|
STARALIŚMY SIĘ NIKOGO NIE OSKARŻAĆ
O Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie (United
States Holocaust Memorial) z Jackiem Nowakowskim, dyrektorem
jego Departamentu Zbiorów, rozmawiają Marek Tobolewski, Robert
Borkowski i Jarosław Sołtys.
FORUM, 21 LUTEGO 2003
http://www.forum-znak.org.pl
Marek Tobolewski: Muzeum
Holokaustu w Waszyngtonie jest muzeum nowoczesnym: łączy technologie
multimedialne z eksponatami pamiętającymi czas Zagłady, pokazuje
archiwalne zdjęcia i filmy, wciągając jednocześnie obraźnię
zwiedzających w rodzaj interaktywnej gry. Ten styl dobrze
służy przystępności muzeum i zapewne pomaga realizować jego
funkcję edukacyjną. Ale nigdzie nie ma choćby próby wyjaśnienia,
czym w ogóle był Holokaust. Jest mowa o represjach nazistów
wobec różnych grup, o prześladowaniach lewicy, o eksterminacji
homoseksualistów, Romów i - oczywiście - Żydów. Brakuje jednak
samego pojęcia, jakiejś jego definicji, wyjaśnienia, że było
to dążenie do zniszczenia całego narodu, fizycznej eliminacji
wszystkich Żydów, przynajmniej w Europie. Może od tego powinno
się w ogóle zacząć, wszak to Muzeum Holokaustu właśnie?
Jacek Nowakowski:
Mamy taką definicję w naszym statucie, gdzie jest dokładnie
powiedziane, co rozumiemy pod pojęciem Holokaustu. Dosyć często
zresztą jesteśmy za to krytykowani, zwłaszcza z Izraela napływają
opinie, że się rozdrabniamy, bo zwracamy uwagę również na
grupy inne niż Żydzi. Ale faktycznie w wystawie nie ma nigdzie
dosłownego wyjaśnienia, czym był Holokaust. Pańska uwaga jest
bardzo słuszna i muszę przyznać, że dotąd nikt czegoś takiego
nie powiedział! A to jest bardzo istotne...
Robert Borkowski: Czy
w muzeum nie potraktowano też nieco zbyt pobieżnie przyczyn
Holokaustu? Na początku ekspozycji mamy krótkie wprowadzenie:
"W Europie Środkowej i Wschodniej było biednie i co jakiś
czas urządzano pogromy". I koniec informacji. Następna
informacja: "W Europie Zachodniej w 1933 r. Hitler w
sposób demokratyczny doszedł do władzy, zmanipulował Niemców
i rozpoczął Holokaust". Koniec. Właściwie nie ma odpowiedzi
na pytanie, jak i dlaczego do tego doszło. Nie ma tego całego
tła ideowego, tych kilkudziesięciu lat podstaw hitleriady,
tworzenia snu o Germanii, o jednoczeniu, tego co zawdzięczamy
Bawarii czy Austrii. Więc nie ma odpowiedzi na pytanie, jak
to było możliwe, że Hitler jednak doszedł do władzy, a przecież
on nie został fuehrerem dlatego, że ludzie nie wiedzieli kim
jest.
- Na samym początku wystawy jest piętnastominutowy
film, który mówi o historii i korzeniach partii nazistowskiej,
począwszy od końca pierwszej wojny światowej, a skończywszy
na momencie dojścia Hitlera do władzy. Ten film ma dwa zadania:
wyjaśnić podłoże Holokaustu oraz jakby nadać ton całej ekspozycji,
w której staraliśmy nie oskarżać nikogo, nie wytykać palcem
i mówić, kto jest winny i gdzie. Nie wiem, czy nam się to
udało. W każdym razie dokument otwierający ekspozycję jest
zrobiony w bardzo obiektywizujący sposób, pokazuje partię
nazistowską taką, jaką ona była, główny nacisk kładzie na
jej organizację, na głoszone przez nią hasła i stosowane metody
propagandowe. Natomiast to, o czym Pan mówi w sensie tła ideowego,
nie jest sprawą łatwą. Nie sądzę, by była jakaś prosta formuła,
która mogłaby tu przynieść jednoznaczną odpowiedź. Np. kilka
lat temu Daniel Goldhagen pisał na temat specjalnego antysemityzmu
Niemców, teraz z kolei wydał nową książkę o roli kościoła
w czasie Holokaustu. Obie te publikacje są kontrowersyjne
i zdania na ich temat są mocno podzielone. Nie sądzę więc,
by można było powiedzieć "Hitler doszedł do władzy, dlatego
że stało się to i taMTo". Muszę przyznać,
że próbowaliśmy to jakoś dobitniej wyjaśniać, szukać tego
jednego, zasadniczego motywu, ale nie udało się nam i pewnie
już nigdy się nie uda. W związku z tym zdecydowaliśmy, że
pozostaniemy przy szerokiej, symbolicznej interpretacji. Jeśli
ktoś chce wejść głębiej w korzenie Holokaustu, szukać związków
między nim a antysemityzmem, pogromami, sytuacją gospodarczą,
moralną kondycją cywilizacji, to już jest kwestia dalszych
szczegółowych studiów. Nasze muzeum dotyczy czasu Holokaustu
i wszystkich rzeczy, które są z nim związane, ale nawet w
tym zakresie pewne aspekty zostały zupełnie pominięte, z racji
tego, że nie da się wszystkiego pomieścić w takiej przestrzeni
i w takiej formie.
RB: We fragmencie
ekspozycji poświęconym problemowi palenia książek jest gablota,
w której na przygotowanej do zniszczenia stercie leży kilka
egzemplarzy dzieł Lenina. Tymczasem na mnie większe wrażenie
zrobiłby np. Heine. Nie ukrywam, że gdybym widział wystawę,
pokazującą np. jak Sowieci palą "Mein Kampf", to
by mnie to wcale nie wzruszyło. Skąd się tam wziął ten Lenin?
- W tej chwili przygotowujemy nową
wystawę dotyczącą właśnie palenia książek. Ale akurat Lenin
był dokładnie na wszystkich listach. Cała akcja palenia książek
nie była jakąś odgórnie narzuconą inicjatywą, ale pomysłem
nazistowskich studentów z różnych uniwersytetów, w tym np.
Uniwersytetu Wrocławskiego, który dziś jest polską uczelnią.
Nie było zatem jakiejś jednej wspólnej dla wszystkich listy,
wiele zależało od lokalnych warunków, podobno w jakimś miejscu
palono nawet Biblię. Ale książki Lenina i Marksa zawsze trafiały
na stosy. Podejrzewam, że umieszczenie dzieł Lenina na tej
ekspozycji nie było jakimś celowym zamysłem autorów, ale koniecznością
wynikającą z faktu, że pokazujemy wyłącznie ówczesne wydania,
dokładnie te, które wtedy były palone. Wykorzystano więc eksponaty,
które udało się zdobyć, a łatwiej było dostać Lenina niż cokolwiek
innego. Muszę jednak powiedzieć, że i ta wystawa jest wymieniana
od czasu do czasu, książki na stosie podlegają rotacji, bo
papier nie jest przecież zbyt trwały i stosunkowo szybko ulega
zniszczeniu. I może akurat tak się złożyło, że w tej chwili
zobaczył Pan na wierzchu sterty właśnie Lenina. Przy doborze
książek zawsze staraliśmy się, żeby dać amerykańskich autorów,
Jacka Londona czy Ernesta Hemingwaya. To bardziej przemawia
do Amerykanów. Lenin może bardziej przemawia do Pana, bo Pan
musiał się do niego w swym życiu jakoś ustosunkować, tutaj
nie ma to takiego znaczenia.
MT: Muszę powiedzieć, że brakło mi też
pokazania, jak zmieniał się stosunek nazistów do "kwestii
żydowskiej". Holokaust jako taki początkowo nie był przecież
celem Hitlera, który będąc cały czas antysemitą, wściekłym
antysemitą, kilkakrotnie zmieniał swoje zamiary względem Żydów.
W muzeum nie dostrzegłem odzwierciedlenia ewolucji tych poglądów,
ważnej również z punktu widzenia Polaków. Naziści myśleli
w pewnym czasie o wyrzuceniu Żydów poza swoje państwo, co
było być może realne, gdy Żydzi - tak jak w III Rzeszy - stanowili
1 proc. społeczeństwa, ale przestało być możliwe, kiedy Niemcy
podbili Polskę i inne kraje wschodniej Europy, gdzie Żydów
mieszkały miliony.
- Mnóstwo jest takich pytań, tematów,
które pozostają bez odpowiedzi czy omówienia. Proszę jednak
zwrócić uwagę, że do tej pory nie mamy najważniejszego dokumentu,
nie wiemy nawet, czy on w ogóle istniał. Nie wiadomo kto i
kiedy wydał rozkaz wyniszczenia Żydów w stworzonych specjalnie
w tym celu fabrykach mordowania ludzi. Wiemy, że w pewnym
momencie podczas konferencji w willi Wannsee uzgodniono szczegóły
realizacji planu "ostatecznego rozwiązania", ale
poprzedniego kroku nie znamy. Podobnie jest z operacją "Reinhard",
na temat której odbyła się niedawno duża konferencja w Lublinie.
Tu też nie jest jasne, kto wydał rozkaz przystąpienia do niej
ani czy to wyszło od esesmanów z Lublina i zostało podchwycone
przez nazistowskie elity czy też może było na odwrót. To są
wciąż otwarte pytania i takie medium jak Muzeum, które musi
być w pewnym sensie jakimś uproszczeniem, nie może udawać,
że ma na nie ostateczną odpowiedź. Dla tych, którzy bardziej
szczegółowo interesują się problematyką Holokaustu mamy dodatkową
ofertę, dopełniającą to, co znajduje się w ekspozycji. Np.
interaktywny program tzw. learning center obejmuje "Encyklopedię
Holokaustu" Macmillana w formie elektronicznej, w której
poszczególne artykuły są uzupełnione poprzez zdjęcia, wywiady,
filmy, muzykę, mapy. Mankamentem wszelkich muzeów jest zawsze
możliwość pokazania tylko pewnego wycinka spraw, a learning
center jest ciągle rozbudowywane.
Jarosław Sołtys: Jeśli
można zatrzymać się na moment przy kwestii rozszerzenia oddziaływania
muzeum, to chciałbym wiedzieć, czy Wasza instytucja prowadzi
np. jakieś programy dla nauczycieli, które ułatwiałyby im
przekazywanie wiedzy uczniom?
- Tak, mamy bardzo rozbudowany dział
edukacyjny, prowadzący pracę ze studentami i - na co kładziemy
największy nacisk - z nauczycielami. Mamy ufundowane dwa specjalne
programy, nazwane od nazwisk donatorów. Jeden z nich jest
dla nauczycieli, którzy dopiero zaczynają uczyć o Holokauście,
np. dlatego że w danym stanie właśnie wprowadzono taki przedmiot
do szkół. Przez kilka miesięcy przygotowujemy ich wysyłając
im nasze materiały, a później prowadzimy dla nich tygodniowe
warsztaty w muzeum. Rok mieliśmy tutaj dwie nauczycielki z
Jedwabnego, które przez trzy dni uczestniczyły w takim kursie.
Drugi program jest bardziej zaawansowany, adresujemy go do
nauczycieli, którzy w zasadzie zajmują się wyłącznie nauczaniem
Holokaustu. Taki kurs zakrojony jest na lata, nauczyciele
stale otrzymują od nas literaturę, są regularnie zawiadamiani
o tym, co się u nas dzieje, i w różnych rolach wracają do
muzeum: część z nich prowadzi np. zajęcia dla swoich kolegów
uczestniczących w warsztatach dla mniej zaawansowanych.
W naszym muzeum mamy też duże archiwa
i bardzo rozbudowany dział naukowy. Oferujemy sporo różnorodnych
stypendiów, na wielu poziomach zaawansowania: korzystają z
nich naukowcy z dużym dorobkiem, ale też ludzie młodzi, studenci,
doktoranci, młodsi pracownicy naukowi.
Ważną rolę w popularyzacji wiedzy o
Holokauście pełni nasza strona internetowa, na której swoje
okienko ma również dział edukacyjny. Ja akurat mam z tym najmniej
do czynienia, ale wiem, że te zasoby szybko się rozwijają.
On-line dostępne są też obszerne informacje na temat naszej
działalności, wybrane fragmenty wystaw, elektroniczny biuletyn,
archiwum multimediów oraz całe mnóstwo rzeczy, których nie
udało nam się zaprezentować w samym muzeum. Zapraszam do korzystania
z tych stron.
JS: Polskie muzea
w byłych obozach, np. w Oświęcimiu, dostępne są dla młodzieży
powyżej 12 roku życia. W muzeum w Waszyngtonie macie Państwo
przeznaczoną dla dzieci "Historię Daniela", która
nie pokazuje wydarzeń bezpośrednio, a raczej oddziałuje na
wyobraźnie, nie robiąc tego w sposób makabryczny.
- Ta wystawa powstała w latach 80.
i do ich końca mieściła się w Muzeum Dziecięcym, będąc w zasadzie
jedyną rzeczą, jaką to muzeum kiedykolwiek wyprodukowało.
Wystawę stworzyli ludzie, którzy na dzieciach znali się, jak
na niczym innym. Historia Daniela powstała na użytek tej ekspozycji
(później na jej kanwie powstała też książka), na podstawie
różnych opowieści i pamiętników oraz wywiadów z tymi, którzy
przeżyli. Jest to więc fikcja, ale zarazem rodzaj uśrednionej
i przez to bardzo prawdopodobnej historii żydowskiego chłopca
z Niemiec. Autorzy założyli, że całe nasze muzeum przeznaczone
będzie dla osób od 12-13 roku życia, ich wystawa pomyślana
została zatem jako wystawa dla dzieci w wieku 8-12 lat. Zrobiono
stosowne badania, co więcej, zanim "Historia" znalazła
się u nas, wędrowała przez kilka lat po całych Stanach -zresztą
inna jej wersja wciąż jeszcze jeździ - i cały czas była dokładnie
monitorowana pod kątem reakcji dzieci na nią. Ona oddziałuje
w sposób pośredni, np. pokazano tam witrynę sklepową, gdzie
wystawione są ciastka, ale dzieci żydowskie tych ciastek jeść
nie mogą, dalej jest pokazany basen pływacki, ale dla Żydów
wstępu tam nie ma. Gdy "Historia Daniela" jeździła
po Stanach w wielu miejscach umożliwiono dzieciom utrwalenie
swoich wrażeń po jej obejrzeniu w formie obrazków wypalanych
na kafelkach. Takich kafelków mieliśmy bodajże 10 tysięcy,
niektóre z nich prezentujemy w muzeum. Odpowiedzi były bardzo
różne - są np. takie dzieci, którym wszystko kojarzy się baseballem,
stąd nie brak i rysunków kijów do tej gry. Ale są również
bardzo ciekawe rzeczy, np. kilka map Irlandii, bo każdy podchodził
do tego tematu ze strony swoich własnych doświadczeń. Jeśli
ktoś jest z rodziny pochodzącej z Irlandii, to dla niego strasznym
problemem był konflikt w Ulsterze i w jakiś sposób ten znak
równości tu sobie właśnie kładł.
MT: Prócz głównej ekspozycji i "Historii
Daniela" Muzeum Holokaustu prezentuje też rozmaite wystawy
czasowe. Teraz jest to wystawa na temat prześladowań homoseksualistów.
- Tak, do marca 2003 r. mamy taką niewielką
ekspozycję, otwierającą cykl dotyczący prześladowań innych
niż Żydzi ofiar. Po homoseksualistach zamierzamy przedstawić
losy, które podczas Holokaustu stały się udziałem antyfaszystów,
Romów, jeńców wojennych, Świadków Jehowy (pod tą nazwą będą
wszelkie grupy religijne, które miały związek z pacyfizmem).
Wcześniej w innym pomieszczeniu mieliśmy pierwszą u nas wystawę
sztuki. Choć często uważa się, że sztuka słabo pasuje do problematyki
Holokaustu, prace łódzkiego artysty Artura Szycha spotkały
się z dość dobrym przyjęciem. Następna wystawa, która przyjdzie
w to miejsce, dotyczyć będzie "nauki o rasach".
MT: Między Stanami Zjednoczonymi i Europą
jest znaczna różnica w podejściu do wolności słowa. W ustawodawstwie
większości państw europejskich jest coś, co po polsku określa
się mianem kłamstwa oświęcimskiego, i jest to czyn karany.
Pierwsza Poprawka do Konstytucji USA gwarantuje niemal absolutną
wolność słowa, stąd Ameryka staje się rajem dla wszelkiego
rodzaju rewizjonistów czy negacjonistów Holokaustu. Jakie
są relacje między muzeum a tego typu środowiskami?
- Bez wątpienia ich nie kochamy. Ale
oni w tej chwili jak gdyby wymierają, ich bałamutne przesłanie
ginie w tym wszystkim, co się dzieje. W momencie otwarcia
muzeum w 1993 r. ten problem był dosyć poważny, w tej chwili
w zasadzie trudno go zauważyć. Faktem jest, że w USA jest
wolność słowa i nie ma czegoś takiego jak kłamstwo oświęcimskie,
co sprawia, że większość tych rewizjonistów europejskich szuka
swego miejsca właśnie na tym rynku, ale - muszę powiedzieć
- że ma to również swoje dobre strony. Np. na uniwersytecie
Northwestern w Evanston wykładowcą w szkole inżynieryjnej
jest Arthur Butz, jeden z czołowych rewizjonistów, człowiek,
który twierdzi, że Holokaust był niemożliwy z punktu widzenia
inżynieryjnego, że komory gazowe nie mogły mieć takiej przepustowości,
że w krematoriach nie można było spalić tyle ciał. Jak każdy
naukowiec ma on swoją stronę internetową, na której może pisać,
co tylko zechce. Uniwersytet bardzo chciałby się go pozbyć,
ale on nie chce odejść. Nie dają mu podwyżek bodaj od 40 lat,
lecz on wcale nie zamierza zrezygnować. Dobra strona jest
taka, że Northwestern University robi dużo pozytywnych rzeczy,
żeby przeciwdziałać poglądom Butza. W uniwersyteckim muzeum
była otwarta duża wystawa dotycząca sztuki w Oświęcimiu, mają
też wspaniałą stronę internetową dotyczącą Oświęcimia, razem
z Uniwersytetem Jagiellońskim robią letnie programy edukacyjne
w Krakowie. Obecność wykładowcy-negacjonisty zmusiła ich więc
do tego, żeby być bardziej aktywnym.
MT: Może Pan podać kilka liczb? Ilość
zwiedzających, eksponatów, zatrudnionych w muzeum osób?
- Średnio mamy 2,2 miliona zwiedzających
rocznie, łącznie zatem odwiedziło nas już około 20 milionów
osób. Po 11 września, podobnie jak inne waszyngtońskie muzea,
zanotowaliśmy spadek liczby zwiedzających o około 25-30 proc.
Wynika to z faktu, że po zamachach w szkołach zawieszono zwiedzanie
muzeów, a w wielu powiatach całkowicie zakazano latania samolotami
całymi klasami. Żeby dokładnie obejrzeć ekspozycję potrzeba
około 3 godzin. Zwiedzającym prezentujemy około 1900 eksponatów,
ogromna część tych zbiorów pochodzi z muzeów z Polski, z Oświęcimia,
z Majdanka, z Łambinowic. Pracuje u nas około 400 osób, w
tym stu kilkudziesięciu pracowników merytorycznych. W naszym
archiwum chcielibyśmy zgromadzić kopie wszelkich możliwych
archiwaliów na temat Holokaustu. Mamy bardzo obszerną dokumentację
z Zachodniej Europy, w latach 90. otworzyły dla nas ogromne
zbiory na Wschodzie: dostajemy dokumenty z Polski, Rumunii,
Rosji. W tym ostatnim przypadku jest to jednak trochę takie
"kapanie": zwykle, gdy stosunki amerykańsko-rosyjskie
podupadają na jakiejś innej płaszczyźnie, my dostajemy trochę
nowych archiwów. Na bazie tych zbiorów tworzymy centrum studiów
nad Holokaustem.
JS: Czy istnieją jakieś instytucjonalne
formy współpracy z polskimi muzeami?
- Tak. Współpracujemy głównie z trzema
instytucjami: Oświęcimiem, Majdankiem i Żydowskim Instytutem
Historycznym. Realizujemy wspólne przedsięwzięcia edukacyjne,
internetowe, naukowe. Poza tym mamy kontakty ze Stutthofem,
Główną Komisją Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu
IPN, braliśmy udział w debacie związanej z budową nowego pomnika
w Bełżcu.
Dziękujemy za rozmowę.
Opracowanie Marek Tobolewski
|