|
NORMAN DAVIES O WROITZLI, BRESLAU
I WROCŁAWIU
Kwiat Europy
Rzeczpospolita, Plus Minus, 25 maja
2002
|

Norman
Davies (1939) z pochodzenia jest Walijczykiem.
Studiował historię m.in. w Oksfordzie, Grenoble
i na Uniwersytecie Jagiellońskim. Wykładał w School
of Slavonic and East European Studies Uniwersytetu
w Londynie. Obecnie zajmuje się wyłącznie pisaniem
książek. Jest autorem m.in. historii Polski "Boże
igrzysko". Odznaczony Krzyżem Wielkim Orderu
Zasługi RP.
FOT. BARTŁOMIEJ ZBOROWSKI
|
|
Krzysztof Masłoń: Wrocławianie
mogą pękać z dumy. To ich miastu poświęcił pan swoją najnowszą
książkę "Mikrokosmos". Ciekawi mnie, na ile Wrocław
jest miastem wyjątkowym? Czy mógłby pan odkryć podobny środkowoeuropejski
mikrokosmos na przykład w Opolu czy Szczecinie?
Norman Davies: Każdy byłby inny, ale każdy - oczywiście -
możliwy do opisania. Wrocław jest jednak szczególny, z racji
swych traumatycznych doświadczeń. Po unicestwieniu twierdzy
Breslau, miasto było doszczętnie zniszczone. Z dawnych mieszkańców
pozostała tylko resztka. W Opolu sytuacja była inna, większy
procent Polaków, tzw. autochtonów, inne proporcje ludności.
Szczecina nie znam, tylko raz tam byłem.
Podobno Stanisław Cat-Mackiewicz po powrocie do Polski z emigracji,
pytany czy odwiedził już Szczecin, odpowiedział z oburzeniem:
"Ja do Niemiec nie jeżdżę".
Ja żadnych uprzedzeń nie miałem, ale Wrocław pamiętam doskonale
z lat 70., gdy poznawałem to miasto z przewodnikiem w ręku.
Mam tam dobrego przyjaciela, dziś dyrektora Ossolineum - tak
że znalazłbym i osobiste powody do wybrania na środkowoeuropejski
mikrokosmos Wrocławia właśnie. Choć, oczywiście, równie dobrze
mógłby to być na przykład Lwów, dla dziejów Europy Środkowej
nie mniej istotny.
Co z Wrocławia lat 70. zapamiętał pan najlepiej?
Zamazywanie śladów niemieckiej przeszłości. Nie tylko śladów
po reżimie hitlerowskim, lecz absolutnie wszystkiego, co było
niemieckie. To bardzo przykre, ale najwięcej ucierpiały cmentarze.
I to wcale nie cmentarze żydowskie, które - choć zaniedbane
- przetrwały. Nie można tego, niestety, powiedzieć o cmentarzach
niemieckich, luterańskich, które metodycznie równano z ziemią,
urządzając na ich terenach parki.
Po ukazaniu się "Mikrokosmosu" w Wielkiej Brytanii,
w "Scotland on Sunday" można było przeczytać: "Davies
i Moorhouse (współautor "Mikrokosmosu" - przyp.
K.M.) jako obiekt swych badań wybrali bliżej nieznane centrum
europejskiej prowincji...". Wygląda na to, że musimy
pożegnać się ze złudzeniami, że Wrocław to nie prowincja.
Ale i nie stolica, a przecież panoramę dziejów Europy ukazać
można było na przykładzie Wiednia, Pragi czy z polskich miast
- Krakowa. Stolice są jednak nietypowe, z natury rzeczy. Duże
czy średniej wielkości miasto prowincjonalne jest receptorem
wpływów z większych ośrodków, przedmiotem, a nie podmiotem
władzy. To we Wrocławiu zobaczyłem skupisko tych wszystkich
doświadczeń, które ukształtowały Europę Środkową. Sprawiła
to jakże bogata mieszanka kultur i narodów. Mieliśmy tu -
piszemy we wstępie - niemiecki Drang nach Osten i powrót Słowian,
Breslau i Wrocław, ale i Wroitzlę, i Presslaw, rolę, jaką
odegrali w tym mieście Czesi, i szczególnie ważną - Żydzi,
wreszcie hitleryzm i stalinizm. Słowem - mikrokosmos Środkowej
Europy.
O czeskim Wrocławiu co nieco, choć nie za wiele, wiemy z lekcji
historii, myślę jednak, że pomieszczony w książce obraz żydowskiego
Wrocławia będzie zaskoczeniem nawet dla wielu mieszkańców
grodu nad Odrą.
Żydowskość Europy Środkowej jest w ogóle jedną z jej cech
wyróżniających. A o Żydach z Wrocławia wiedziałem od dawna,
odkąd zawarłem znajomość z jednym z breslauerów należących
do działającego w Londynie Koła Żydów z Berlina i Wrocławia.
Ale nie od niego chyba dowiedział się pan o wspólnocie żydowskiej
w powojennym Dzierżoniowie. Jest to historia niemal całkowicie
nieznana, a pochodzi z lat 1945-1948, gdy w byłym Reichenbach,
później krótko Rynbachu, a wreszcie Dzierżoniowie, Niemcy
przymusowo nosili białe opaski, "czapkowali" Żydom
na ulicy i schodzili na ich widok z chodnika.
W Stanach Zjednoczonych ukazały się wspomnienia Jakuba Egita,
który po służbie w wojsku sowieckim nadzorował ten eksperyment.
Tam nie chodziło tylko o gminę, o wspólnotę żydowską, ale
o stworzenie "jiszuwu" - okręgu żydowskiego w Polsce.
Takiego, jakim była Jewrejskaja Awtonomnaja Obłast w ZSRR?
Na dużo mniejszym terytorium, oczywiście. To był dla Żydów
czas niepewny, przed powstaniem państwa Izrael. Większość
z nich przybyła z Rosji, nie wiedziała jeszcze, czy udadzą
się dalej, w głąb Europy, czy zostaną tutaj. W samym Dzierżoniowie
znalazło schronienie 50 tysięcy Żydów, we Wrocławiu - 20 tysięcy.
W sumie przewinęło się przez te ziemie w tamtym czasie około
200 tysięcy Żydów.
Rozumiem, że zdecydowana większość z nich opuściła Polskę.
W 1948 roku komuniści zmienili politykę, ale wcześniej ZSRR
popierał syjonistów w Palestynie, żeby osłabić "imperialistów
brytyjskich". I młodzi Żydzi do walki z tymi "imperialistami"
szkoleni byli w obozie wojskowym w niedalekim od Wrocławia
Bolkowie przez instruktorów z Armii Czerwonej i Ludowego Wojska
Polskiego.
By następnie stworzyć, jako członkowie "Hagany",
podstawy przyszłej armii izraelskiej.
No tak, ale to był koniec trzeciej i ostatniej fazy obecności
żydowskiej we Wrocławiu. Pierwsza skończyła się tragicznie
w XV wieku, za sprawą przybyłego do Wrocławia Jana Kapistrana.
Ten mnich, porównywany z Savonarolą, wyniesiony później do
godności świętego, patrona jurystów, przestrzegał wiernych
przed husytami, Turkami i Żydami, z których pod ręką byli
tylko ci ostatni. Cała ludność żydowska została wtedy albo
ochrzczona, albo wygnana, albo spalona na stosach na placu
Solnym. Do miasta Żydzi wrócili dopiero po 300 latach, choć
wbrew zakazom osiedlali się w ówczesnym Presslawiu już pod
koniec XVII wieku. Oficjalnie jednak gmina żydowska uznana
została już w Bresslau - zaanektowanym przez Prusy, należące
do bardziej tolerancyjnych państw. To ciekawe, bo Polacy,
tak jak Brytyjczycy, jeśli coś wiedzą o Fryderyku Wielkim,
to tylko to, że grabił cudze ziemie. Tymczasem w oczach żydowskich
był to światły, tolerancyjny monarcha. Co więcej, takim był
też w oczach większości mieszkańców Bresslau - protestantów.
Wcale więc za Habsburgami tam nie płakano. Jeśli zaś chodzi
o wspólnotę żydowską, to ta przetrwała do II wojny światowej
i holokaustu. Przeżywała okresy rozkwitu, przede wszystkim
kulturalnego. W Bresslau, a potem w Breslau żyło też wielu
Żydów zasymilowanych, często kompletnie już oderwanych od
żydowskiego dziedzictwa - przede wszystkim dotyczyło to inteligencji.
Cytuję zresztą w książce wspomnienia mieszkającego w Australii
breslauera, którego ojcu w 1933 r., na skutek ustaw aryjskich,
odebrano katedrę na uniwersytecie. Była to rodzina protestancka,
ale na czworo dziadków troje było Żydami, a naziści skrupulatnie
liczyli te pokolenia. Teraz, cóż, jest we Wrocławiu synagoga
i mieszka, zdaje się, kilkuset Żydów.
Panie profesorze, niewątpliwie istnieje coś, co określamy
z łaciny jako genius loci. Dla nas miastem wyjątkowym jest
Lwów "semper fidelis". A czym jest Wrocław dla współczesnych
Niemców? Czy pozostał w ich świadomości jako Festung Breslau?
To ciekawe, ale większość Niemców o Breslau zapomniała. Kiedy
czyta się książki o historii Niemiec, Prus, III Rzeszy, to
znajdujemy w nich zaskakująco mało wzmianek o Breslau. A przecież,
jakkolwiek by patrzeć, było to trzecie miasto Cesarstwa Niemieckiego:
po Berlinie i Hamburgu. Było potężnym centrum gospodarczym,
politycznym i kulturalnym, a stało się utraconym miastem historii
Niemiec. Oczywiście, Wrocław istniał w pamięci, ale wyłącznie
w pamięci wypędzonych stąd: jako utracony raj, arkadia, nad
którą nigdy nie zachodziło słońce. Dla tych ludzi był i jest
Breslau tym, czym dla Polaków Lwów i Wilno. Ale dla odżegnujących
się od nacjonalizmu władz niemieckich, Breslau był kłopotliwy.
Przez wiele lat tylko partie skrajnie prawicowe, przeważnie
antykomunistyczne, przypominały sobie o Breslau, przy czym
nie zawsze chciano pamiętać, że to nie Polacy zniszczyli miasto,
a Armia Czerwona. Ale ten czas mamy już za sobą i dobrze się
stało, że nasza książka ukazuje się w trakcie toczącej się
w Niemczech wielkiej debaty o wypędzonych. O tej ogromnej
rzeszy ludzi - wymienia się liczby od 8 do 16 milionów - którzy
stracili swą ojczyznę na Wschodzie.
Swój Heimat.
Tak. Przez pół wieku polityczna poprawność nakazywała milczenie
na temat niemieckich ofiar wojny, bo przecież Niemcy byli
w tej wojnie agresorami. Ale nie można potępiać całego narodu
za przestępstwa, a nawet zbrodnie jakiejś jego części czy
też sprawującego władzę reżimu. Owszem, Niemcy w dużej mierze
ponoszą winę za to, co stało się w czasie wojny, ale równolegle
miliony Niemców stało się wojny tej ofiarami. A akurat w Breslau
hitlerowcy nie mieli poparcia, tu najsilniejsi byli socjaldemokraci.
Stąd posłem do Reichstagu na początku XX wieku był sławny
rewizjonista Edward Bernstein, tu jest grób Ferdynanda Lassalle'a.
Do czasów III Rzeszy było to lewicowe, robotnicze miasto.
Później hitlerowcy brutalnie wprowadzili swój ordnung, ale
w Breslau pociągnęło to za sobą niemało ofiar.
Czy we Wrocławiu powinno znaleźć się Centrum Wypędzonych?
Decyzja zależy od wrocławian. W moim przekonaniu, takie Centrum
miałoby sens tylko pod warunkiem, że zachowałoby pamięć o
wszystkich wypędzonych wszystkich narodowości. A więc o Niemcach,
polskich "repatriantach", Ukraińcach po operacji
"Wisła", Węgrach ze Słowacji, Grekach (którzy w
1949 r. trafili m.in. na Dolny Śląsk) i Turkach. Wielka szkoda,
że w Niemczech dyskusja toczy się prawie wyłącznie wokół niemieckich
wypędzonych, zresztą w kontekście walk wyborczych. Mam nadzieję,
że "Mikrokosmos", lub raczej "Die Blume Europas",
pomoże trochę w rozszerzeniu debaty.
"Mikrokosmos" bardzo dobrze przyjęty został w Anglii,
w zeszłym tygodniu miał swoją polską premierę, teraz kolej
na Niemcy właśnie. Książka ukaże się tam jednak pod innym
tytułem. Dlaczego?
Do kontraktów zawartych z wydawcami dodałem klauzulę zastrzegającą,
że bez zgody autorów nie wolno im zmienić ani zdania. A cóż
dopiero tytułu! Przedstawiliśmy trzy wersje tytułu do wyboru:
"Mikrokosmos" - wybrany przez angielskiego i polskiego
wydawcę, a także "Miasto wielu imion" i "Kwiat
Europy", na który ostatecznie zdecydowali się Niemcy.
Tytuł ten - "Die Blume Europas" zapożyczony jest
od siedemnastowiecznego poety vratislaviańskiego, Nikolausa
Henela von Hennenfelda. Nie ukrywam, że kiedy Urząd Miasta
we Wrocławiu dowiedział się, iż książka nie będzie nazywała
się "Historia Wrocławia", próbował interweniować
w tej sprawie. Argumentowałem, że nie mogę się zgodzić na
taki tytuł, podobnie jak wersja niemiecka nie może się nazywać
"Die Geschichte Bresslaus". Wydawca niemiecki długo
nie mógł się pogodzić z tą myślą, aż musiałem zagrozić przeniesieniem
książki do innej oficyny. W rezultacie zdecydowano się na
"Kwiat Europy". Stało się dobrze, jestem zadowolony,
podstawowym celem bowiem, jaki postawiliśmy sobie w tej pracy,
było zakończenie sporu między obrońcami polskiego Wrocławia
i zwolennikami niemieckiego Breslau. Żadna z tych stron nie
ma monopolu na prawdę.
Ciekawe, jak książka przyjęta zostanie w Niemczech. Może nie
tylko sprowokować dyskusję, ale i otworzyć zasklepione rany.
Sądzę, że efekt będzie mocniejszy niż w Polsce. Ale ta książka
powinna pomóc też tej ogromnej większości Niemców, którzy
uważali, że o wszystkim, co wiąże się z wypędzonymi, należy
zapomnieć. W imię poprawności i jakiegoś większego dobra.
To do nich właśnie, do myślących, tolerancyjnych i demokratycznych
Niemców adresujemy tę książkę o Vratislavii i jej dziejach.
Uświadamiając, bo to trzeba uświadamiać, że nie tylko Niemcy
utracili swoją ojczyznę na wschodzie, ale inni też, a spośród
nich Polacy stanowią największą grupę narodową. Procentowo
Polska straciła po wojnie większe terytorium niż Niemcy, a
nieszczęście wypędzonych jest takie samo. Daleko nie szukając,
rodzina mojej żony wygnana została ze Lwowa. Mogli zabrać
ze sobą tylko parę rzeczy w walizce i... pamięć.
Dokąd wyjechali? Do Krakowa?
Mieli taki zamiar, ale zrobili przystanek w Dąbrowie Tarnowskiej.
Na trzydzieści lat.
W PRL lansowane było, z powodzeniem, określenie ziem otrzymanych
w wyniku ustaleń w Jałcie i Poczdamie jako Ziem Odzyskanych.
Wrocławianie przekornie nazywali je "Wyzyskanymi".
To nie była tylko przekora. Mieszkańcy Wrocławia, wśród których
zaczęli dominować wypędzeni lwowianie, dobrze wiedzieli, co
znaczy wyzwolenie przez Sowietów. Przeżyli przecież dwie sowieckie
okupacje: w 1939 i 1944 roku. Uniwersytet Wrocławski, gdzie
skupiło się wielu lwowskich profesorów, w oczach władz komunistycznych
był pewnie bardzo podejrzaną instytucją. Ale zwykłym, prostym
ludziom wystarczyło przyjrzeć się odbudowie zrujnowanego miasta.
Naprawdę burzono je, a cegły z takiej np. renesansowej Bramy
Własta wysyłano do Warszawy, by z ruin podnieść Starówkę.
W 1949 r. nie udawano już niczego - Wrocławską Dyrekcję Odbudowy
zastąpiło Miejskie Przedsiębiorstwo Rozbiórkowe.
Którym kierował niejaki Mondszajn. Jak wyczytałem w "Mikrokosmosie",
usiłował on wyjechać do Izraela mając w bagażu patelnię ze
szczerego złota. Ta złota patelnia pojawia się i w innych
opowieściach o Żydach opuszczających Polskę po 1956 r., co
może wskazywać na jedno, to samo ich źródło. Oczywiście, ubeckie.
Mondszajn był we Wrocławiu postacią legendarną. Po okresie
stalinowskim za granicę nie wyjechał, a oskarżony o korupcję
został w 1958 r. skazany na karę więzienia. W każdym razie
te "odzyskane" cegły z "wyzyskanego" złota
i ta rzekoma złota patelnia układają się w jedną, w istocie
bardzo smutną, anegdotę.
Podobno niektórzy historycy mają do pana pretensje, że podobnych
anegdot jest w "Mikrokosmosie" za wiele. Czytelnicy
mają, zapewne, w tej kwestii odmienne zdanie.
Historia nie musi być nudna. Przeciwnie, może być pasjonująca,
ale trzeba umieć opowiadać o faktach i, przede wszystkim,
je znać. Nie bardzo bowiem mogę zrozumieć, dlaczego, choć
dziejami Wrocławia zajmowało się przede mną wielu historyków,
żaden z nich nie zwrócił na przykład uwagi na obecność w Breslau
na manewrach armii cesarskiej w 1906 r. Winstona Churchilla.
Kiedy wrócił do domu, powiedział swej ciotce: "Jestem
bardzo szczęśliwy, że między tamtą armią a Anglią rozciąga
się morze". Swoją drogą istnieją dowody, że w czasie
manewrów przejmował się głównie tym, co ma na siebie włożyć.
Zabrał ze sobą w podróż nawet paradny mundur lamparci huzarów,
choć ostatecznie w nim nie wystąpił.
No właśnie, to też historia - jakże ciekawa, bo ukazywana
poprzez ludzi, i to znanych ludzi. Pokazuje pan Wrocław poprzez
mniej lub bardziej sławne postaci, jak choćby nobliści (tylko
w dziedzinie literatury: Mommsen i Hauptmann) którymi miasto
może się szczycić, ale - jak dotąd - robiło to wyjątkowo wstydliwie.
Warto też wiedzieć, że we Wrocławiu mieszkała rodzona siostra
żony Hitlera - Ilse Braun.
Ale bezkonkurencyjną spośród wielkich breslauerów wydaje mi
się urodzona tu, w ortodoksyjnej rodzinie żydowskiej Edyta
Stein. Przyjęła chrześcijaństwo, została nauczycielką w szkole
dominikańskiej, w 1933 r. wstąpiła do zakonu karmelitanek.
A przyjeżdżając regularnie do Breslau, w odwiedziny do matki,
chodziła z nią do synagogi. Była człowiekiem pojednania. Zginęła
w komorze gazowej w Oświęcimiu. W latach 80. beatyfikowano
ją, a cztery lata temu kanonizowano. Nie obyło się przy tym
bez kontrowersji, gdyż próbowano do tej kanonizacji nie dopuścić.
Rzadko kiedy Wrocław w swej powojennej historii trafiał na
czołówki gazet, ale tak się stało w 1948 r. z okazji wielkiej
propagandowej hecy zorganizowanej przez komunistów, jaką był
Kongres Intelektualistów, na który zjechały nad Odrę takie
tuzy, jak Pablo Picasso i Graham Greene, Irena Joliot-Curie
i Salvadore Quasimodo, nie mówiąc o Erenburgu i Brechcie.
Wysłuchali oni peanów o Stalinie i dopiero po wyjątkowo prymitywnym
i brutalnym wystąpieniu sowieckiego pisarza Fadiejewa dwóch
uczestników Kongresu wyszło z siebie. Julian Huxley wyjechał
z Wrocławia, a na sali obrad zaprotestował - jako jedyny -
brytyjski historyk, A.J.P. Taylor. Podobno był pan jego uczniem?
Tak, uczył historii nowożytnej w Magdalen College. Na kongresie
wykazał się, rzeczywiście, dużą odwagą i po latach, gdy czasem
zdarzyło mi się powiedzieć coś krytycznego o jego postawie
wobec Wschodu - a przed wojną, jak wielu intelektualistów
zachodnich, miał taki narcystyczny, "poputczikowski"
okres - zawsze odpowiadał: "Ale to ja we Wrocławiu wstałem
i powiedziałem prawdę, powiedziałem to, co trzeba było powiedzieć".
A mówił o wolności słowa, wolności naukowca, artysty, pisarza.
Warto pamiętać o tym wystąpieniu Taylora.
Na czołówkach gazet świata pojawił się Wrocław także nie tak
dawno - w 1997 roku, z racji wielkiej powodzi, która zalała
miasto. Szkody były gigantyczne, a pan twierdzi, że można
im było - choć w części - zapobiec, gdyby miasto znało swą
historię.
Takie powodzie nawiedzały przecież Wrocław przez całe milenium.
Nie mówię już o bardzo dawnych czasach, ale w XVIII stuleciu
taki lokalny potop miał miejsce w 1729 i 1736 roku, a w wiekach
późniejszych - w 1854 i 1903 roku. Niemieckie władze miasta
dobrze o tym wiedziały i przygotowały zabezpieczenia, całkowicie
przez Polaków zlekceważone. Na przykład na nieprzypadkowo
niezabudowanych północnych terenach zalewowych Wrocławia powstało
w latach 70. wielkie osiedle Kozanów. W czasie powodzi znalazło
się ono 10 metrów pod wodą. Jestem przekonany, że wrocławianie
nie wyobrażali sobie nawet zagrożenia ze strony Odry, gdyż
nie mogli czerpać ze skarbnicy zbiorowej pamięci. Im tę pamięć,
sprzed 1945 roku, amputowano.
Po lekturze "Mikrokosmosu" przeniosłem się w rejony
political fiction, marząc, by naprawdę Wrocław zmienił nazwę,
całkiem oficjalnie stając się, jak przed tysiącem lat, Vratislavią.
W perspektywie zjednoczonej, wielokulturowej Europy wydaje
się to nawet nie do końca fantastyką.
Największą przeszkodą jest ludzka mentalność i obawa przed
obcym, nieznanym, potencjalnie wrogim. Nie zdajemy sobie sprawy,
jakie szkody wyrządziła zimna wojna i jakie są rzeczywiste
efekty żelaznej kurtyny zawieszonej na Łabie. Z Berlina do
Polski samochodem można dojechać w niecałą godzinę, na dłuższą
wycieczkę wybrać się można rowerem. A jednak bardzo wielu
Niemców nigdy nie było w Polsce, nigdy nie odwiedziło Wrocławia.
Przynajmniej polskiej ziemi nie wykupią... Lęk przed Niemcami,
którzy podporządkują sobie ekonomicznie Polskę, jest duży.
Wrocław też odbudowuje się ze zniszczeń, także popowodziowych,
za niemieckie marki.
Za euro. Czy pan wie, że największym inwestorem we Wrocławiu
nie są wcale Niemcy, a Wielka Brytania? O drugie miejsce Niemcy
rywalizują ze Szwecją. Dlaczego tak się dzieje? Myślę, że
dla Niemców, robiących interesy w Warszawie czy Krakowie,
Wrocław dalej jest znakiem zapytania. Miliony Polaków znają
Niemcy, ale Niemcy nie znają Polski. Kiedy w znanym wydawnictwie
C.H. Beck wydawałem swoje "Serce Europy", zaproponowano
nakład... dwutysięczny. Po moich namowach podniesiono go do
5 tysięcy i w ciągu paru dni podczas Targów Książki we Frankfurcie
został on sprzedany. Wydawca był bardzo zdziwiony, że Polska
jednak ciekawi Niemców. Polska - ich najbliższy sąsiad! Ale
ta sytuacja ulegnie zmianie z chwilą wejścia Polski do Unii
Europejskiej.
Rozmawiał Krzysztof Maslon
|