|
Kamyk żałoby
Halina Bortnowska
Gazeta Wyborcza, 9 lipca 2004
Z każdej bytności w Jedwabnem wynika
dla mnie upomnienie: co robisz, aby pamiętano? Trzeba pamiętać,
aby przekreślać, odwracać dzieło zbrodniarzy: oni przecież
chcieli, aby tych ludzi - przez nich zabijanych - nie było
wcale, nie było nigdzie, a zwłaszcza tam, skąd ich zabierano
na śmierć - pisze Halina Bortnowska
Obchodzenia rocznic nauczyłam się jeszcze
od kardynała Wojtyły w Krakowie. Dałam się przynajmniej częściowo
przekonać, że te szczególne dni naprawdę coś w sobie niosą.
Potem zaczęłam odczuwać, że pamięć okazywana w te właśnie
dni różni się od pamięci codziennej - podobnie jak pamięć
przeżywana w miejscu jej poświęconym różni się od tej, którą
nosimy w sobie wszędzie. Większy tu jest udział pamiętania
razem z innymi. Coś się porusza i otwiera tam, gdzie rzadko
zaglądamy - w ciemnym, mglistym dnie leżącym u podstaw teraźniejszości.
Są rocznice trudne, bolesne, niepokojące. Najtragiczniejsze
są te, które narzucają perspektywę zwykle nam obcą: czujemy
ból ofiar, ale wiemy też, że sprawcami krzywdy i zbrodni byli
"nasi" - Polacy. I te rocznice godne są, by je obchodzić,
by wywoływały poruszenie w zbiorowej pamięci, byśmy razem
spoglądali w otchłań grozy, żalu, wstydu, przerażenia - że
to było możliwe, a kto wie, czy wciąż możliwe nie jest.
Tak jest z Jedwabnem. Mamy teraz 63. rocznicę faktów, które
tam miały miejsce - mamy rocznicę tam obchodzoną, a otoczoną
wieloma podobnymi, ukrywanymi i zapomnianymi. Niemało miejscowości
boi się złej sławy bardziej niż nowej krzywdy, jaką zapomnienie
wyrządza ofiarom i związanym z nimi ludziom. Protesty przeciw
przypominaniu i upamiętnianiu zbrodni na Żydach bywają głośne
i dramatyczne. Częściej jest to narzekanie: Znowu o tym? Nie
ma innych tematów? Powstaje wrażenie, że nikt, prawie nikt,
nie chce naprawdę pamiętać ani o pamiętanym mówić.
Uważam, że takich rocznic jak ta w Jedwabnem nie powinniśmy
zaniedbywać. Z każdej tam bytności wynika dla mnie upomnienie:
Co robisz, aby pamiętano? Trzeba pamiętać, aby choć w ten
nikły sposób przekreślać, odwracać dzieło zbrodniarzy: oni
przecież chcieli, aby tych ludzi - przez nich zabijanych -
nie było wcale, nie było nigdzie, a zwłaszcza tam, skąd ich
zabierano na śmierć. Więc upamiętnianie jest konieczne i nie
można go przenieść gdzie indziej, w żadne wygodniejsze miejsca.
Do niedawna myślałam, że rozumiejących to, tak czujących
jest bardzo mało, że może dziś mniej niż na początku debaty
o polskiej winie wobec Żydów.
Na szczęście coś tej diagnozie przeczy. W styczniu 2004 roku
TNS OBOP opublikował raport "Mówienie o zapomnianym".
Dowiaduję się z niego, że 51 proc. badanych uważa, że trzeba
dalej mówić "o cierpieniach, które w czasie II wojny
światowej i po wojnie Polacy zadali innym". Wyraźnie
mniej, bo 39 proc. chce, by tego zaprzestać. 10 proc. nie
ma zdania. Raport pozwala porównać te dane z gotowością do
dalszego mówienia o własnych cierpieniach Polaków zadanych
im w tym samym okresie przez ludzi innych narodów. Gotowość
do mówienia o własnych krzywdach jest nieco bardziej rozpowszechniona
(61 proc. badanych) niż do debaty o własnych winach. To zrozumiałe,
ale proporcje nie wskazują na żadną "mentalność Kalego":
zadawanie cierpień jest złem i o naszej odpowiedzialności
za to zło gotowi jesteśmy dalej myśleć i mówić!
Pytanie zadane w ankiecie było bardzo szerokie - chodziło
o winę Polaków wobec "innych". Jako przykłady wymieniono
w tekście "Jedwabne" i "wysiedlenie Niemców".
Takie ogólne potraktowanie sprawy nie pozwala na bardzo konkretne,
daleko idące wnioski. Jest to jednak sygnał, że dalsze odsłanianie
historii zawierającej także polską odpowiedzialność za obojętność,
prześladowanie i zbrodnie wobec Żydów może znaleźć bardziej
czytelną akceptację w społeczeństwie. Rysuje się nadzieja,
że z czasem większość uzna potrzebę i wartość takich przedsięwzięć.
Może potencjał zrozumienia rośnie. Dwa lata wcześniej w podobnym
badaniu OBOP poświęconym sprawie Jedwabnego zarysowała się
już grupa osób (28 proc. badanych) "uznających polskich
sąsiadów za sprawców zbrodni" i zarazem przekonanych,
że młodzież powinna uczyć się w szkole o tych wydarzeniach.
28 proc. to mało - ale pytania wysoko ustawiły poprzeczkę
- chodziło o pełne uznanie rozmiarów winy. Oczywiście dane
z tych dwóch różnych badań nie są porównywalne. Ale to jednak
sygnał, że możliwe jest przyjęcie ciężaru odpowiedzialności
z przekonaniem, że warto znać choćby najstraszliwszą prawdę
i trzeba o niej mówić.
Co roku rocznica jest inna. Wracamy w te same miejsca, powtarzamy
tradycyjne gesty, ale w tym wszystkim uczestniczy nasza własna
odmienność. My sami obok dawnych mamy w sobie nowe doświadczenia,
które konfrontujemy z tym, co wyłania się z głębi pamięci.
Ja w tym roku otrzymałam kilka potwierdzeń, że człowiek z
pozoru zwyczajny może się stać zdolny do przerażających czynów.
Jeszcze raz okazało się, jak sprawnie, jak prędko wyrastają
enklawy bezprawia. Nie zabezpiecza przed nimi nawet w zasadzie
czujna demokracja. Coraz łatwiej mi wyrzekać się niedowierzania.
Prawdę mówi więzień Auschwitz Imre Kertész: "Wszystko
jest możliwe".
Myślę o więźniach Abu Ghraib, a potem o zakładnikach tak
okrutnie zamordowanych przez porywaczy, pewnie też przez zwykłych
ludzi, którzy na ten czas zawiesili swoje własne człowieczeństwo
i przestali widzieć człowieczeństwo ofiar. Myśląc o nich,
wybieram kamyk żałoby, który zgodnie z żydowskim zwyczajem
chcę położyć na jedwabińskim polu jak na grobie. Nie wiem,
co ten kamyk dla Żydów znaczy według ich tradycji. Nikt dotąd
nie umiał mi tego wyjaśnić. Odgaduję, że jest w nim życzenie
dostojnego, spokojnego spoczynku ziemskich szczątków. Przyłączam
się do tego. A w chrześcijańskim odruchu dodaję myśl o zmartwychwstaniu,
o życiu.
Położę kamyk, ale nie odejdę z miejsca pamięci uspokojona.
Będę się czuć o jeden rok dłużej współwinna temu, że na tym
miejscu i wielu innych w sąsiedztwie wciąż brak pełnego wyznania
prawdy. Napis na pomniku dalej nie głosi, z czyich rąk polegli
zamordowani - dzieci, kobiety, mężczyźni, jedwabińscy Żydzi,
niektórzy wciąż ufnie dzierżący klucze do swoich pobliskich
domów. Brak tego wyznania wciąż zawstydza.
Z miejsca śmierci Żydów widać wieżę rzymskokatolickiego kościoła.
Widać ją było i wtedy, gdy to się działo. Moje sumienie zawstydza
też brak inicjatywy i współpracy Kościoła w tym, by wyznanie
winy przy grobie ofiar stało się możliwe i by do niego doprowadzić.
Halina Bortnowska - publicystka,
animator grupy Wirydarz przeciw antysemityzmowi i ksenofobii
http://wirydarz.org, członek zespołu miesięcznika "Znak"
Halina Bortnowska
|