|
PORTRETY - HANNAH ARENDT
Publiczna
przestrzeń wolności
Plus Minus, Rzeczpospolita, 16 listopada
2002
Adolf Eichmann w izraelskim więzieniu,
1961 r.
(c) AP

PIOTR BURAS
Jej dzieło uczy, że cywilizacja,
oparta dziś na szczęśliwie odzyskanej po mrokach totalitaryzmu
przestrzeni publicznej, jest krucha i nie dana na zawsze.
Na początku XXI wieku o aktualności tej myśli nie trzeba przekonywać.
(c) FREE
Odkąd 40 lat temu Hannah Arendt uczyniła
Adolfa Eichmanna bohaterem swojego słynnego "raportu",
okazji do przypomnienia tej książki dostarcza nie tylko jej
nieprzemijająca aktualność, lecz także... kolejne afery. Nie
tak dawno hamburski historyk, Michael Wildt, w opublikowanej
w Niemczech książce o kadrze dowódczej SS ustalił, że wieloletni
opiekun wydawniczy dzieł Hanny Arendt w niemieckim Piper Verlag,
był w przeszłości obersturmbannfuhrerem SS i autorem pracy
doktorskiej o "Zażydzeniu niemieckiego życia duchowego".
Niewykluczone nawet, że w berlińskiej kantynie oficerskiej
spotykał się z Eichmannem. W swoim drugim wcieleniu słał Arendt
listy pełne uznania i zachęty do dalszej pracy. Nigdy nie
wzbudził żadnych podejrzeń co do swoich - niegdyś "brunatnych"
- poglądów, ale próbował po śmierci Arendt wstrzymać kolejne
wydanie "Eichmanna w Jerozolimie". Czy robił to
ze względów marketingowych, czy też...? Już to pytanie ma
posmaczek sensacji.
W ostatnich dniach Arendt i jej "Eichmann
w Jerozolimie" pojawili się znowu - też na kartach książki.
Chodzi o oskarżycielską pod adresem Kościoła katolickiego
pracę, której autor, tyleż słynny, co kontrowersyjny amerykański
historyk Daniel J. Goldhagen, zarzuca całemu Kościołowi odwieczny
antysemityzm i będący jego konsekwencją współudział w holokauście.
Przy okazji dostaje się tam wielu, a Arendt idzie na pierwszy
ogień. Konkluzje jej najsłynniejszej książki Goldhagen określa
krótko jako wytwór "historycznej fikcji". I powątpiewa,
czy ktoś "mógłby poważnie twierdzić", że jej spostrzeżenia
są w stanie cokolwiek wyjaśnić. W tym przypadku (jak i w całej
książce, mówią krytycy) Goldhagen niczego nowego nie odkrywa.
Staje tylko w długim szeregu adwersarzy Arendt, czyli aktorów
niekończącej się kontrowersji, która w latach sześćdziesiątych
określana była jednym słowem: "spór".
Paskudne oblicze XX wieku
Gdyby w naukach humanistycznych - wzorem
niektórych nauk ścisłych - stworzyć rejestr autorów najczęściej
cytowanych, Hannah Arendt zajęłaby w nim z pewnością jedną
z czołowych lokat. Choć erupcję zainteresowania jej twórczością
- głęboko osadzoną w doświadczeniu totalitaryzmu i holokaustu
- mamy już raczej za sobą, to jej trwała obecność na współczesnym
"rynku" myśli i poglądów nie podlega dyskusji.
Nie mogłoby być zresztą inaczej, skoro
przez okrągłe ćwierć wieku (od początku lat 50. ubiegłego
stulecia) myślicielka ta, skromnie określająca się mianem
teoretyka polityki, odcisnęła swoje piętno wszędzie tam, gdzie
XX wiek zmierzyć musiał się ze swoim paskudnym obliczem. Już
kilka lat po wojnie wydała "Korzenie totalitaryzmu",
imponującą analizę nazizmu i stalinizmu, o której wybitny
francuski historyk Francois Furet powiedział, że została napisana
"po diabelsku". To tym dziełem 45-letnia wówczas
żydowska emigrantka z Niemiec, uczennica Heideggera i Jaspersa,
zwróciła na siebie uwagę akademickiego świata po drugiej stronie
Atlantyku.
O holokauście - więcej, o naturze zła
i zdolności człowieka do jego czynienia - pisała w "raporcie
o banalności zła", czyli książce "Eichmann w Jerozolimie".
Studia nad wolnością i ludzkim działaniem, jakich podjęła
się w pracach "O rewolucji" i "Kondycja ludzka",
to osobny, może najważniejszy wątek jej zainteresowań polityką,
który nie wziąłby swego początku bez doświadczenia kataklizmów
pierwszej połowy XX wieku. Marcin Król pisze, że "w jej
książkach napotykamy nie tylko na wszystkie istotne pytania,
jakie stawiali sobie dziewiętnasto- i dwudziestowieczni myśliciele
polityczni, ale przede wszystkim ciekawą próbę odnalezienia
rozwiązania, które pozwoliłoby przezwyciężyć ostatni kryzys
nowoczesności" (związany z pojawieniem się kultury i
społeczeństwa masowego).
Spór o Eichmanna
To właśnie "Eichmann w Jerozolimie"
przyniósł Arendt największy rozgłos, choć jego skutki potrafiły
być dla niej niezwykle bolesne. Zerwane przyjaźnie, prasowa
nagonka, odżegnywanie od czci i wiary - saldo jej prywatnego
bilansu "sporu o Eichmanna" obfituje w takie pozycje.
Sporu, którego gwałtowny płomień przyćmił w połowie lat sześćdziesiątych
inne dysputy intelektualne do tego stopnia, że jego niemiecka
dokumentacja mogła nosić tytuł "Spór" - nie potrzebując
żadnych innych dookreśleń. Na pozór to paradoks, że jedna
z najwybitniejszych myślicielek politycznych XX wieku słynie
głównie z tekstu będącego zaledwie reportażem sądowym - z
procesu nazistowskiego zbrodniarza Adolfa Eichmanna. W przypadku
Arendt nie powinno to jednak dziwić. Większość jej prac powstawała
jako produkt intensywnego namysłu nad tym, co przynosił bieg
historii. Najchętniej wypowiadała się nie w formie traktatów
filozoficznych, lecz esejów i artykułów. Nawet opasłe "Korzenie
totalitaryzmu" to dzieło posklejane z różnej proweniencji
fragmentów - wyraz tyleż intelektualnej swobody, co nonszalancji
dla wymogów metodologii, za którą nieraz dostało się jej od
krytyków.
W 1961 roku nurt historii pochłonął
Arendt bez reszty. Po tym jak izraelskie służby specjalne
pochwyciły w Argentynie ukrywającego się tam Adolfa Eichmanna,
wysokiego urzędnika Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy, który odpowiadał
za organizację transportu Żydów do obozów koncentracyjnych,
i postawiły przed sądem w Jerozolimie, Arendt na własne życzenie
udała się tam jako korespondentka "New Yorkera".
Czy przeczuwała wówczas, że proces ten stanie się punktem
zwrotnym w refleksji nad holokaustem, wzburzy sumienia Niemców,
otworzy śluzę zalewając umysły ludzi mnóstwem nowych pytań
i problemów? Można mieć wątpliwości, czy stałoby się tak,
gdyby nie Hannah Arendt właśnie i jej raport, którego mieszanka
emocjonalnego żaru i analitycznego chłodu doprowadziła do
gwałtownego wybuchu. Sama Arendt jechała do Jerozolimy pochłonięta
rozmyślaniami nad tajnikami ludzkiego myślenia. Czy można
sobie wyobrazić lepszy materiał do analizy tej funkcji niż
osoba współczesnego kata? Jak i co myślał Eichmann, jednym
pociągnięciem pióra wysyłając tysiące ludzi na śmierć? - nie
tylko dla analizy rzeczywistości totalitaryzmu, którą Arendt
zapoczątkowała "Korzeniami... ", pytanie to wydawało
jej się pasjonujące.
Czy ona jest nazistką?
Mary McCarthy, przyjaciółka Hanny Arendt,
nazwała ją kiedyś "samotną podróżną na szlaku swych myśli".
Przypadek Eichmanna najlepiej ukazuje słuszność tej metafory.
Spór między Arendt a jej adwersarzami miał swoje korzenie
w odmiennym stosunku do idei i funkcji procesu hitlerowskiego
zbrodniarza. Obie strony - każda na swój sposób - postrzegały
osobę Eichmanna symbolicznie. Jeden z komentatorów lapidarnie
wyjaśnił tę różnicę: "Dla Izraelczyków (a także dla wielu
Żydów w diasporze - przyp. P.B.) Eichmann był symbolem antysemity,
dla Arendt zaś symbolem totalitaryzmu w człowieku". Co
się za tym kryło?
Otóż w zamyśle izraelskich inicjatorów
(premiera Dawida Ben Guriona) porwania Eichmanna i postawienia
go przed sądem, jego proces miał się różnić od innych. Nie
chodziło w pierwszym rzędzie o osądzenie Eichmanna, którego
zbrodnie nie ulegały przecież najmniejszej wątpliwości od
samego początku, lecz o cel znacznie bardziej doniosły: uświadomienie
opinii publicznej na całym świecie, a w szczególności młodszemu
pokoleniu obywateli Izraela, ogromu tragedii narodu żydowskiego
w czasie II wojny światowej. Proces Eichmanna miał być więc
dramatycznym aktem wskrzeszenia pamięci o szoah, pamięci,
która w latach powojennych nie znalazła należytego miejsca
w świadomości ludzi. Także młode państwo izraelskie potrzebowało
wzmocnienia swoich duchowych fundamentów - holokaust był najbardziej
oczywistym wspólnym mianownikiem poszarpanych biografii jego
obywateli.
"Po raz pierwszy - pisze francuska
badaczka holokaustu Annette Wieviorka - za cel procesu postawiono
zadanie udzielenia historycznej lekcji. Po raz pierwszy pojawił
się temat pedagogiki i przekazu - temat z przyszłością, który
dziś obecny jest w wielu krajach w najrozmaitszych formach:
obecności szoah w programach szkolnych; muzeach i miejscach
pamięci itd.". Nie ulega wątpliwości, pisze wybitny amerykański
publicysta Tony Judt w eseju zamieszczonym w "Przeglądzie
Politycznym", że proces Eichmanna był "procesem
pokazowym". Eichmann był potrzebny jako symbol okrutnego
reżimu hitlerowskiego, wcielenie zła i demoniczny antysemita.
Zdaniem oskarżyciela, Gideona Hausnera, to właśnie Eichmann
był mózgiem "ostatecznego rozwiązania" i jego bezwzględnym
wykonawcą.
Proces miał mieć wagę nie mniejszą
od norymberskiego - tym bardziej, że podczas tego ostatniego
tragedia narodu żydowskiego nie została należycie uwzględniona:
podsądnych oskarżono o zbrodnie "przeciwko obywatelom
różnych krajów". Proces norymberski zajmował się głównie
odpowiedzialnością nazistowskich Niemiec za wywołanie wojny.
Proces jerozolimski miał inne zadanie: poruszyć ludzkimi sercami,
pokazać krew i łzy. Jego inscenizacja służyła osiągnięciu
tego celu - demoniczna postać oskarżonego ważna była tylko
jako kontrastujące tło dla postaci świadków, czyli tych, którzy
przeżyli holokaust. Ich zeznania w jerozolimskim Domu Sprawiedliwości
układały się w autentyczną historię Zagłady, która za pomocą
mediów transmitowana była na cały świat.
Nietrudno w tej sytuacji zrozumieć
oburzenie Żydów tak w Izraelu, jak w Ameryce i innych częściach
świata po lekturze - napisanego przecież przez Żydówkę! -
"raportu" z procesu Eichmanna. "Banalność zła"?
Eichmann jako jedynie "trybik w machinie Ostatecznego
Rozwiązania"? "Nawet przy najlepszej woli nie sposób
odkryć u Eichmanna żadnej diabelskiej czy demonicznej głębi"?
"Ludzi takich jak on było bardzo wielu, a nie byli oni
sadystami ani osobnikami perwersyjnymi, byli natomiast - i
wciąż są - okropnie i przerażająco normalni"? Te i inne
cytaty z książki Arendt, która za sprawą publikacji w "New
Yorkerze" na długo przed pierwszym pełnym wydaniem w
1963 wywołała burzę, były jak policzek wymierzony tym, którzy
aktywnie lub duchowo wspierali zainicjowane przez proces jerozolimski
dzieło. Do tego doszły zbyt lekko rzucone na papier oskarżenia
rad żydowskich (judenratów) o współudział w holokauście i
kpiarsko-szyderczy ton, w jakim Arendt w licznych miejscach
relacjonowała działania władz izraelskich i prokuratury, niechętnego
stosunku do których nawet nie starała się ukryć. Często cytowana
opinia historyka Waltera Laquera, że "krytykę i sprzeciw
budzi nie tyle to, co Arendt chce powiedzieć, ile sposób w
jaki to robi" trafia zapewne w sedno. Ale były też inne,
znacznie bardziej bolesne (np. Gershoma Scholema o niedostatku
"miłości do narodu żydowskiego"), aż po tę najbardziej
niesprawiedliwą: "Czy ona jest nazistką?".
Pionek w grze
Arendt myślała o procesie Eichmanna
zupełnie innymi kategoriami. Odległa jej była jego edukacyjna
funkcja, a nacjonalistyczny podtekst budził jej odrazę - nienawidziła
nacjonalizmu, nawet w żydowskim wydaniu. Sprzeciwiała się
stawianiu w centrum ofiar, życzyła sobie, by był to rzetelny
proces Eichmanna, a nie lekcja pokazowa, choćby i w najbardziej
szczytnym celu. Polityczno-wychowawcze zadania, jakie postawili
przed sądem Ben Gurion i izraelska prokuratura, uznała za
nadużycie wymiaru sprawiedliwości. Uważała też, że Eichmanna
sądzić należało nie za "zbrodnie przeciwko narodowi żydowskiemu",
lecz "przeciwko ludzkości" - przecież uczestniczył
on w zabijaniu także przedstawicieli innych narodów. Krytykowała
proces za to, że poprzez koncentrację na krzywdach narodu
żydowskiego zaprzepaścił szansę zmierzenia się z problemami
uniwersalnymi: definicją "zbrodni przeciw ludzkości"
czy też "wyraźnym określeniem nowego rodzaju przestępcy
dopuszczającego się owej zbrodni". Osoba oskarżonego
interesowała ją najbardziej - i wnioski, do jakich doszła,
stały się głównym (obok krytyki postawy Żydów w czasie wojny)
przedmiotem kontrowersji wokół "Eichmanna w Jerozolimie".
Arendt nie zamierzała - choć wielu
krytyków inaczej traktowało jej wywody - tworzyć teorii holokaustu
czy jakiejkolwiek innej. W Eichmannie, jak wspomniano, interesowały
ją problemy moralności i myślenia. To tym tropem dotarła do
sformułowania pojęcia "banalności zła", które przyniosło
jej ogromną sławę i niewiele mniej krytyki. To brzmiące jak
oksymoron wyrażenie wielu odczytało jako niewybaczalną próbę
zdjęcia odpowiedzialności z Eichmanna i lekceważenie grozy
dokonanych przez niego zbrodni. Tym bardziej, że Arendt -
w przeciwieństwie do kierujących się politycznymi motywami
oskarżycieli - z całą mocą podkreślała, że Eichmann był zaledwie
pionkiem w grze. Jak pisała, "rolę, jaką odegrał on w
Ostatecznym Rozwiązaniu, szalenie wyolbrzymiono - częściowo
z powodu jego własnych przechwałek, a po części dlatego, że
oskarżeni w procesie norymberskim i w innych procesach usiłowali
oczyścić się z zarzutów jego kosztem, a głównie dlatego, że
pozostawał w bliskim kontakcie z działaczami żydowskimi, ponieważ
był jedynym funkcjonariuszem niemieckim uchodzącym za Čeksperta
w sprawach żydowskichÇ i niczym więcej. Oskarżyciele, którzy
oparli swą argumentację na cierpieniach ani odrobinę nie wyolbrzymionych,
zupełnie niepotrzebnie wyolbrzymili ową i tak wyolbrzymioną
rolę".
Predyspozycje "czystej bezmyślności"
Ale nie to było w gruncie rzeczy dla
niej najważniejsze. Udział Eichmanna w eksterminacji Żydów,
w roli administratora wysokiego szczebla i posłusznego realizatora
zbrodniczych planów, a tym samym niewątpliwie winnego zbrodni
ludobójstwa, nie podlegał dyskusji. Podczas gdy oskarżyciele
widzieli w czynach Eichmanna rezultat jego skrajnego antysemityzmu
i obłąkanej nienawiści do ofiar, w nim samym zaś potwora i
urodzonego mordercę, wyjaśnienie Arendt było radykalnie odmienne
i w swojej prostocie szokujące. Już na początku procesu, obserwując
umieszczonego w szklanej klatce Eichmanna zauważyła, że "nawet
nie budzi on grozy". Kilkumiesięczne obserwacje i analizy,
jakie poczyniła w trakcie procesu, tylko potwierdziły to pierwsze
wrażenie. Eichmann nie był demonem zbrodni ani perwersyjnym
sadystą. Był przeraźliwie normalny. "Nie był Jagonem
ani Makbetem i nigdy nie postało mu w głowie, by - w ślad
za Ryszardem III - postanowić, że Čokaże się łajdakiemÇ".
"Pomijając to, że z niezwykłą
pilnością zabiegał o postępy osobistej kariery, nie kierował
się żadnymi pobudkami" - pisała Arendt w "Epilogu"
swojej książki. Nie był zajadłym antysemitą, nie wykazywał
odruchów nienawiści. "W samej jego pilności nie było
niczego zbrodniczego, z pewnością nie zamordowałby swego przełożonego,
by zająć jego stanowisko. Nazywając rzecz językiem potocznym
- on po prostu nie wiedział, co robi". Banalność zła,
którego autorem był Eichmann, polegała na tym, że to "czysta
bezmyślność predysponowała go do odegrania roli jednego z
największych zbrodniarzy tamtego okresu". Jeśli Arendt
zadawała sobie z początku pytanie "co i jak myślał Eichmann
wysyłając ludzi na rzeź", to odpowiedź brzmiała: "nie
myślał w ogóle". Nie myślał, czyli utracił zdolność odróżniania
dobra od zła, innymi słowy - dotknięty był całkowitym zanikiem
sumienia. Czy w takiej sytuacji - nazwać ją można stanem niepoczytalności
- skazanie go na śmierć było właściwym wyrokiem? Arendt nie
doprowadziła swojej analizy do końca. Ale jej teza o "banalności
zła" otworzyła nowe pola dyskusji - w naukach prawnych,
filozofii, politologii.
Korzenie epoki totalitaryzmów
Jednym z najbardziej spektakularnych
powrotów tej kontrowersji była w latach dziewięćdziesiątych
publikacja książki wspomnianego wcześniej Daniela J. Goldhagena
"Gorliwi kaci Hitlera". Oś argumentacji Goldhagena
skierowana jest właśnie przeciwko tezie, że sprawcy holokaustu
byli ludźmi bezmyślnymi, pozbawionymi motywacji swoich czynów.
Goldhagen staje w jednym szeregu z oskarżycielem Eichmanna,
głosząc tezę o "eliminacyjnym antysemityzmie" Niemców,
niemal genetycznie predysponowanych do holokaustu. Zło w ujęciu
Goldhagena - czynione rękami żołnierzy Wehrmachtu lub cynicznie
skrywane pod habitami klechów - nie ma w sobie nic banalnego.
Jest historyczne w swoim zakorzenieniu i ostateczne w swoich
przejawach. Goldhagen jest przekonany, że znalazł pełne i
wyczerpujące wyjaśnienie przyczyn Zagłady.
Arendt była znacznie bardziej ostrożna
i - jak zauważa znawca jej poglądów, Dana R. Villa - wbrew
sugestiom Goldhagena wcale nie szukała klucza do zrozumienia
postaw sprawców en masse. Analizowała konkretny przypadek
Eichmanna, który pozwalał jej głębiej wniknąć w problematykę
zła i moralności. Podczas gdy Goldhagen szukał wytłumaczenia
zbrodni holokaustu w specyficznych kulturowych uwarunkowaniach
historii Niemiec, dla Arendt problem ten miał kontekst znacznie
szerszy - wiązał się z "moralnym załamaniem" społeczeństwa.
W najogólniejszym wymiarze dotyczyło ono europejskiej cywilizacji
w ogóle, skrajnym przejawem tego kryzysu był zaś najstraszniejszy
wynalazek XX wieku - totalitaryzm.
Choć niezdolność do myślenia i wydawania
sądów jest problemem filozoficznym niedającym się łatwo zamknąć
w konkretnym czasie i przestrzeni, to "banalny"
w swojej wiodącej do zła bezmyślności Eichmann był niewątpliwie
produktem epoki - ery totalitarnej. Pisząc "Eichmanna
w Jerozolimie" miała już Arendt w swoim dorobku dzieło,
w którym analizowała - jak głosił tytuł - "Korzenie totalitaryzmu".
Opisywała totalitaryzm - w wydaniu hitlerowskim i stalinowskim
(w 1951 roku zestawienie tych dwóch reżimów wcale nie było
oczywistością) - jako zupełnie nową rzeczywistość polityczną,
radykalnie zrywającą z przeszłością i wymagającą spojrzenia
nie obciążonego dotychczasowymi doświadczeniami. Postrzeganie
Eichmanna - symbolicznego elementu tejże rzeczywistości -
w kategoriach odpowiednich dla tradycyjnego świata, musiało
- jak w przypadku prokuratora Hausnera - prowadzić na manowce.
Sformułowanie "banalność zła" było między innymi
odpowiedzią na konieczność znalezienia nowych kategorii opisu
nowej rzeczywistości. Co najważniejsze jednak, podobnie jak
Eichmann nie był monstrualnym potworem, jak malowali go jego
oskarżyciele, tak też totalitaryzm nie był w opinii Arendt
"zarazą, która zstąpiła na ludzkość z zaświatów. Był
skutkiem ludzkich działań i procesów przez nich zapoczątkowanych"
(Margaret Canovan w "Przeglądzie Politycznym").
W "Korzeniach totalitaryzmu" Arendt prześledziła
stopniową degradację struktur i instytucji "przedtotalitarnego"
świata, padającego pod ciosami zadawanymi mu przez rasizm,
imperializm, antysemityzm. To te ruchy bądź ideologie na różne
sposoby doprowadziły do pojawienia się zjawiska "niepotrzebności",
poczucia wykorzenienia i dezorientacji mas społecznych, które
stały się pożywką ruchów totalitarnych. Mówiąc językiem Arendt,
doszło w ten sposób do zniszczenia sfery publicznej, sfery
polityki.
W myśli Arendt polityka rozumiana jako
przestrzeń myślenia i działania zajmuje, jak podkreśla Paweł
Śpiewak w rozmowie opublikowanej w "Przeglądzie Politycznym",
miejsce szczególne. To jedyny obszar, w którym człowiek korzysta
z pełni swoich praw ludzkich i cieszy się wolnością. Tylko
kiedy ludzie pozostają w relacjach między sobą i działają
wspólnie - twierdzi Arendt - życie ich osiąga swoją pełnię.
Sukces totalitaryzmu nie byłby możliwy, gdyby państwa i społeczeństwa
otoczyły tę publiczną sferę międzyludzkich relacji większą
troską. Nacisk położony przez Arendt na znaczenie polityki
rozumianej jako domena wolności jest jednocześnie wezwaniem
do strzeżenia jej przed motłochem, przed przemocą, prywatą,
konsumpcjonizmem, konformizmem, myśleniem nie w kategoriach
dobra wspólnego, lecz celów i środków. Totalitaryzm był skrajnym
następstwem całkowitego zniszczenia sfery politycznej oraz
oznaczał absolutne podporządkowanie obywateli wymogom jednej
ideologii. Zmuszał do niemyślenia, deprecjonował działanie,
zrywał międzyludzkie więzy. Stwarzał setki i tysiące Eichmannów
- genialne produkty wielkiej pustki po likwidacji sfery wolności.
Krucha przestrzeń publiczna
Czy poza światem totalitarnym Eichmann
byłby możliwy? Inaczej mówiąc - czy Eichmann jest w każdym
z nas? Idąc tropem myśli Hannah Arendt nie będzie nadużyciem
stwierdzenie, że najlepszą gwarancją tego, by go w nas nie
obudzić, jest dbałość o przestrzeń publiczną i zasady nią
rządzące. Umożliwianie ludziom działania, zapobieganie zgłupieniu
społeczeństwa, edukacja, budowanie świadomości obywatelskiej,
słowem - zmuszanie do myślenia, to nie kuracja, lecz nieodzowna
profilaktyka zapobiegająca "eichmannizacji".
Totalitaryzm i Eichmann jako egzemplifikacja
odczłowieczenia są skrajnym biegunem horyzontu politycznego,
którego dokładne przeciwieństwo w filozofii Arendt stanowią
greckie polis i republika rad (oczywiście nie w sowiecko-realnym
wydaniu). To w nich spełnia się ideał zbudowanej na spontaniczności
i ludzkiej inwencji politycznej wspólnoty. Przestrzeń między
tymi dwoma biegunami jest rozległa. Powrotu do greckiego polis
już nie ma, republikę rad chyba sama Arendt uważała za projekt
utopijny. Ale jej dzieło uczy, że cywilizacja, oparta dziś
(przynajmniej w naszym europejsko-atlantyckim przypadku) na
szczęśliwie odzyskanej po mrokach totalitaryzmu przestrzeni
publicznej, jest krucha i nie dana na zawsze. Na początku
XXI wieku o aktualności tej myśli nie trzeba przekonywać.
Autor jest pracownikiem Instytutu Studiów
Politycznych PAN. Przy pisaniu tego tekstu wykorzystano m.in.
poświęcony Hannie Arendt numer "Przeglądu Politycznego"
(nr 55/2002); zbiór esejów "Hannah Arendt Revisited:
'Eichmann in Jerusalem' und die Folgen" (Hrsg. von Gary
Smith); Frankfurt am Main 2000; biografię Arendt autorstwa
Elisabeth Young-Bruehl "Hannah Arendt. Leben, Werk und
Zeit", Frankfurt am Main 1991.
|