim. My
- znaczy: Żydzi, Polacy, wszyscy ci, którzy te głosy słyszą.
Potrzebujemy swojego dramatu, swojej żałoby, swojego nieprawdopodobieństwa,
własnej metafizyki.
JT-B - W rzeczywistości zacierają
się kontury, rozmywa nam się świat. I może „atrakcyjność”
Zagłady polega na tym, że ona jest konkretna, rzeczywista.
Śmierć, zagłada mogą być fundamentem. Józef Czapski mówił,
że aby malować i zwyczajnie żyć, musi co pewien czas popatrzyć
w przepaść.
AG: - Każdy musi czasem spojrzeć
w przepaść. To mi przypomina zdziwienie Hani Krall jej powodzeniem
w Szwecji. Jej książki mają po kilka wydań, a na spotkania
autorskie przychodzą tłumy długich, jasnych i błękitnookich
istot. Przychodzą na spotkania z niską, ciemną kobietą. Bo
chcą zaglądnąć w cudzą przepaść i może trochę zrównoważyć
swoją jasność agresywną.
JT-B - Prawda naukowa zdominowała
nasze myślenie o świecie, mówimy sobie - ach, ta druga prawda
to jest tylko prawda sztuki, i jeszcze paru starych kobiet
za górami. Twoje książki o Zagładzie wprowadzają historyków
w zakłopotanie, bo oni są przywiązani do odmierzania prawdy
tylko i wyłącznie swoją miarką.
AG: - Myślę, że ich drażnią,
czasem nawet oburzają. Wiesz, ja mam ciągle kłopot z tym,
co dla nich jest wiarygodnym źródłem. Często myślę, że wiarygodne
to takie, które jakoś zostało przepuszczone przez maszynkę
ich przyzwoitości. Wiele lat temu Hanna Krall rozmawiała z
Markiem Edelmanem w książce „Zdążyć przez Panem Bogiem”.
Marek opowiadał o Anielewiczu i powiedział, że matka Anielewicza
malowała skrzela rybie na czerwono, żeby się nieświeże ryby
sprzedały. To była okropnie nieprzyzwoita opowieść. Nigdy
w nią Markowi nie uwierzono. Masza Putermilch opowiedziała
mi o śmiertelnie rannym Mejlochu Perelmanie, którego nie można
było nigdzie przenieść; leżał w płonącym domu, do którego
zaraz mieli wejść Niemcy. Nie można go było przenieść, nie
można go było dobić, można mu było tylko zostawić jego broń.
Ale Anielewicz kazał zabrać pistolet, bo pistolet był na wagę
życia. Tej opowieści Maszy nigdy nie wybaczono. Niedawno usłyszałam
od znanego historyka Zagłady: to jest kłamstwo, a pani nie
powinna była tego napisać.
Więc pewnie mamy swoje i cudze źródła.
I potem historycy piszą swoje historie - mamy historię opowiadaną
przez nacjonalistów, chrześcijan, żydów, europejczyków, feministki,
przez czarnych, białych grubych. Masza powiedziała, że jej
mama w czasie Wielkiej Akcji robiła politykę na podwórkach.
Historycy robią politykę na swoich podwórkach.
Warszawa, styczeń - marzec 2003
ANKA GRUPIŃSKA wydała m. in. „Najtrudniej
jest spotkać Lilit. Opowieści chasydek” (1999) i „Ciągle
po kole. Rozmowy z żołnierzami getta warszawskiego ”
(2000), jest współautorką opracowania albumu „Warszawa
1943, Warszawa 1944. Fotograf nieznany” (2002). „Odczytanie
Listy” (2003) to jej najnowsza książka.
Joanna Tokarska-Bakir jest etnografem
i antropologiem kultury, pracownikiem naukowym Uniwersytetu
Warszawskiego. Ostatnio opublikowała: „Obraz osobliwy.
Hermeneutyczna lektura źródeł etnograficznych” (2000).
Wkrótce ukażą się „Rzeczy mgliste”.
© 2000 Tygodnik Powszechny
|