|
WSPOMNIENIA GUSTAWA HERLINGA-GRUDZIŃSKIEGO
Chłopiec z Kielecczyzny
Plus Minus, Rzeczpospolita 27 lipca
2002
Nagrał i opracował Zdzisław Kudelski
 |
|
Ojciec Gustawa (1872 - 1943) - Józef Herling-Grudziński
z córką Eugenią (siedzi), synem Maurycym i kuzynką
|
Urodziłem się 20 maja 1919 roku w Kielcach jako czwarte dziecko
Józefa i Doroty z Bryczkowskich. Moja rodzina była pochodzenia
żydowskiego, niesłychanie patriotyczna, z tego co pamiętam.
Drugi człon mojego nazwiska Grudziński, jak głosiła fama rodzinna,
był rezultatem faktu, że mój pradziadek czy prapradziadek
był w oddziałach Czachowskiego w lasach kieleckich w czasie
powstania styczniowego. Tam mu to drugie nazwisko nadano.
Ale ja nigdy nie natrafiłem na żadne ślady czy dowody tego
twierdzenia, tak że muszę to uznać za legendę, za coś w rodzaju
rodzinnego mitu.
Kiedy się urodziłem, ojciec mój był
właścicielem niewielkiego majątku w Skrzelczycach w okolicach
Buska, który zawsze potem, w następnych już latach mojego
dzieciństwa, był przedmiotem opowiadań... o jakiejś niezwykłej
obfitości. Wszystko tam było jakoby wielkie, ogromne, niezwykłe.
Grzyby, przez które nie można było przejść czy przeskoczyć,
ryby kilkukilowe. To była legenda, często się o tym mówiło,
o tych skrzelczyckich obfitościach i o niezwykłym zupełnie
bogactwie tego mająteczku. Przeczyłoby temu to, że jednak
wkrótce po moim urodzeniu się ojciec sprzedał te Skrzelczyce
tak wspaniałe i zakupił młyn w Suchedniowie, do którego o
wiele, wiele póĽniej, krótko przed wojną, dobudował mały tartak.
I to była baza naszego życia.
Icek Chitler i ściągaczki
Zamieszkałem z matką w Kielcach na
ulicy Sienkiewicza. Starsza para rodzeństwa, mój brat Maurycy
i siostra Eugenia, już studiowali w Warszawie. Ja należałem
do drugiej, młodszej pary: siostra Łucja starsza ode mnie
o cztery lata zmarła w 1994 roku. W wieku dziesięciu lat zapisany
zostałem do gimnazjum podówczas imienia Mikołaja Reja, a w
rok potem Stefana Żeromskiego. To było gimnazjum, w którym
kształcił się autor "Syzyfowych prac" i pamiętam
z tych lat swego rodzaju manię wśród młodzieży, zwłaszcza
kieleckiej, poszukiwania śladów po Żeromskim. Istniał kult...
Nie był to może kult czytelników książek Żeromskiego, ale
kult wielkiego człowieka, który w tych właśnie murach się
kształcił. Wynajdywano najrozmaitsze drobiazgi, niektóre zabawne,
niektóre mniej, świadczące o tej jego obecności. Krążyły legendy,
że jeszcze gdzieś w podziemiach są stare ławki szkolne z pulpitami,
na których Żeromski wypisał swoje nazwisko. Ja tylko widziałem
przed wojną w kapliczce na Świętej Katarzynie ten słynny napis
zasłonięty szkiełkiem: "Stefan Żeromski, uczeń klasy
II".
 |
|
Matka Gustawa - Dorota z Bryczkowskich Herling-Grudzińska
(1880 - 1932)
|
Z zabawniejszych epizodów pobytu w
Kielcach Żeromskiego pamiętam, że natrafiłem na sprzedawcę
używanych książek, ściągaczek i bryków, który nosił dosyć
niezwykłe nazwisko Icek Chitler. Opowiadał mi, że w swoim
czasie maturalne ściągaczki, dla zarobku oczywiście, dostarczał
mu Żeromski, tak samo jak ja póĽniej.
Żeromszczycy na zawsze
W Klerykowie, Łżawcu, jak często Żeromski
nazywał Kielce, była taka pani niezwykła, starsza już wtedy,
która często wychodziła na spacer na głównej ulicy w jakiejś
przestarzałej, zużytej szacie, w bardzo gęstej woalce na twarzy,
często z mufką (która już w ogóle jest dzisiaj nieznana),
nawet jeżeli pogoda tego nie wymagała. Jednym słowem, bardzo
staroświecka i starodawna pani. Uchodziła za pierwowzór Biruty
z "Syzyfowych prac". Uczniowie zwykli byli na spotkanie
zdejmować czapki i kłaniać się jej, podtrzymując mit, że to
jest Biruta. Opowiadam te drobiazgi po prostu dlatego, że
one świadczą, jak dalece kult Żeromskiego istniał w Kielcach.
Ja też go podtrzymywałem, może nawet
bardziej niż moi koledzy, bo należałem do tych mniej już licznych
uczniów gimnazjum, którzy Żeromskiego bardzo pilnie czytali.
I w jakimś stopniu należę jeszcze dzisiaj w moim niemłodym
wieku siedemdziesięciu siedmiu lat do tzw. Żeromszczyków,
których jest coraz mniej. Mógłbym tylko z moich najbliższych
wymienić Jerzego Giedroycia, Lidię Ciołkoszową, która pisała
w Krakowie pracę doktorską z polonistyki o Żeromskim i pozostała
do dziś jego ogromną wielbicielką [Lidia Ciołkoszowa zmarła
w Londynie w czerwcu 2002 roku - red.], i Juliusza Poniatowskiego,
ostatniego ministra rolnictwa przed wojną. Żeromszczyków jest
coraz mniej i w czasie mojego pobytu w Kielcach, podczas pierwszej
podróży do Polski, jak również z opowiadań mojej znajomej
polonistki z Kielc Ireny Furnal wiem, że Żeromski nie jest
chętnie czytany. I mogę to nawet zrozumieć. To jest już typ
literatury bardzo przestarzałej, nie tylko w sensie merytorycznym,
treści, ale także w sensie językowym. On pisał stylem niesłychanie
patetycznym, który już dzisiaj wyszedł z użycia i młodzi ludzie
właściwie nie mogą albo nie chcą go czytać.
Ja pozostałem wierny tej tradycji żeromszczykowskiej,
ale też bardzo zredukowałem listę moich ulubionych książek
do niewielu tytułów. Bardzo lubię "Syzyfowe prace",
opowieść o gimnazjalnych latach Żeromskiego w Kielcach, uważam
za śliczną jego nowelę czy krótką powieść "Wierna rzeka"
i drobiazgi takie jak "Echa leśne", które mi się
szalenie podobają. Natomiast te jego wielkie powieści, stawiające
problemy, też już są dla mnie niestrawne. Nawet mógłbym sobie
zrobić komplement, że jestem z młodymi pod tym względem, mimo
mojego wieku. To jest już problematyka, którą właściwie Żeromski
stawiał w sposób dzisiaj nie do przyjęcia, egzaltowany, przesadny.
Wystarczy powiedzieć, że ta historia, którą znamy z "Ludzi
bezdomnych", historia poświęcenia doktora Judyma, jest
naprawdę przesadna. Dzisiaj już właśnie nie można sobie wyobrazić
takiego doktora Judyma. To po prostu wyszło z obiegu, wyszło
z mody.
Przypis petitem
Książki Żeromskiego są kontrowersyjne.
Niedawno przeczytałem na nowo, po wielu, wielu latach jego
słynną powieść "Przedwiośnie". Byłem proszony przez
jedno z wydawnictw emigracyjnych o napisanie przedmowy. Z
jakichś tam względów nie doszło do tego, ale przeczytałem
książkę i właściwie, szczerze mówiąc, byłem nią przerażony.
To jest ten Żeromski, który był atakowany jako prawie komunista,
ale to jest też ten Żeromski, który właściwie umknął mojej
uwadze, kiedy byłem małym chłopcem i jego książkę czytałem
z wypiekami na twarzy. To jest Żeromski opisujący z jakimś
niezwykłym smakiem wszystkie horrory rewolucji rosyjskiej
i który właściwie nie potrafi uzasadnić epilogu końcowego,
tego marszu na Belweder. Może dlatego, że już jestem stary,
ale czytając tę książkę jestem raczej po stronie państwowca
Gajowca, a nie Baryki. Uważam, że to jest książka dziwna,
jakkolwiek oczywiście jestem gwałtownym przeciwnikiem tego,
co mi opowiadano w Polsce, że po upadku komunizmu w niektórych
miejscowościach zmieniano ulice Żeromskiego ze względu na
"Przedwiośnie". W oczach tych, którzy to robili,
Żeromski już właściwie uchodził za pisarza komunistycznego
prawie, co jest oczywiście nonsensem.
Żeromski był niewątpliwie bardzo wybitnym
pisarzem, niesłychanie zmysłowym w życiu, o tym wiemy z rozmaitych
opowieści. Bardzo się w tym wyżywał. Pamiętam, że w "Przedwiośniu"
bardzo mnie poruszały sceny czy aluzje do scen erotycznych.
Po tylu, tylu latach pamiętam doskonale jedną z nich, kiedy
Baryka jako uczeń gdzieś na prowincji, zaproszony przez dziedziczkę
do jakiegoś mająteczku, nawiązuje z nią romans i wyprawia
się do niej w nocy. Do dziś pamiętam ten przypis petitem na
dole: "Pruderia autora i głęboki szacunek wobec pruderii
czytelnika (-czki), a nade wszystko czołobitność wobec superpruderii
krytyka, nie pozwala na przytoczenie szczegółów i perypetii
tego wieczora, które się dokonały w zamkniętym na klucz pokoju
pani Laury".
To jest o tyle śmieszne i pouczające
dla pruderyjnych moralistów, że ten dopisek petitem rozpętał
moją wyobraĽnię o wiele bardziej, niż gdybym był czytał dokładny
opis tej nocy. Bez przerwy krążyłem wokół tego, co się za
tym dopiskiem kryje. Ale to jest dygresja.
Tajniak obserwuje kiosk
Jedna rzecz niewątpliwie była silna,
jeżeli chodzi o wpływ Żeromskiego w moich latach szkolnych,
mianowicie wyczulenie na problematykę społeczną i narodową,
ale - podkreślam - szczególnie społeczną. On był na to niesłychanie
wrażliwy. Był niewątpliwie tym "sercem nienasyconym",
jak go nazwał jego monograf, profesor Stanisław Adamczewski
i w niektórych przynajmniej uczniach obudził wielką wrażliwość
na zagadnienia społeczne. Stąd się też bierze krótki epizod
w moim życiu, dosyć niezwykły. To była klasa szósta prawdopodobnie
albo piąta, czyli piętnaście, szesnaście lat, kiedy otarłem
się o grupę młodzieży, która, nie powiem, że była komunistyczna,
ale interesowała się tym, szukała jakiejś drogi. To trwało
u mnie krótko, zresztą skończyło się skandalem. Całą grupę
rozpędziła czy nawet zatrzymała na dzień lub na dwa policja
kielecka. Miałem w związku z tym wielkie kłopoty w szkole,
które jednak udało się przezwyciężyć.
Przed wojną polska prowincja była czymś
zupełnie odmiennym od życia w wielkich miastach. Głównym powodem
oskarżenia mnie, jeżeli można to tak nazywać, był fakt, że
w największym kiosku na ul. Sienkiewicza kupowałem regularnie
pisma lewicowe takie jak "Lewar" i "Lewy Tor",
które były dozwolone. Ten kiosk był pod okiem tak zwanego
tajniaka, który stał po drugiej stronie ulicy i przyglądał
się, kto co kupuje. No więc, to jest naprawdę śmieszne - pisma
były dozwolone, świadczy to zresztą ładnie o władzach, które
dopuszczały je do obiegu. Na prowincji fakt, że jakiś uczniak
przychodzi i kupuje te pisma, był już w pewnym sensie rzeczą
obciążającą. Miałem rewizję na stancji, gdzie mieszkałem w
Kielcach, ale akurat wtedy byłem po raz pierwszy w życiu w
Warszawie u mojego starszego brata, adwokata. W czasie rewizji
oczywiście niczego nie znaleziono. Jednym słowem była to przygoda
dosyć przykra. Zawieszono mnie na jakiś czas w prawach ucznia.
Wszystko to jednak zostało w końcu załatwione i mogłem kontynuować
naukę aż do matury.
Ciężko...
Jako trzynastoletni chłopiec straciłem
matkę i właśnie wtedy zamieszkałem na stancji. Ojciec mieszkał
w Suchedniowie. Ten pobyt na stancji trwał dość krótko, rzecz
okazała się zbyt kosztowna, tak że i ja pojechałem do Suchedniowa.
Wtedy rozpoczął się dla mnie bardzo ciężki okres. To było
chyba od szesnastego czy piętnastego roku życia aż do matury.
Z Suchedniowa dojeżdżałem do szkoły do Kielc. Musiałem o wpół
do szóstej rano pędzić lasem na stację w Suchedniowie, potem
godzina pociągiem, żeby zdążyć na początek lekcji o godzinie
ósmej rano. Gdy wracałem wieczorem, to już byłem niezdolny
w ogóle do odrabiania lekcji, tylko waliłem się na kozetkę
i zasypiałem.
Życie uczuciowe w Kielcach
Kielce są też dla mnie miastem łączącym
się ze wspomnieniami natury sentymentalnej. Życie młodzieży
szkolnej, w każdym zresztą miejscu, nie tylko w Kielcach,
podkochiwanie się w ładnych dziewczynach... Pamiętam, że było
parę bardzo pięknych dziewczyn, które pochodziły z rodzin
rozmaitych rosyjskich urzędników z okresu zaboru. Pamiętam
taką Nataszę, która niestety niezbyt się mną interesowała,
natomiast interesowała się moim kolegą. Nie powiem jego nazwiska,
bo jeszcze, zdaje się, żyje. Już w tak młodym wieku była jego
przyjaciółką, szalenie mu zazdrościłem, to była piękna dziewczyna.
Podkochiwałem się też w takiej Rosjance,
która się nazywała Lala. Mieszka w Gdańsku i nawet się do
mnie ostatnio odezwała telefonicznie. Była narzeczoną naszej
sławy literackiej w Kielcach, mianowicie poety Adolfa Sowińskiego.
On był już autorem wierszy drukowanych w "Skamandrze"
i "Wiadomościach Literackich", a po wojnie napisał
książkę biograficzną o latach szkolnych Żeromskiego. Z Sowińskim
zetknąłem się po latach. On w końcu pozostał za granicą, związał
się z jakąś panią w Wiedniu. Znał zresztą znakomicie niemiecki,
tłumaczył poezję niemiecką i, jak mi opowiadano, tak straszliwie
tęsknił do Polski, że właściwie w pewnym sensie umarł z nostalgii.
Od samego rana otwierał radio na programy z Warszawy i tak
siedział godzinami przy tym radiu, pijąc wódkę. Zetknąłem
się z nim w Neapolu, ale wiem też o nim trochę od Jerzego
Stempowskiego, który go odwiedził w Wiedniu.
Pięknie kłaniałem się panienkom
Inną stronę mojego życia opisał mój
przyjaciel, nieżyjący już - umarł dwa lata temu - adwokat
Franciszek Zyguła, którego w 1991 roku widziałem na uroczystości
przyznania mi honorowego obywatelstwa Kielc. W książce, która
wyszła z sesji w Kielcach o moim pisarstwie, napisał osobiste
wspomnienie o naszych stosunkach. To jest dla mnie wzruszające,
bo on kładzie nacisk na okres, w którym młodzi chłopcy już
się interesowali nawet w inny sposób kobietami, chodzili na
ul. Starowarszawską czy Nowowarszawską, gdzie można było znaleĽć
dziewczynki lekkiego prowadzenia. I on podkreślał jedną rzecz,
która mi sprawia pewną przyjemność, że ja wobec tych pań -
które na ogół były całkowicie ignorowane na ulicy przez tych
swoich nocnych przyjaciół, a moich kolegów - byłem dość szarmancki.
Ja im się zawsze bardzo pięknie kłaniałem. Nigdy tego nie
ukrywałem i to był w młodym wieku ładny gest, prawda, bo moi
koledzy odwracali głowy czy przechodzili na drugą stronę ulicy,
żeby, broń Boże, nie padło na nich podejrzenie, że utrzymują
stosunki z dziewczętami lekkiego prowadzenia się.
Lanie wody
W gimnazjum miałem jeszcze bliższego
przyjaciela, który się nazywał Jerzy Głowania. To był mój
naprawdę serdeczny przyjaciel. Bardzo go kochałem. Po wojnie
nawiązaliśmy kontakt. Dowiedział się, gdzie jestem, odezwał
się do mnie, myślałem, że ten kontakt długo potrwa, ale, niestety,
Głowania zginął w wypadku samochodowym. Z nim zacząłem uprawiać,
że tak powiem, moją młodzieńczą twórczość pisarską, bo on
też miał zainteresowania literackie. Pamiętam doskonale, że
napisaliśmy razem dialog o głośnej podówczas powieści Zofii
Nałkowskiej "Granica". Skłonności pisarskie rzeczywiście
miałem od najmłodszych lat...
Byłem albo prymusem, albo w każdym
bądĽ razie jednym z prymusów w nauce języka polskiego, gdzie
najważniejszą rzeczą była umiejętność pisania długich wypracowań
- według mnie rzecz wychowawczo okropna. Pobyt w Anglii przekonał
mnie, że to jest zupełny nonsens i powód wpędzania Polaków
w wodolejstwo. Dostaje się wyższy stopień za długość wypracowania,
a nie za jego treść czy wartość. W Anglii, jak się uczyłem
języka angielskiego w Londynie, przekonałem się, że jest wręcz
odwrotnie, im krótsza była wypowiedĽ na zadany temat, tym
wyższy stopień. Artykuły wstępne w gazetach angielskich czy
też wypowiedĽ w czasie publicznej debaty - ograniczana zawsze
do pięciu minut przez przewodniczącego - były po prostu wzorem
jasności. Anglicy słyną z tego, że potrafią tak dobrze i krótko
sformułować to, co mają do powiedzenia. Uważam tę metodę wychowawczą
za o wiele lepszą. No, ale takie były te szkoły.
W przedpokoju literackim
Pisywałem w takim szkolnym pisemku
kieleckim, które się nazywało "Młodzi idą", ale
też już zacząłem pisywać do ogólnopolskiego pisma młodzieżowego
"KuĽnia Młodych", które wychodziło w Warszawie,
i które skupiało dosyć utalentowanych uczniów z całej Polski.
Tam był póĽniejszy ksiądz Jan Twardowski, Kazimierz Brandys,
o ile pamiętam, Ryszard Matuszewski, Jan Kott i tak dalej,
i tak dalej... Więc to już był wielki honor móc drukować w
"KuĽni Młodych", to było jak wejście do przedpokoju
literackiego. W każdym razie miałem już silne aspiracje do
pisania i wiedziałem, że zaraz po ukończeniu gimnazjum zapiszę
się na polonistykę. Wbrew woli mojego ojca, który chciał,
żebym się zapisał do Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego,
bo sądził, że ktoś musi objąć młyn z dużym kawałkiem ziemi,
ze stawem. Bardzo tego chciał. Ja się nie zgodziłem, więc
nasze stosunki, i tak już złe od dawna, jeszcze bardziej się
pogorszyły. Jako dziecko byłem bardzo przywiązany do mojej
matki, nie do ojca.
Moi rodzice nie mieli wyższego wykształcenia.
Jak wspominam ojca, to pamiętam tylko, że on, pracując bardzo
ciężko, czasem tylko szybko czytał gazetę. Jeżeli chodzi o
moją matkę, to jej aspiracje kulturalne właściwie ograniczały
się tylko do kina. Była nałogową kinomanką i do dziś jeszcze
pamiętam, że często mnie zostawiała samego w domu i pędziła
do kina, a potem wracała zalana łzami, bo to była epoka, w
której filmy były niesłychanie sentymentalne i dramatyczne
i wyciskały bardzo łatwo łzy. Pamiętam na przykład, że oglądała
chyba cztery razy film "Pożegnanie z bronią" z tej
słynnej powieści Hemingwaya i rzeczywiście tonęła we łzach
za każdym razem.
Śmierć Puszczy Jodłowej
Fascynacja Kielecczyzną to na pewno
nie była fascynacja samymi Kielcami. Miasto to dosyć mnie,
szczerze mówiąc, brzydziło, tak zresztą jak Żeromskiego, który
nazywał Kielce Klerykowem, Łżawcem. To była fascynacja Świętokrzyżczyzną
i dlatego tak się nazywał mój pierwszy w ogóle występ pisarski
w "KuĽni Młodych" - "Świętokrzyżczyzna".
To była Święta Katarzyna, Święty Krzyż, Nowa Słupia i okolice
Żeromskiego, m.in. wieś Ciekoty, skąd on wyszedł w świat.
To przepiękny rejon, z tym że ze smutkiem widzę z gazet, że
marnieje. Czytałem ostatnio i widziałem fotografie tej wspaniałej
Puszczy Jodłowej, której Żeromski poświęcił bardzo ładny szkic.
Z jakichś powodów, które nie są dla mnie jasne, Puszcza Jodłowa
po prostu umiera. Widać opadające na siebie drzewa. Ktoś mówił
o wpływach anten, które tam zostały ustawione, ale ja nie
bardzo w to wierzę, żeby antena mogła tak podziałać na wspaniały
drzewostan. To były stare, piękne jodły. Jest jakiś powód.
To jest straszny widok, jak te drzewa upadają, jedne na drugie.
 |
Klasowa wycieczka do Wieliczki,
11 paĽdziernika 1935 r.: Gustaw Herling- -Grudziński
w dolnym rzędzie, pierwszy z lewej
|
ZDJĘCIA Z ARCHIWUM RODZINNEGO GUSTAWA
HERLINGA-GRUDZIŃSKIEGO
Drugą moją fascynacją jest Suchedniów,
gdzie właściwie od śmierci mojej matki rosłem, aż do wyjazdu
do Warszawy. To jest fascynacja stawem (byłem namiętnym wędkarzem
i dobrym pływakiem), groblą, które już nie istnieją, lasami
dookoła. Michniów z jednej strony, Baranów z drugiej strony,
to jest moje wspomnienie z Kielecczyzny. Jeżeli czasem przymykam
oczy i wspominam okres dzieciństwa i wczesnej młodości, to
to są te obrazy, które mi przed oczami stoją. Właśnie Świętkorzyżczyzna
i Suchedniów. Rzadko bardzo wspominam Kielce i bez specjalnego
entuzjazmu, właściwie tylko jedno miejsce w Kielcach mnie
pociąga, to jest ten park miejski z okrągłym stawem, z alejkami
ciemnymi. To było miejsce naszych schadzek i tzw. randek z
dziewczętami, z koleżankami, więc takie rzeczy zawsze zostają
w pamięci i pozostawiają przyjemny osad. Jak byłem w 1991
roku w Kielcach, to od razu poprosiłem, żeby mnie tam zawieziono.
Prowokacja chwyciła
Do okresu kieleckiego właściwie niewiele
mógłbym dodać, z wyjątkiem jednej rzeczy: często nazwa sama
- Kielce - wywołuje skojarzenie z pogromem kieleckim. Ja się
zgadzam, bo są na to dowody, że to była prowokacja sowiecko-ubecka.
Jest zresztą historyk nazwiskiem Chęciński, który wyjechał
z Polski i mieszka w Izraelu i który napisał szkic historyczny
dowodzący, że to była prowokacja. Rozmawiałem również na ten
temat z moim młodszym kolegą z tych stron, pisarzem Krzysztofem
Kąkolewskim. Jak się okazało w czasie naszego spotkania, on
pamiętał mnie z Suchedniowa, bo mieszkał tam, pamiętał nawet
moją wizytę w ich domu. Byłem od niego starszy o jakieś siedem
czy osiem lat, a mimo to niesłychanie poważnie z nim rozmawiałem.
Według niego byłem pierwszym człowiekiem, który go bardzo
poważnie potraktował, tak że to mu zostało w pamięci.
Więc kiedy z nim rozmawiałem na ten
temat - a on książkę wtedy pisał o pogromie kieleckim - stał
na stanowisku, że to była prowokacja. Wiemy od różnych historyków,
że to była prowokacja z rozmaitych powodów, w które nie będę
tutaj wnikał. Ale pozostaje zawsze to, o czym powiedziałem
Kąkolewskiemu: "Prowokacje udają się tylko wtedy, kiedy
trafiają na podatny grunt" i to jest ten problem, przed
którym się staje. Ktoś, kto oglądał, jak ja, krótki film Marcela
Łozińskiego o tym, czuje, że to jest sprawa, której nie załatwia
teza o prowokacji. Po prostu ta prowokacja chwyciła, to znaczy
bardzo dużo ludzi, kielczan, brało w tej sprawie udział z
jakąś bardzo swoistą satysfakcją. Jak gdyby chcieli tego.
Ci, którzy organizowali tę prowokację,
prawdopodobnie wiedzieli, że trafią na bardzo podatny grunt.
Nagrał i opracował Zdzisław Kudelski
|
W paĽdzierniku 1996 roku nagrałem
z Gustawem Herlingiem-Grudzińskim kilka rozmów w Neapolu,
które w przyszłości miały się złożyć na jego wspomnienia.
Pisarz chciał, abym jego odpowiedziom nadał formę monologu,
a powtórzenia usunął, tak aby całość była jego opowieścią
o latach dzieciństwa i studiów, pobycie w łagrze i w
armii gen. Andersa, czy wreszcie o latach spędzonych
na emigracji. Ponieważ byłem wówczas zajęty opracowywaniem
kolejnych tomów "Pism zebranych" Herlinga
(SW "Czytelnik", t. 1 - 11, t. 12 w druku),
dokończenie wspomnień w porozumieniu z autorem odłożyłem
na póĽniej. Liczyłem również na to, że będę mógł zapytać
jeszcze pisarza o rozmaite sprawy i jego opowieść uzupełnić.
Żałuję, że nie zdążyłem tego zrobić i że autor "Innego
świata" nie mógł tekstu przeczytać i zaakceptować.
Jego śmierć 4 lipca 2000 roku uniemożliwiła to. Mimo
to uważam wspomnienia Gustawa Herlinga-Grudzińskiego
za bardzo ważny dokument, który koniecznie powinien
być opublikowany. Żonie pisarza Lidii Herling-Croce,
córce Marcie Herling oraz synowi Benedetto Herlingowi
serdecznie dziękuję za zgodę na publikację. Z.K.
|
|