|
SPORY - POLEMIKI :
"NIEPAMIEĆ ZBIOROWA"
- cześć II
Tygodnik Powszechny, sierpien-wrzesien
2004
OD REDAKTORA STRONY
Umieszczamy poniżej cześć drugą polemiki
dotyczącej artykułu PAMIEĆ ZBIOROWA Jana Tomasza Grossa, opublikowanego
w Tygodniku Powszechnym 8 sierpnia 2004. Autor stawia tam
pytanie, dlaczego mord na jedwabieńskich Żydach i podobne
mu tragiczne wydarzenia nie znalazły miejsca w pamięci zbiorowej
i dlaczego ludzie, którzy o tym wiedzieli nie bili na alarm.
Odsyłam do artykułu autora, umieszczonego na stronie zbiorczej
NOWYCH PUBLIKACJI powyżej tego tekstu. Ponizej znajdą Państwo
rożne odpowiedzi w następujących trzech artykułach:
Z WILEŃSKIEJ PERSPEKTYWY Hanny
Świdy- Ziemby;
O PROBLEMACH NIEPAMIECI REFLEKSJA
OSOBISTA Władysława Bartoszewskiego;
WIEDZA JAKO POŻYTEK ZBIOROWY Jana
Woleńskiego.
I.B.
Z wilenskiej perspektywy
Hanna Świda-Ziemba
Spory - polemiki: "Niepamięć
zbiorowa"
Tygodnik Powszechny,
29 sierpnia 2004
Ilekroć coś się nie udało, a społeczeństwo
źle się zachowało, mówiono, że nie chodzi o naród, ba, nawet
nie o lud, ale że winien jest motłoch, tłuszcza albo chuliganeria.
Tak komentowano drastyczne zachowania w roku 1968, 1970, nawet
1980. Tekst Grossa nie dotyczy wyłącznie spraw polsko-żydowskich.
Na jego marginesie ujawnia się nowy problem - relacji między
inteligencją a ludem.
O sprawie Jedwabnego dowiedziałam się
- jak niemal wszyscy - po ukazaniu się książki "Sąsiedzi"
Jana Tomasza Grossa. Wiadomość okazała się wstrząsem. Gdyby
informacja o mordach na Podlasiu dotarła do nas o wiele wcześniej,
podczas wojny lub tuż po jej zakończeniu, wstrząs nie byłby
mniejszy - mimo obowiązującej wówczas "twardości",
mimo że o rodzinnych tragediach mówiło się wtedy jednym, beznamiętnym
zdaniem: "Ojca wywieźli, dom spalili". Tak jak wstrząsem
dla mojego pokolenia okazało się getto ławkowe, o którym po
raz pierwszy usłyszeliśmy dopiero po wojnie (pamiętać trzeba,
że rodzice nigdy nie ujawniali swoich poglądów politycznych
przy dzieciach i tę zasadę wychowawczą zmieniły dopiero czasy
powojenne). Tak jak wstrząsem był pogrom kielecki. W 1945
r. byłam w Łodzi, uchodzącej za miasto antysemickie. Mieszkaliśmy
z ludźmi bardzo prostymi i to oni pytali ze zgrozą: "Jacyż
ludzie mieszkają w Kielcach? To chyba nie ludzie, a zwierzęta".
Oczywiście w czasie wojny istniały specyficznie
polskie problemy. Ale pamiętam, jak w okupowanym przez Niemców
Wilnie - w którym podobno szalała endecja - Polacy przeżywali
masakrę Żydów na Ponarach. Choć Wilno miało już za sobą transport
wywiezionych mieszkańców, choć Niemcy rozstrzeliwali zakładników,
choć ludzie zdawali sobie sprawę, że powojenne losy miasta
są niepewne, jednak współczuli mordowanym Żydom. Opowiadano
o mordzie ponarskim - dokonanym przez Litwinów z inspiracji
niemieckiej. Niewykształcone, bogacące się na szmuglu kobiety
z ludu płakały, słysząc o wystających z ziemi rączkach dzieci
pogrzebanych żywcem. Mówiono, że gdyby ogłoszono konkurs na
kata, zgłosiłyby się cztery miliony Litwinów. O reakcji społeczeństwa
polskiego na masakrę ponarską pisałam w "Hańbie obojętności"
("GW", 23 września 1998 r.). To przeżycie było krótkie,
jak to na wojnie, ale bardzo silne.
Mnóstwo Kainów jest pośród nas...
Dlatego nie sądzę, by wiadomość o Jedwabnem
pozostawiła Polaków, a zwłaszcza inteligencję, obojętnymi.
Trzeba było jakoś ustosunkować się do tego, że lud polski
- i to wspólnie z Niemcami - spalił Żydów. Ten rodzaj śmierci
- straszniejszej niż komory gazowe - nie jest tu bez znaczenia,
a im więcej byłoby tam Niemców, tym gorzej. Nawet gdyby było
ich wielu, a Polaków tylko kilku, jeszcze bardziej w oczach
rodaków byliby zdrajcami. Może morderców z Jedwabnego uznano
by za szmalcowników, a może nie (w końcu ci ostatni nie mordowali
własnoręcznie). W każdym razie, gdyby ta wiadomość dotarła
w okresie okupacji do opinii publicznej, coś by z nią, jak
sądzę, zrobiono. Nie dotarła.
Dlaczego? Może rzeczywiście - jak pisze
Gross - elity uznały, że sprawa między "chamem a Żydem"
ich nie dotyczy. Przypomnijmy, że ilekroć coś się nie udało,
a społeczeństwo źle się zachowało, mówiono, że nie chodzi
o naród, ba, nawet nie o lud, ale że winien jest motłoch,
tłuszcza albo chuliganeria. Tak komentowano przecież drastyczne
zachowania (np. brygady robotnicze pałujące studentów) w roku
1968, 1970, nawet 1980. W okresie Solidarności zaczęto odróżniać
robotników wykwalifikowanych od tłuszczy, która - zdaniem
inteligencji - miała ten ruch zepsuć. Tekst Grossa nie dotyczy
wyłącznie spraw polsko-żydowskich. Na jego marginesie ujawnia
się nowy problem - relacji między inteligencją a ludem.
O problemach niepamięci refleksja osobista
Wladyslaw Bartoszewski
Tygodnik Powszechny, 5 września 2004
Spory-polemiki: "Niepamięć zbiorowa" Jana Tomasza
Grossa
Chciałbym zabrać głos nie tyle w sprawie,
co do której nie ma większych różnic w poglądach, że złu nie
przeciwstawiono się dostatecznie skutecznie - ile podzielić
się refleksjami świadka epoki, ściśle związanego ze środowiskiem,
do którego odnosi się Jan Tomasz Gross.
Jaką postawę zajęła inteligencja wobec
zbrodniczego zła dziejącego się podczas okupacji niemieckiej
na ziemiach polskich?
Spośród dotychczasowych dyskutantów
jestem chyba w sytuacji najtrudniejszej i najłatwiejszej zarazem.
W tamtych latach żyłem świadomie i sprawy wojny znam z doświadczenia.
Wszystkie osoby wymienione przez Grossa znałem osobiście -
co więcej, tak się paradoksalnie składa, że w 1943 r. poznałem
późniejszą matkę Grossa, łączniczkę Biura Informacji i Propagandy
Komendy Głównej AK, Hankę Szumańską. Stykałem się z jej kolegami,
najbliższym otoczeniem. Jestem więc uprzywilejowany i skrępowany
zarazem.
Fakty potworne i nieznane
We wrześniu 1940 r. trafiłem do obozu
koncentracyjnego Auschwitz jako jeden z 20 tys. Polaków represjonowanych
w tzw. Akcji AB, przeprowadzanej w Generalnym Gubernatorstwie.
"AB", czyli Auserordentliche Befriedungsaktion -
nadzwyczajna akcja pacyfikacyjna. Tysiące inteligentów polskich
miało być aresztowanych i represjonowanych; kilka tysięcy
podejrzanych - rozstrzelanych. Tak też się stało. Akcja trwała
od maja do września 1940 r., jej ofiary trafiły do różnego
typu więzień i obozów gestapo, z preferencją Oświęcimia, do
którego wywieziono kilka tysięcy ludzi. Oświęcim nie był wtedy
jeszcze ani obozem międzynarodowym, ani ośrodkiem zagłady.
Wprawdzie polskich więźniów w ogromnej większości w ciągu
kilku miesięcy wyniszczono, ale nie istniał formalny plan
zabicia wszystkich. Obóz był "jedynie" egzemplifikacją
pogardy i nienawiści wobec podludzi, jakimi byli Polacy.
W Oświęcimiu mieliśmy poczucie kompletnego
odosobnienia. Dochodziły do nas - rzadko i nieoficjalnie -
niemieckie gazety wydawane na Śląsku i w Krakowie, np. dziennik
"Krakauer Zeitung". Najbardziej utkwiły mi w pamięci
nie głupie hitlerowskie artykuły polityczne, które oświetlały
sytuację wojenną tak samo jak gazety berlińskie czy drezdeńskie,
ale "praktyczne" rubryki, np. ogłoszenia dostępnych
również dla Polaków restauracji, kawiarni. Myśleliśmy: "My
tu giniemy, a tam są czynne lokale, do których ktoś chodzi".
To były ciężkie chwile rozgoryczenia ludzi, którzy poczuli
się opuszczeni.
Wróciłem z Oświęcimia do Warszawy w
kwietniu 1941 r. w wyniku zabiegów Międzynarodowego Czerwonego
Krzyża (w chwili ujęcia byłem pracownikiem PCK). Zwolniono
mnie jako 19-latka, który przeżył śmierć 4/5 ludzi z nim zabranych
i miał świadomość, że był wobec tego faktu bezradny; że dzieją
się rzeczy potworne, o których świat najpewniej nic nie wie
i o których pełnego pojęcia nie ma także moje otoczenie -
inteligencka urzędnicza rodzina, znajomi, przyjaciele.
Gdy wywożono mnie do obozu, w Warszawie
nie było jeszcze getta dla Żydów. Przesiedlano już ludzi,
ale nie było murów odgradzających, dlatego ludzie upokarzani
obowiązkiem noszenia opasek z gwiazdą mogli się poruszać po
innych ulicach. Tę sytuację dość wiernie pokazał Roman Polański
w filmie "Pianista". Wiem z rozmów z Władysławem
Szpilmanem i innymi ocalałymi z getta, że nie mieli oni pojęcia
o Oświęcimiu i że w gruncie rzeczy nie mogło to ich obchodzić
- codziennie walczyli, by mieć coś do jedzenia, zdobyć lekarstwo
dla chorego, pogrzebać zmarłego.
Coś nie do uwierzenia
Nie jest przypadkiem, że stan świadomości
ludzi był nieadekwatny do rzeczywistości. Nie tyle nie było
informacji, co nie traktowano ich jako w pełni wiarygodnych.
Marek Edelman w wydanej w 1945 r. w Łodzi broszurze "Getto
walczy" pisał, że gdy przyszły pierwsze wiadomości o
Treblince, ludzie nie chcieli w nie wierzyć. Nie chcieli,
bo byli normalni; nienormalny był hitleryzm. Nie chciano wierzyć,
że na masową śmierć wysyła się ludzi, którzy mogą pracować.
To było nielogiczne, absurdalne, odbiegające od praktycznego
myślenia - bo cały system totalny był niewyobrażalny dla normalnych
ludzi.
W 1941 r. dowiedzieliśmy się o niemieckiej
napaści na Sowiety i o tym, co się dzieje z podbitą ludnością,
a co dziś jest m. in. przedmiotem krążącej po Niemczech, szeroko
dyskutowanej wystawy "Zbrodnie Wehrmachtu". Wiedzieliśmy,
że za Wehrmachtem idą cztery grupy Einsatzkommando, specjalnych
oddziałów złożonych z formacji policyjnych i służb bezpieczeństwa.
Zajmowały się one oczyszczaniem zdobytego terenu ze zwolenników
komunizmu, elementów bezwartościowych, potencjalnych wrogów
III Rzeszy i Żydów, którzy stanowili procentową większość
ofiar. Te cztery grupy, od krajów bałtyckich do Morza Czarnego,
zamordowały 500-600 tys. ludzi.
W Warszawie, Lublinie czy Krakowie ani
Polacy, ani Żydzi nie przyjmowali tych faktów do wiadomości
w sposób adekwatny do wydarzeń. "Przetrawiały" je
nieliczne grupy inteligentów zaangażowanych w komórkach sztabowych
Związku Walki Zbrojnej (później AK) i w komórkach Delegatury
Rządu, które gromadziły materiały o zbrodniach niemieckich
(nie tylko sub specie gett czy konkretnego obozu). Dla takich
komórek opracowałem relację o Oświęcimiu, który w ciągu następnych
miesięcy ewoluował do czegoś, co nie było porównywalne fizycznie
- choć moralnie tak - z wydarzeniami w Radziłowie, Jedwabnem
czy kilkunastu innych wioskach.
20 stycznia 1942 r. w berlińskiej willi
nad jeziorem Wannsee zdecydowano o wymordowaniu 11 mln Żydów
w Europie, także w państwach neutralnych: Hiszpanii, Portugalii,
Szwecji, Szwajcarii, w niezdobytej Anglii i tych krajach,
które, niestety, były już we władzy III Rzeszy. Przypadki
śmierci głodowej czy z chorób w gettach zastąpiło planowe
selekcjonowanie i mordowanie - lub zsyłanie do obozu - różnych
kategorii ich mieszkańców.
Te fakty, doskonale znane, w świadomości
Żydów funkcjonowały jako dopust Boży, tragedia, która dotyka
jednak tylko grup ludzi, bo młodzi, zdrowi i silni przeżyją.
Trzeba było wielu miesięcy, by w Warszawie i Krakowie powstała
Żydowska Organizacja Bojowa, dająca jednoznaczną i bynajmniej
nie powszechnie akceptowaną odpowiedź na te wydarzenia: Niemcy
nam wszystkim zagrażają, musimy się zorganizować i czynnie
przeciwstawić mordowaniu - nie dlatego, że możemy ich pobić,
ale dlatego że nie zgadzamy się na bierność. Latem i jesienią
1942 r. głównymi ośrodkami oporu były Warszawa i Kraków; w
mniejszym stopniu Zagłębie Dąbrowskie oraz getta i obozy pracy,
gdzie jeszcze nie zabijano.
To wtedy właśnie uświadomiono sobie,
że wyobrażenia o dalszym przebiegu wojny i stopniu zagrożenia
trzeba zmienić. Pisał o tym Marek Edelman, a także uczestnicy
żydowskich walk i działań konspiracyjnych, którzy trafili
po wojnie do USA, głównie jednak do Izraela. Tam skupili się
w kibucu imienia Bohaterów Getta Warszawskiego w Galilei,
niedaleko od Hajfy.
Kiedy podnieść larum?
Tekst Grossa traktuje o tym, co wydarzyło
się w kilku czy kilkunastu wioskach białostockiego Podlasia
i było uważane za kolaborację z Niemcami; objaw wynaturzenia,
który Instytut Pamięci Narodowej słusznie nazywa zbrodnią
wobec Rzeczypospolitej, nie podlegającą przedawnieniu.
Jak patrzyliśmy na te zdarzenia w Biurze
Informacji i Propagandy AK? Pojęcie ludobójstwa nie było jeszcze
prawnie sformalizowane. Badano jednak zjawisko terroru. Gross
przytacza szereg faktów rejestrowanych i komunikowanych władzom
cywilnym oraz wojskowym w Londynie. Pisze: "Dlaczego
nawet ci mili, mądrzy i przyzwoici ludzie - mówię o wymienionych
wcześniej pracownikach BIP-u (...) - na wieść o tych potwornych
zbrodniach nie podnieśli larum pod niebiosa, nie rwali sobie
włosów z głowy, choć to przecież była katastrofa, na którą
prasa podziemna i władze powinny natychmiast zareagować?".
Od kiedy należało rwać włosy z głowy
i krzyczeć? Czy od rozstrzelania stu niewinnych ludzi w Wawrze
w grudniu 1939 r.? Czy po egzekucjach kilkudziesięciu tysięcy
polskich inteligentów, w tym księży i nauczycieli, na Pomorzu,
w Wielkopolsce i częściowo na Śląsku? To była przecież masowa
zbrodnia, nie skrajny obrachunek ad personam z przeciwnikiem
czy uczestnikiem walki czy partyzantki, której wtedy nie było.
A może krzyczeć należało wtedy, gdy w lesie palmirskim rozstrzeliwano
setki ludzi, w tym inteligencję żydowskiego pochodzenia?
Wtedy zginął m.in. major służby stałej
Wojska Polskiego pan Lewin, ojciec mojej koleżanki Zofii Lewinówny,
z którą wydałem książkę "Ten jest z ojczyzny mojej. Polacy
z pomocą Żydom". Major Lewin zginął jako polski oficer.
Podobnie jak, o czym wspomina w tekście prof. Gross, pierwszy
mąż jego matki. Wdowa była jedną z wielu tysięcy osób, które
w pierwszej fazie wojny straciły najbliższych w wyniku polityki
okupanta: ojca jako polskiego adwokata w Oświęcimiu, męża
jako z pochodzenia "niearyjczyka".
Czy mieliśmy podnieść larum po zesłaniu
do Oświęcimia pierwszych 5 tys. polskich inteligentów, następnych
5 tys., czy w sumie dwudziestu kilku tysięcy? Czy należało
krzyczeć, gdy ze Lwowa i Wilna, z Łucka i Wołynia deportowano
nie tylko ziemian, oficerów, księży, ale leśników, kolejarzy
i osadników, którzy mieli kilka hektarów?
Takie ahistoryczne spojrzenie było obce
środowisku, w którym się obracałem od 1942 r. po zaprzysiężeniu
w BIP AK. Zostałem podwładnym Jerzego Makowieckiego. Kolegami
byli mi m.in. Antoni Szymanowski, Stanisław Herbst, Henryk
Woliński, Witold Kula, adwokaci Kazimierz Ostrowski i Adam
Dobrowolski, a także późniejszy autor "Rozmów z katem"
- Kazimierz Moczarski. W naszej komórce konspiracyjnej zajmowaliśmy
się głównie ustaleniem codziennych faktów i alarmowaniem władz
polskich w Londynie. Robiliśmy to wspólnie z siatką tysięcy
ludzi "na dole", dzięki którym wiedzieliśmy, co
się dzieje w każdym powiecie. Nieraz spotykaliśmy się w prywatnym
mieszkaniu i mieliśmy tylko takie wiadomości: na Pawiaku rozstrzelano
dziś sto osób, a z Krakowa znów wywieziono grupę ludzi.
Karski - jeden z nas
Czy dotknęła nas niepamięć, jak pisze
Gross? Nie. Przykład ludzi BIP-u jest tu najbardziej niefortunny
z możliwych. Czy można podejrzewać takich ludzi jak Witold
Kula czy Stanisław Herbst o brak wystarczającej świadomości
nieszczęścia? Aleksander Kamiński, wielki pedagog i działacz
harcerski, człowiek szanowany i czczony w środowisku żydowskim,
którego sylwetka znajduje się w Encyklopedii Holokaustu, redagował
"Biuletyn Informacyjny", organ AK. Henryk Woliński
i Stanisław Herbst dokumentowali sytuację Żydów w specjalnym
referacie utworzonym zimą 1941 r. w wydziale informacji KG
AK. Antoni Szymanowski - możliwie jak najszybciej po tragicznych
wydarzeniach z lata 1942 r. - wydał broszurę "Likwidacja
getta warszawskiego". Codziennie narażaliśmy życie, by
informować sojuszników o wydarzeniach w kraju.
Niektórzy pracownicy BIP-u mieli współmałżonków-Żydów
albo sami nie byli Aryjczykami z punktu widzenia rasistowskich
ustaw norymberskich. Czy można przypuszczać, że i oni byli
nieczuli na los ludzi znajdujących się w podobnej sytuacji?
Gross pozytywnie kwalifikuje jedynie
Jana Karskiego. To miłe, ale Karski nie był ani lepszy, ani
gorszy od nas. Poznałem go w 1942 r. przed jego wyjazdem z
misją na Zachód. Tak jak ja pracował z Zofią Kossak i uważał
ją za wyjątkowo wartościowego człowieka. Po jego wyjeździe
założyliśmy Radę Pomocy Żydom "Żegota" - gdyby został
w kraju, na pewno pracowałby razem z nami. Gdy po latach spotkaliśmy
się po wojnie, powiedział: "No tak, mnie było łatwo,
bo tylko o tym mówiłem, a wyście to robili".
Na tym polega różnica między punktem
widzenia człowieka, który był daleko, ale miał wiedzę i żył
w tamtych czasach, a osobą urodzoną później, która - być może
słusznie - rozważa, czy można było zrobić więcej.
Nieczuli czy bezradni?
Przychylam się zarówno do refleksji
Pawła Machcewicza i Rafała Wnuka, rozumiejących, że wszelkie
ryczałtowe, uogólniające wnioski o postawie polskiej inteligencji
są wątpliwej wartości, jak i do toku myślenia prof. Jerzego
Jedlickiego, który przypomniał, że "Bartoszewski i Zofia
Lewinówna, redaktorzy tomu ťTen jest z ojczyzny mojejŤ, zdawali
sobie sprawę z tego, że pełna poświęcenia, męstwa i współczucia
pomoc nie wyczerpuje tematu postaw wobec Zagłady Żydów".
Tak było i dlatego daliśmy podtytuł "Polacy z pomocą
Żydom", a nie "Stosunki polsko-żydowskie".
Wybraliśmy temat, który był możliwy do zrobienia i ważny dlatego,
że żyli jeszcze ludzie, którzy ratowali i byli ratowani. To
jednak nieprawda, że książka pomija ciemne sprawy; mówi wszak
o ludziach, którzy uciekali, zmieniali papiery, ukrywali się,
byli ofiarą szantażu, donosu.
Zofia Lewinówna, w rozumieniu hitlerowców
Żydówka, ukrywała się z matką w Hrubieszowie, gdzie powszechnie
było wiadomo, że to rodzina polskiego oficera zamordowanego
przez Niemców. Mało kto wiedział, że są też ukrywającymi się
Żydówkami. To jeden z setek przykładów pokazujących, jak różna
była świadomość społeczna.
Wielokrotnie twierdziłem, że ludzi żyjących
w czasie wojny dotyczy w jakimś stopniu grzech zaniechania,
który mógł brać się ze strachu czy braku samokrytycyzmu. Jednak,
choć przejawy zaniechania sprzyjały obiektywnie złu, nie były
przecież równoznaczne z czynną zbrodnią. Co mogli jeszcze
zrobić np. wspomniani pracownicy BIP-u? Jak wiele od nich
zależało? To nie oni decydowali, ale alianci. Gdy Karski rozmawiał
z Rooseveltem, żyło jeszcze pół miliona Żydów węgierskich
i setki tysięcy Żydów polskich, m.in. z getta łódzkiego, którzy
zginęli w lecie 1944 r.
Pytania Grossa można zadawać sobie dziś,
gdy wiadomo, jaka była nasza ówczesna wiedza, co meldowaliśmy,
jakie były reakcje w Londynie, Waszyngtonie i dlaczego. Ale
nie można z tych rozważań wyciągać daleko idących wniosków
na temat kondycji polskiej inteligencji, np. lekceważenia
prostych ludzi.
Gross jest co prawda socjologiem, a
nie historykiem czy polonistą, ale nawet jako nie-historyk
i nie-polonista wie np. o młodopolskiej chłopomanii, o "Weselu",
Rydlach, Tetmajerach, środowisku, dla którego prosty lud był
przedmiotem admiracji, choć być może jednostronnej i przesadnej.
Powinien też znać historię działalności Towarzystwa Szkoły
Ludowej, ruchu ludowego - "Wyzwolenia" i "Piasta".
Inteligencja polska nie uważała chłopów
za ciemną masę, choć naturalnie zaborcy prowadzili swoją politykę
narodowościową, wygrywając w zaborach rosyjskim i austriackim
grupy społeczne przeciwko sobie. Słowo "pogrom"
pochodzi z języka rosyjskiego i nie przypadkiem pierwsze grupy,
które udały się do Palestyny realizować syjonistyczną utopię
Theodora Herzla, przyjeżdżały z terenów pogromów na zachodnich
obrzeżach Cesarstwa Rosyjskiego: z etnicznej Ukrainy i Białorusi.
Nieprzypadkowo też z zaboru rosyjskiego pochodziło wielu ludzi
znaczących dla światowego żydostwa i państwa Izrael.
Wieś poddana takiej indoktrynacji była
inna od tej, którą "podnoszono" ku poziomowi inteligencji
miejskiej przez małżeństwa i relacje rodzinne. Trudno też
powiedzieć o ludziach zakorzenionych w tradycji, jak choćby
Podhalanie opisywani przez ks. Tischnera czy Papieża, że to
ciemni chłopi. Często nie było problemów etnicznych, ale np.
problem polsko-pruski jako pozostałość ponad stuletniej okupacji
niemieckiej. Na Wschodzie mieszały się problemy białoruskie,
ukraińskie, litewskie, żydowskie.
Wszystko to - o czym socjolog wie -
nie przekłada się na jednoznaczną ocenę inteligencji.
Dalekie skutki sprawy Dreyfusa
Wydaje się, że dyskusja wywołana przez
Grossa - którego znam i nie przypisuję mu żadnych niskich
ani ukrytych pobudek - jest poszukiwaniem sensacyjnej wersji
wydarzeń, posuniętym trochę za daleko. Jeżeli uznamy, że nasze
elity inteligenckie były ślepe i głuche, możemy zapytać: czy
tylko polskie? Węgierskie, rumuńskie, słowackie, czeskie,
francuskie też?
Rozważania można zakończyć dość paradoksalną
refleksją. W ostatnich tygodniach Europę obiegają doniesienia
prasowe o ostrych wypowiedziach premiera Izraela Ariela Szarona
pod adresem Francji i Francuzów. Ukazały się już odpowiedzi
polityków francuskich, przedstawicieli państwa, intelektualistów.
Młodzi ludzie zapewne o tym nie pamiętają, ale uczestnicy
tej dyskusji wiedzą, w jakich okolicznościach zrodziła się
myśl syjonistyczna i idea stworzenia państwa Izrael (w którym
też dochodzi do różnych zjawisk, podlegających krytyce jako
metody działania normalnego państwa). Przyczyną był proces
Alfreda Dreyfusa, wdeptanego w ziemię francuskiego oficera
żydowskiego pochodzenia [kapitan sztabu generalnego aresztowany
w 1894 r. pod fałszywym zarzutem szpiegostwa na rzecz Niemiec;
skazany w 1895 r. na dożywotnie zesłanie, po kilku latach
ułaskawiony i zrehabilitowany - przyp. red]. Theodor Herzl,
młody wiedeński dziennikarz sprawozdający ten proces, doszedł
do wniosku, że we Francji nie ma przyszłości dla Żydów i z
rozmachem sformułował doktrynę syjonizmu oraz potrzebę stworzenia
państwa Izrael. Wyartykułował ją pod wpływem obserwacji zachowania
opinii publicznej, struktury państwowej, sędziowskiej i wojskowej
Francji. Sto kilka lat później do podobnego przeświadczenia
doszedł Szaron.
Czy z tego powodu socjolog francuski
miałby napisać artykuł, w którym od czci i wiary odsądziłby
inteligencję francuską z lat II wojny? Czy mimo rządu w Vichy,
mimo śmierci matki i siostry Jean-Marie Lustigera, arcybiskupa
Paryża, w Oświęcimiu (aresztowali je i wydali Niemcom Francuzi),
byłby zasadny tekst francuskiego profesora osądzającego elity
francuskiego ruchu oporu jako bezduszne, ślepe, nieskuteczne?
Rezygnuję z odpowiedzi na to pytanie.
Pamiętajmy jednak, że tylko Polska reprezentowana
jest sześcioma tysiącami nazwisk w "ogrodzie Sprawiedliwych"
Yad Vashem, na Górze Pamięci w Jerozolimie. To oczywiście
nie usprawiedliwia w żadnej mierze sprawców czy współsprawców
czynów niegodnych. Ale może powstrzymywać od formułowania
sądów czarno-białych, pogrążających czytelnika w beznadziei.
Notował: MF
WŁADYSŁAW BARTOSZEWSKI (ur. 1922) jest
historykiem i pisarzem, autorem ponad 800 publikacji o historii
najnowszej PRL. Współzakładał Radę Pomocy Żydom, walczył w
Powstaniu Warszawskim. Więzień polityczny PRL-u. Wykładowca
m.in. uniwersytetów w Lublinie i Monachium. Jako jeden z pierwszych
Polaków, w 1966 r., otrzymał tytuł "Sprawiedliwego wśród
Narodów Świata"; w 2001 r. odznaczono go Wielkim Krzyżem
Zasługi RFN za pracę na rzecz pojednania między Niemcami,
Polakami i Żydami. Członek zespołu "TP".
Władysław Bartoszewski
Jan Tomasz GROSS w tekście "Niepamięć
zbiorowa" ("TP" nr 32/04) pytał, dlaczego przywódcy
Państwa Podziemnego, choć wiedzieli o zbrodniach dokonywanych
przez Polaków na Żydach latem 1941 r., nie bili na alarm?
Autor "Sąsiadów" postawił hipotezę, że losy "Chamów"
i "Żydów" były ówczesnej elicie obojętne. Jak tłumaczyli
Paweł MACHCEWICZ i Rafał WNUK, historycy z IPN-u, w tekście
"Historyk ahistoryczny" (nr 33) dla ówczesnych Polaków
był to jedynie fragment obrazu "składającego się głównie
ze zbrodni, często nie mniej okrutnych i drastycznych, a przy
tym dokonywanych na większą skalę niż to, co wydarzyło się
w Jedwabnem, Radziłowie, Wąsoszu". "Nie było oczywiście
żadnej zmowy, żadnego pilnie strzeżonego sekretu" - przekonywał
prof. Jerzy JEDLICKI ("Wiedza jako źródło cierpień",
nr 34), po prostu "nikomu spośród tysięcy wiedzących
nie zależało, żeby swoją wiedzę prywatną do kanonów wiedzy
publicznej wprowadzić. Niełatwo żyć z pamięcią i wiedzą o
Jedwabnem". Prof. Hanna ŚWIDA-ZIEMBA w tekście "Z
wileńskiej perspektywy" (nr 35), pisała o zrozumiałej
potrzebie istnienia podczas wojny i po jej zakończeniu idei
"czystej Polski" - ofiary totalitaryzmów, podkreślając
jednak, że przecież "ten straszny mord został popełniony
przez Polaków. I dlatego był inny niż wszystkie, zmuszający
przynajmniej do poważnej debaty - nawet w czas wojny".
Wiedza jako pożytek zbiorowy
Spory-polemiki: "Niepamięć zbiorowa"
Jana Tomasza Grossa
Jan Woleński,
Tygodnik Powszechny,
12 września 2004
Nie apeluję, by historycy czy socjologowie
rezygnowali z prób wyjaśnienia ciemnych kart historii Polski.
Tyle że niepotrzebne są poszukiwania wyjątkowości Polaków
w myśl schematu, "bo to było inne niż wszystko",
na dodatek w języku "larum pod niebiosa". Dopóki
nie popatrzymy na własną historię jako na zasadniczo typowy
przypadek w dziejach powszechnych, zawsze będzie ona mitologizowana.
W sprawie Jedwabnego od początku przeplatały się dwa wątki:
pierwszy, co się zdarzyło; drugi: jak to było i jest przyjmowane.
Można uznać, że opracowanie "Wokół Jedwabnego",
podsumowujące śledztwo IPN, wyczerpało faktograficzny aspekt
sprawy. Wiemy, co się wydarzyło, nie tylko zresztą w Jedwabnem
(dla uproszczenia będę traktował tę nazwę jako ogólną).
Gross odniósł się do wątku drugiego,
zaś tytuł szkicu można interpretować jako opis stanu wiedzy
o Jedwabnem w świadomości zbiorowej Polaków. Przypuszczam,
że w intencji autora niepamięć zbiorowa nie polega na braku
wiedzy czy zapomnieniu. Jest to raczej pamięć fałszywa lub
może kierunkowe zapomnienie (podobne do zaniechania jako kierunkowego
braku działania), coś nagannego, niespełnienie pewnego obowiązku
epistemologicznego.
Będę polemizował z niektórymi tezami
Grossa, Jerzego Jedlickiego i Hanny Świdy-Ziemby. Wszelako
zgadzam się z dwoma pierwszymi, że wiedza o Jedwabnem to nie
tylko kwestia odtworzenia faktów, ale i nasz stosunek do nich
widoczny w recepcji oraz interpretacjach. Ich rozmaitość świadczy
bardziej o nas niż o przeszłości; o tym właśnie, co czynimy
z wiedzą o Jedwabnem. Być może jest ona czasem źródłem cierpienia,
jak chce Jedlicki. Jestem jednak optymistą epistemologicznym
i uważam, że wiedza może, powinna i jest źródłem pożytku.
To nie był cel strategiczny
Trzeba odróżniać dwie płaszczyzny dyskusji
o Jedwabnem: profesjonalną, toczoną przez historyków, socjologów,
prawników itd. i ogólno-publiczną, w której, mniej lub bardziej
czynnie, uczestniczą rzesze ludzi. Obie się przeplatają, druga
nie byłaby możliwa bez pierwszej, ale jednak są różne: kto
inny bierze w nich udział, odmienne są powinności jej uczestników.
Zajmę się głównie płaszczyzną dyskusji ogólnej.
Upublicznienie tego, co zdarzyło się
w Jedwabnem było dla wielu Polaków szokiem. Nic dziwnego,
że wywołało rozmaite reakcje, także obronne. Jedni przyjęli
postawę Obrońców Dobrego Imienia Miasta i Narodu, jak to ironicznie,
ale trafnie ujął Jedlicki, mając na myśli tych, którzy bronili
Honoru bezkompromisowo (czyli wbrew wiedzy, a wedle życzeń).
Ale byli i tacy, którzy chcieli zrozumieć, lecz trudno było
im się a priori pogodzić, bo przecież to niemożliwe, by Polacy
mogli coś takiego uczynić i w takiej skali. Niestety, rozkład
postaw nie jest dokładnie znany. W szczególności nie wiemy,
jaki procent Polaków zaakceptował wersję wydarzeń ustaloną
w wyniku śledztwa IPN. Coś jednak wiadomo, np. że dzięki publicznej
dyskusji o Jedwabnem antysemityzm w Polsce zmalał o kilka
punktów, a nie wzrósł, jak się niektórzy obawiali.
Gross pyta o powód milczenia w sprawie
Jedwabnego zaraz po lipcu 1941 r. Dlaczego tak stało się,
skoro przywódcy Polski Podziemnej w kraju otrzymali informacje
i przekazywali je do Londynu? Dlaczego nie było "larum
pod niebiosa, nie rwali sobie włosów z głowy (...) na wieść
o tych potwornych zbrodniach"? I odpowiada, że stało
się tak z powodu postfeudalnej struktury i świadomości społeczeństwa
polskiego, w ramach której problem wymordowania Żydów przez
polski lud był zjawiskiem marginalnym, nie wartym szerszego
zainteresowania.
W odpowiedzi Paweł Machcewicz i Rafał
Wnuk podnoszą, że priorytetem były wtedy wojskowe problemy
logistyczne, a nie wieści o lokalnych perturbacjach; na dodatek
istniały rozmaite powody polityczne, by sprawy nie rozgłaszać.
Historycy IPN mają rację. Ich teza koresponduje z tym, że
na aliantach nie czyniły specjalnego wrażenia wiadomości o
eksterminacji Żydów na skalę milionową. Jan Karski, komentując
po latach spotkanie z prezydentem Rooseveltem, wyraźnie stwierdził,
że pomoc Żydom nie znajdowała się na czele listy alianckich
celów strategicznych. Zachowując wszelkie proporcje, nie bardzo
wiadomo, dlaczego w kontekście sytuacji polskiej w 1941 r.
niezbyt precyzyjne opisanie zabicia kilku tysięcy Żydów przez
Polaków miało stanowić jakiś szczególny kazus wart publicznego
dyskutowania. Stwierdzenie tego nie jest usprawiedliwieniem,
a tylko poszukiwaniem wyjaśnienia najprostszego.Zakłada ono,
do czego będę jeszcze wracał, że ówczesne zachowanie się Polaków
nie było wyjątkowe
Nie jesteśmy inni niż wszyscy
Jak to było z ową postfeudalną świadomością
polskich elit? Zakładając, że była takowa w skali masowej,
nie można twierdzić, że posiadali ją konkretni ludzie, a nawet
jeśli tak, nie wynika z tego, że Jedwabne traktowali jako
rozrachunek między "Chamami" i "Żydami".
Idąc tym tropem można by przyjąć, że obojętność świata na
Holokaust też była rezultatem świadomości postfeudalnej lub
podobnej, a wiadomo, że u jej podstaw tkwiły konkretne przyczyny,
np. obawa Brytyjczyków, że emigracja żydowska do Palestyny
naruszy tamtejszą równowagę etniczną. Rozumowanie Grossa nie
tłumaczy też, dlaczego niektórzy (np. Zofia Kossak-Szczucka)
byli w stanie przełamać postfeudalne, nawet antysemickie,
uprzedzenia i organizować akcję pomocy dla Żydów. Nie ma powodu
sądzić, że ich postawa była reakcją na eksterminację, aczkolwiek
wcześniej tolerowali zbrodnie lokalne. Gross rozszerza nadto
swoje wyjaśnienie poza czas wojny, ale nie jest jasne, do
jakiego momentu. Nawet jeśli historyczne milczenie o Jedwabnem
panowało prawie do końca XX w., nie musiały go przez cały
czas wywoływać te same przyczyny. Niezależnie od tego, co
mamy począć z postfeudalizmem Polaków czasów wojny, na pewno
nie stosuje się on do społeczeństwa polskiego doby obecnej.
Nie kwestionuję ani stereotypów ani ich roli, a tylko apeluję,
by nie czynić z nich interpretacyjnego wytrycha do wszystkiego.
Jedlicki nie uważa wyjaśnienia Grossa
za adekwatne i nieco zmienia jego treść. Powiada bowiem, że
stereotyp Żyda-wiecznego intryganta umożliwiał marginalizowanie
doniesień, że jacyś Polacy gdzieś wymordowali jakichś Żydów.
Nie było powodu, by zajmować się tym na szerszą skalę i to
w sytuacji, gdy zdarzenie było nieprzyjemne. Dodatkowym elementem
stała się amnezja, pomagająca bronić się przed wiedzą o Jedwabnem
i zapomnieć, skoro dostarczała cierpień. Społeczne amnezje
nie są jednak zjawiskami samoistnymi, a efektem czegoś. Jeśli
zapomnienie o Jedwabnem było rezultatem rzeczonego stereotypu,
trzeba przyjąć, że obraz Żyda-intryganta leży u podstaw recepcji
i interpretacji mordu na Żydach. A jeśli cała sprawa się w
tym nie wyczerpuje, to co jeszcze miało znaczenie? Jedlicki
słusznie wskazuje, że upublicznienie problemu zmieniło sytuację.
Ale dlaczego? Czyżby negatywny stereotyp Żyda zniknął? Chyba
nie, bo - i tutaj trzeba przyznać rację Jedlickiemu - nadal
decyduje o tym, jak Jedwabne postrzega spora część Polaków.
Ale mimo to wywód autora "Jakiej cywilizacji Polacy potrzebują"
jest zbyt ogólnikowy, a ponadto niezbyt spójny. Nie zawsze
też wiadomo, czy dotyczy profesjonalistów, czy zwykłych ludzi.
Chciałbym też skomentować jedną tezę
Hanny Świdy-Ziemby. Powiada ona, że wiadomość o Jedwabnem
zmusiłaby do publicznej debaty z powodu dysonansu poznawczego,
bo przecież "ten straszny mord został popełniony przez
Polaków. I dlatego był inny niż wszystkie (...)". Mamy
tutaj do czynienia z nierzeczywistym okresem warunkowym -
o tym, co zdarzyłoby się, gdyby stosowna wiedza była dostępna.
Uroda kontrfaktycznych implikacji ma to do siebie, że są niesprawdzalne.
Nie wiemy i nigdy nie będziemy wiedzieć, jak wyglądałyby dyskusje
Polaków w latach 1941-45 i czy w ogóle miałyby miejsce, gdyby
ujawniono na większą skalę, że polscy mieszkańcy Jedwabnego
wymordowali żydowskich sąsiadów. Nie widzę też żadnego powodu
wyróżniania faktu, że mord popełnili Polacy "i dlatego był
inny niż wszystkie". Nie był: okazało się tylko, że także
Polacy, jak każda inna nacja, mają na koncie okropności wobec
współobywateli.
Wiedza źródłem prawdziwej skruchy
Nie apeluję, by historycy czy socjologowie
rezygnowali z kolejnych prób wyjaśnienia ciemnych kart historii
Polski. I tak zresztą tego nie zrobią. Wszelako zwykli ludzie
są skazani na korzystanie z dyskusji czy nawet ich strzępów
toczonych przez specjalistów, a więc budują sobie obrazy przeszłości
z danych fragmentarycznych, klejonych w całość wedle potrzeb,
oczekiwań, resentymentów, stereotypów, obaw itd. Mogę się
mylić, ale nie sądzę, by omówione objaśnienia Grossa czy Jedlickiego
były spoiwem skutecznym. A już najmniej potrzebne są poszukiwania
wyjątkowości Polaków w myśl schematu "bo to było inne
niż wszystko", na dodatek w języku "larum pod niebiosa".
Dopóki nie popatrzymy na własną historię jak na typowy przypadek
w dziejach powszechnych, zawsze będzie ona mitologizowana.
Kieruję się tutaj doświadczeniem cyklu
"Polacy i Żydzi od nowa", prowadzonego przeze mnie
w krakowskim Centrum Kultury Żydowskiej w latach 2001-03.
Zapraszałem specjalistów, m.in. Jerzego Jedlickiego, ale spotkania
były przeznaczone dla zwykłych ludzi. Było to wydarzenie lokalne,
nie mogę twierdzić, że reprezentatywne. Ale mimo że pokazało
znaczne różnice między specjalistami, nawet niezbyt zróżnicowanymi
politycznie, dyskusje zrazu burzliwe, stopniowo stawały się
coraz spokojniejsze i rzeczowe. To znak, że zwykli ludzie
cenią racje i potrafią je uznać.
Dlatego nie sądzę, jak to czyni Jedlicki,
że "myślący czytelnicy [mieli się] coraz gorzej".
O ile możliwe, wiedza winna być bez luk i niedomówień. Jeśli
jest inaczej, zaraz wypełniają ją Obrońcy Dobrego Imienia
Miasta i Narodu. Rozumiem tych, którzy uznają, że polemika
z Obrońcami jest poniżej godności, ale twierdzę, że nie jest
to postawa rozsądna. Można przyjąć, że fantazje na temat faktów
nie mają większego znaczenia z profesjonalnego punktu widzenia.
Funkcjonują jednak w warstwie recepcyjno-interpretacyjnej.
Wystarczy przejrzeć dyskusje internetowe po artykułach niniejszego
cyklu, często zawierające głosy pasożytujące właśnie na niedopowiedzeniach.
To prawda, że większość ich autorów jest niereformowalna,
ale podobne pytania zadają ci, którzy chcą po prostu wiedzieć.
A tych już ignorować nie można, bo zasługują na szacunek i
pomoc.
To, jak dany problem jest postrzegany
w zbiorowości, zależy również od postawy czynników oficjalnych.
Niestety, w Polsce zapanowała konwencja przepraszania w związku
z trudnymi kwestiami historycznymi związanymi ze stosunkami
polsko-innymi (niemieckimi, rosyjskimi, ukraińskimi, żydowskimi).
Prezydent przeprosił Żydów za mord w Jedwabnem, a Episkopat,
za to samo, Pana Boga. Rzecz nie w tym, by nie wyrażać skruchy
za zbrodnie popełnione przez przodków, jednak, tak naprawdę,
przeprosić można za spóźnienie się, nadepnięcie na nogę lub
powiedzenie brzydkiego słowa. Przeprosiny za zbrodnie są jej
bagatelizowaniem, niezależnie do kogo są adresowane, nie mówiąc
już o tym, że postawa biskupów polskich okazała się wybiegiem,
skoro wymówili się od udziału w uroczystościach rocznicowych
(niektórzy planowanymi w tym czasie urlopami). Prawdziwa skrucha
wobec wydarzeń w Jedwabnem polega na uczynieniu właściwego
użytku z wiedzy posiadanej na ten temat, tj. uznaniu winy
za to, co się stało, bo została ona wystarczająco uzasadniona.
I to jest może główny pożytek z wiedzy płynący.
Prof. JAN WOLEŃSKI (ur. 1940) wykłada
na Uniwersytecie Jagiellońskim. Zajmuje się filozofią prawa,
epistemologią, logiką i historią filozofii. Ostatnio wydał
m.in. trzy tomy "Epistemologii" (Aureus); w przygotowaniu
"Granice niewiary" (WL).
|