|
Łuna nad miastem
Władysław Bartoszewski
Rzeczpospolita, 31 lipca 2004
Kiedy dorocznie dnia 1 sierpnia milknie
odgłos werbli, bębnów, trąb, które towarzyszą uroczystościom
oficjalnym na cmentarzu warszawskim, gdzie leży znaczna część
poległych powstańców - zaczynają napływać na cmentarz tysiące,
dziesiątki tysięcy (...) ludzi, w ogromnej większości młodych,
którzy nie idą tam na groby kolegów; którzy idą tam z wolnego
wyboru, świadczyć swą obecnością o opcji na rzecz wartości
tradycji narodowej i niedawnej historii. I płoną nad cmentarzem
wojskowym w Warszawie światła zapalone wiernymi rękami w takich
ilościach i wymiarach, że łuna unosi się nad północno-zachodnią
częścią Warszawy, widoczna z nadlatującego samolotu czy jadącego
w tym kierunku - spoza Warszawy - auta. Łuna, która wprowadza
w zdziwienie ludzi nieświadomych przyczyny.
(...) Świadomość celów wojny i celów walki toczonej z przemocą
okupanta (a taka wspólna świadomość - powszechna świadomość
- była) stała się jednym z podstawowych źródeł siły społeczeństwa
w tamtych latach. Walkę o wolność, o suwerenność państwa utożsamiano
w okupowanej Warszawie z walką o prawa ludzkie, o godność
każdego człowieka, o godność osobistą. Straszliwe ciśnienie
terroru okupanta w latach masowych deportacji do obozów koncentracyjnych,
w latach potajemnych egzekucji, po których powstały kałuże
krwi na bruku, próby poniżania, poniewierania ludzi - to wszystko
uważano za zjawiska przemijające. Powszechnie wierzono, że
u kresu tego zjawiska przyjdzie otwarte, zbrojne, powszechne
wystąpienie - osobisty udział społeczeństwa w odzyskaniu wolności.
Przywiązanie do imponderabiliów
Ten specyficzny sposób myślenia i ten sposób odczuwania dyktował
wówczas w hierarchii wartości zdecydowany odruch protestu,
uznawanego za niezbędny bez względu na realne szanse i konsekwencje,
gdy przebrała się miara nieprawości i zbrodni. W tym proteście,
w samej gotowości do niego, zawierało się ogromne przywiązanie
owej minionej generacji do imponderabiliów. Prawdą jest, że
decyzja o wybuchu powstania podjęta była w niewielkim gronie
ludzi przez konspiracyjne, legalne władze polskiego państwa
podziemnego. Ale prawdą jest również, że decyzję poprzedziła
spontaniczna, solidarna, masowa decyzja społeczna, decyzja
stawienia jawnie oporu woli okupanta, decyzja równa rzuceniu
rękawicy przez społeczeństwo bez żadnych wezwań i bez żadnych
dyrektyw, a mianowicie: 27 lipca 1944 roku ówczesny hitlerowski,
niesławnej pamięci, gubernator Ludwik Fischer ogłosił przez
megafony - poparte potem plakatami - wezwanie do stawienia
się następnego dnia, czyli 28 lipca 1944 roku, w sześciu punktach
Warszawy stu tysięcy mężczyzn w wieku od 17 do 65 lat do przymusowych
robót fortyfikacyjnych.
Wezwanie zbojkotowano. A wiemy, że te nonsensowne zresztą
w praktyce poczynania fortyfikacyjne prowadzone były w wielu
punktach okupowanej Polski przez wiele miesięcy i że mimo
powszechnej przecież niechęci do świadczeń na rzecz wroga
- ludzie, radzi nieradzi, bojąc się konsekwencji, pod naciskiem,
w tych robotach uczestniczyli. Ten zbiorowy, manifestacyjny
bojkot spotkał wtedy okupanta tylko w Warszawie. Logika wskazuje,
że niewątpliwie musiałby on pociągnąć za sobą w następnych
dniach konsekwencje. Do nich należałyby przede wszystkim:
całkowita ewakuacja tak wrogo nastawionej ludności z miasta
i obrócenia w ten sposób Warszawy w bazę przyfrontową czy
twierdzę. Realizowano to wszak potem wśród ruin stolicy, w
październiku, po powstaniu.
Znak wiary ogółu
Nie ma do dziś sensownej odpowiedzi, czy wobec polityki hitlerowskiej
i jej znanych reguł działania istniała w ogóle możliwość zabezpieczenia
miasta Warszawy i ludności Warszawy przed zniszczeniem podyktowanym
zbrodniczymi celami okupanta. Wiadomo jednak, że było nie
do pomyślenia zachowanie przez to milionowe niemal miasto,
skupisko Polaków, bierności na linii frontu przez szereg miesięcy.
Ale wiadomo również, że front stał do 17 stycznia, a więc
od sierpnia jest to prawie pół roku! Jest czystą teorią, utopijną
politycznie i historycznie, aby Niemcy mogli ścierpieć na
bezpośrednim swoim zapleczu, przy toczącej się na linii Wisły
walce, Warszawę integralną, nienaruszoną, najeżoną ukrytą
bronią i dyszącą chęcią wzięcia odwetu na okupancie.
Faktem jest, że kiedy powstanie wybuchło, nawet niechętni
mu komuniści polscy zmuszeni byli do przyznania w organie
prasowym "Armia Ludowa", w numerze z 27 sierpnia
1944 roku, że żadne jeszcze z powstań, których widownią była
Warszawa, nie miało tak jednolitego poparcia społeczeństwa.
Po latach nieco przeredagowano tę myśl - że mianowicie powstanie
było w ogóle sprawą społeczeństwa, jakby jakiekolwiek społeczeństwo
mogło zorganizować się i bez sił kierowniczych, dowódczych,
przez dziewięć tygodni trwać w prawie milionowym mieście w
zorganizowanym oporze, z najrozmaitszymi służbami, które były
niezbędne do funkcjonowania życia.
Przywódcy Powstania Warszawskiego należeli do uczestników
walk o niepodległość w konspiracji przed pierwszą wojną światową
i w czasie tej wojny. Ludzie, którzy byli młodzieńcami przed
rokiem 1914 i w latach 1914 - 1920, mieli w chwili wybuchu
Powstania Warszawskiego lat pięćdziesiąt, czterdzieści kilka,
pięćdziesiąt kilka. Walka o wolność była ich życiorysem, a
ogromna większość uczestników powstania, młodzieży, była wychowana
w niepodległej Rzeczypospolitej Polskiej, w wielkim poszanowaniu
patriotycznych tradycji niepodległościowych i powstańczych,
była przywiązana do wolności i do suwerenności jako oczywistego
elementu swojego osobistego życia, swojego osobistego bytu,
a w konsekwencji nigdy niepogodzona z samym faktem okupacji,
zbuntowana przeciwko wszystkiemu, co stało się udziałem tej
generacji w ciągu tak strasznego pięciolecia od 1939 roku.
W czasie wojny postępowała zaś prawdziwa demokratyzacja opinii,
autentyczna i oddolna; szeroki i coraz szerszy udział młodzieży
robotniczej, młodzieży rzemieślniczej, młodzieży chłopskiej
w podziemiu, w konspiracji wojskowej, w konspiracji politycznej,
w konspiracji harcerskiej sprzyjał upowszechnieniu się pojęć
wolności, w których znak równości stawiano między gotowością
do ofiar i walki a prawem do niepodległego bytu. I w tym sensie
Powstanie Warszawskie było wprawdzie zespołem działań militarnych,
ale także czymś o wiele większym. Było uzewnętrznieniem tęsknot
społecznych, uzewnętrznieniem wiary ogółu.
Suwerenny akt Rzeczypospolitej
Jeden z surowych krytyków Powstania Warszawskiego, znany historyk
wojskowości Jerzy Kirchmayer, uznał kilkanaście lat po wojnie
przy - jak powiedziałem - negatywnym nastawieniu do koncepcji
powstania, że bohaterstwo, ofiarność i zaciętość powstańców
są największym w naszej historii przejawem walki o wolność
jako wartości wyższej niż życie ludzkie, kalectwo, wszystkie
dobra materialne. Byłoby ciężkim błędem nie doceniać, a co
gorsza odżegnywać się od takich wartości duchowych.
Takiego błędu niedoceniania i odżegnywania się społeczeństwo
polskie potrafiło się - mimo nacisku systemu komunistycznego
- ustrzec przez całe czterdziestolecie.
Istnieje kilka generalnych ocen Powstania Warszawskiego. Najpozytywniejszą
ocenę sprawności organizacyjnej AK, która potrafiła wytrwać
w walce zamierzonej na 3 - 4 dni przez 63 dni, bohaterstwa,
konsekwencji, wytrwałości, umiejętności, efektów, skutków,
jakie powstanie spowodowało dla wroga, dla armii niemieckiej,
znajdujemy, o dziwo, w materiałach naukowych ogłaszanych przez
historyków zachodnioniemieckich.
Krytyka wychodzi, niekiedy bardzo ostra, spod pióra Polaków.
(...) Nikt nie zastanawia się nad tym, że mieliśmy i mamy
prawo - jakkolwiek z szacunkiem, sympatią czy tolerancją odnosilibyśmy
się do interesów różnych państw - do prowadzenia własnej polityki,
a nawet popełniania własnych błędów. I ktoś powiedział bardzo
wnikliwie, że Powstanie Warszawskie, kto wie czy nie na długie
lata, było ostatnim suwerennym aktem dawnej Rzeczypospolitej,
podjętym decyzją Polaków w interesie długofalowej racji stanu
Polski. (...)
Władysław Bartoszewski - "Warto
być przyzwoitym". Fragmenty rozdziału "Rozważania
o Powstaniu Warszawskim". Wyd. "W drodze",
Poznań 1990. Tytuł i śródtytuły powyższej publikacji - redakcja
"Rz".
|