|
"Tak, do Warszawy było już niedaleko - toczyliśmy ciężkie
walki na podejściach do Pragi" - wspomina marszałek Rokossowski
w swoich pamiętnikach dzień 2 sierpnia 1944 r.
FOT. (C) EAST NEWS / ROGER VIOLLET
Powstanie '44
Podejście od wschodu
Norman Davies
Fragmenty z ksiazki
Rzeczpospolita,
12 lipca 2004
Generał, który pod Stalingradem wymierzył
niemieckiej armii coup de grace, teraz został wybrany do roli
dowódcy mającego przewodzić atakowi Armii Czerwonej na Rzeszę,
przede wszystkim - marszowi ku Wiśle. Jest bardziej niż prawdopodobne,
że miał ambicję poprowadzić później atak na Berlin.
"Syn nadwiślańskiej krainy"
Piękno tej opowieści - w oczach tych,
którzy chcieliby ją ubarwić - leży w tym, że owego sowieckiego
dowódcę rzeczywiście można było przedstawiać jako syna nadwiślańskiej
krainy. Istotnie, spędził tam kawał młodości. Dzięki pomocy
krewnych przez trzy lata uczył się w Gimnazjum Zgromadzenia
Kupców w Warszawie. Podobno pracował jako czeladnik kamieniarz
przy budowie mostu Poniatowskiego; w roku 1912, jako uczestnik
manifestacji rewolucyjnej, spędził ponoć jakiś czas w mającym
złą sławę więzieniu na Pawiaku.
Rokossowski, typowe dziecko wielonarodowościowych
kresów dawnego carskiego imperium, nie był pełnej krwi Rosjaninem,
ale tak naprawdę nie był również Polakiem. Jego ojciec Ksawery
pochodził z polskiej zdeklasowanej rodziny szlacheckiej, której
członkowie brali udział w powstaniach z lat 1830 i 1863 i
którą potem pozbawiono posiadłości i statusu. Wybrawszy elitarny
zawód maszynisty kolejowego, Ksawery odbywał liczne podróże
po zachodnich prowincjach imperium; ożenił się z Rosjanką
Antoniną Owsiannikową. Ich najstarszy syn Konstanty urodził
się 21 grudnia 1896 roku w Wielkich Łukach - miejscowości
leżącej w północno-zachodniej Rosji, w połowie drogi między
Pskowem a Smoleńskiem, gdzie wówczas mieszkali jego rodzice
i gdzie znajdował się ważny węzeł kolejowy. Z polskimi krewnymi
ze strony ojca prawdopodobnie rozmawiał po polsku, z rodziną
matki - po rosyjsku. Jako pięcioletni chłopiec przyjechał
z rodzicami do Warszawy i zamieszkał przy ulicy Stalowej na
prawobrzeżnym przedmieściu - Pradze. Podobno dzieci wyśmiewały
się z jego akcentu, przezywając go "Ruskiem". Niecałe
dwa lata później ojciec Konstantego zmarł w wyniku wypadku
kolejowego i chłopiec został z matką Rosjanką, która próbowała
sobie radzić, jak umiała. Na szczęście, chłopak był wysoki,
przystojny, silny i atletycznie zbudowany.
Gniazdo wichrzycieli
Należy oczywiście pamiętać, że Warszawa
z początków XX wieku, którą Rokossowski mógł pamiętać, znalazła
się w centrum fali rusyfikacji. Nie była owym dumnym miastem
z przeszłości, która minęła, ani z przyszłości, która miała
nadejść. Była prowincjonalnym carskim miastem, pełnym rosyjskich
urzędników i rosyjskich żołnierzy, centrum regionu, któremu
kazano zapomnieć o wszystkich wcześniejszych historycznych
koneksjach i który przemianowano swego czasu na Kraj Przywiślański.
Na tle nieba dominowała sylweta wielkiej prawosławnej katedry,
właśnie budowanej. Jak można się dowiedzieć z pamiętników
kogoś, kto też tam mieszkał - Madame Curie - rosyjski wprowadzono
jako język wykładowy we wszystkich szkołach, nawet dla tych
uczniów, dla których nie był to język ojczysty. Zarówno carski
Uniwersytet, jak i Politechnika - Rokossowski być może o nich
myślał, ale nigdy nie zaczął studiować - były instytucjami
rosyjskimi. Nazwy wszystkich większych ulic były wypisane
po rosyjsku. W obiegu była rosyjska waluta - ruble i kopiejki.
Obowiązywały rosyjskie jednostki wagi i miary - pudy, łuty,
wiorsty i arszyny. Czas mierzono według starego rosyjskiego
kalendarza - trzynaście dni do tyłu w stosunku do reszty Europy.
W oczach zachodnich turystów, którzy zjawiali się tu, ściskając
w rękach swoje bedekery, Warszawa stanowiła bramę wiodącą
do carskiego imperium.
W oczach pokolenia, do którego należał
Rokossowski, Warszawa stanowiła epicentrum rewolucji i buntu.
Zarówno powstanie listopadowe z lat 1830 - 1831, jak i powstanie
styczniowe z lat 1863 - 1864 doprowadziły do zaciekłych wojen
rosyjsko-polskich; oba stały się katalizatorami w procesie
rozwoju współczesnego rosyjskiego nacjonalizmu. W latach 1905
- 1906 Warszawa dołączyła do Sankt Petersburga jako miejsce
rewolucyjnych zamieszek; pełne determinacji strajki trwały
w polskich prowincjach cara dłużej niż w samej Rosji. Z tej
wieloletniej historii konfliktu zrodził się stereotyp. W oczach
Rosjan Warszawa była gniazdem wichrzycieli.
Bolszewik, więzień łagrów
Wojskowa kariera Rokossowskiego zaczęła
się w roku 1914, kiedy po wybuchu wojny wcielono go do carskiej
armii. Być może za sprawą opowieści o pradziadku i dziadku,
walczących w formacjach polskich ułanów, został kawalerzystą
i wstąpił do 5. Kargopolskiego Pułku Dragonów. Odznaczył się
na froncie wschodnim, zdobywając Medal Świętego Jerzego, i
pozostał w swoim pułku aż do momentu, gdy oddział rozpadł
się wśród zamętu rewolucyjnego lata roku 1917. Wtedy jeden
z jego kuzynów, który służył razem z nim, zdecydował się wrócić
do domu. Ale Konstanty - teraz dwudziestojednoletni - postanowił
trzymać się grupy swoich radykalnie nastawionych przyjaciół
i przejść do młodziutkiej Armii Czerwonej. Od tego czasu,
jako zawodowy żołnierz z trzyletnim doświadczeniem w czynnej
służbie, miał przed sobą wspaniałe perspektywy. Został kilkakrotnie
odznaczony w okresie wojny domowej, zmienił otczestwo na brzmiące
bardziej z rosyjska "Konstantynowicz", dostał legitymację
członka partii bolszewickiej i rzucił się w wir kampanii i
akcji dowodzenia. W latach 1924 - 1925 ukończył, razem z Gieorgijem
Żukowem, elitarny Kawaleryjski Kurs Doskonalenia Kadry Dowódczej
dla oficerów Armii Czerwonej. Należał do elity "czerwonej
kawalerii"; w roku 1935 awansował do rangi komdiwa -
generała dywizji. Wcześniej spędził pewien czas w Chinach
jako doradca wojskowy Czang Kaj-szeka. Kampania Armii Czerwonej
na zachodzie w roku 1920 ominęła go, ponieważ odbywał wówczas
służbę gdzie indziej. Kampania z roku 1939 ominęła go, ponieważ
odsiadywał w tym czasie wyrok jako więzień łagrów.
Przeprowadzone przez Stalina czystki
przekraczają zdolność pojmowania umysłów, które życzyłyby
sobie racjonalnych wyjaśnień. Bynajmniej nie zarządzano ich
po prostu po to, aby wyplenić opozycję i niepewny element.
Często skierowane były przeciwko ludziom najbardziej lojalnie
służącym Stalinowi, przeciwko komunistom z radością witającym
wcześniejsze stalinowskie czystki wymierzone w trockistów
i w starych bolszewików albo przeciwko tym, którzy - jak Rokossowski
- nigdy sobie nie pozwolili na najmniejsze słówko sprzeciwu.
Po 25 lipca 1. Armia Wojska Polskiego
dotarła do prawego brzegu Wisły na odcinku Dęblin - Puławy.
Na zdjęciu żołnierze przeprawiają się przez Wisłę na przyczółku
warecko-ma-gnuszewskim
FOT. (C) ARCHIWUM DOKUMENTACJI MECHANICZNEJ
W okresie dojrzewania wybuchu wojny
w Europie z grupy 706 ludzi na najwyższych stanowiskach Stalin
zostawił w spokoju zaledwie 303. W tym kontekście wydaje się
dziwne, że Rokossowski, który dwukrotnie przebywał za granicą,
został tylko zesłany do łagru. Jeszcze dziwniejsze jest to,
że przeżył tam trzy zimy, podczas gdy przeciętny więzień mógł
co najwyżej liczyć, że uda mu się przetrwać jedną. Można sobie
tylko wyobrażać, jak silne było jego poczucie krzywdy. W "procesie"
skazano go na mocy zeznań człowieka, który zmarł dwadzieścia
lat wcześniej.
W Armii Czerwonej
Wojenne pamiętniki Rokossowskiego zaczynają
się wiosną roku 1940, kiedy ich autor opalał się na plaży
w Soczi. Nie mógł wyraźnie powiedzieć, dlaczego się tam znalazł.
Ale wielu dobrze poinformowanych rosyjskich czytelników na
pewno odgadłoby prawidłowo, że był to efekt przyjętego obyczaju
wysyłania byłych więźniów łagrów na kurs rehabilitacyjny.
Czekał na przydział, wracając do sił w towarzystwie swojej
syberyjskiej żony Julii Pietrowny i ich córki. Miała mu się
przydać cała energia, jaką zdołał zgromadzić. Albowiem w ciągu
następnych czterech lat raz po raz przydzielano mu obowiązki
najwyższego dowódcy operacyjnego - w kampanii przeciwko planowi
Barbarossa, pod Moskwą, w bitwie pod Stalingradem, w bitwie
pod Kurskiem, a w roku 1944 - w decydującym marszu Sowietów
na zachód.
Nic nie świadczy o tym, żeby Rokossowski
publicznie opowiadał o latach spędzonych w łagrze. Tylko raz,
jakieś trzydzieści lat później, daleko na północy, podczas
ćwiczeń na Syberii, podobno wydał pilotowi swojego śmigłowca
rozkaz, aby zatoczył krąg nisko nad tundrą, a potem wyrzekł
tajemnicze słowa: "Wracajmy, nie ma już żadnego śladuÉ".
Nie żeby to były bardzo wyjątkowe doświadczenia. Stalin rutynowo
kazał aresztować żony i krewnych swoich współpracowników,
chcąc mieć pewność, że będą posłuszni. Wewnętrzna kultura
stalinizmu jest czymś niemal niepojętym dla ludzi Zachodu.
Pozwala natomiast zrozumieć, dlaczego podejmując bohaterską
próbę uratowania Związku Sowieckiego, dowódcy Armii Czerwonej
z taką pogardą traktowali ludzkie życie. Oni także - podobnie
jak wszyscy inni - stali na ostrej krawędzi między sławą a
zgubą.
W czasie realizacji niemieckiego planu
Barbarossa Rokossowski dowodził brygadą pancerną w pobliżu
linii frontu w Nowogrodzie Wołyńskim. Według jednego z doniesień,
na początku otrzymał rozkaz ataku. Kiedy jednak sam został
zaatakowany, pokierował sprawną walką w odwrocie, zdobywając
cztery rekomendacje do Orderu Czerwonego Sztandaru. Następnie
przydzielono mu dowództwo nad karnymi brygadami złożonymi
z zeków, czyli więźniów łagrów, których używano do oczyszczania
pól minowych. Jeden z jego żołnierzy spróbował się do niego
zwrócić po polsku. "Tutaj nie ma panów - odpowiedział
Rokossowski. - Służycie w Armii Czerwonej, meldujcie po rosyjsku".
Podczas desperackiej bitwy o Moskwę
w ostatnich miesiącach 1941 roku Rokossowskiego nagrodzono
za wcześniejsze zasługi, przydzielając mu dowództwo odcinka
frontu w rejonie Wołokołamska. Kiedy w grudniu jego oddziały
ponownie zajęły miasto, po uprzednim wycofaniu się aż do bram
stolicy, natknęły się na plac pełen szubienic, na których
wisiały dziesiątki ciał.
Pod Stalingradem, w latach 1942 - 1943,
Rokossowski objął dowództwo Frontu Dońskiego na północ od
obleganego miasta i opracował strategię okrążenia niemieckiej
6. Armii. To właśnie on - 2 lutego 1943 roku o godzinie czwartej
po południu - napisał końcowy raport dla Stalina, informując,
że "operacje wojskowe w mieście i w okręgu stalingradzkim
zostały zakończone". I to był psychologiczny punkt zwrotny
wojny niemiecko-sowieckiej. Następnego dnia Rokossowski był
już sławny na cały świat. "Prawda" opublikowała
na pierwszej stronie fotografię, na której widać, jak Rokossowski
przesłuchuje wziętego do niewoli niemieckiego feldmarszałka
Paulusa. Jedyną niedoskonałość tej fotografii stanowi ślad
twarzy komisarza wojskowego generała Tielegina, którą z jakiegoś
nieznanego powodu cenzor postanowił z niej wymazać.
Zza Bugu ku Wiśle
29 czerwca [1944] Rokossowskiego mianowano
marszałkiem Związku Sowieckiego. 20 lipca jego oddziały przekroczyły
Bug. 28 lipca zdobyły fortecę w Brześciu Litewskim, gdzie
trzy lata wcześniej rozpoczęła się operacja Barbarossa. Białoruś
została oczyszczona. 26 lipca 69. Armia marszałka Rokossowskiego
ruszyła w stronę Wisły i w okolicy Puław przeprawiła się na
zachodni brzeg.
Tak więc w lipcu 1944 roku siejąca zniszczenie
sowiecka machina wojenna przetaczała się zza Bugu ku Wiśle,
przez kraj, którego mieszkańcy żywili najrozmaitsze bolesne
urazy i gdzie polityka stanowiła, delikatnie mówiąc, sprawę
złożoną.
Rokossowski dotarł do Lublina 24 lipca.
Ale polityka była nie dla niego. Do żołnierzy należała żołnierka,
nawet wtedy, gdy zostali świeżo mianowani marszałkami Związku
Sowieckiego. Rokossowskiego absorbowały dwie rzeczy. Jak wspominał
później, po raz pierwszy w życiu miał wygłosić publiczne przemówienie
po polsku. Musiał się też poważnie zastanowić nad następną
fazą kampanii. Był dowódcą 1. Frontu Białoruskiego na froncie
wschodnim, który się przesuwał prostą linią od Moskwy do Berlina.
W gruncie rzeczy miał już o wiele bliżej do Berlina niż do
Moskwy. Jeszcze jedna obezwładniająca kampania, podobna do
niedawnej operacji "Bagration", i znalazłby się
w samym sercu Rzeszy. Wiedział, że Niemcy będą mocno bronić
linii Wisły. Mógł się spodziewać, że w miarę jak Berlin zacznie
się pojawiać w jego polu widzenia, opór wroga wzrośnie. W
każdej chwili oczekiwał kontrataku. Szedł jednak za ciosem
i sensowne było robić tak dalej. Gdyby jego czołgi w zmasowanej
sile przeszły Wisłę i potoczyły się przez równiny środkowej
Polski, nie istniałaby już żadna poważniejsza przeszkoda zdolna
powstrzymać je przed zdobyciem "gniazda hitlerowskiej
bestii". Ostateczne decyzje miała podjąć Stawka (Kwatera
Główna Naczelnego Dowództwa sowieckich sił zbrojnych) i polityczni
zwierzchnicy Rokossowskiego. Ale z pewnością chcieliby się
przynajmniej dowiedzieć, jaki jest jego fachowy osąd.
Ile mógł marszałek Związku Radzieckiego
Wszystkie armie służą swoim politycznym
panom. Ale jedne reżimy sprawują nad wojskiem silniejszą kontrolę
niż inne. W czasie drugiej wojny światowej rządy Wielkiej
Brytanii i USA nie miały zbyt wielu możliwości utrzymania
swoich sił zbrojnych w ryzach na wypadek poważniejszego buntu
czy odmowy posłuszeństwa. W praktyce brytyjskiej i amerykańskiej
sam Sztab Główny sprawował kontrolę zarówno nad policją wojskową,
odpowiedzialną za utrzymanie dyscypliny, jak i nad wywiadem
wojskowym, zajmującym się między innymi sprawdzaniem, jaki
jest stan wojskowego morale. We Francji rząd dysponował lepszymi
narzędziami, dzięki istnieniu odrębnych sił zmilitaryzowanej
gendarmerie i - do kontroli nad ludnością cywilną - Compagnie
R?publicaine de S?curit?. Ale żadne kraje demokratyczne nie
rozporządzały środkami ochrony porównywalnymi z tymi, jakie
miały do swojej dyspozycji państwa totalitarne. W Trzeciej
Rzeszy na przykład partia faszystowska utrzymywała swój prywatny
system wojskowo-policyjny w postaci SS, któremu powierzono
nadzór nad wszystkimi formami działalności państwa niemieckiego.
Po rozpoczęciu działań wojennych jednostki SS walczyły razem
z regularnymi jednostkami Wehrmachtu. Ale gdyby regularne
wojska w którymkolwiek momencie odmówiły wykonania rozkazu,
SS zostałoby z pewnością użyte przeciwko nim.
Armia Czerwona z epoki Stalina była
prawdopodobnie poddawana najbardziej złożonemu systemowi kontroli
nad siłą zbrojną, jaki istniał w historii. Nie pozostawiono
jej bowiem żadnych możliwości niezależnego działania. Cóż
za paradoks! Ta siejąca grozę machina wojenna, która ścierała
Wehrmacht na proch, miała wewnętrzną organizację uniemożliwiającą
jej dowódcom wykonanie najmniejszego nawet kroku z własnej
inicjatywy. Marszałek Rokossowski, nie tylko żołnierz w najwyższej
randze, ale także głównodowodzący na najważniejszym z frontów,
nie mógł podjąć najbardziej nawet błahej decyzji, dopóki nie
uzyskał pisemnego zezwolenia od oficerów politycznych kłębiących
się nad nim, koło niego i za nim. On sam - podobnie jak wszyscy
sowieccy wojskowi - zajmował podrzędną pozycję w organizacji,
której był nominalnym szefem.
W połowie lat czterdziestych osobista
władza Stalina była już praktycznie władzą całkowitą. W ciągu
poprzednich dwudziestu lat przekształcił zbiorową dyktaturę
partii bolszewików w jeszcze bardziej skrajną formę totalitaryzmu,
w którym woli wodza nie dało się już odróżnić od woli jego
partii. Późniejsi komentatorzy mówili grzecznie o "kulcie
jednostki"; w praktyce kult ten okazał się dokładnie
tak samo groźny i tak samo niesamowity jak F?hrerprinzip faszystów.
Było rzeczą niemożliwą, żeby Stalin mógł popełnić błąd. Trzymał
w ręku wszystkie dźwignie władzy. Był nie tylko sekretarzem
generalnym partii, ale także premierem (od maja 1941 roku)
i naczelnym dowódcą wojsk. W partii nie istniały żadne odłamy.
Nie było ani "prawicowej opozycji", ani "lewicowej
opozycji", jak w latach dwudziestych. Wszystkim był ten
jeden człowiek, który decydował o życiu i o śmierci dwustu
milionów. Armia Czerwona istniała po to, żeby wypełniać jego
rozkazy, a ci, którzy rozkazów nie słuchali, ginęli z jego
rozkazu. Natomiast ci, którzy - jak Rokossowski lub Żukow
- wypełniali je skutecznie i z zapałem, ryzykowali, że rozdrażnią
go ich nadmierne sukcesy.
Oficer polityczny na dolnej
pryczy
Macki Głównego Zarządu Politycznego
sięgały wszystkich poziomów wojskowej hierarchii. Jego agenci
- na ogół znani światu pod nazwą "komisarzy", ale
oficjalnie desygnowani do roli politruków - zazwyczaj mieli
po dwa stanowiska. Pierwsze, nieujawniane publicznie - w obrębie
samego Zarządu, a drugie - w obrębie zawodowych sił zbrojnych.
Wobec tego było całkowicie możliwe, że jakiś wojskowy w wysokiej
randze zajmował jednocześnie stosunkowo niską pozycję w hierarchii
władzy, a ktoś, kto w strukturach wojskowych zajmował pozycję
z pozoru pozbawioną większego znaczenia, miał władzę i wpływy
o wiele przewyższające jego oficjalny status. Na najniższej
płaszczyźnie każda sowiecka kompania i każdy sowiecki batalion
miały nie tylko dowódcę wojskowego, ale także własnego oficera
politycznego, którego zadaniem było składanie raportów partyjnym
zwierzchnikom i w ten sposób utrzymywanie dowódcy w ryzach.
Na płaszczyźnie najwyższej każdy sowiecki marszałek czy generał
miał swój cień - oficera politycznego, nominalnie w tej samej
randze, a faktycznie stojącego o wiele wyżej w hierarchii
politycznej.
W rezultacie na wszystkich szczeblach
struktury dowodzenia armii sowieckiej oficerowie polityczni
pełnili służbę wspólnie z odpowiadającymi im rangą oficerami
wojskowymi. Aby utrzymać pozory równości, nosili wojskowe
mundury, ale byli posłuszni przede wszystkim swoim zwierzchnikom;
pojawiali się wszędzie - od plutonu po Sztab Główny. Żaden
wojskowy nie mógł być brany pod uwagę jako kandydat na dowódcę
ani przedstawiony do awansu, dopóki nie uzyskał silnego poparcia
właściwego politycznego cerbera. Żaden rozkaz wojskowy nie
mógł nabrać mocy, dopóki nie został zatwierdzony podpisem
zarówno dowódcy wojskowego, jak i odpowiedniego oficera politycznego.
Okazji do odstępstw istniało naprawdę bardzo niewiele.
Na przykład frontowy bunkier marszałka
Rokossowskiego musiał wyglądać tak, jak to przewidywały przyjęte
normy. Był niezwykle skromny. Umeblowanie składało się z piętrowego
łóżka, stołu i dwóch krzeseł. Marszałek sypiał na górze. Dzień
i noc obserwował go z dolnej pryczy jego oficer polityczny,
generał Nikołaj Bułganin, dawny czekista, który miał za zadanie
śledzić każdy jego ruch. Kiedy rozkaz został przygotowany
do wysłania, obaj panowie zasiadali przy jednym stole. I obaj
go podpisywali - Rokossowski najpierw, a Bułganin potem. Przyglądając
się temu układowi, nietrudno odgadnąć, kto był prawdziwym
dowódcą 1. Frontu Białoruskiego. Z pewnością nie Rokossowski.
Co więcej, atmosfera rozmowy najprawdopodobniej nie była zbyt
żartobliwa. Albowiem Bułganin należał do starszych rangą członków
służb, których funkcjonariusze zaledwie sześć czy siedem lat
wcześniej postawili Rokossowskiego przed sądem, posłali do
łagru, a większość jego kolegów po fachu rozstrzelali. Bułganin
miał jeszcze przed sobą wspaniałą karierę. Gdy wojna się skończyła,
nie przypadkiem wspiął się na sam szczyt hierarchii, a Rokossowski
nie.
Przeprawa przez Wisłę
W ostatnim tygodniu lipca armia sowiecka
nie tylko przybliżała się do osiągnięcia wytyczonych celów
na środkowym odcinku wschodniego frontu, ale wykraczała poza
nie. Po czterdziestu dniach nieprzerwanych walk zajęła większość
obszarów między Białorusią Zachodnią a Wisłą. Co więcej, chociaż
malało tempo pochodu, linia frontu wciąż posuwała się naprzód.
Niemcy okopywali się na wschodnich trasach dojazdowych prowadzących
do Warszawy, gdzie - jak sądzono - zamierzali bronić mających
podstawowe znaczenie strategiczne mostów na Wiśle. Ale po
obu stronach tych tras ich słabo obsadzone pozycje były wystawione
na atak grożący przerwaniem linii obrony. Po 25 lipca 1. Armia
Wojska Polskiego dotarła do prawego brzegu Wisły na odcinku
Dęblin - Puławy i ponawiała próby przedarcia się przez niemieckie
pozycje. Punkt zwrotny nastąpił 1 sierpnia, kiedy oddziały
8. Armii Gwardyjskiej generała Wasilija Czujkowa przeprawiły
się przez Wisłę w opancerzonych amfibiach, w miejscu zwężenia
koryta, w odległości pięćdziesięciu kilometrów na południe
od Warszawy, w pobliżu ujścia Pilicy. Oddziały te stanowiły
awangardę dwóch większych przepraw, które wkrótce miały otrzymać
wsparcie czołgów i dzięki którym zdobyto nieoczekiwaną nagrodę
w postaci dwóch przyczółków na lewym brzegu Wisły. 28 lipca
Rokossowski dostał uaktualnione wytyczne dla armii walczących
na dowodzonym przez niego froncie. Rozkaz przewidywał, że
zdobycie Pragi nastąpi najpóźniej 8 sierpnia.
Przyczółek, który stał się znany pod nazwą warecko-magnuszewskiego,
oparł się wszystkim próbom ataku ze strony Niemców. Wystawiony
na ostrzał, dowodzący oddziałami rozstawionymi po obu stronach
rzeki Czujkow stał się celem zajadłego kontrataku.
Rekonesans
Pojawienie się sowieckiej armii na linii Wisły miało trzy
bezpośrednie skutki. Po pierwsze, niemiecki garnizon w Warszawie,
zagrożony jednocześnie od południa i od wschodu, podjął przygotowania
do wycofania się.
Administracji cywilnej nakazano niezwłoczną ewakuację. Po
drugie, jak wcześniej już podejrzewał Rokossowski, dowództwo
niemieckie powzięło decyzję o uruchomieniu rezerw i umocnieniu
linii obrony na wschód od miasta. Po trzecie, oczekując decydującego
uderzenia na Warszawę, niemal wszyscy spodziewali się jakiejś
akcji ze strony mieszkańców, którzy zaatakowaliby niemiecką
obronę od tyłu, wspomagając w ten sposób ostateczne uderzenie
Sowietów.
We wszystkich tych sprawach rzeczą największej wagi był wybór
właściwego momentu. Gdyby niemiecki garnizon miał się wycofać
za wcześnie, ludność otrzymałaby zachętę do powstania, co
- z punktu widzenia Niemców - znacznie zmniejszyłoby szanse
na skuteczną obronę. Gdyby niemieckie rezerwy zostały rzucone
do walki zbyt późno, nie zdołałyby ocalić najdalej wysuniętych
na wschód linii obrony. Gdyby wreszcie atak Sowietów rozpoczął
się, zanim zgromadziliby oni wystarczającą ilość ciężkiego
sprzętu, można by go było odeprzeć. Gdyby ludność miasta rozpoczęła
powstanie, zanim Niemcy i Sowieci w pełni zaangażują się w
walkę, ryzykowano by życie na próżno. Każdy z decydentów miał
do podjęcia wymagającą starannego wyważenia decyzję. Żaden
z nich nie wiedział bowiem, ani co zdecydują pozostali, ani
kiedy ta decyzja zostanie podjęta.
Tym razem Rokossowski postanowił działać ostrożnie. Jego oddziały
frontowe były wyczerpane. Pozycje na drugiej linii wymagały
konsolidacji. Rezerwy piechoty i ciężka artyleria wciąż jeszcze
kontynuowały marsz. Na dłuższą metę mógłby zyskać więcej,
trzymając się przyczółków, niż podejmując ryzyko przedwczesnego
ataku na miasto. A co najważniejsze, można z dużym prawdopodobieństwem
założyć, że miał dość słaby wywiad. Nie mógł wiedzieć na pewno,
ani jakie są zamiary niemieckiego dowództwa, ani co planują
jego ewentualni pomocnicy w Warszawie. Ogólnie rzecz biorąc,
zyskał przewagę. Mógł sobie pozwolić na chwilę oddechu i powrót
do sił; gdyby nastąpiło uderzenie, mógł je znieść, a potem
sam spokojnie zadać miażdżący cios. Dlatego jego najważniejszym
celem był rekonesans. Wobec tego pod koniec lipca wydał czołgom
swojej 2. Armii rozkaz próbnego rozeznania niemieckich linii
obrony. Zadanie nie należało do łatwych. Posuwając się w głąb
nieobjętych mapami obszarów, Sowieci byli wystawieni na niemieckie
ataki. Utracono dziesiątki czołgów i czołgistów. Ale 31 lipca
grupa śmiałków w czołgach T-34 znalazła drogę, okrążając lub
przerywając linie obrony, i wjechała na krańce wschodnich
przedmieść Warszawy. Ludzie zobaczyli widok, na który czekali
przez całe długie tygodnie.
Wezwanie
Tymczasem dziennikarze i propagandziści wyrywali się jak psy
na smyczy. Na rządy naciskano, aby ogłosiły swoje stanowisko.
Korespondenci wojenni mieli obowiązek składać doniesienia
z przebiegu działań. Media sojuszników miały obowiązek zachęcać
do optymizmu. Ze wszystkich stron spadała ulewa oświadczeń,
raportów i apeli.
25 lipca sowieckie Ministerstwo Spraw Zagranicznych wydało
oświadczenie. Mówiono w nim, że oddziały wojsk sowieckich
i polskich rozpoczęły wyzwalanie terenów Polski. Mówiono też,
że ich jedynym celem jest "rozbić wraże armie niemieckie"
i "pomóc narodowi polskiemu w dziele wyzwolenia spod
jarzma najeźdźców niemieckich i odbudowy Polski niepodległej,
silnej i demokratycznej". Wyjaśniano, że rząd sowiecki
postanowił nie wprowadzać ponownie na polskich ziemiach żadnej
własnej administracji, wybierając układ z PKWN. "Rząd
radziecki oświadcza, że nie zamierza przyłączyć jakiejkolwiek
części terytorium polskiego ani zmienić ustroju społecznego
w Polsce".
W tych samych dniach KRN i PKWN także wydawały dekrety, oświadczenia
i manifesty, których treść przeciekała do świata zewnętrznego.
Manifest PKWN postanowił obdarzyć rząd emigracyjny w Londynie
etykietą "uzurpatora", a przedwojenną konstytucję
z 1935 roku potępiał jako "faszystowską". 29 lipca
Radio Moskwa nadało audycję Związku Patriotów Polskich "Wezwanie
do Warszawy!", apelującą do uczuć mieszkańców miasta,
aby dopomogli w nadchodzącym dziele wyzwolenia:
"Warszawa bez wątpienia słyszy już huk armat w bitwie,
która wkrótce przyniesie jej wyzwolenie. Ci, którzy nigdy
nie ugięli się przed przemocą Hitlera, przyłączą się znowu,
tak jak w roku 1939, do walki przeciwko Niemcom, tym razem
do działania decydującego.
Dla Warszawy, która nigdy się nie poddała i nigdy nie ustała
w walce, godzina czynu wybiła! "
Do Warszawy było już niedaleko
Jeszcze bardziej elektryzująca była audycja nadana po polsku
30 lipca o godzinie 15.00 przez Radiostację im. Tadeusza Kościuszki
z Moskwy i powtórzona następnie jeszcze trzykrotnie - o 20.55,
21.55 i 23.00:
"Warszawa drży w posadach od ryku dział. Wojska radzieckie
nacierają gwałtownie i zbliżają się już do Pragi. Nadchodzą,
aby przynieść nam wolność. Niemcy wyparci z Pragi będą usiłowali
bronić się w Warszawie. Zechcą zniszczyć wszystko. W Białymstoku
burzyli wszystko przez sześć dni. Wymordowali tysiące naszych
braci. Uczyńmy, co tylko w naszej mocy, by nie zdołali powtórzyć
tego samego w Warszawie.
Ludu Warszawy! Do broni! Niech ludność cała stanie murem wokół
Krajowej Rady Narodowej, wokół Warszawskiej Armii Podziemnej.
Uderzcie na Niemców! Udaremnijcie ich plany zburzenia budowli
publicznych. Pomóżcie Armii Czerwonej w przeprawie przez Wisłę.
Przysyłajcie wiadomości, pokazujcie drogi. Milion ludności
Warszawy niechaj się stanie milionem żołnierzy, którzy wypędzą
niemieckich najeźdźców i zdobędą wolność".
1 sierpnia londyński "Times" doniósł, że przystąpiono
do bitwy o Warszawę. Ponieważ wszystkie tego rodzaju doniesienia
z frontu wschodniego musiały przejść przez ręce sowieckich
cenzorów, z konieczności podawano materiał przygotowany dwa
czy trzy dni wcześniej.
Właśnie wtedy Rokossowski - jak to później odnotował w swoich
pamiętnikach - założył kwaterę we wsi leżącej o rzut kamieniem
od wschodnich przedmieść Warszawy. Była to zapewne jedna z
kilku małych miejscowości - Cyganka, Dębie czy Chróśla - przy
drodze i trasie kolejowej łączącej Warszawę z Mińskiem Mazowieckim.
Rankiem 2 sierpnia poproszono go, aby sam zobaczył rozciągający
się stamtąd widok:
"Tak, do Warszawy było już niedaleko - toczyliśmy ciężkie
walki na podejściach do Pragi. Jednakże każdy krok przychodził
nam z ogromnym trudem. Wraz z grupą oficerów przebywałem w
prowadzącej tutaj walki 2. Armii Pancernej. Z punktu obserwacyjnego,
który urządzono w wysokim kominie fabrycznym, widzieliśmy
Warszawę. Miasto spowite było chmurami dymu, gdzieniegdzie
paliły się domy. Gęsto wybuchały bomby i pociski. Wszystko
to świadczyło, że w mieście toczą się walki".
Przełożyła Elżbieta Tabakowska
Warszawie
W 60. rocznicę Powstania Warszawskiego w wydawnictwie Znak
ukaże się polski przekład najnowszej książki Normana Daviesa
"Powstanie '44" Wcześniej "Rising '44. The
Battle for Warsaw" opublikowano w Wielkiej Brytanii i
w USA, ukazał się już także przekład niemiecki.
W przedmowie do wydania polskiego Norman Davies pisze:
"Po pierwsze uważałem, że sprawą o podstawowym znaczeniu
jest umieszczenie Powstania na tle długiej chronologii zdarzeń
i uwzględnienie faktów, które nastąpiły przed rokiem 1944
i później. Główny trzon książki objął zatem okres od roku
1939 do roku 1956, z dość obszernym rozszerzeniem narracji
na czas od roku 1956 do dziś. Po drugie dosyć szybko doszedłem
do przekonania, że podstawową wadą istniejących opracowań
- zwłaszcza w przypadku polskich autorów - jest minimalizacja
roli sojuszu aliantów, do którego Polska przecież należała,
i kierowanie krytyki niemal wyłącznie przeciwko bezpośrednim
polskim uczestnikom dramatu. W rezultacie przeanalizowałem
wydarzenia i niedociągnięcia agend działających nie tylko
w Berlinie i w Warszawie, ale także w Londynie, Waszyngtonie
i Moskwie. Ostatecznie zdecydowałem, że podstawowe pytanie,
jakie należy postawić, brzmi nie Ťdlaczego powstańcy nie zdołali
osiągnąć swoich celów?ť, lecz Ťdlaczego w ciągu dwóch miesięcy
wahań i deliberacji zwycięscy alianci nie zorganizowali pomocy?ť".
Książkę Daviesa otwiera piękna dedykacja: "WARSZAWIE
oraz wszystkim, którzy walczą z tyranią bez względu na wszystko".
Dzieło - bardzo obszerne - składa się z trzech podstawowych
części: "Przed Powstaniem", "Powstanie"
i "Po Powstaniu", treść poszczególnych rozdziałów
uzupełniają - podobnie jak wcześniej w "Europie"
- "migawki" i "kapsułki". Całość zamyka
"Raport przejściowy", w którym autor sformułował
swoje wnioski.
Przedstawiamy dziś czytelnikom fragmenty z części "Przed
Powstaniem". Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji.
E.S.
|