|
Obywatel J. K.
Krzysztof Burnetko
Tygodnik Powszechny
27 czerwca 2004
Współpraca: Anna Mateja, Andrzej Brzeziecki,
Václav Burian, Michał Okoński
Był pogodny do końca. Wierzył, że lekarzom
uda się go łagodnie prowadzić przez chorobę. Do ostatniej
niemal chwili pisał nową książkę
Z lwowskiego dzieciństwa lubił opowiadać
pewną anegdotę. Babcia zabrała go do teatru na sztukę "O
dwóch takich, co ukradli księżyc". Kiedy zły czarownik
wsadzał Jacka i Placka do worka, on - kilkuletni dzieciak
- ruszył na scenę ratować krzywdzonych. Zawsze mówił, że ryczał
po to, by zagłuszyć paraliżujący strach, a pokonanie strachu
było największym osiągnięciem jego życia. Wszystko, co zrobił
potem, było tylko powtórką.
Wspominał też, jak dziadek, członek organizacji bojowej Polskiej
Partii Socjalistycznej, brał go na kolana i opowiadał o drukowaniu
bibuły, rewizjach, więzieniach, zdrajcach.
Dziadek śpiewał też: "Pojedziemy
etapem na Kamczatkę z kacapem, hej, zawiśniemy wysoko i spoczniemy
głęboko, hej ". Albo: "Idą, idą, dzwonią im kajdany, idą,
idą, drżą przed nimi pany". Gdy wiele lat później wnukowi
pierwszy raz zakładano kajdanki, czuł dreszcz wzruszenia i
chlubił się, że kajdanki to jedyna biżuteria, jaką nosi.
Ojciec wymagał od syna tylko jednego:
odwagi. I tłumaczył mu, że nie powinien palić, bo jak wsadzają
palacza do więzienia, to wystarczy, że zabiorą mu papierosy
i musi pęknąć.
Wiosną 1945 Kuroniowie osiadają na rok
w Krakowie. Potem przenoszą się do Warszawy. Dziadek i ojciec
wstępują do nowej PPS, choć londyńskie kierownictwo wzywa
do bojkotu partii jako powiązanej z reżimem. Jacek w 1949
r. zostaje aktywistą Związku Młodzieży Polskiej. Czyta "Manifest
komunistyczny", "O pochodzeniu rodziny, własności
prywatnej i państwa" Engelsa, "Państwo i rewolucję"
Lenina. Ma wtedy 15 lat.
***
Z wywiadu "Zawodowy rewolucjonista"
w podziemnym dwutygodniku "Promieniści " (marzec 1988):
Jacek Kuroń:
- Ja rosłem do więzienia, do podziemnej drukarni.
 |
Z materiałów SB: Stefan Kisielewski
i Jacek Kuroń w towarzystwie agenta |
Witold Bereś, Krzysztof Burnetko:
- Ale zacząłeś jako komunista.
- To jest zrozumiałe. Człowiek musi
się w pewnym momencie zbuntować przeciwko autorytetom. Jak
się nie zbuntuje - do końca życia będzie kaleką... Ale szanowałem
ojca, wobec czego moja akceptacja była próbą "wyprostowania "
jego życiorysu. On był ochotnikiem w 1920 roku na front bolszewicki.
Miał 15 lat i sfałszował papiery - wysłał kolegę za siebie
na komisję. Skierowali go jako ochotnika do rozstrzeliwania
dezerterów. Koszmarna historia. Potem brał udział w powstaniach
śląskich, w 1936 roku współpracował z komunistami. Mnie się
wydawało, że to się wszystko ze sobą...
- Łączy?
- Właśnie nie. Że to jest sprzeczne,
że ma niekonsekwentny życiorys. I zdawało mi się, że ja mu
go wyprostuję. Mój akt komunizowania był takim właśnie aktem.
[Telefon]. Z punktu widzenia logiki koncepcja komunistyczna
jest prosta. W odróżnieniu od socjalistycznej, polskiej, która
ma sprzeczne wątki. Tu robimy rewolucję, tu walczymy o niepodległość,
tu się bijemy z jakimiś bolszewikami... W dodatku PPS w tym
czasie była partią rewolucyjną, więc jakby akceptowała rewolucję
w Rosji!
- Tak, trochę sprzeczności w tym było.
- Właśnie. Humor z zeszytów szkolnych
polega na tym, że mój życiorys - z pewnego punktu widzenia
- można uznać dopiero za niekonsekwentny! Tatuś przy mnie
to małe piwo! Jak się okazuje, nie można mieć ,"konsekwentnego
życiorysu", choć oczywiście istnieje inna konsekwencja,
która w moim życiu była i jest bardzo wyraźna. Od zawsze:
idea ruchu społecznego i walki o wolność.
- Nie możesz powiedzieć, że wstydzisz
się swojego komunizowania?
- Wstydzę się, wstydzę! Jak człowiek
robi głupstwa, to się ich powinien wstydzić. Wstydzę się,
ale ich nie ukrywam... Wstydzę się wszystkiego, co robiłem
głupio. Rzecz polega jednak na tym, że się na porażkach i
błędach uczę. Chcę, żeby z tego była jakaś korzyść, nie sama
strata. Co zrobiłeś - nie odstanie się, ale w dalszym działaniu
możesz tę swoją winę naprawić. Przynajmniej w jakimś stopniu.
 |
Spotkanie KSS KOR, lata 70.: Jacek
Kuroń, Adam Michnik
|
***
W maju 1952 r. Jacek Kuroń zostaje etatowym
działaczem ZMP. Wstępuje też do Polskiej Zjednoczonej Partii
Robotniczej. W listopadzie 1953 r. pisze krytyczne sprawozdanie
z działalności kół ZMP w Warszawie. Przełożeni oskarżają go
o czarnowidztwo, a że nie chce złożyć samokrytyki, wyrzucają
z ZMP, a rychło i z partii.
Zaczyna studia w Państwowej Wyższej
Szkole Pedagogicznej. Już wcześniej - od lektury "Poematu
pedagogicznego" Makarenki - interesuje się koncepcjami
wychowania. Długo jeszcze pytany o zawód będzie odpowiadał:
wychowawca.
W 1955 r. jest jednym z inicjatorów
tzw. walterowców (na cześć gen. Karola Świerczewskiego "Waltera",
członka brygad komunistycznych walczących w Hiszpanii i dowódcy
II Armii Ludowego Wojska Polskiego) w Organizacji Harcerskiej
ZMP. Zaczęło się od organizowania kolonii dla dzieci z przedmieść
Warszawy. Podczas jednej z nich poznaje swoją późniejszą żonę
Gajkę.
***
Z wywiadu "Zawodowy rewolucjonista":
Jacek Kuroń: - Miałem 19 lat, gdy uznałem,
że cały ten komunizm, w którym żyję, to nie to. Zacząłem się
zastanawiać, dlaczego nie to i co można na to poradzić. Wymyśliłem
sobie wtedy, że wszystko bierze się stąd, że ludzie nie chcą
rządzić. Mają warunki, mogą, tylko im się nie chce. (...)
Czemu nie są aktywni? Bo nie mają ochoty rządzić. A to jest
po prostu defekt wychowania, więc trzeba komunizm uzupełnić
o wychowanie. Tak wymyśliłem walterowców. I ideę, że wychowuje
się dla aktywnego zmieniania świata, do rządzenia.
Są trzy modele wychowania. Jeden to
szkoła: maszyna do przysposobienia społecznego. I to bardzo
dobra maszyna, doskonała. Dlaczego? Bo jest jedną z instytucji,
które funkcjonują w danym społeczeństwie - instytucją, która
jest mniej więcej taka, jak ten system. Tak jest w każdym
systemie. Człowiek, który przez nią przeszedł, jest przystosowany
do życia w tym społeczeństwie.
Drugi model jest modelem mistrzów. Za
punkt wyjścia bierze się dążenia i potrzeby dziecka. Korczak
jest tu klasykiem, ale można by wymienić wielu. Oni budują
dzieciom idealny ład społeczny. Tylko pojawia się problem:
co się dzieje z dziećmi, gdy opuszczają na przykład sierociniec
Korczaka i wchodzą w społeczeństwo takie, jakie jest. Istnieje
spora obawa, że się roztrzaskają.
Wreszcie trzeci model, który sobie wymyśliłem:
dzieci wprowadza się w życie społeczne, pokazuje, jakie ono
jest i organizuje do zmieniania tego świata. Nie będę się
wdawał we wszystkie słabości tej konstrukcji, dość, że zacząłem
się w to bawić z walterowcami.
 |
| 1 sierpnia
1989 r. Członkowie OKP (od lewej): Olga Krzyżanowska,
Bronisław Geremek, Edward Wende, Andrzej Stelmachowski,
Jacek Kuroń, Józef Ślisz, Jan Rokita, Janusz Ziółkowski
podczas uroczystości katyńskich |
***
Rozpoczęta zimą 1955/56 r. odwilż to
dla niego czas wieców i burzliwych dyskusji. Przyjmują go
na powrót do PZPR. Z grupą przyjaciół (m.in. Krzysztofem Pomianem
i Karolem Modzelewskim) próbuje wykorzystać strukturę ZMP
na Uniwersytecie Warszawskim, by stworzyć niezależną od partii
rewolucyjną organizację młodzieżową, która walczyłaby z pozostałościami
stalinizmu. Poznaje legendarnego przywódcę zrewoltowanych
robotników warszawskiej Fabryki Samochodów Osobowych na Żeraniu,
Lechosława Goździka, który przekonuje go do koncepcji rad
robotniczych.
Lechosław Goździk:
Poznałem Jacka jeszcze przed Październikiem,
chyba w czerwcu 1956 r. na Uniwersytecie Warszawskim. Mówiłem
tam, co robić, jakimi kanałami docierać do robotników. Kuroń
zrobił na mnie wrażenie człowieka zdecydowanego i zaangażowanego,
ale też zorientowanego w polityce i tym, co się dzieje wokół
Polski. Wiedział, gdzie są nieprzekraczalne granice. Miał
świadomość, co się stanie, jak się nie uda. Przecież w Warszawie
były jeszcze świeże tynki po odbudowie stolicy.
To był oryginał, rzadko spotykany
samorodek, który miał dar nawiązywania kontaktów z ludźmi.
Miał swój styl bycia, ubierania, zachowania, był prosty, otwarty,
ciepły, pozbawiony bufonady. Mógł swobodnie rozmawiać z robotnikami,
bo znał ich język.
***
W 1956 r. uczestnicy kolonii walterowskich
zawiązują drużynę harcerską, a następnie Hufiec Walterowski
w ramach reaktywowanego Związku Harcerstwa Polskiego. Ze względu
na zaangażowanie ideowe nazywani są "czerwonymi harcerzami ".
Kuroń pracuje w Głównej Kwaterze ZHP (w latach 1960-61 kieruje
jej Działem Programowym).
Józef Chajn:
W 1956 r. w mojej szkole, jednej
z tzw. szkół "janczarów ", w której uczyło się wiele dzieci
wysokich dostojników partyjnych i państwowych, założono męską
drużynę harcerską. Nosiła imię gen. Prądzyńskiego. To była
sensacja. Jeszcze niedawno, rok czy dwa lata temu, prawie
wszyscy należeliśmy do Organizacji Harcerskiej (OH), polskiej
odmiany pionierów. Czerwone chusty i białe koszule były strojem
organizacyjnym. A tu chłopcy paradują w zapomnianych już w
Polsce mundurach skautowskich: zielone ubrania, żółte chusty
z czerwonym obramowaniem, podkolanówki, sznury na ramieniu
i krzyże harcerskie. Pełen szpan. Mnie to jednak nie bawiło.
Te ciągłe zbiórki, musztra, salutowania, ta gala - wydały
mi się śmieszne. Sam zresztą też byłem w harcerstwie, ale
nieco innym - należałem do drużyny walterowskiej.
Znalazłem się w niej przypadkowo.
Zostałem zaproszony na zbiórkę niedawno powstałej międzyszkolnej
drużyny harcerskiej im. gen. Waltera. Nie było żadnych mundurów
ani musztry. Zbiórkę, a raczej rodzaj towarzyskiego spotkania,
prowadził sympatyczny, starszy od nas facet. Przyszedł też
jeszcze jeden. Potem okazało się, że to Kuroń. Był nieznośny.
Denerwowała mnie jego emfaza i entuzjazm, który wydawał mi
się kompletnie nienaturalny. Ale zostałem.
Tak znalazłem się w zastępie śródmiejskim
drużyny walterowskiej. Też mieliśmy mundury i zdobywaliśmy
sprawności. Organizowaliśmy tzw. lata leśnych ludzi, budowaliśmy
prycze w namiotach i szałasach. Ale było jakby swobodniej.
Zbiórki, ale żadnej musztry. Śpiewaliśmy "Czerwony pas " i
"Hej chłopcy bagnet na broń ", dumki ukraińskie i rosyjskie
piosenki. Obowiązywało prawo najmniejszego: najpierw najlepsze
miejsca dostawały najmniejsze dziewczęta, potem najmniejsi
chłopcy, potem większe dziewczęta i najwięksi chłopcy. Karą
za przewinienia było pozbawienie prawa do pracy. W przeciwieństwie
do sąsiadów z "zielonego " harcerstwa nie szorowaliśmy garów
za karę.
Z sąsiadami bywało różnie. Nas
śmieszył panujący u nich dryl i bezkrytyczne, jak uważaliśmy,
odwoływanie się do przedwojennej harcerskiej tradycji. Ich
drażniła głównie nasza lewicowość. No i te chusty. Były czerwone.
Po stłumieniu przez "siły obozu pokoju i socjalizmu " rewolucji
węgierskiej odbyła się długa i burzliwa tzw. zbiórka węgierska.
Zaczęła się od rezygnacji z czerwonych chust, a skończyła
ich założeniem. Postanowiliśmy naprawiać świat w duchu "prawdziwego "
socjalizmu.
Wyróżniało nas wyczulenie na problematykę
społeczną i zaangażowanie polityczne. Większości to pozostało
do dzisiaj. We wszystkich dziedzinach życia społecznego i
po różnych stronach mapy politycznej Polski znaleźć można
ludzi, którzy przeszli przez szkołę tzw. czerwonego harcerstwa
stworzoną przez Jacka i jego przyjaciół.
***
Z wywiadu "Zawodowy rewolucjonista ":
- Czy to prawda, że rozpieprzyłeś
ZHP?
- Nieprawda. ZHP zlikwidowano w latach
1948-49 i ja w tym nie brałem udziału. Miałem wtedy 14-15
lat. Natomiast gdy w 1956 roku ZHP reaktywowano - w czym już
brałem udział i zostałem wybrany do Rady Naczelnej tego związku
- walczyłem z tradycyjnymi koncepcjami pedagogicznymi w imię
swojej metody: demokracji dziecięcej, koedukacji, konfrontacji
z krzywdą społeczną. To była prawdziwa rewolucja - zwłaszcza
ta koedukacja. Strach, co o mnie wypisywano... (...)
Kiedy na szczytach doprowadzono do ubicia
Aleksandra Kamińskiego i innych (w czym nie uczestniczyłem)
- skauci się podzielili. Część poszła z Kamińskim, a część
została. Zlikwidowano mi przeciwnika i od razu zobaczyłem,
że jestem w dołku. Zabrakło pluralizmu i aparat partyjno-harcerski
zaczął likwidować wszelką samodzielność. W tym czasie była
ogromna presja "uszkolnienia " harcerstwa. Robili akademie,
prace społeczne i pilnowali, żeby się dobrze uczyć. A ja wymyśliłem
system inny od tradycyjnego. I to mi mają głównie za złe.
Był to pomysł zupełnie utopijny.
 |
Z Piotrem Skrzyneckim podczas jubileuszu
50-lecia "Tygodnika Powszechnego", 1995 r.
|
Marta Petrusewicz:
Jacek był przede wszystkim wychowawcą
i walterowcy to był jego wielki projekt wychowawczy: "czerwone
harcerstwo ", owszem, komunistyczne, ale w sensie realizowania
XIX-wiecznej utopii. Pod słowo "komunizm " podkładaliśmy wspólnotę,
odpowiedzialność, solidarność, dzielenie się, odwagę, dorosłość
wreszcie. Chcieliśmy budować lepszy świat. Mówiliśmy o komunizmie,
ale nie mieliśmy poczucia, że gdziekolwiek w świecie to, w
co wierzymy, zostało zrealizowane. Stąd np. z entuzjazmem
przyjmowaliśmy wiadomości o rewolucji kubańskiej i do naszego
- i tak internacjonalistycznego - repertuaru piosenek doszły
kubańskie.
Na obozach walterowskich budowaliśmy
utopijne społeczeństwo dzieci. Koncepcja praw człowieka zaczęła
się dla nas, gdy zrozumieliśmy, że dziecko ma prawa, a ma
je, bo jest małe i bezbronne. "Prawo najmniejszego " oznacza,
że słabsi mają więcej praw niż silniejsi. Jacek tak pojmował
sprawiedliwość: nie jako zupełną równość, tylko jako uprzywilejowanie
słabszego.
Dziecko było chronione przed niesprawiedliwością,
ale do wszystkiego innego miało prawo. Miało prawo spaść z
drzewa, zgubić się w lesie, bać się ciemności czy posiusiać
na pryczę. I miało prawo do odpowiedzialności: jeszcze we
Lwowie Jacek musiał zajmować się młodszym bratem i wiedział,
że dzieci potrafią być samodzielne i odpowiedzialne. To było
niesamowite, że gdy miałam 12 lat i byłam zastępową, przychodzili
do mnie rodzice, by powierzyć mi lekarstwa, które mają brać
ich dzieci.
W Jackowym wychowaniu ogromną rolę odgrywała
wspólnota. Przysięga walterowska mówiła m.in., że sprawy zastępu
będzie się stawiało wyżej od własnych, a sprawy drużyny wyżej
od spraw zastępu. Towarzyszył temu etos dzielenia się. Etos,
nie obowiązek: nie chodziło o to, że nikt nie ma nic własnego;
cała przyjemność własności polegała na dzieleniu się. Sam
Jacek o posiadaniu nie miał najmniejszego pojęcia: co miał,
rozdawał. Nigdy nie przyszło mu do głowy, że człowiek może
być egoistą.
 |
| Jacek Kuroń jako kandydat na prezydenta
RP, 1995 r. |
Kiedyś chłopczyk z mojego zastępu poszedł
na pocztę do wsi po paczkę od rodziców. Były w niej słodycze,
które wracając, zjadł w lesie - sam. Wieczorem, gdy jak zwykle
robiliśmy podsumowanie dnia, przyznał się do tego. Pamiętam
mój dylemat (jedenastoletniej wychowawczyni!): on płakał,
strasznie się wstydził, no i się przyznał. Karać czy nie?
Jacek uważał, że za łatwo karzemy i krzyczał, żebyśmy się
puknęli w głowę, bo dziecku jest przykro. Robił nam awantury,
ale potem nas też przytulał, bo w końcu my też byliśmy dziećmi
i też było nam przykro. W ogóle był cholerykiem, łatwo się
złościł, ale od razu tego żałował i przepraszał.
Bycie w walterowcach nie tłumiło osobowości.
Jednostka była ważna. Wspólnota oznaczała po prostu, że można
w niej zrobić więcej i fajniej niż samemu. Mieliśmy poczucie
uczestniczenia w czymś ważnym. Dzieliliśmy się odpowiedzialnością
i pracą. Nie było ideologii pracy jako takiej, nie uczono
nas także, że praca służy zarabianiu. Mówiliśmy o niej w kategoriach
przywileju, przyjemności i pożytku. Przyjeżdżaliśmy i zakładaliśmy
obóz, trzeba było budować prycze, stoły czy półki. Organizowaliśmy
dzienne przedszkole dla dzieci rolników pracujących przy żniwach,
próbowaliśmy się też zaangażować w roboty rolne, choć w czerwonych
chustach nie zawsze byliśmy mile widziani. Nie było "pracy
dla pracy " ani przodownictwa. Rywalizowały zastępy, nigdy
jednostki.
O to zresztą były dyskusje: czy w ogóle
powinniśmy rywalizować i jak mamy się oceniać - bo zastępy
same się oceniały. Byliśmy nauczeni nonkonformizmu i demokracji;
nie baliśmy się dyskutować. Był autorytet wychowawcy, zastępowego,
ale on nie wynikał z funkcji czy z wieku (moim zastępowym
był Sewek Blumsztajn, dwa lata starszy ode mnie), tylko z
większej odpowiedzialności.
Uwielbialiśmy Jacka słuchać, a on fantastycznie
opowiadał - nie potrzebował do tego zresztą ogniska, siadał
byle gdzie, zwykle na ziemi, i mówił: "to ja teraz opowiem ".
Mówił o wszystkim: o przygodach z własnego życia, o swoim
dzieciństwie, a gdy się zakochał, strasznie dużo mówił o miłości.
Opowiadał też o życiu innych ludzi: historie czyjejś odwagi,
przyjaźni, małych bohaterstw... Pamiętam opowieść o spotkanym
gdzieś we Lwowie ukrywającym się dziecku żydowskim. Często
opowiadał o sytuacjach potencjalnie niebezpiecznych; o tym,
że zaangażowanie może kosztować. W 1956 czy 57 mówił nam
już o przepychankach na szczytach władzy albo o tym, jak go
przesłuchiwano.
***
Jedną z form działania walterowców był
"teatr walczący ". Sztuki obnażające polityczną rzeczywistość
PRL stały się w 1961 r. powodem rozwiązania Hufca.
Z wywiadu "Zawodowy rewolucjonista ":
- Nagle znalazłem się w roli kury, która
wychowała kaczątka. Stałem nad brzegiem wody, a oni popłynęli.
To była groza, no, groza! [z żartem w głosie] - Michnik założył
Klub Poszukiwaczy Sprzeczności i wojuje jak ten lew. Tolek
Lawina i Marek K. postanowili zejść w podziemie i założyć
podziemną partię komunistyczną. Byłem wtedy w wojsku na trzymiesięcznych
ćwiczeniach i dramatyczne listy do nich pisałem na temat "dlaczego
nie ". W rezultacie rozwiązaliśmy Krąg Walterowski i... przystąpiliśmy
do działań opozycyjnych.
- Znaczy - to oni Cię wciągnęli?
- Tak. Już z pewnym dorobkiem, z pewnym
temperamentem, bo wcześniej był rok 1956, w którym działałem
- ja mam temperament działacza politycznego - ale w ten właśnie
sposób tu wszedłem.
 |
| Kawalerowie Orderu Orła Białego:
Karol Modzelewski, Marek Edelman i Jacek Kuroń, 1998 r. |
***
W 1962 roku Kuroń wstępuje do zorganizowanego
na UW przez Karola Modzelewskiego Politycznego Klubu Dyskusyjnego.
Po rozwiązaniu Klubu w 1963 r. z grupą przyjaciół podejmuje
analizę ustroju PRL. Z Modzelewskim pisze przeznaczoną do
wewnątrzśrodowiskowego kolportażu broszurę - wciąż bazując
na założeniach marksistowskich. W listopadzie 1964 r. całą
grupę zatrzymuje na 48 godzin Służba Bezpieczeństwa. Już wcześniej
Kuronia zwolniono z pracy w Głównej Kwaterze ZHP. Teraz traci
stypendium doktoranckie na Wydziale Pedagogiki UW. Po raz
drugi wylatuje z PZPR.
Razem z Modzelewskim odtwarzają swoje
opracowanie. Nadają mu tytuł "List otwarty do członków PZPR ".
Wskazują na konflikt między klasą robotniczą a centralną biurokracją
partyjną i przedstawiają wizję ustrojową, której istotą ma
być system rad robotniczych. Tekst powielają w 18 egzemplarzach:
dwa przekazują 19 marca 1965 r. do komitetów PZPR i ZMS Uniwersytetu
Warszawskiego, pozostałe rozdają na uczelni. Dzień później
zostają aresztowani, a w lipcu skazani - Modzelewski na 3
i pół, Kuroń na 3 lata więzienia.
 |
| Laureaci Medalu Świętego Jerzego
przyznawanego przez "TP": Janina Ochojska i
Jacek Kuroń, 1994 r. |
Jerzy Szacki:
Nie ma żadnego zespołu twierdzeń, które
byłyby właściwe rewizjonizmowi. Daje się on opisać tylko przez
negację istniejącej ideologii. Jest więc możliwy tak długo,
jak długo jest co kwestionować. Rewizjonizm był skazany na
porażkę, ale w 1956 r. w pewnych środowiskach istniała jeszcze
wiara w to, że w komunizmie są treści, które przywrócą ludzkość
do jakiejś domniemanej formy pierwotnej. To nie mogło trwać
długo, bo oficjalna doktryna przestała odgrywać jakąkolwiek
rolę i stało się jasne, że z marksizmu niczego pozytywnego
nie da się już wycisnąć.
Punktem wyjścia dla Kuronia była formacja
komunistyczna, z którą się szczerze identyfikował, by potem
odkryć, że jest ona oszustwem. To trwało kilka lat, ale coś
się z tego zachowało: postawa buntownicza, przekonanie, że
świat można i trzeba poprawiać. To zostało w Jacku do końca,
nie wyparł się tego, co w komunizmie było szlachetne w pewnych
sytuacjach i w pewnym czasie. Natomiast musiał się wyprzeć
tego, co stało się z komunizmem, gdy ten stał się systemem
rządów.
***
Z więzienia Kuroń wychodzi warunkowo
w maju 1967. Włącza się w działalność grupy studentów zwanych
"komandosami " (częściowo złożonej z walterowców), znanych
zwłaszcza z ostrych dyskusji podczas publicznych spotkań z
PRL-owskimi notablami. Gdy władze zakazują wystawiania "Dziadów "
w reżyserii Kazimierza Dejmka, pisze petycję protestacyjną
kolportowaną następnie na UW, potem uczestniczy w podejmowaniu
decyzji o zorganizowaniu wiecu studentów przeciw relegowaniu
z uczelni Adama Michnika i Henryka Szlajfera. 8 marca trafia
do aresztu, a stąd na ławę oskarżonych jako jeden z tzw. inspiratorów
wydarzeń marcowych. W styczniu 1969 dostaje wyrok 3,5 roku
więzienia (prokurator żądał 8 lat). Wychodzi - przedterminowo
- 17 września 1971.
Z wywiadu "Zawodowy rewolucjonista ":
- Kiedy siedziałem, czekając na wyrok
po "Liście otwartym ", chodziłem po spacerniaku i myślałem:
"Ile więzienia mogę wytrzymać? Trzy lata? Nie, tyle to nie.
A pięć? Jezu, nie! ". A jeszcze dziewięć? Gdyby mi ktoś powiedział:
dziewięć... Tylko to jest tak: wchodzisz i idziesz. Masz jakieś
przeszkody i je pokonujesz. Idziesz i coraz trudniej się cofnąć...
A potem mówisz: tyle przeszedłem, to już mi chyba mniej zostało,
nie? I znowu idziesz. A tu jeszcze trudniej.
***
Naturalnie nie ma mowy o żadnej pracy.
Kłopoty z zatrudnieniem ma też żona. SB interweniuje nawet
w liceum, do którego chce się dostać ich syn. Jacek utrzymuje
się z pisania -pod rozmaitymi pseudonimami - felietonów pedagogicznych
i kryminałów, statystowania w filmie, prac zleconych przy
badaniach socjologicznych oraz z pomocy przyjaciół.
Powie potem, że to był najspokojniejszy
okres w jego życiu.
A przecież równocześnie razem z Janem
Józefem Lipskim zbiera podpisy pod listem w obronie skazanych
na wieloletnie więzienie członków konspiracyjnej organizacji
"Ruch " o niepodległościowo-katolickiej, a więc odległej mu
ideowo orientacji, którzy planowali zniszczyć pomnik Lenina
w Poroninie, oraz w obronie braci Kowalczyków, którzy w 1972
r. wysadzili aulę WSP w Opolu, gdzie miała odbyć się rocznicowa
akademia ku czci MO i SB. Organizuje (m.in. z Janem Olszewskim)
petycję przeciwko wprowadzeniu do konstytucji PRL zapisów
o sojuszu ze Związkiem Radzieckim i kierowniczej roli partii.
Pisze też dzieło życia, które nazywa
teorią działania. Początkowo ma to być praca doktorska, ale
promotor boi się dopuścić do jej obrony. Niektóre jej założenia
- wyłuszczone w artykułach "Polityczna opozycja w Polsce "
( "Kultura " 11/1974) i "Myśli o programie działania " ( "Aneks "
nr 13-14/1977) staną się elementami strategii opozycji demokratycznej
w PRL.
Panujący system określa jako totalitarny:
rządząca partia ma monopol organizacyjny, informacyjny i decyzyjny.
Sposobem na przełamanie monopolu komunistów i tym samym odzyskanie
wolności mają być samoorganizacja obywateli w ruchy społeczne:
dla obrony wspólnych im wartości oraz walki o konkretne cele
obywatele winni tworzyć niezależne grupy. Samo istnienie takich
zalążków autonomicznych ruchów społecznych podważałoby totalitarny
monopol, nie mówiąc już, że łatwiej byłoby tą drogą wywierać
presję na władze i stopniowo odzyskiwać kolejne sfery życia
publicznego. Formuła ruchu pozwalałaby też skuteczniej bronić
się przed potencjalnymi represjami - zwłaszcza że założeniem
była jawność działania opartego na formalnie obowiązującym
prawie.
Zastanawiając się, jak daleko można
się posunąć w odzyskiwaniu niezależności Polski od ZSRR w
sytuacji podziału Europy, Kuroń ocenia, że pierwszym etapem
w drodze do pełnej niepodległości może być tzw. finlandyzacja.
Z kolei w eseju "Zasady ideowe " (NOWA
1977) jako wartość podstawową wskazuje dobro osoby ludzkiej
rozumiane jako suwerenność jednostki oraz twórcze działanie
człowieka w środowisku społecznym. Szkicuje też wizję systemu
etyczno-politycznego, godzącego wrażliwość lewicową z moralnym
przesłaniem chrześcijaństwa i perspektywą tworzenia demokratycznego,
pluralistycznego społeczeństwa. Za najlepszą formę ustrojową
uznaje demokrację parlamentarną w ramach suwerennego państwa,
choć przestrzega przed możliwością zdominowania jednostek
przez państwo - także to demokratyczne.
Z wywiadu "Zawodowy rewolucjonista ":
- W "Liście otwartym " byłem wciąż marksistą
i rewolucjonistą. Dopiero w więzieniu, po wyroku za wydarzenia
marcowe, na drodze czysto intelektualnej nastąpiło moje odejście
od marksizmu i fascynacji rewolucją. Dokładnie powiedziałem
to sobie w grudniu 1970 r., parę dni przed rewoltą robotniczą
na Wybrzeżu.
***
Na wiadomość o procesach wytaczanych
robotnikom, którzy w czerwcu 1976 r. zaprotestowali w Radomiu
i Ursusie przeciwko podwyżkom cen, z grupką przyjaciół rozpoczyna
akcję pomocy: idzie na rozprawę pierwszej grupy oskarżonych,
przekazuje pieniądze pozbawionym środków do życia rodzinom
sądzonych, organizuje pomoc prawną, a przy okazji zbiera informacje
o zachowaniu milicji. Pisze list otwarty w obronie represjonowanych
do przywódcy Włoskiej Partii Komunistycznej Enrico Berlinguera.
Władze reagują powołaniem go na przeszkolenie wojskowe.
We wrześniu, będąc na przepustce, podchwytuje
pomysł zawiązania Komitetu Obrony Robotników, w którym widzi
spełnienie swojej idei ruchu społecznego. Po powrocie z wojska
zmienia swoje mieszkanie w centralę opozycji: tu spływają
relacje o łamaniu praw człowieka przez władze oraz o niezależnych
inicjatywach. Informacje te przekazuje na Zachód: nagłośnienie
represji w świecie jest niewygodne dla ekipy Edwarda Gierka
i przyczynia się do łagodzenia kursu wobec opozycji. Równocześnie
wiadomości te za pośrednictwem polskich rozgłośni nadających
z zagranicy są rozpowszechniane w kraju.
Mirosław Chojecki:
Kiedy w 1976 r. powstawał "Komunikat
KOR-u " i "Biuletyn Informacyjny ", wiedliśmy spór: drukować
czy przepisywać na maszynie. Za drukiem przemawiała możliwość
wydawania znacznie większej liczby egzemplarzy. Jednak ulegliśmy
Jackowi: - Budujemy wokół KOR-u ruch społeczny. W takim ruchu
ludzie muszą uczestniczyć, muszą mieć jakieś zadania. Przeczytaj,
przepisz, rozdaj znajomym - to jest najprostsze zadanie, jakie
możemy zaproponować.
Miał rację. Przez kilka pierwszych miesięcy
stworzyły się samorzutnie ścieżki kolportażowe. Gdy zaczęliśmy
drukować, nie było problemów z dystrybucją. Powstałe później
wydawnictwa zwracały się do nas z prośbą o kolportaż.
***
W maju 1977 r. na wieść o znalezieniu
zwłok współpracującego z KOR studenta Uniwersytetu Jagiellońskiego
Stanisława Pyjasa próbuje przedostać się do Krakowa. Zostaje
aresztowany i objęty sankcją prokuratorską. Z aresztu wychodzi
dopiero w lipcu na mocy amnestii.
Halina Bortnowska:
Bardzo żywo pamiętam Jacka z pewnej
rozmowy o odpowiedzialności i rozmowa wcale nie była teoretyczna.
Były lata 70., Osiedle Kościuszkowskie w Nowej Hucie. On właśnie
coś opublikował w "Znaku " pod panieńskim nazwiskiem żony,
bo na niego był zapis w cenzurze. Niepokoił się, że rzuca
młodych ludzi, którzy skupili się wokół niego, jak "kamienie
na szaniec ". Nie wiadomo, co im zrobią, żeby "złamać ", a taktyka
MO i SB bywała wówczas taka, żeby z początku nie uderzać w
animatorów opozycji, ale w ich otoczenie. "Jak możesz mnie
nie rozumieć? " - dziwił się, ale uważałam, że ludzie sami
dojrzewają do pewnych decyzji i nie mogę im zabraniać ich
podejmowania. Każde z nas zostało przy swoim, ale Jacek chyba
usiłował trochę ograniczać zasięg swego promieniowania.
***
Po przekształceniu się KOR-u w Komitet
Samoobrony Społecznej "KOR " w październiku 1977 r. Kuroń nadal
pełni w nim jedną z czołowych ról. Utrzymuje kontakty z dziennikarzami
zagranicznymi, pisze do prasy niezależnej. W środowiskach
opozycyjnych słynne staje się jego hasło: "nie palcie komitetów,
ale zakładajcie własne ".
Seweryn Blumsztajn:
Jacek od zawsze był przywódcą rewolucji.
Wieczna rewolucja i walka ze złem to był jego pomysł na życie.
Wtedy gdy był moim wychowawcą w harcerstwie, przed Marcem,
potem w KOR i w "Solidarności ". Nigdy jednak nie miał aspiracji
wodzowskich. I jednocześnie był człowiekiem skrajnie antyrewolucyjnym.
Jeśli się mówi o roli ludzi lewicy w PRL, trzeba pamiętać,
że my byliśmy odszczepieńcami. Wychowani na rewolucji wiedzieliśmy,
jakie są jej koszta. Rewolucja jest ciągiem: najpierw ty ścinasz
głowy, potem przychodzi restauracja i tobie głowę obcinają.
Ale żeby to przyjąć do wiadomości, trzeba mieć poczucie odpowiedzialności
za skutki Rewolucji Październikowej. Duch całego naszego nurtu
był antyrewolucyjny i tylko dlatego mogła powstać formuła
zmieniania rzeczywistości przez ruchy obywatelskie. Zwieńczeniem
tej filozofii były Okrągły Stół, III RP i niechęć do rozliczeń.
Ciekawe było zderzenie tej lewicy z
ludźmi pokroju Leszka Moczulskiego. W pewnym sensie to idea
niepodległościowa była rewolucyjna i robiona tradycyjnie rewolucyjnymi
metodami, jak zakładanie konspiracji. My natomiast kombinowaliśmy,
jak założyć jeszcze jeden komitet, jeszcze jedno wydawnictwo.
Budowanie sfer wolności było zaprzeczeniem wzorów rewolucyjnych.
Podobnie jak przekonanie, że człowiek jest najważniejszy.
Jacek próbował łączyć rewolucję z miłością do ludzi, a to
są rzeczy nie do pogodzenia, bo rewolucjonista gardzi motłochem
i godzi się na ofiary. Otóż zasadą KOR była obrona ludzi.
Powiadamiało się RWE, robiło się głodówkę itp. Odkrywczość
takiego działania polegała na tym, że było ono kompletnie
nierewolucyjne.
Pamiętam proces Marka Kozłowskiego,
jeszcze przed Sierpniem, w lipcu 1980 r. w Słupsku. Przyjechaliśmy
tam z Warszawy, była też ekipa z Gdańska z Wałęsą. Okropny
proces, zwłaszcza zachowanie sędziego. Wałęsa dostał szału,
wołał, że tak nie może być, że trzeba ich pozabijać. I Jacek
na niego naskoczył: co ty gadasz! Tak nie wolno!
***
Władze PRL uważają Kuronia za lidera
opozycji. Jest jedną z kilku osób podlegających najostrzejszym
represjom: stale inwigilowany, często zatrzymywany na 48 godzin,
pozbawiony możliwości druku w legalnej prasie. Uchodzi za
człowieka, za kontakty z którym grozi zemsta SB.
Z wywiadu "Zawodowy rewolucjonista ":
- Czy masz jakieś wyrobione odruchy
wobec SB?
- Jestem wobec nich życzliwy, bo nie
boję się każdego z nich z osobna. Boję się więzienia. Jeżeli
ktoś idzie na przesłuchanie, to wiadomo, co ma robić. Przepisy
są jasne i nie ma co tu odkrywać Ameryki: nie powinien odpowiadać
na żadne pytania. Jest też zalecone, aby nie prowadzić żadnych
rozmów. Wiadomo, że technika śledztwa polega na tym, żeby
cię ubek wprowadził tą rozmową w temat "swój ". Dobry powinien
wprowadzić tak, że nawet się nie zorientujesz, kiedy wlazłeś.
(...)
- Ale na pewno zdarzają się tacy ubecy,
którzy próbują złamać Cię krzykiem, zastraszyć Cię - co wówczas
robisz?
- Był jeden taki. Jeden jedyny. Milczałem.
Wtedy jest łatwo milczeć.
- To esbecja chyba Cię lubi?
- Nie wiem. Pamiętaj, że to jest gra.
- Czy należy ich doceniać?
- Myślę, że tak... [Telefon].
- A jak w życiu? Masz na pewno podsłuch
w domu. Jak sądzisz, czy to jest permanentne nagrywanie, czy
też nasłuch?
- Nie wiem. Kiedyś był permanentny nasłuch.
Wiem, bo miałem taką przygodę... Potrzebowałem coś pilnego
i tajnego przekazać Antoniemu Pajdakowi i wysłałem do niego
z kartką Maciusia. Maciuś go nie zastał, wrócił i mówi: "Włożyłem
w drzwi ". Więc ja mówię: leć i wyjmij. I Maciuś pobiegł.
- I już nie było?
- Była, ale dobiegł parę metrów przed
SB. (...)
- Jaki teraz masz podsłuch? Tradycyjnie
telefoniczny?
- Nie, nie. Podsłuch jest wszędzie -
w ścianie. Już kilka takich aparatów wyszło ze ściany. Bo
one "chodzą w ścianie ". To jest takie ustrojstwo, w którym
nie ma metalu, więc nie można tego wykryć, no i to chodzi
w ścianie i w pewnym miejscu dochodzi do tynku. Już były trzy
wypadki, że wyszedł za daleko. Raz w Radomiu, u pewnej dziewczyny,
która mieszkała obok zakładu pogrzebowego i nagle szafa zaczęła
jej latać. Mama mówi: "duchy, duchy ", odsuwają szafę, a tam
ten aparat wychodzi.
- I daje się z tym żyć tak spokojnie?
- No, już się przyzwyczaiłem. Założono
mi to w 1961 roku, o czym mnie uprzedził funkcjonariusz, który
mi to zakładał.
- Dwadzieścia lat...
- Dokładnie dwadzieścia siedem. Już
się przyzwyczaiłem. (...)
- Czy rozpoznajesz tajniaków na ulicy?
- Chyba tak. Był taki czas, że ja wszystkie
swoje ekipy dobrze znałem. Trzymali się reguły: zmieniali
ludzi rano i kiedy wychodziłem z domu, przejeżdżali samochodem.
Zawsze w nim siedział jeden stary, trzech nowych. Więc wychodząc
z domu czekałem na ten samochód. Patrzyłem, zapamiętywałem
i już wiedziałem, kto jest kto. Zobaczenie "w naturze " jest
konieczne, bo zdjęcie nie daje wcale gwarancji poznania. Miałem
kiedyś w Szczecinie taką przygodę: wychodziłem zewnętrznymi
schodami domu, a oni stali naprzeciw. Dwóch. Stali i patrzyli
na mnie. W pewnym momencie wyjęli zdjęcie i... nic.
- Niewiarygodne...
- Poza tym - to jest następna historyjka
- stałem kiedyś na postoju taksówek i podszedł do mnie Andrzej
Seweryn. Pyta: - Jesteś obstawiony? Jestem - mówię. Słuchaj
- mówi na to Seweryn - przecież jak oni cię obstawiają, to
muszą kogoś grać - przechodnia. To mój zawód. Ja ich spróbuję
rozpoznać. I rozpoznał. Wszystkich!
Więc jest sposób. Tylko trzeba mieć
bardzo wyczulone oko. Tak, ja ich rozpoznaję, ale przysiąc
- nie mogę. A tu zaczyna się takie niebezpieczeństwo: jak
uważasz, że jesteś obstawiony i zaczynasz szukać obstawy,
wszyscy ci się nią wydają. Może też być na odwrót - wydaje
ci się, że ich nie ma - a są.
***
Z opracowania "Aktualne zagadnienia
walki klasowej, materiał pomocniczy na zebrania Podstawowych
Organizacji Partyjnych, zajęcia szkoleniowe i lektorskie;
Wydział Pracy Ideowo-Politycznej KC PZPR; do użytku wewnętrznego;
styczeń 1977 ":
"Ludźmi pracującymi w istocie na zlecenie
ośrodków dywersji imperialistycznej oraz organizującymi wystąpienia
antypolskie są znani z działalności w 1968 r. tacy raczkujący
politykierzy, jak Jacek Kuroń, Adam Michnik i Seweryn Blumsztajn
- zdeterminowani przeciwnicy socjalizmu i partii, ochrzczeni
przez ośrodki dywersyjne mianem wybitnych historyków. Nie
pochodzą oni ze środowisk ludzi pracy, nie mają stałego zajęcia,
nic ich nie wiąże z klasą robotniczą, warunkami jej życia,
jej interesami, troskami i dążeniami. Łączy ich natomiast
wspólna wrogość do narodu i jego aspiracji rozwojowych ".
***
Róża Woźniakowska:
Kiedyś wybierałam się do Warszawy. Idę
na dworzec jeszcze przed świtem, patrzę, a tu Jacek Kuroń.
Odprowadza go grupa mężczyzn, okazuje się, że to robotnicy
z Huty Lenina, którym opowiadał przez całą noc o związkach
zawodowych. Jest zmordowany niemożebnie, głos zdarty, ale
naturalnie odpala papieros od papierosa i gada dalej. Obok
ubecy. Ucieszyłam się, że pojadę z Jackiem, bo czułam dla
niego absolutne uwielbienie, a ponadto podróże do Warszawy
były trudne: jechało się co najmniej 5 godzin, wagony były
potwornie zatłoczone i koszmarnie brudne, a jeszcze zwykle
mieliśmy na karku SB-ków i trzeba się było liczyć, że cię
gdzieś po drodze wyciągną z pociągu.
Wsiadamy, po chwili Jacek mówi: Różyczko,
idziemy na śniadanie. W wagonie restauracyjnym rozmawiamy.
On pali ciągle papierosy, choć nie wolno - tyle że robi to
jakoś więziennym sposobem z rękawa, więc kelner, choć czuje
dym, nie może go nakryć. Patrzę za okno - tam świta, w domach
przy torach zapalają się powoli światła, a mnie nachodzi refleksja:
- Patrz - mówię do Jacka - my tu się mordujemy, a tych ludzi
nic to nie obchodzi, oni sobie najzwyczajniej śpią. Bo wtedy
żyłam wyłącznie walką o Polskę i niepodległość. Spojrzał z
politowaniem: - Różyczko, mnie inna rzecz martwi - że oni
siedzą w tych swoich domach ze swoimi kłopotami, bólami, problemami,
a ja im nic nie mogę pomóc.
***
W styczniu 1978 r. Kuroń podpisuje deklarację
założycielską Towarzystwa Kursów Naukowych - niezależnej inicjatywy
samokształceniowej, w której ramach poprowadzi wykład na temat
pedagogiki społecznej. W marcu 1979 r. do jego mieszkania
wkracza bojówka Socjalistycznego Związku Studentów Polskich.
Ponieważ niektórzy działacze TKN twierdzą, że jego osoba ściąga
represje, zawiesza wykłady.
Latem 1978 r. uczestniczy w spotkaniu
z przedstawicielami czechosłowackiej opozycyjnej Karty '77,
a po ich aresztowaniu - w głodówce protestacyjnej w kościele
św. Krzyża w Warszawie w październiku 1978 r.
Jaroslav Šabata:
Kuroń i Modzelewski to nazwiska pierwszych
dwóch Polaków-opozycjonistów, których teksty poznałem we wczesnych
latach 70. Z pierwszym spotkaniem działaczy KOR-u i Karty
77 na granicy polsko-czeskiej kojarzy mi się taki obrazek:
wielkim uśmiechem śmieje się do mnie ogromna, okrągła głowa
Jacka Kuronia. Jego mądre oczy lekko jakby drwią. Powiedział:
- Adaś Michnik uważa, że ty jesteś z nas wszystkich naj...
A potem pisał mi, że pierwszy raz usłyszał o mnie wiosną 1968
r. w więzieniu na Rakowieckiej...
I jeszcze coś: na przełomie lat 1989
i 1990 weterani spotkań na granicy przyjechali do Cieszyna.
Ktoś przypomniał wizję z okresu międzywojnia: polsko-czesko-słowackiej
federacji. Jacek należał do tych, którzy tę ideę bez wahania
podzielali.
***
Latem 1980 r. Kuroń organizuje w swoim
mieszkaniu ośrodek zbierania wiadomości o strajkach: informacje,
przekazywane na Zachód, wracały za pośrednictwem Radia Wolna
Europa i BBC do kraju, stymulując dalsze protesty. W artykule
"Ostry zakręt " ( "Biuletyn Informacyjny ", lipiec 1980) dowodzi,
że są one początkiem organizowania się robotników "w niezależne
od państwa związki zawodowe " i komisje robotnicze. Opozycja
powinna służyć ruchowi robotniczemu ekspertyzami i sugestiami
programowymi - m.in. próbować przekształcać postulaty ekonomiczne
w polityczne. 18 sierpnia zostaje zatrzymany, a 28 sierpnia
formalnie aresztowany. Podobnie jak trzynastu innych działaczy
opozycji, zostaje zwolniony 1 września na żądanie Międzyzakładowego
Komitetu Strajkowego w Gdańsku.
Ewa Kulik:
W sierpniu 1980 byłam na wakacjach na
Helu. Wracając, w Warszawie zajrzałam do Adama Michnika i
Jacka Kuronia. Dopiero od nich dowiedziałam się o Gdańsku.
W Krakowie okazało się, że potrzebne są ulotki, bo kogoś pobili,
a ponieważ nie dawaliśmy sobie w tym momencie rady z poligrafią,
wysłano mnie do stolicy po ulotki. Tymczasem u Jacka działało
już centrum informacyjne. Parę maszyn, trzy kobiety piszą
na nich postulaty, dzwonią telefony. I napływały informacje
z całego kraju. Postanowiłam dowiedzieć się, co dzieje się
w Krakowie. Ktoś zadzwonił, powiedział: "Strajk w Nowej Hu... "
- i tu przerwano. Wyszłam do znajomych i od nich zaczęłam
"obdzwaniać " przyjaciół w Krakowie.
Na drugi dzień do Jacka wkroczyła ubecja.
W domu było około dwudziestu osób. Przyjechała kolejna ekipa,
bo ci pierwsi nie mogli sobie dać rady z tyloma ludźmi. Jak
przychodziła ubecja, Jacek zawsze serwował herbatkę, zmieniał
popielniczki. Czułam się zasiedziała, bo mieszkałam tam przez
dwa dni, więc zaczęłam czyścić popielniczki i robić herbatę.
Gajka Kuroniowa była wtedy w Tymbarku na wakacjach.
Starszy pan Kuroń już raz podczas rewizji
zasłabł i trzeba było wezwać pogotowie. Esbecy: - Proszę pani,
proszę się zbierać. Ja: - Ale ktoś z nas musi zostać, bo starszy
pan Kuroń potrzebuje pomocy i nie można go zostawić samego.
Gdzieś zadzwonili. Po chwili wracają i mówią: - Pani zostanie,
tylko proszę się opiekować starszym panem Kuroniem. I zostałam
przy tym telefonie, który bez przerwy dzwonił. O dziwo, nie
odcięli go. Wszystko zabrali, ale telefon cały czas był czynny.
Ponieważ trochę ludzi z opozycji znałam
osobiście, więc wystarczyło, jak ktoś zadzwonił i zdążył przed
przerwaniem połączenia zawołać tylko: Strajk w Sta..., to
kojarzyłam, że chodzi o Starachowice. Zapisywałam wszystko,
dziennikarze przychodzili... A że znałam angielski, więc im
podawałam informacje. Dzwoniłam też do BBC, do Smolara.
Trwało to chyba od 18 sierpnia - wtedy
była ta rewizja - do końca strajku. Wcześniej wróciła z wakacji
Gajka. Przewalały się tłumy ludzi, a ja zachorowałam na ciężką
anginę. Starszy pan Kuroń wychodził do apteki i mnie leczył.
Gajka pojechała do Gdańska, wróciła i powiedziała, że będzie
porozumienie. Włączyłyśmy telewizor: radość, ulga. Tym większa,
że w ostatnich dniach sierpnia atmosfera w Warszawie była
dość ciężka. Mieliśmy uczucie, że oni tych siedzących spisują
na straty, że będą chcieli zahandlować. Po raz pierwszy widziałam
Gajkę w lekkiej histerii.
Podpisano porozumienie i powinnam była
wracać do Krakowa. Ale byłam chora. Poza tym Jacek natychmiast
po wyjściu, w nocy, przez okno, wymknął się do Gdańska i ktoś
przy tym telefonie musiał dyżurować. Bardzo zaprzyjaźniłam
się z Gajką; siedziałyśmy razem przy telefonie, dzwoniłyśmy
kolejno na wszystkie komisariaty, udając żony aresztowanych
i pytając, gdzie są. Postanowiłam zostać. Czułam się potrzebna,
tu coś się naprawdę działo. W Krakowie też, ale jakoś inaczej...
Doszliśmy do wniosku - to był pomysł Jacka, kiedy na chwilę
przyjechał z Gdańska - że warto robić biuletyn o sytuacji
w ruchu związkowym. Zaczęłam redagować ten biuletyn.
W mieszkaniu dalej był potworny młyn.
Kiedy Krzysztof Śliwiński zrobił centrum informacyjne i zaproponował,
żeby się wymieniać informacjami, to wymienialiśmy się, ale
tylko w jedną stronę, bo on miał ich dużo mniej. Ludzie po
prostu byli przyzwyczajeni do numeru 393964, więc dzwonili
tutaj. Potem Jan Józef Lipski napisał, że spałam, siedziałam,
jadłam i uczyłam się przy telefonie, który zaczynał dzwonić
o szóstej rano, a kończył gdzieś o trzeciej w nocy.
***
Kuroń zostaje doradcą Międzyzakładowego
Komitetu Założycielskiego, a później Krajowej Komisji Porozumiewawczej
NSZZ "Solidarność ". W tekście "Co dalej? " ( "Biuletyn Informacyjny ",
wrzesień 1980) ocenia, że strajki i Porozumienia Gdańskie
naruszyły podstawę systemu, czyli monopol organizacyjny, informacyjny
i decyzyjny państwa. Nowe związki zawodowe albo zostaną wchłonięte
przez system, albo system rządzenia będzie musiał przekształcić
się w kierunku demokratycznym. Przewiduje także wybuch innych
form aktywności obywatelskiej: samorządów w nauce, kulturze
i gospodarce, ruchów w obronie praworządności, prasy niezależnej.
Działalność ruchów społecznych powinna wymusić na władzach
reformy gospodarcze i demokratyzację państwa. Cele ostateczne
- czyli suwerenność państwowa i demokracja parlamentarna -
nie są jednak na razie możliwe do osiągnięcia. Perspektywą
jest samoorganizacja społeczna i demokratyczna przebudowa
państwa przy zachowaniu - w zmienionej formie - rządów PZPR.
Jest przeciwny rewindykacyjnym działaniom
związku. Gasi żywiołowo wybuchające akcje protestacyjne. Latem
1981 r. bierze udział w tworzeniu nowej strategii "Solidarności ",
polegającej na wymuszaniu reformy samorządowej w gospodarce.
Hasło wolnych wyborów uważa za nieodpowiedzialne, bo grożące
interwencją radziecką.
Seweryn Blumsztajn:
Okres po Sierpniu 80 był dla niego upokarzający.
Finał strajku to był wielki konflikt między KOR-em a doradcami.
Zaatakował go także biskup Orszulik. W "Solidarności " on wtedy
wszystkim przeszkadzał. Dawano mu to nieprzyjemnie do zrozumienia,
choć był zbyt ważny, żeby go odsunąć.
***
Jesienią 1981 r. - kiedy zarówno władze,
jak "Solidarność " tracą kontrolę nad sytuacją - Kuroń zgłasza
pomysł porozumienia między "Solidarnością ", Kościołem i partią
w celu utworzenia komitetu ocalenia narodowego (względnie
rządu narodowego), który przejąłby władzę, ustalił program
reform oraz przygotował możliwie demo-kratyczne wybory.
13 grudnia zostaje internowany w Strzebielinku,
a następnie w Białołęce. W marcu 1982 w przemyconym z więzienia
w Białołęce artykule "Tezy o wyjściu z sytuacji bez wyjścia "
( "Tygodnik Mazowsze " nr 8) wzywa do strajku generalnego połączonego
z akcją agitacyjną wśród żołnierzy i milicjantów oraz przygotowaniem
"uderzenia na wszystkie ośrodki władzy i informacji w całym
kraju ". Uderzenie miało doprowadzić do kompromisu między częścią
aparatu władzy a zorganizowanym społeczeństwem. Tekst swym
radykalizmem wywołuje burzę - po kilku tygodniach sam Kuroń
pisze o konieczności obrony społeczeństwa przed przelewem
krwi.
3 września 1982 r. władze zmieniają
jego status z internowanego na aresztowanego. Zarzut brzmi:
próba obalenia siłą ustroju PRL. W lipcu 1984 r. staje (wraz
z Adamem Michnikiem, Zbigniewem Romaszewskim i Henrykiem Wujcem)
przed sądem. Proces przerywa amnestia.
W następnych latach jest doradcą podziemnej
Regionalnej Komisji Wykonawczej Mazowsze i Tymczasowej Komisji
Koordynacyjnej NSZZ "Solidarność ". Publikuje w podziemnej
prasie, bierze udział w demonstracjach. Sugeruje podejmowanie
różnorodnych form aktywności - nie tylko podziemnej, lecz
także legalnej (samorządy w przedsiębiorstwach, stowarzyszenia
itd.).
Od czasu strajków w maju 1988 r. podkreśla,
że legalizacja "Solidarności " nie wystarczy: potrzebny jest
rząd koalicyjny dla podjęcia reform politycznych, które stają
się możliwe wobec pierestrojki w ZSRR. Uczestniczy w pracach
Komitetu Obywatelskiego przy Przewodniczącym NSZZ "Solidarność ".
Władze PRL wciąż traktują go jako radykała:
jesienią 1988 r. wykluczają go z rozmów przygotowawczych przed
Okrągłym Stołem. Wobec zdecydowanego stanowiska "Solidarności "
uczestniczy jednak w obradach Okrągłego Stołu: w zespole ds.
reform politycznych i niektórych poufnych spotkaniach w Magdalence
k. Warszawy.
4 czerwca 1989 r. zostaje wybrany do Sejmu z listy Komitetu
Obywatelskiego "Solidarność ", uzyskując w swoim okręgu blisko
70 proc. głosów. Zaraz potem, wraz z Michnikiem, lansuje pomysł:
wasz prezydent, nasz premier. "To było oczywiste, że skoro
wygraliśmy wybory, musimy wziąć rząd " - argumentuje. Tworzy
zespół ekonomistów, których zadaniem jest przygotowanie programu
gospodarczego. Efektem jest propozycja gospodarczego "skoku
na głowę ": zatrzymać inflację poprzez jednoczesne wprowadzenie
wolnego rynku i zablokowanie wynagrodzeń. Plan Leszka Balcerowicza
będzie zbieżny z tymi postulatami.
Jako poseł inicjuje powstanie w Sejmie
Komisji Mniejszości Narodowych i Etnicznych, której przewodniczy.
Tymczasem trwają rozmowy wokół koalicji rządowej. Przez chwilę
wymienia się Kuronia jako kandydata na premiera, ale w końcu
zapada decyzja: szefem rządu będzie Tadeusz Mazowiecki. Ten
kompletując ekipę proponuje mu funkcję ministra pracy. "Zrobiło
mi się czarno przed oczyma. Zrozumiałem, że odpowiadam za
wszystko, co najgorsze " - wspomina. Nowy minister pracy wiąże
swoją politykę z programem gospodarczym Balcerowicza. W założeniu
Kuroń ma osłaniać bezrobotnych, ale program ma wkrótce dać
im pracę. Sprawdza się tylko pierwsza część założenia. Jako
minister Kuroń dąży do zawarcia kontraktu społecznego ze związkami
zawodowymi, likwidacji przerostu zatrudnienia, przebudowy
systemu emerytur, stworzenia nowego systemu BHP. Wkrótce okazuje
się, że ministerstwo musi też zajmować się problemami kombatantów,
pisarzy, bezdomnych, niewidomych...
Jednym z głównych zagadnień staje się
popiwek, czyli podatek od ponadnormatywnych wynagrodzeń. Jest
sprzeczny z programem liberalizacji, ale rząd nie wymyślił
innego narzędzia kontrolującego inflację i minister pracy
musi przystać na to rozwiązanie. Jednak najważniejszym i najtrudniejszym
zadaniem okazuje się sprawa emerytur. Obowiązująca od 1982
r. ustawa teoretycznie zapewnia emerytom przyzwoite wypłaty.
Nie uwzględnia jednak olbrzymiej inflacji. W styczniu 1990
r. z Ministerstwa Pracy wpływają do Sejmu propozycje zmian
ustawy zakładające kwartalną rewaloryzację emerytur. Ale Sejm
marudzi z nowelizacją, zaś projekt nowego systemu rozbija
się o konflikty z ministerstwami branżowymi, związkami, a
także samymi emerytami. "Mógłbym wygrać z Balcerowiczem mając
po swojej stronie emerytów albo z emerytami mając po swojej
stronie Balcerowicza. Ale z jednymi i z drugimi wygrać nie
mogłem " - pisze później Kuroń.
Mimo tych niepowodzeń zyskuje ogromną
popularność i okazuje się nieformalnym rzecznikiem prasowym
pierwszego rządu III RP. Jego wtorkowe pogadanki telewizyjne
pozwalają ludziom zrozumieć sens przemian. Do historii przechodzą
też darmowe zupy rozdawane za pośrednictwem uruchomionego
przez Kuronia funduszu SOS.
Rafał Szymczak:
Pracował w nocy, nigdy nie pojawił się
w pracy przed dziesiątą, natomiast narady trwały nawet do
pierwszej w nocy. Kiedy próbowałem go umówić na jakieś poranne
spotkanie, opowiadał, jak to kiedyś w więzieniu oficer prowadzący
wezwał go na przesłuchanie na 8 rano, no i zaczyna zadawać
mu pytania. Rozmowa się nie klei. Oficer jest coraz bardziej
zirytowany. Wreszcie Jacek mu mówi: "Panie oficerze, musimy
sobie wyjaśnić jedną sprawę: ja mogę wstać o szóstej rano,
ale budzę się dopiero o dziesiątej ".
***
Z ministerstwa Kuroń odchodzi razem
z rządem Mazowieckiego. W 1991 r. zostaje wiceprzewodniczącym
Unii Demokratycznej - funkcję tę pełni do 1995 r. W pierwszych
wolnych wyborach do parlamentu (październik 1991 r.) kandydując
w Warszawie uzyskuje najlepszy wynik: 87 tys. głosów. W rządzie
Hanny Suchockiej (lata 1992-93) znów jest ministrem pracy.
Posłem pozostaje do 2001 r., cały czas kierując pracami sejmowej
Komisji Mniejszości. Angażuje się w spory polityczne, jest
przeciwnikiem lustracji. W lutym 1998 r. pisze w "Gazecie
Wyborczej ": "Najbezpieczniej jest uświadomić sobie, że niemożliwa
jest sprawiedliwość poza miłością, a więc przeciw człowiekowi.
Zaś człowiekiem jest każdy - i komunista, i burżuj, i nacjonalista,
i Polak, i Ukrainiec, i Żyd ".
Seweryn Blumsztajn:
Przebaczenie to obsesja Jacka. Gotów
był przebaczać każdemu: ubek, Leszek Maleszka, który donosił
na kolegów z SKS w Krakowie - wszystko jedno. Miał do tego
prawo. Jacek brzydził się lustrowaniem. To był taki Boży człowiek,
każdego by przytulił.
***
Za zaangażowanie w pojednanie polsko-ukraińskie
otrzymuje Order Jarosława Mądrego. W sejmie bezskutecznie
walczy o ustawę o mniejszościach.
Redakcja niezależnego pisma
"Ji" ze Lwowa:
Był Polakiem urodzonym we Lwowie, wychowanym
w kulcie Orląt. Jednak historyczne uprzedzenia ustępowały
miejsca duchowi refleksji. "Ukraińcy i Polacy żyli, żyją i
będą żyć na tej ziemi, która jest ich wspólną ojczyzną " -
powtarzał często. Opowiadał się za dialogiem i porozumieniem.
Brzmi to banalnie, ale nie umieliśmy - ani Polacy, ani Ukraińcy
- podołać Jego wezwaniu do dialogu. Kuroń nikomu nie wypominał
win, nie wzywał do pokuty, nie mówił o obowiązkach, zawsze
brał odpowiedzialność i winę na siebie. Budował porozumienie
między narodami, sam będąc jego wcieleniem. Czy Polacy i Ukraińcy
przyswoili sobie tę lekcję? Przyszłość pokaże.
***
Niemal przez całe lata 90. Kuroń zajmuje
pierwsze miejsce wśród polityków pod względem zaufania publicznego.
W 1995 r. Unia Wolności wystawia go jako kandydata w wyborach
prezydenckich. Część partii (dawni liberałowie) przyjmuje
jednak tę nominację z niezadowoleniem. Ubieganie się o fotel
prezydenta zmusza Kuronia do zmiany wizerunku i włożenia garnituru,
co nie dla wszystkich jest przekonujące. W efekcie uzyskuje
9,22 proc. głosów i zajmuje trzecie miejsce.
Do jego biura poselskiego ustawiają
się długie kolejki. Ludzi przyjeżdżają z całej Polski z przeświadczeniem,
że tylko on może mi pomóc: ktoś długo czekał na mieszkanie,
kogoś wyrzucono z pracy albo źle potraktowano w urzędzie.
Wpada więc na pomysł powołania Fundacji Pomocy Społecznej
SOS
Paula Sawicka:
Uczyliśmy ludzi, którzy przychodzili
po pomoc, że są także obywatelami. Przecież mogą się skrzyknąć,
żeby pomóc odbudować się pogorzelcowi czy zorganizować bułki
i wędliny na śniadanie dla głodnych dzieci w szkole. Mówiliśmy
im też, że władza to nie jest coś, przed czym należy stać
na baczność: "Macie takie i takie prawa. Walczcie o swoje
w urzędach. Dacie radę ".
***
Pieniądze na działalność zbierają głównie
w kręgu przyjaciół i znajomych, bo na "akcję Jacka " każdy
wpłacał. Sięgają też po niekonwencjonalne chwyty: przekonują
dyrektorów banków i urzędów pocztowych, że warto przy okienkach
zostawić blankiety do wpłat. Fundacji pomaga nawet przez jakiś
czas Tuwimowska "Lokomotywa ": przez kilka lat, dzięki Ewie
Tuwim, przybranej córce poety, konto fundacji zasilają tantiemy
z jego książek. Wisława Szymborska przekazuje na rzecz Fundacji
część Nagrody Nobla.
Rychło na bazie Fundacji powstają inne
organizacje pozarządowe: teraz zebrane pieniądze przekazuje
tym, którzy robili coś pożytecznego dla innych, zazwyczaj
prowincjonalnym organizacjom, organizującym kolonie dla dzieci
czy dożywianie w szkołach. Pierwszą inicjatywą SOS-u jest
Bank Żywności: stworzenie sieci osób, zbierających żywność
dla domów dziecka i pomocy społecznej, szpitali. Wojciech
Onyszkiewicz, koordynator akcji, podsuwa inny pomysł: za kartofle
i warzywa, które rolnicy przekazywaliby bankowi, ich dzieci
wyjechałyby na wycieczkę do Warszawy. Potem powstaje Bank
Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych, z kapitałem francuskim,
który zajmuje się obsługą polskiego "trzeciego sektora ", oraz
Fundacja Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych, mająca uczyć ludzi,
jak wspierać inicjatywy w terenie. A następnie Towarzystwo
ISE, pomagające kapitałowo ludziom, którzy mieli pomysł na
small business.
Jerzy Hausner:
Jacek mocno oddziaływał na otoczenie.
Czuł się odpowiedzialny nawet za to, na co nie miał wpływu.
To go odróżnia od rzeszy polskich polityków. Bolał choćby
nad tym, że w pewnych sprawach na początku lat 90. ustąpił.
Że dał się uwieść prostocie wolnorynkowych schematów. Nie
zabiegał o władzę, ale o rację, o dostrzeżenie problemu i
jego rozwiązanie. Walczył o coś, najczęściej o konkretnego
człowieka i nigdy w tych zmaganiach nikogo nie skrzywdził.
Głowę miał w chmurach, ale w tym, co robił,był pragmatyczny
i skuteczny. Jeśli chcemy go zachować w pamięci, to przez
pielęgnowanie jego inicjatyw i tworzenie kolejnych stowarzyszeń
i fundacji.
***
W przekonaniu, że zmian nie można wprowadzać
ponad głowami ludzi, jako poseł nawołuje do zawiązania "Paktu
o przedsiębiorstwie państwowym " oraz wprowadzenie obyczaju
permanentnych negocjacji społecznych.
Coraz częściej powtarza też, że transformację
można było przeprowadzić inaczej. Boli go zwłaszcza zjawisko
wykluczenia społecznego. W 2002 r. wydaje książkę "Działanie ",
w której pisze o konieczności rewolucji edukacyjnej. W kwietniu
2004 r., na kilka dni przed rozpoczęciem Europejskiego Forum
Gospodarczego w Warszawie, Kuroń pisze list "Do przyjaciół
alterglobalistów ": "Nie umiemy żyć w nowej, informatycznej,
globalnej rzeczywistości. Na pewno nie umieją pełnić w niej
swojej roli elity władzy, pieniędzy, mediów. Zamiast organizować
współpracę społeczną, by wspólnie rozwijać globalne problemy
(...), w pogoni za zyskiem działają często na niekorzyść społeczeństw,
którym przewodzą. (...) Przed Wami wyzwanie rewolucji edukacyjnej
(...) to w waszych rękach jest przyszłość świata ".
Seweryn Blumsztajn:
Oko mu błyskało, kiedy rozmawialiśmy
o antyglobalistach.
***
Jedną z jego ostatnich inicjatyw jest
założenie przy pomocy żony Danuty i pasierba Pawła Winiarskiego
Uniwersytetu Ludowego im. Jana Józefa Lipskiego w Teremiskach
na Podlasiu. Uniwersytet ma umożliwiać powrót do nauki na
poziomie szkoły średniej lub studiów osobom, które wypadły
z polskiego systemu edukacji. To eksperyment społeczny w jednym
z najbiedniejszych i najbardziej bezradnych regionów w Polsce.
***
Marek Edelman:
Jacek chciał żyć. Jeszcze niedawno pojechał
do Lwowa, by pokazać, że możliwe są przyjazne stosunki polsko-ukraińskie.
A w kwietniu poszedł ze mną - jak co roku - pod pomnik powstania
w getcie złożyć kwiaty. Był wszędzie tam, gdzie było trzeba
i gdzie mógł być. Jak zawsze, jak przez całe życie.
Był pogodny do końca. Wierzył, że lekarzom
uda się go łagodnie prowadzić przez chorobę. Godził się na
wszystko, co mu zalecali. Do ostatniej niemal chwili pisał
nową książkę.
Wiedział, że jest chory nieuleczalnie.
Ale nie chciał cierpieć - tylko o to prosił. Gdy się choruje,
gdy nie ma się już siły, nie można nic samemu zrobić i o wszystko
trzeba prosić, to nie jest komfortowa sytuacja. On to znosił.
Taką siłę bierze się z charakteru. Jeden jest marudny albo
wygodnie mu przespać życie, a drugi woli coś w życiu zrobić.
Może miał takie geny: i przykład dziadka oraz ojca. Jak oni,
chciał zawsze być ze słabszymi - i to również dawało mu napęd
do pracy i do życia.
Współpraca: Anna Mateja, Andrzej
Brzeziecki, Václav Burian, Michał Okoński
Krzysztof Burnetko
|