|
XIII Festiwal Kultury Zydowskiej
w Krakowie
Ten ogród ma wiele kwiatów
Z Theodorem Bikelem rozmawiaja
Tomasz Cyz i Mateusz Flak
Tygodnik Powszechny, 20 lipca 2003
TYGODNIK POWSZECHNY: - Jest
Pan jednym z najwiekszych wspólczesnych piesniarzy zydowskich.
Od kogo uczyl sie Pan piesni?
THEODORE BIKEL: - Nauke
zaczalem bardzo wczesnie, mialem wtedy moze cztery lata. Po
prostu: spiewal mój ojciec, moja mama, babka. To byly w wiekszosci
zydowskie piesni, bo taki jest mój background, moje pochodzenie.
- Urodzil sie Pan w Wiedniu i po kilkunastu
latach wyemigrowal z rodzicami do Palestyny, uciekajac przed
nazizmem... Jak wspomina Pan dziecinstwo spedzone w Austrii?
- To nie byly zle czasy. Zycie Zyda
w Austrii bylo w miare komfortowe. Wieden to miasto z bogata
kultura, które wówczas mialo tez mocna spolecznosc zydowska.
Czulem sie tam jak we wlasnym kraju, oczywiscie do chwili
wkroczenia nazistów w marcu 1938.
- Czym jest dla Pana piesn zydowska?
Czym byla dawniej?
THEODORE
BIKEL (ur. w 1924 r. w Wiedniu),
honorowy gosc 13. FKZ, jest zywa legenda piesni
zydowskiej i "amerykanskim skarbem narodowym".
Slynny piesniarz (w 1956 r. debiutowal recitalem
piesni ludowych w Carnegie Hall w Nowym Jorku,
wydal kilkanascie plyt, rocznie daje 50-60 koncertów
na calym swiecie, wystepujac solo lub z wielkimi
orkiestrami symfonicznymi), uznany aktor teatralny
(wystepowal w Londynie, na Broadwayu, od 1967
r. ponad 2000 razy zagral role Tewje Mleczarza
w "Skrzypku na dachu"), filmowy i telewizyjny
(zagral w ponad 20 filmach, debiut: "Afrykanska
królowa" Johna Hustona z Katharine Hepburn;
w 1958 r. otrzymal nominacje do Oskara za drugoplanowa
role w filmie "The Defiant Ones" ["Ucieczka
w kajdanach"] Stanleya Kramera z Sidneyem
Poitier, gdzie gral szeryfa Mullera; w 1988 r.
dostal telewizyjna nagrode "Emmy") jest
tez twórca programów radiowych i telewizyjnych,
autorem ksiazek o sztuce i kulturze zydowskiej,
tlumaczem poezji oraz dzialaczem politycznym i
spolecznym - obecnie przewodniczy Stowarzyszeniu
Aktorów i Artystów Ameryki, zasiada we wladzach
Kongresu Zydów Amerykanskich. Od 1961 r. jest
obywatelem USA, razem z zona Rita mieszka w Connecticut.
|
|
- Czym jest teraz - tym byla zawsze.
Jest czyms, co kultywuje, bo to moja muzyka. Nigdy nie uwazalem,
ze zydowska piesn jest lepsza od piesni mojego sasiada. Ale
jest moja. Dlatego musze dbac o to, by ten jeden kwiat z calego
ogrodu nie zginal. Ten ogród ma wiele kwiatów i wszystkie
sa dobre, piekne - spiewam tez piesni innych narodów, troszcze
sie o nie i mam nadzieje, ze one troszcza sie o mnie. Ale
jesli nie bede spiewal moich piesni, nikt inny za mnie tego
nie zrobi.
- A najwazniejsza cecha tej muzyki?
- W naukowym znaczeniu to podtrzymywanie
kulturowej tradycji, która biegnie równolegle z tradycja religijna,
ale jest czyms innym. Piesni, które wykonuje, nie sa religijne
- tym zajmuja sie kantorzy. Ja jestem folklorysta. Folklor
jest tym, co trzyma ludzi przy zyciu, pozwala na kontynuacje.
Jest tez wymiar emocjonalny: czuje wielka odpowiedzialnosc.
Szesc milionów moich braci zostalo zabitych. Nie chce myslec,
ze wraz z nimi zabito ich jezyk czy piesni. To nie moze byc
rezultat Holocaustu.
- W czasie koncertu w Synagodze Kupa
powiedzial Pan, ze nie ma folkloru bez naiwnosci. Co to znaczy?
- W folklorze jest niewinnosc, której
nie znajdziecie w bardziej wyszukanych formach ekspresji.
To jak róznica miedzy wysoka literatura (chocby powiescia)
a ludowa bajka (opowiescia). Ta druga czesto funkcjonowala
tylko w mowie. Ktos siadal pod drzewem, wokól niego gromadka
sluchaczy i opowiadal - czytal badz spiewal. To niewinne zajecie:
nie wymaga wielkiej muzycznej wiedzy, choc wymaga pewnej techniki
- w mojej grze na gitarze mogliscie zauwazyc szybkie, nielatwe
pasaze. Po prostu ide krok dalej: staram sie utrzymac piesni
w ramach etnicznej autentycznosci, ale tez zrobic wszystko,
co moge w sferze muzycznej, by podniesc je na wyzszy stopien.
To dlugi proces, ale kiedy wszystko jest juz ustalone, nadal
istnieje w tym niewinnosc i naiwnosc.
- Wykonuje Pan muzyke wielu regionów:
Rosji, Rumunii, Wegier... Jak poznal Pan te piesni?
- Alez piesni, które wykonywalem w Krakowie,
to tylko czubek góry lodowej! Spiewam po hiszpansku, szkocku,
irlandzku, francusku, hindi - w ponad dwudziestu jezykach
i dialektach. Zaczynalem jako lingwista, jezyk jest moja dziedzina.
W pewnym momencie poczulem, ze kultywowanie jezyka poprzez
muzyke jest zabawniejsze. A piesni sie po prostu nauczylem
- slucham ludzi, obserwuje ich. Nawet jesli nie jechalem gdzies
"za piesniami", one same do mnie przychodzily. Tak
bylo np., gdy mieszkalem przez chwile w Anglii: kiedy ludzie
dowiedzieli sie, czym sie interesuje, kazdy spiewak w koncu
przychodzil do mnie i pokazywal swoja muzyke.
- Czy znalazl Pan w tych regionalnych
odmianach jakies cechy wspólne?
- Tak. Laczy je opowiadanie historii,
dla którego muzyka jest jedynie waznym wehikulem. Gdyby jej
nie bylo, musialyby wystarczyc slowa, ale dzieki muzyce slowa
staja sie bardziej wyrazne, a opowiesc czytelniejsza.
Muzyka ludowa ma tez druga ceche: w chwilach napiecia, narodowego
udreczenia czy rewolucji doskonale oddaje emocje, które tym
okresom towarzysza. Z historii wiadomo, ze najlepsza muzyka
powstaje wsród narodów, które znajduja sie pod jakas presja.
- To Pana pierwszy koncert w Polsce.
Co to oznacza dla Pana?
- Kazdy koncert jest czyms szczególnym.
Uwielbiam wystepowac, to czas, w którym jestem najszczesliwszy.
Moge zapomniec o wszystkim innym. Tutaj dalem nie tylko mój
pierwszy koncert, ale dodatkowo jako pierwszy spiewalem w
odnowionej synagodze. Bylem juz wczesniej w Krakowie jako
turysta, trzy lub cztery lata temu. Kraków byl znaczacym centrum
kultury zydowskiej. Fakt, ze ta kultura moze tu zyc na nowo,
jest dla mnie bardzo istotny.
- Spiewal Pan miedzy innymi piosenki
Mordechaja Gebirtiga.
- To niezwykle doswiadczenie. Gebirtig
byl wspanialym poeta i pisarzem, pokazal, jak pieknie i prosto
mozna pisac o dzieciach, o macierzynstwie, milosci, ale tez
o getcie, strachu. I zginal. Zyl i pracowal kilkaset metrów
stad. Kazimierz i synagoga to wlasciwe miejsce, by spiewac
jego piesni...
- W Pana zyciu istnieje nie tylko muzyka.
Jest Pan tez aktorem, juz na poczatku kariery teatralnej zagral
Pan w "Tramwaju zwanym pozadaniem" w rezyserii Laurence'a
Oliviera z Vivien Leigh... Jak doszlo do tego spotkania?
- Po ukonczeniu Royal Academy of Dramatic
Arts w 1948 r. wystepowalem w malym teatrze w Londynie, gdzie
gralem rosyjskiego mistrza baletu w drobnej sztuce. Pewnego
wieczoru na spektakl przyszedl wielki aktor Michael Redgrave.
Traf chcial, ze nastepnego dnia jadl obiad z Olivierem. Opowiedzial
mu o mnie, a Olivier zaprosil mnie na casting do "Tramwaju".
W tym spektaklu zagralem role Mitcha i Stanleya Kowalskiego
- w pierwszym waznym spektaklu gralem wiec Polaka.
- Z kolei w filmie wcielal sie Pan w
szkockiego oficera policji, rosyjskiego marynarza lodzi podwodnej,
hinduskiego lekarza, a nawet w nazistowskiego oficera...
- W tym ostatnim bylem naprawde dobry
- przede wszystkim dlatego, ze ich znalem. Znam ten rodzaj
zla, moglem mu sie przygladnac, doswiadczyc. Sympatyczny amerykanski
aktor, który nie doswiadczyl antysemityzmu i nazizmu, musi
przebyc dluga droge, by zidentyfikowac sie z rola. Moja droga
jest zdecydowanie krótsza.
- Jest tak wiele dziedzin, którymi sie
Pan zajmowal: muzyka, film, teatr, telewizja, radio, opera...
Nagrywa Pan powiesci (chocby "Imie rózy? Umberta Eco),
jest tez pomyslodawca folkowego festiwalu w Newport i dzialaczem
spolecznym. Jak jeden czlowiek moze to pogodzic? I czy ma
wtedy jeszcze marzenia, cele do zrealizowania?
- Moja recepta jest prosta: cokolwiek
sie robi, trzeba to traktowac jak rzecz najwazniejsza i jedyna.
Tylko tak mozna osiagnac najlepszy efekt. Reszta to kwestia
czasu. Pamietam moje rozczarowanie, kiedy okazalo sie, ze
doba rzeczywiscie ma tylko 24 godziny. Chcialbym, zeby miala
25 - to mój projekt na zycie.
Oczywiscie, mam marzenia: sa role, których
jeszcze nie zagralem, piesni, których nie spiewalem... Chcialbym
rezyserowac w teatrze, jest jeszcze tyle wierszy, których
nie napisalem i których nie przetlumaczylem. Jesli tylko czas
pozwoli, chcialbym jak najwiecej z tych planów zrealizowac.
Mam 79 lat, to dosc duzo, ale pochodze z dlugowiecznej rodziny
- moja mama, gdy umierala, miala 97 lat, wiec jeszcze troche
czasu przede mna. Mam co robic.
|