|
Ciszej z tymi werblami
Rozmowa z Ryszardem Kapuścińskim
Artur Domosławski
Gazeta Wyborcza, 27 grudnia 2002
Stworzyliśmy świat, którego
nasza świadomość, historycznie skierowana na mniejsze obszary
- plemienia, klanu, państwa - nie jest w stanie ogarnąć. Dzisiejszego
globalnego świata człowiek nie potrafi objąć świadomością,
wyobraźnią, umysłem. I ludzie najczęściej unikają podejmowania
próby jego ogarnięcia - mówi Ryszard Kapuściński w rozmowie
z Arturem Domosławskim
Artur Domosławski: Gdy spojrzy się na
dzisiejszy świat z perspektywy oglądacza telewizji, czytelnika
gazet, należałoby się przerazić. Z ekranu telewizora docierają
do nas wojenne werble: Ameryka szykuje się do wojny z Irakiem;
między Izraelem a Palestyńczykami nadal wrze; Korea Północna
obwieszcza, że będzie rozwijać programy nuklearne; niekończący
się konflikt Indyjsko-Pakistański. Podróżował Pan ostatnio
po czterech kontynentach - był Pan w obu Amerykach, Azji,
Europie Południowej i Zachodniej. Jakie tam panują nastroje?
Czy jest już tyle animozji między nami, że chcemy się nawzajem
pozabijać?
Ryszard Kapuściński: Jest dokładnie
na odwrót. Moja czteromiesięczna podróż, setki rozmów i spotkań,
wrażenia i obserwacje prowadzą mnie do wniosku, że żyjemy
na planecie bardzo pokojowej. Ludzie żyją normalnym życiem,
mają codzienne troski, chcą, żeby dzieci chodziły do szkoły,
chcą pracować, budować domy, mieć warunki do odpoczynku. Te
werble wojenne, które chcą wywołać aurę strachu i zagrożenia,
są bardzo słabo słyszalne dla wielu społeczności; często w
ogóle do nich nie docierają. Werble słychać w wielkich mediach,
ale mnóstwo ludzi ogląda lokalne telewizje, czyta lokalne
gazety - a w nich nikt nie gra pobudki do walki.
Chce Pan powiedzieć, że to wielkie środki
przekazu stwarzają aurę wojenną? One tylko cytują polityków,
którzy podejmują decyzje.
- Chodzi mi o to, że rodzaj propagandy, który udzielił się
wielkim mediom - to ciągłe mówienie o tym, kto kogo za chwilę
zaatakuje - przesłania fakt, że na świecie dzieje się dużo
ważnych rzeczy. Świat to nie tylko konflikt Ameryki z Irakiem.
Tymczasem zmasowanie informacji na ten jeden temat przysłania
nam wielką dynamikę świata: to że jest on twórczy, pełen energii,
że się rozwija. W czasie ostatnich podróży wielkie wrażenie
zrobiło na mnie to, jak ludzie budują swoje światy; jak chcą
uczestniczyć w doskonaleniu własnej egzystencji, a przez to
naszej planety. Nikt nie myśli o wojnie.
Czy takie wrażenia przywiózł Pan również z Ameryki, która
prowadzi "wojnę z terroryzmem" i która szykuje się
do interwencji w Iraku?
- W Ameryce jest właściwie podobnie. Podróżowałem po różnych
stanach, byłem na południu, na dalekim, środkowym zachodzie,
uczestniczyłem w zjeździe pisarzy - i nie odczułem tam nastroju
wojennego. Nawet w Nowym Jorku, który doświadczył zamachu
z 11 września. Wydaje mi się, że atmosfera wojny nie spotyka
się z wielkim odzewem, mija się z pragnieniami ludzi, z tym,
do czego dąży dziś świat.
Jednak ten pokojowy nastrój chyba jest nie wszędzie. Są antyamerykańsko
nastawieni ludzie, choćby w świecie arabskim, którzy palą
amerykańskie flagi i nazywają USA "imperium zła".
Z drugiej strony widzimy w telewizji amerykańskich polityków,
mówiących o "osi zła", czyli państwach im wrogich.
To przecież istnieje, to nie jest wymysł mediów.
- Użył pan określenia "antyamerykanizm". Otóż to
określenie budzi we mnie wątpliwości. Ameryka to bardzo wiele
rzeczy, to masa wspaniałych osiągnięć, o których marzą miliony,
jeśli nie miliardy ludzie na świecie. Ameryka to fantastyczna
nauka, imponująca dyscyplina społeczeństwa, osiągnięcia technologiczne
- wszystko to stanowi dziś motor rozwoju całej planety. W
czasie licznych podróży nie spotkałem nikogo, kto by to negował,
pomniejszał, nie doceniał. Odwrotnie - Stany Zjednoczone to
miejsce, gdzie wielu ludzi chciałoby pracować, mieszkać, budować
przyszłość. Zatem "antyamerykanizm" to slogan propagandowy.
Ludzie na świecie odnoszą się do tego kraju życzliwie, cenią
go, mają wiele ciepłych uczuć w stosunku do tej dobrej Ameryki.
Ale ten oglądacz telewizji powie: "Zaraz, zaraz, ale
ja jednak widziałem w telewizji, jak palono amerykańską flagę".
- Widział, tylko że tu nie chodzi o żaden "antyamerykanizm".
Wielu ludzi na świecie jest przeciwnych nie Ameryce, ale amerykańskiej
"partii wojny". Oni są przeciwni zakusom imperialnym
Ameryki, co jest zrozumiałe. Ludzie są przeciwni jakiejkolwiek
dominacji; taka jest natura człowieka - człowiek jest za wolnością,
przeciwko panowaniu, narzucaniu czegoś. Tu jest pogrzebany
problem "antyamerykanizmu". Próbuje się określić
nastrój ludzi jako antyamerykański, podczas gdy jest to nastrój
raczej antyimperialny, antywojenny.
Żeby być precyzyjnym: uważa Pan, że nie chodzi o niechęć
wobec Ameryki, ale o niechęć do pewnych tendencji w jej polityce
zagranicznej?
- Dokładnie. I jeszcze jedno - w Ameryce o "antyamerykanizmie"
mówi się chyba po to, żeby w społeczeństwie wytworzyć przekonanie,
że ludzie na świecie są przeciwni ich ojczyźnie.
Co się Panu podoba w Ameryce?
- Mnóstwo rzeczy: pracowitość Amerykanów, ich wielka dyscyplina,
życzliwość, poczucie sąsiedzkiej solidarności. Mówi się czasami
o tendencjach izolacjonistycznych w Ameryce. Ale zarazem największa
myśl globalistyczna wywodzi się przecież z Ameryki! W Ameryce
są najwybitniejsi intelektualiści, którzy próbują tworzyć
nową wizję świata, jego opis, obraz. Zawsze czułem się znakomicie
w Ameryce. To społeczeństwo szalenie twórcze, dynamiczne.
Podoba mi się amerykańska wiara w człowieka - że człowiek
może wszystko! No, może czasem jest ona przesadna, bo jako
ludzie mamy przecież słabości. Ale ten optymizm i ta wiara
odgrywają niezwykle ważną rolę - dodają amerykańskiemu społeczeństwu
wielkiej energii. Amerykanie mają wpojoną zasadę, że praca
jest ważna, że pracą można wiele osiągnąć, że właściwie można
nią stworzyć wszystko.
To społeczeństwo rozwiązało problem, jakiego nie rozwiązało
do tej pory żadne inne: współistnienia wielu ras, kultur i
religii. Stany Zjednoczone są spełnieniem tego, o czym pisał
na początku XX w. meksykański filozof Jose Vasconcelos, autor
dzieła "Rasa kosmiczna". Marzył on, że kiedyś powstanie
jedna rasa i skończą się wreszcie konflikty na tym tle. I
właśnie w USA coraz większa grupa ludzi ma problem z określeniem,
do jakiej rasy należy. To wymieszanie jest niesłychanie istotne
dla przyszłości wielokulturowego świata - i po raz pierwszy
zaczyna spełniać się właśnie w Ameryce.
A więc nie dajmy się w swoim myśleniu wciągnąć na płaszczyznę
podziału: proamerykanizm - antyamerykanizm. Bo to ustawia
debatę o świecie w sposób zideologizowany i zaciemnia wiele
problemów.
Wróćmy do werbli wojennych, bo przecież ten podział "pro"
i "anty", to część wojennej muzyki, jaką słyszymy
ze środków przekazu.
- Wydaje mi się, że częścią tego problemu jest centralizacja
mass mediów, która następuje w ostatnich latach. Towarzyszy
temu redukcja tematyki. Wszystkie wielkie media powtarzają
dziś to samo. Nie ma różnicy między serwisami CNN, CBS, NBC.
Wszędzie pojawiają się te same informacje i zarazem lista
tego, co się pojawia, jest szalenie krótka. To przenosi się
na mniejsze media - no bo jeśli coś pokazano w CNN, to znaczy,
że to jest najważniejsze. Zaczyna się znane nam wszystkim
ze szkoły "ściąganie".
To wielki paradoks, że w chwili, w której świat staje się
coraz bardziej skomplikowany, w mediach następuje jego zredukowanie
do kilku tematów i malowanie go na czarno-biało. Ten proces
jest dramatycznie sprzeczny z naturą współczesnego świata.
Dzisiaj do prawdziwości może aspirować tylko taki opis świata,
który próbuje oddać jego złożoność. Upraszczanie jest odzieraniem
go z prawdy.
Jest tu jeszcze jedno niebezpieczeństwo: owo upraszczanie,
ograniczanie pola widzenia i słyszenia do werbli wojennych
pozwala myśleć, że wszystko inne na świecie nie jest problemem,
że jest mniej ważne, że problem świata sprowadza się do wojny
z terroryzmem. Wojna z terroryzmem to istotnie problem, ale
tylko jeden z wielu. Ale ponieważ przedstawia się go jako
ten najważniejszy, i niemal jedyny, inne, nie mniej istotne,
schodzą na dalszy plan. Mechanizm myślenia wielu polityków
i ludzi mediów jest następujący: "Najpierw rozprawimy
się z terroryzmem, a potem zajmiemy się następną sprawą".
Otóż z terroryzmem nie rozprawimy się nigdy - to niemożliwe.
Lecz przy okazji nie podejmiemy prób pokazania i zaradzenia
innym plagom ludzkości: nędzy, nierówności, marginalizacji.
Nie podejmiemy tych spraw, bo mamy coś ważniejszego na głowie.
Nawet wbrew pokojowym nastrojom, o których Pan opowiada,
jakaś wojna zapewne jednak będzie.
- Nie wiem, czy wojna z Irakiem będzie czy nie. Samo słowo
"wojna" jest tu zresztą problematyczne. Może tu
chodzić o krótką interwencję zbrojną; to nie będzie wojna
w takim sensie, jaki znamy z Europy XX wieku. Dla nas, w Europie,
wojna to długotrwały konflikt wciągający całe narody i społeczeństwa.
W tych kategoriach raczej nie da się mówić o interwencji w
Iraku. Sądzę, że nawet gdyby do niej doszło, to - poza żywiołowymi
protestami antywojennymi - interwencja nie zmieni pokojowej
tendencji zdecydowanej większości społeczeństw na świecie.
Jakieś wojny na świecie jednak cały czas się toczą - w Afryce,
w Azji. Dlaczego o nich nie słyszymy albo słyszymy rzadko?
Co to w ogóle za wojny?
- Bo to są wojny peryferyjne. W ogóle mamy dziś dwa typy
wojen - wojny peryferyjne to jeden z nich. One toczą się głównie
w Trzecim Świecie, ale peryferyjną wojną była też np. ta na
Bałkanach.
Wojna peryferyjna jest wojną lokalną, wybucha wewnątrz kraju,
w którym dochodzi do rozkładu państwa. Wyodrębniają się grupy
militarne i zaczynają toczyć wojnę między sobą, niekoniecznie
o władzę w państwie. Strony okopują się na swoim terytorium
etnicznym, plemiennym, prowadzą czystki i bronią terenu jako
substytutu państwowego.
Dobrym przykładem jest chyba Kolumbia, gdzie od 40 lat partyzantka
walczy z rządem i kontroluje prawie połowę terytorium dużego
kraju.
Kolumbia - oczywiście. Dużo takich wojen jest w Afryce -
w Kongu, Sudanie, Czadzie, Sierra Leone. Strony konfliktu
są dobrze uzbrojone, czasem kontrolują jakieś bogactwo naturalne
kraju - np. ropę, diamenty - i są dzięki temu materialnie
samowystarczalne. Jeśli nie mają na swym terenie bogactw,
szukają środków w handlu narkotykami, bronią, minami albo
nakładają "podatek wojenny" na ludność zamieszkującą
terytorium, na którym panują. Te samozwańcze armie stwarzają
też tani rynek dla broni lekkiej. Broń lekka umożliwia angażowanie
do tych wojen dzieci i młodzieży. Ich udział to jeszcze jeden
ich okrutny element.
Pisał Pan kiedyś, że są to wojny głównie przeciwko cywilom.
- Zwłaszcza przeciw kobietom i dzieciom. Mężczyźni idą do
wojska i wojsko to dzisiaj - paradoksalnie - najbezpieczniejsze
miejsce w czasie wojny. W I wojnie światowej na dziewięciu
zabitych żołnierzy przypadał jeden cywil, dzisiaj na dziewięciu
zabitych cywilów przypada jeden żołnierz. Armie - świadome
siły rażenia współczesnej broni - przestały ze sobą walczyć,
unikają bezpośredniego starcia. Kierują ogień na bezbronną
ludność, wojna toczy się o zajęcie terytorium wroga, na którym
nie ma armii wroga. Po zajęciu terenu robi się czystki etniczne
albo nim zdąży się to zrobić, ludność sama ucieka. Gdy widzimy
w telewizji zdjęcia z jakiejś wojny, jest to na ogół tłum
uchodźców - kobiet, dzieci, starców.
Wojny peryferyjne są ogromnie dewastujące. Żaden z krajów,
który ma taką wojnę za sobą, do dziś się po niej nie podniósł.
Są to bowiem kraje biedne, które nie mają środków, żeby się
odbudować.
A drugi typ wojny?
- To wojna bez strat własnych. Koncepcja takiej wojny płynie
z następującej diagnozy: ludzie w kraju, który ma zamiar zaangażować
się w konflikt zbrojny, nie akceptują udziału w żadnym konflikcie,
w którym ginęliby ich mężowie, synowie, bracia, przyjaciele.
Wymyślono zatem koncepcję wojny bez strat własnych. Polega
ona na tym, ze zamyka się terytorium teatru wojennego, dokonuje
się zmasowanych bombardowań z powietrza, i dopiero potem wprowadza
na zniszczony obszar oddziały, które nie napotykają już oporu
przeciwnika. Poza wyjątkowymi przypadkami wojna taka nie przynosi
strat własnych, niesie natomiast spopielenie podbitego terytorium.
Zupełnie na marginesie: takie wojny wykańczają zawód korespondenta
wojennego, bo korespondentów również nie wpuszcza się na bombardowane
terytorium. Takimi wojnami były wojny w Zatoce Perskiej, Kosowie,
Afganistanie.
Wojnę peryferyjną może prowadzić każde państwo, bo to wojna
domowa o małym potencjale wojskowym. Wojnę bez strat własnych
mogą w dzisiejszym świecie prowadzić tylko Stany Zjednoczone.
Żaden inny kraj nie byłby zdolny do tak wielkiego wysiłku
ekonomicznego. Taka wojna wymaga przerzucania straszliwych
ilości sprzętu, amunicji, wymaga niezwykłej logistyki.
Mówi Pan o pokojowej aurze ludzi na świecie, ale jakoś nie
możemy uciec od wojen.
- Pływałem ostatnio statkami po Morzu Egejskim. Niektóre
z nich kursują między Grecją i Turcją, czyli krajami mającymi
napięte stosunki; ich konflikt o Cypr nigdy nie wygasł. Otóż
statki te zabierają podróżnych z ogromnymi bagażami. I co
mnie uderzyło - to że nigdzie, ale to nigdzie nie było żadnej
kontroli. Można by niemal przewozić czołgi i samoloty. Nikt
niczego nie sprawdza.
Chce Pan powiedzieć, że nikt nie sprawdza, bo nie ma między
ludźmi atmosfery wrogości?
- Gdyby ktoś zaczął kontrolować, ludzie byliby zdumieni.
To dla mnie jeszcze jeden dowód na to, że nastroje wojenne
są sztucznie wytwarzane. Bo jeśli nawet tak skłócone państwa
jak Turcja i Grecja są na poziomie społeczeństw nastawione
do siebie pokojowo, przyjaźnie, życzliwie?
Czy z takiego pokojowego nastroju ludzi coś wynika dla politycznej
konstrukcji świata? Bo mówi Pan, że ludzi nic nie obchodzi,
chcą się zajmować życiem, swoimi sprawami.
- Niezupełnie. Z tego pokojowego nastroju wypływa umacnianie
się demokratycznych i pokojowych zmian na świecie. W październiku
obserwowałem wybory prezydenckie w Brazylii, które wygrał
były działacz związkowy, lewicowy polityk znany w całej Ameryce
Łacińskiej - Luiz Inacio "Lula" da Silva. To bardzo
pozytywny przykłady pokojowej wymiany elit - tym bardziej
że dokonuje się w społeczeństwie straszliwie nierównym, które
żyło ponad 20 lat pod dyktaturą, które miast tradycji demokratycznej
miało długą tradycję autorytarną. I to społeczeństwo potrafi
zachować się dzisiaj pokojowo i demokratycznie. To było jedno
z najważniejszych wydarzeń w świecie w mijającym roku.
Drugim przykładem pokojowego, choć niekoniecznie demokratycznego,
przekazania władzy były Chiny. Brazylia i Chiny to olbrzymie
kraje, i jeśli w nich dochodzi do pokojowych zmian, to jest
nadzieja, że będzie to przykład zaraźliwy dla innych. Takie
wydarzenia bardzo wpływają na nastrój świata, pokazują, że
można dokonywać zmian w warunkach akceptacji społecznej i
pokoju.
Zwycięstwo "Luli" jest zwiastunem nie tylko pokojowej
i demokratycznej tendencji, ale też zmęczenia pewną drogą
społeczną i gospodarczą.
- To jest szalenie ważne! Obserwujemy w całym świecie spadek
akceptacji dla neoliberalizmu. Zwycięstwo Luli to najważniejszy,
ale tylko jeden przykład tego globalnego nastroju. Niemal
wszędzie, gdzie byłem, zwłaszcza w Ameryce Łacińskiej, obserwowałem
zniechęcenie, odwrót, a nawet wrogość do koncepcji fundamentalizmu
rynkowego - prywatyzacji, deregulacji, klasycznych rozwiązań
thatcheryzmu i reaganizmu. Model ten Latynosi obwiniają za
kryzys w Argentynie, a także wcześniejsze kryzysy - w Meksyku,
Brazylii, Azji. Ludzie domagają się od polityków wzmocnienia
regulującej roli państwa.
Odbiera Pan ten nastrój jako wrogi gospodarce rynkowej, jako
tęsknotę za starą utopią?
- Absolutnie nie. Ludzie po prostu nie wierzą, że prywatny
pracodawca zapewni im choćby najmniejsze poczucie sprawiedliwości
społecznej. Dlatego wzrasta moralny autorytet państwa. Ludzie
sprzeciwiają się temu, by rząd był instrumentem prywatnych
interesów gospodarczych, chcą w nim widzieć autentycznego
reprezentanta dobra obywateli.
Klimat przeciwny neoliberalizmowi i prywatyzacji wzmacnia
dodatkowo rosnąca przestępczość. To również skutek wycofania
się państwa ze swoich dawnych obowiązków. Za tym poszła prywatyzacja
przemocy, która doprowadziła do przekształcania się rozmaitych
agencji ochrony w prywatne policje, armie, często na usługach
świata przestępczego.
Wybór "Luli" na prezydenta Brazylii to symbol tęsknoty
za państwem jako obrońcą słabszych. A słabsi to na ogół większość
społeczeństwa. Kto ma ich bronić, kiedy tradycyjne partie
i związki zawodowe przeżywają kryzys? Pozostaje tylko państwo.
Wyczuwa Pan w tym dobrą pogodę dla jakiejś miękkiej, "oświeconej
dyktatury"?
- Dyktatury nie mają dziś szans. Wyrazem pokojowego nastroju
społeczeństw jest również i to, że od dawna nie mamy na świecie
żadnych nowych dyktatur. 40, 30 lat temu świat był pełen policyjno-wojskowych
reżimów. Dziś autorytarna i dyktatorska forma rządów staje
się coraz bardziej anachroniczna.
Wszędzie też spada rola armii w życiu politycznym kraju.
30 czy 20 lat temu w wielu krajach, zwłaszcza latynoamerykańskich
i afrykańskich, to armia decydowała, kto będzie rządził, a
jeśli nikt się armii nie podobał, to sama przejmowała władzę.
W Argentynie, gdzie panuje głęboki kryzys, pytałem moich rozmówców,
czy w razie wstrząsów wojsko może raz jeszcze wkroczyć na
scenę polityczną. Usłyszałem w odpowiedzi, że wojsko nie miałoby
nawet na paliwo do wozów bojowych i czołgów. Pucz wojskowy,
którego próbowano wiosną tego roku w Wenezueli, nie powiódł
się. Ten kraj ma inny dramatyczny problem, niemniej próba
wejścia wojska na scenę zakończyła się fiaskiem. Zaczyna być
regułą, że wojskowi, którzy mają ambicje polityczne, odchodzą
z wojska. To także przypadek pułkownika Hugo Chaveza z tejże
Wenezueli, a także nowego prezydenta Ekwadoru - Lucio Gutierreza.
Nie ma dziś zatem pogody dla wojskowych rządów. Niemal wszędzie
wojsko jako uzbrojona partia polityczna zostało zmarginalizowane,
utraciło polityczną rolę. A to znaczy, że w skali światowej
utraciła znaczenie instytucja, która z natury jest hierarchiczna,
dyktatorska, autorytarna. To również ważne dla umacniania
się tendencji demokratycznej.
Mówi Pan o tendencji do pokojowej demokratyzacji świata -
takiej, w której społeczeństwa same sobie wybierają demokrację.
Jednak jest też w świecie obecny, i to na serio, pomysł, żeby
demokrację zaprowadzać siłą. Przykładem takiego myślenia są
Stany Zjednoczone, czy raczej - jak to określa w "Atlantic
Monthly" James Fallows - "partia wojny" w Waszyngtonie.
Fallows napisał esej o wojnie z Irakiem na podstawie kilkudziesięciu
wywiadów z politykami, wojskowymi, agentami CIA i znawcami
świata arabskiego. Ludzie z "partii wojny" mówią
mniej więcej tyle: demokracja i gospodarka rynkowa rozprzestrzeniły
się już na terenie starego bloku sowieckiego, w Ameryce Łacińskiej
i Azji. Wyjątek stanowią już tylko część Afryki i islamsko-arabskie
tereny Bliskiego Wschodu. Wniosek: świat arabski potrzebuje
pierwszej arabskiej demokracji i gospodarki w stylu zachodnim.
Może się nią stać podbity Irak. Sądzi Pan, że możliwe jest
wyeksportowanie zachodniej demokracji do kraju arabskiego?
Czy istnieje gleba do przyjęcia przez takie społeczeństwo
jak w Iraku modelu z zachodniego kręgu kulturowego?
- Odpowiedziałbym myślą z artykułu Samuela Huntingtona sprzed
pięciu lat: "O unikalności cywilizacji zachodniej".
Huntington ostrzegał wówczas tych, którzy sądzili, że można
eksportować cywilizację - wzorem Lenina, który uważał, że
można eksportować rewolucję. Pisał Huntington, że cywilizacja
zachodnia jest unikalnym tworem pewnej historii. Tak jak Oświecenie
było unikalnym momentem w dziejach kultur światowych, tak
również cywilizacja zachodnia jest niepowtarzalna.
Mówienie o eksportowaniu zachodniej demokracji odczytuję
jako próbę uzasadnienia działań ekspansywnych. W kolonializmie
też uzasadniano podboje tym, że niesie się postęp, wyższą
cywilizację, nawraca na prawdziwą wiarę. I to się rzeczywiście
udaje, tyle że za cenę ogromnego przelewu krwi, kilkuwiekowej
okupacji i dominacji. Jest to zatem pomysł nienowy, historia
zna wiele przykładów niesienia "barbarzyńcom" innej,
"wyższej cywilizacji". Te uzasadnienia towarzyszą
całej ponad 500-letniej historii europejskiego kolonializmu.
Tak, to nie jest zły pomysł...
Pan ironizuje!?
- ... tylko trzeba najpierw oszacować, ile milionów istnień
ludzkich będzie kosztował. Kto podejmie za to odpowiedzialność?
Ile pokoleń będzie to trwało? Ile setek lat?
Mógłby Pan rozszyfrować sformułowanie "świat jednobiegunowy"?
- To pojęcie ze świata wielkiej polityki. Ale odpowiedź chciałbym
poprzedzić obserwacją, że coraz bardziej świat wielkiej polityki,
sposoby myślenia wewnątrz tego świata rozchodzą się z życiem
codziennym społeczeństw. One naprawdę tak rzadko zaglądają
do tamtego świata.
Ale świat polityki czasem do nich puka.
- Ale jeśli do nich nie przychodzi, to one radzą sobie doskonale
bez niego. To elity świata zamykają się w kręgu własnego języka,
a społeczeństwa, które się z elitami nie stykają, nie wiedzą
nawet, że tamten świat istnieje, a jeśli wiedzą, to nie rozumieją
jego języka.
Zapytałem o to w tym miejscu, bo koncept eksportu demokracji
i wolnego rynku przez ów "jeden biegun", czyli Amerykę,
do świata arabskiego, Iraku czy gdziekolwiek - to właśnie
ten moment, kiedy to świat wielkiej polityki, który separuje
się od społeczeństw i ich codziennych trosk, puka do drzwi,
wkracza - chciany czy nie - do codziennego życia ludzi. A
co ma do tego "jednobiegunowość"? Otóż to, że ów
najdoskonalszy - jak uważamy w świecie Zachodu - model ustrojowy,
z naszego najdoskonalszego "bieguna" wyeksportujemy
za chwilę do innej kultury, do ludzi z innej cywilizacji,
którzy do tej pory żyli inaczej, wedle innego stylu, wedle
innych wartości. I nie mieli pojęcia o naszym świecie.
- Nie mieli pojęcia i dlatego uważam, że eksportowanie naszej
cywilizacji byłoby bezskuteczne. Może za 200, 300 lat, za
cenę wielkiego przelewu krwi. Ale to też tylko na takiej zasadzie,
jak Hiszpanie wytępili Indian czy Mongołowie wytępili w północnych
Indiach Hindusów. Można zrobić taki eksperyment, tylko po
co? Dominacja wielkiego mocarstwa już jest faktem, nic jej
nie zagraża.
A co Pan powie na pokojowe pomysły eksportu cywilizacji zachodniej?
Takim pomysłem jest rozszerzenie Unii Europejskiej - na razie
na pierwszy kraj islamski: Turcję. Ale był już wniosek Maroka
o przystąpienie do Unii i został odrzucony z uzasadnieniem,
że Maroko nie leży w Europie. Jeśli Unia przyjmie Turcję,
której tylko mała część należy do geograficznej Europy, a
reszta do Azji, otworzy drzwi dla Maroka i innych krajów islamskich
basenu Morza Śródziemnego. To by zmieniło całkowicie zarówno
ideę Europy, jak też zmieniłoby kraje islamskie, które zechciałyby
przystąpić.
- To chyba najważniejszy wybór, przed jakim stoi dziś Europa.
Skończyła się 500-letnia dominacja Europy w świecie. Europa
musi znaleźć sobie nowe miejsce na mapie świata. Przechodzimy
od "Europy-świata" do "Europy w świecie".
To wielki zakręt, na którym znalazł się nasz kontynent.
Mamy różne historyczne atuty, ale zarazem ludność naszego
kontynentu starzeje się. To ma i będzie miało wpływ na wydajność,
przedsiębiorczość, dynamikę kontynentu. Jeśli Europa utraci
impet, przekształci się w skansen, miejsce turystyki dla miliardów
ludzi z całego świata.
Przyszły świat będzie światem wielkich zespołów gospodarczo-państwowych.
Dlatego Polska może przetrwać tylko w wielkiej rodzinie wielu
państw. Ten przyszły świat będzie bezlitośnie wyrzucał na
margines, likwidował wszystko, co słabe. To będzie świat rosnącej
konkurencji, coraz większej liczby ludzi, produktów, problemów.
Jeśli Europa chce ocalić siebie w takim świecie, może to uczynić
tylko powiększając się - powiększając swój rynek, liczbę ludności,
wydajność pracy.
A jak to uczynić? Odmłodzić się. Skąd jednak czerpać młode
siły do tego wielkiego wyścigu? Tylko od sąsiadów. Na północy
sąsiadem Europy jest morze. Na wschodzie rozszerzenie już
się dokonało. Na południu zaś jest świat islamu. Europa nie
ma innych źródeł naboru nowej siły.
A ostatnie rozszerzenie?
- Rozszerzenie na wschód nie rozwiązało problemu, o którym
mówimy, bo nasze społeczeństwa też są raczej stare. Żeby nadal
liczyć się w światowym wyścigu - a to jest przecież fundament
problemu europejskiego - Europa musi importować młodą siłę
roboczą z młodych, prężnych, dynamicznych i ambitnych społeczeństw
islamu.
Dla wielu z nich to będzie poczucie awansu.
- Te społeczeństwa też do tego prą! Jeśli z tej perspektywy
spojrzy się na europejskie nacjonalizmy, dopiero wówczas widać,
jak bardzo są anachroniczne. Podsycają je ludzie, którzy nie
rozumieją nic z tego, co się dzieje w świecie. To są prawdziwi
anty-Europejczycy!
Valery Giscard d'Estaing mówi o wejściu Turcji do UE: "To
byłby koniec Europy!".
- Ależ Europa nie ma innego wyjścia. Nie może ona sobie wybrać
między tymi czy tamtymi. Przez Morze Śródziemne i przez Bliski
Wschód to jedyne drogi dopływu młodych ludzi do Europy. Sądzę,
że Europa będzie ewoluować od cywilizacji chrześcijańskiej
ku chrześcijańsko-islamskiej.
Timothy Garton Ash pytał niedawno prowokacyjnie: kiedy Irak
wstąpi do Unii Europejskiej?
- Bo taka jest sytuacja. Stosunek do islamu już teraz staje
się coraz bardziej wewnętrznym problemem europejskości. Dla
Giscarda d'Estaing, francuskiego arystokraty, to oczywiście
szokujące. Pewnie czułby się dziwnie w tureckiej wiosce. Ale
muszę powiedzieć, że za takimi postawami stoją być może nasze
nieprawdziwe wyobrażenia o takich krajach jak Turcja.
Tymczasem kraj ten przeżywa nieprawdopodobny rozwój - budownictwa,
autostrad, nowoczesnych środków komunikacji. Czuje się tam
szaloną ambicję postępu. Raczej nie widać slumsów. Nie widziałem
Turcji od strony kurdyjskiej, ona jest tam bardzo zapóźniona,
ale to i tak nie zmienia tendencji rozwojowej kraju. Zaobserwowałem
ciekawe zjawisko - otóż postęp ten robią w dużej mierze Turcy
z Niemiec. Rozmawiałem z takimi, którzy spędzili 20 lat w
Niemczech, a teraz mówią: "Zarobiliśmy, możemy wrócić
i inwestować w naszym kraju, budować nową Turcję". Jakiż
patriotyzm, jakie poczucie godności! Ci Turcy z Niemiec wprowadzają
niemiecką dyscyplinę, kulturę pracy, czystość, punktualność.
To było dla mnie wielkie odkrycie.
A w tym samym czasie dyskusja o Turcji w Europie i obawy
Valery'ego Giscarda d'Estaing opierają się na stereotypach
o tym kraju sprzed 20-30 lat. Ciągle dla nas istnieje Turcja
otomańska, rzezie, a nie wiemy, co się w tym kraju dzieje
naprawdę. Jeździłem po Turcji najnowszymi autobusami, które
odchodziły punktualnie jak w Niemczech czy USA. Świat zmienia
się tak dynamicznie, że musimy ciągle rewidować nasze o nim
wyobrażenia.
Kiedy przyjechałem po latach do moich ulubionych miast Ameryki
Łacińskiej - Mexico City, Buenos Aires, Rio de Janeiro - to
ich po prostu nie poznałem, to są dziś inne miasta, niż je
zapamiętałem 30 lat temu. Wielu ludzi sprzeciwia się wejściu
Turcji do Unii, bo albo tam nigdy nie byli, albo byli ćwierć
wieku temu na wczasach i widzieli, że jest brudno. Większość
protestów bierze się z niewiedzy, fałszywej świadomości, utartych
schematów myślenia.
Jakby się tak rozmarzyć, to może byśmy doszli do konkluzji,
że konflikt izraelsko-palestyński dałoby się rozwiązać w Unii
Europejskiej?
- Ale do tego potrzebna jest jeszcze wola tych narodów, taka
jak wola Turków.
Oczywiście - nie jutro. Ale spróbujmy pomarzyć: jeśli dzisiaj
dzieje się coś nie do pomyślenia jeszcze parę lat temu, jeśli
Maroko składa wniosek o wejście do Unii, jeśli Turcja prawdopodobnie
za jakiś czas wejdzie do Wspólnoty, to właściwie czemu nie
Izrael i Palestyna?
- Kto wie? Może kiedyś w przyszłości jest i taka perspektywa,
choć to by zależało w dużej mierze od kontekstu międzynarodowego.
Jeśli stwarza się właściwy klimat międzynarodowy, to nagle
różne rzeczy niemożliwe okazują się możliwe. To tak jak z
ruchami partyzanckimi. Żadna partyzantka nie wygrywa, jeśli
nie ma dla niej dobrej aury międzynarodowej. Wydaje mi się,
że początkiem drogi do rozstrzygnięcia konfliktu izraelsko-palestyńskiego
jest wyprowadzenie go ze stanu izolacji. Problem polega na
braku wielkich inicjatyw w tej dziedzinie, nie ma sił, które
by wystąpiły z jakimś pozytywnym pomysłem.
Krytycy rozszerzenia Europy o kraje islamskie mówią, że nie
da się pogodzić chrześcijaństwa z islamem i demokracji z islamem.
Hiszpański filozof Fernando Savater powiada na to: "W
kulturze różne elementy nie występują przeciwko sobie. To
się zdarza tylko w polityce. Nie można sobie wyobrazić jednoczesnego
posiadania dwóch różnych systemów politycznych. Ale łatwo
sobie wyobrazić współistnienie elementów różnych kultur".
Jaka jest Pańska odpowiedź na obawę zderzenia kultur, stylów
życia, świata wartości europejskiego i islamskiego?
- Świat przyszłości nie będzie światem bez problemów. Przeciwnie.
Jednym z największych problemów będzie znalezienie miejsca
dla wszystkich kultur, które domagają się miejsca przy wielkim
stole świata. I wszystkie domagają się godnego potraktowania
i uznania ich tożsamości. Jeśli przeciwnicy rozszerzenia Unii
o kraje islamskie mówią, że będą trudności, to mają rację.
Ale jeśli nie dokonamy tego kroku, to jakie mamy wyjście?
Przeciwników rozszerzenia należy zawsze o to pytać: co proponują
zamiast? Jaki macie pomysł na przetrwanie w świecie, w którym
nie będzie miejsca dla słabych i niezorganizowanych? Wydaje
mi się, że intuicja Savatera jest absolutnie trafna. Historia
zna przykłady krajów o jednym systemie politycznym z wieloma
kulturami. Najlepsze przykłady to Stany Zjednoczone, Brazylia...
Naprawdę argument, że będzie trudno, jest słaby. Tak, będzie
trudno.
Jak w kontekście tej wizji ocenia Pan dziś najważniejsze
hipotezy z początku lat 90., dotyczące świata po zimnej wojnie?
Chodzi mi o "koniec Historii" Francisa Fukuyamy,
"zderzenie cywilizacji" Samuela Huntingtona, a także
ostatnią hipotezę Roberta Kagana o rozejściu się dwóch wersji
cywilizacji zachodniej, tj. Europy i USA.
- Te trzy wielkie hipotezy z kręgu humanistyki amerykańskiej
mają ważną cechę wspólną - stanowią próbę całościowego podejścia,
opisania, wyjaśnienia problemów naszej planety. Już przez
to samo są niezwykle cenne. Rozszerzają horyzont naszego widzenia,
proponują pewien sposób myślenia o świecie, pozwalają ogarnąć
go jako całość. I w każdym z tych wypadków widać próbę przekształcenia
naszej świadomości, dostosowania jej do nowych czasów. Bo
przecież jednym z wielkich problemów dzisiejszego świata jest
to, że zrobił się tak złożony i tak bogaty.
Przez dziesiątki tysięcy lat świadomość człowieka była nakierowana
na bardzo małe społeczności. Wszystkie najstarsze wykopaliska
archeologiczne wskazują, że człowiek żył w społecznościach
liczących od 30 do 50 osób. Mniejsze społeczności nie obroniłyby
się, a większe nie byłyby mobilne, nie mogłyby zdobywać pożywienia,
migrować. W takich małych społecznościach kształtowała się
świadomość człowieka przez tysiąclecia. Ludzie żyli w przekonaniu,
że znają cały świat, bo tam, gdzie docierali, był ich koniec
świata. Co za tym idzie - znali też wszystkich ludzi na świecie.
Każda świadomość jest historyczna i ma historyczną granicę.
Była np. świadomość epoki wielkich katedr, a dziś nikt nie
zbuduje wielkiej katedry, bo żyjemy w czasach innej świadomości.
Otóż w drugiej połowie XX wieku stworzyliśmy świat, którego
nasza świadomość, historycznie skierowana na mniejsze obszary
- plemienia, klanu, państwa - nie jest w stanie ogarnąć. Dzisiejszego
globalnego świata człowiek nie potrafi objąć świadomością,
wyobraźnią, umysłem. I ludzie najczęściej unikają podejmowania
próby jego ogarnięcia. To widać dobrze w literaturze - ludzie
uciekają w nisze, w prywatność, opowiadają historię rodziny,
dzieciństwa, miasta. Tu się kończy horyzont ich świata. Rzeczywistość
świata przekroczyła granice naszej świadomości - stąd nasza
poznawcza bezradność. Próby amerykańskich myślicieli takich
jak Huntington, Fukuyama czy Kagan to nic innego jak próby
wyjścia z niszy i skonstruowania opisów, które pomogłyby nam
świat ogarnąć i zrozumieć.
A zawartość tych hipotez?
- Dziś już wiemy, iż każda z nich była obciążona błędem.
Błąd teorii Fukuyamy polegał na jej ahistoryczności. Fukuyama
sądził, że wraz z końcem zimnej wojny kończy się Historia.
Zwyciężył jeden model cywilizacji, oczywiście najdoskonalszy,
i teraz inne narody będą ten model stosować, wychodząc z logicznego
założenia, że skoro jest najlepszy, to trzeba go natychmiast
zaszczepić u siebie.
Na ten optymizm odpowiedział Huntington, mówiąc: Nie, cywilizacja
Zachodu jest unikalnym tworem dziejowym i nie da się go eksportować,
bo inne kultury mają inne skale wartości, będące efektem innej
historii i innej tradycji. Możemy się spodziewać raczej konfliktu
i rywalizacji między różnymi cywilizacjami. Ta hipoteza też
jest obciążona błędem. Huntington nie wziął pod uwagę, że
największe wojny XX wieku toczyły się wewnątrz jednej cywilizacji
- europejskiej. Największa wojna drugiej połowy XX wieku -
iracko-irańska - toczyła się wewnątrz kultury islamu. Ale
z punktu widzenia amerykańskiego niektóre diagnozy Huntingtona
są niewątpliwie prawidłowe. Huntington uważa, że cywilizacja
amerykańska w XXI wieku zderzy się z dwiema cywilizacjami,
które jej nie chcą przyjąć: chińską i islamską. Te dwie cywilizacje
- powiada - to główny problem Ameryki w przyszłości. Dlaczego?
Bo XXI wiek będzie wiekiem cywilizacji Pacyfiku, a największym
konkurentem Ameryki w tamtej części świata są Chiny. A islam
- ponieważ na terytoriach, na których panuje ta cywilizacja,
znajduje się 90 proc. złóż ropy naftowej, bez której cywilizacja
amerykańska nie może istnieć.
Wreszcie - hipoteza Roberta Kagana...
Ale - przypomnijmy - ona dotyczy tylko świata Zachodu.
- Precyzyjnie: świata atlantyckiego. Obserwacja Kagana jest
trafna, bo rozejście się Ameryki i Europy rzeczywiście następuje.
Kagan wyciąga tylko niepokojące wnioski. Twierdzi mianowicie,
że to nic złego, i że USA są na tyle silne, że mogą pójść
samodzielnie, nie oglądając się na Europę. To pęknięcie nie
powinno według niego niepokoić Ameryki, ona da sobie radę.
Wszystkie te wielkie hipotezy są dzisiaj ogromnie potrzebne;
bez nich nasze poznawcze i intelektualne poruszanie się w
dzisiejszym świecie jest trudne, niemal niemożliwe.
Mnie się wydaje, że w ogóle mamy kłopot z rozumieniem nowych
zjawisk. Nakładamy stare kalki na zjawiska, do których one
nie pasują. Mój ulubiony przykład to osławiony ruch antyglobalistyczny,
w którym na ogół nie dostrzega się narastającej w świecie
frustracji, tylko tęsknotę za komunizmem.
- Świat tak szybko się zmienia, że nasza świadomość za nim
nie nadąża. A tu trzeba rewolucji wyobraźni! Następuje rozziew
między życiem elit zajętych swoimi sporami o prymat Ameryki
nad Europą a życiem społeczeństw, które są daleko od tych
sporów. Nie chodzi o to, że farmera uprawiającego oliwki w
Grecji nic to nie interesuje. To naturalne, w końcu polityką
interesuje się mniejszość ludzi. Nowość, którą możemy obserwować,
to narodziny w skali świata nowych instytucji i nowych form
społecznej ekspresji. Przeżywamy kryzys tradycyjnych partii
politycznych i związków zawodowych. One istnieją często tylko
na papierze. Społeczeństwa się zmieniły, są dziś wielozawodowe,
wielokulturowe, wielo-wszystko, do tego stopnia, że tradycyjne
formy zrzeszania się, zabiegania o swoje prawa nie odpowiadają
już na zapotrzebowania ludzi, na ich dążenia. Rodzą się nowe
struktury, nowe formy organizacji.
Na przykład?
- Np. w Ameryce Łacińskiej - sam pan o tym pisał na przykładzie
Argentyny - tworzą się stowarzyszenia sąsiedzkiej pomocy,
stowarzyszenia reprezentujące interesy domu, bloku, ulicy,
dzielnicy. Byłem niedawno w Buenos Aires. Te stowarzyszenia
wciąż się rozwijają. Argentyna przeżywa totalny kryzys partii
peronistowskiej, partii radykalnej, i rozkwit czegoś, co nie
ma jeszcze politologicznej czy socjologicznej nazwy. Podobny
ruch rozwijał się w Brazylii w czasie kampanii wyborczej "Luli",
podobny występuje w Wenezueli, taką tendencję dostrzegam też
w rozmaitych ruchach indiańskich w Peru, Ekwadorze. Jest to
dla mnie bardzo optymistyczne, bo oznacza umacnianie się społeczeństwa
obywatelskiego, czego nigdy w Trzecim Świecie nie było, a
na pewno nie w takiej skali.
Te ruchy to składnik szerszej tendencji do rozwijania się
małych społeczności, które równocześnie dobrze współistnieją
z większymi strukturami takimi jak państwo. W Europie przybiera
to postać różnych regionalizmów. Wróciłem niedawno z Katalonii,
gdzie czułem, iż jestem w innym państwie, a nie w Hiszpanii,
a zarazem przecież Katalonia pokojowo współistnieje z Hiszpanią,
znajduje się w jej granicach. To dzieje się również w Ameryce.
Poszczególne stany otwierają własne przedstawicielstwa dyplomatyczne,
handlowe. A na dodatek w wielkich i średnich miastach odradza
się fenomen greckiego polis, miasta-państwa. Wielkie miasta
zamykają się w swoim żywiole. Np. Sao Paulo jest w porównaniu
z Rio de Janeiro niemal innym państwem.
A dzieli je tylko 45 minut lotu.
- Meksyk, Ateny, Barcelona, Nowy Jork - wiele wielkich metropolii,
a także średnich miast zamyka się we własnych problemach,
komunikacyjnych, oświatowych, kulturalnych. Prowincja nie
jest im potrzebna do życia. To też rodzaj nowej ekspresji
ludzi z wielkich miast, których nie zadowala bycie jedynie
Brazylijczykiem, Amerykaninem, Grekiem, Hiszpanem. Stają się
ludźmi bardziej z Rio niż z Brazylii, bardziej z Dallas niż
Ameryki.
Mamy dzisiaj w świecie kilka niebezpiecznych konfliktów:
Ameryka - Irak, Izrael - Palestyńczycy; Korea Północna - USA
i Japonia; Indie i Pakistan. Jakie są perspektywy ich zakończenia?
Który z nich jest najgroźniejszy?
- Każdy z nich jest inny, ale wspólną ich cechą jest to,
że nie mają tendencji do rozprzestrzeniania się. Rzeź hindusko-pakistańska
może trwać dowolnie długo, a świat nie będzie w nią wciągnięty.
II wojna światowa wciągnęła dużą część świata. Wymienione
konflikty - co jest szalenie ważne dla pokoju światowego -
nie rozlewają się.
Drugą ich cechą jest długotrwałość. Niektóre ciągną się dziesiątkami
lat, stwarzają własną historię, rodzą się nowe pokolenia,
którym rodzice przekazują, co-kto-komu-zrobił, a zatem pojawia
się element odwetu. Takie konflikty są najtrudniejsze do rozwiązania.
Po trzecie, duży ładunek emocji w tych konfliktach utrudnia
racjonalne do nich podejście. Większość z nich można by spokojnie
rozwiązać, ale rozsądek nie ma tam, niestety, wstępu.
Gdy rozmawialiśmy rok temu, tuż po zamachu 11 września, Pańską
główną refleksją było to, że wszyscy musimy na nowo przemyśleć
świat. Czy go przemyśleliśmy?
- Uważałem wtedy, że możliwe są dwie drogi: albo uznamy 11
września za symptom schorzeń świata, ergo trzeba przeprowadzić
debatę o tym, co nawarstwiało się latami i dało o sobie znać
w sposób tak okrutny; albo uznamy, że wszystko jest znakomicie
i trzeba tylko użyć środków militarnych, żeby wyplenić zło.
Okazało się, że świat wybrał obie te
drogi równocześnie. Z jednej strony "partia wojny"
uważa, że trzeba wypalić zło i jak je wypalimy, to będziemy
żyć w najlepszym ze światów, z drugiej strony ożywiły się
dyskusje o stanie świata. Miałem okazję obserwować to dosłownie
wszędzie. Zazwyczaj ludzie żyją sprawami swojego domu, ulicy,
dzielnicy, wioski, i nie mają głowy do wielkich spraw świata.
A teraz na spotkania, dyskusje, konferencje o świecie przychodzi
masa ludzi - jak nigdy do tej pory. Ludzie często mnie zapraszają
na różne prelekcje i wykłady, a gdy pytam, po co mam właściwie
przyjść, coraz częściej słyszę: "no, żeby nam pan tak
opowiedział o świecie". To mnie bardzo cieszy. Bo opinia
publiczna może wbrew pozorom bardzo dużo. A właśnie takie
rozmowy o świecie ją kształtują. A w parze z pokojowym nastrojem
społeczeństw tworzą spokój narodów, będący siłą naszego świata.
I pozwalają patrzeć w przyszłość z nadzieją.
|