|
Uczennica Żeromskiego
MAREK GARZTECKI
Rzeczpospolita, :Plus Minus, 15 czerwca
2002
|

(C) ADM / CAF
|
Ilekroć odwiedzaliśmy ją, nawet jeśli
spotkanie miało dotyczyć spraw politycznych, pani Lidia zaczynała
od wypytania rozmówcy o zdrowie jego rodziny. Nawet w ostatnich
latach życia, gdy choroba uniemożliwiła jej aktywne śledzenie
wydarzeń politycznych zacierając w pamięci nazwiska jej kolegów
partyjnych, nie zapominała, że mam małego synka. Nie były
to nigdy grzecznościowe pytania, pani Lidii polityka i wielkie
idee nie przesłaniały żywych ludzi, a dzieci po prostu kochała.
Zmarła w ubiegłym tygodniu w Londynie dr Lidia Ciołkoszowa
była człowiekiem nieprzeciętnego formatu, a jej wielkość jawi
się szczególnie wyraźnie na tle tłumu karłów zaludniających
dziś polską scenę polityczną. Jej śmierć pozbawiła nas bodaj
już ostatniego wybitnego polityka Polski przedwrześniowej
i czołowej postaci polskiego powojennego wychodźstwa politycznego.
Lidia Ciołkoszowa była człowiekiem idei i to wielkich. Działalność
w Polskiej Partii Socjalistycznej i okres, w którym jej, na
emigracji, faktycznie przewodziła, podporządkowana była dokładnie
tym samym zasadom, którymi kierowała się w życiu osobistym:
szacunku dla człowieka, ogromnej życzliwości, sprzeciwu wobec
każdej formy niesprawiedliwości. Socjalizm nie był dla niej
pełnym, jeśli nie towarzyszyły mu takie przymiotniki jak "demokratyczny"
i "humanistyczny". Pomiędzy funkcjami Lidii Ciołkoszowej
polityka i publicysty a rolami żony, matki czy serdecznej
przyjaciółki nie było najmniejszego rozdźwięku.
Po latach, gdy dane jej było poznać działaczy dawnej opozycji
antykomunistycznej w praktycznej działalności politycznej,
głęboko zniechęciła ją ich małostkowość, arogancja, swarliwość,
a przede wszystkim ogromny rozziew między szczytnymi hasłami,
które głosili, a rzeczywistością ich nie zawsze etycznych
poczynań. Był to jeden z powodów, obok podeszłego wieku i
słabnącego zdrowia, dla których nie zdecydowała się na powrót
do aktywnego życia politycznego w Polsce.
Dla Lidii Ciołkoszowej działalność polityczna to była służba
idei, narodowi, ale przede wszystkim konkretnym ludziom. Sama
myśl, że mogłaby ona służyć własnemu wzbogaceniu czy choćby
załatwieniu jakichkolwiek interesów osobistych napawała ją
wstrętem. Jej maleńki domek przy Balmuir Gardens w londyńskiej
dzielnicy Putney wypełniony był po brzegi książkami. Uginające
się pod wielojęzycznymi tomami półki stały nawet w przedpokoju
i na schodach. Było to jedyne bogactwo, jakie w trakcie swego
niemal 100-letniego życia zgromadziła. Dodać warto, że większość
tych książek miała ślady intensywnej lektury, z wieloma odręcznymi
jej notatkami na marginesach.
Gdy narzekałem, że praktycznie biorąc wymusiła na mnie zachwianie
spokojnej rodzinnej egzystencji w Londynie i powrót do pracy
w kraju w odradzającym się PPS-ie, odpowiadała natychmiast,
że ona sama, świeżo po studiach i z małym dzieckiem, nie zawahała
się porzucić dobrze płatnej pracy nauczycielskiej na rzecz
niepewnej egzystencji żony najmłodszego, w owym czasie, posła
socjalistycznego w Polsce. Tarnów, do którego się wtedy przenieśli,
a z którego jej mąż, Adam Ciołkosz był posłem, pozostał na
zawsze miastem jej szczególnej czułości. Wielokrotnie prosiła
mnie, abym Tarnów odwiedził i zdał sprawozdanie z tego, jakie
zaszły tam zmiany.
O życiu swoim i męża w Tarnowie potrafiła opowiadać długo
i zajmująco. Szczególnym powodem jej dumy było to, że Adam
Ciołkosz - z jej zresztą znaczną pomocą - potrafił zbudować
silną organizacją PPS-owską w terenie pozbawionym większych
skupisk klasy robotniczej - społecznej bazy tej partii. Ta
inteligentka par excellence i to żydowskiego pochodzenia,
najlepiej czuła się w towarzystwie polskich robotnic i robotników.
Organizowała dla nich biblioteki i kursy oświatowe, regularnie
też urządzała dla dzieci robotników kolonie letnie na wsi.
Gdy po przeszło półwieczu wspominała te czasy na londyńskim
wygnaniu, jej oczy świeciły jakimś specjalnym blaskiem. Żywiołowa
niechęć do klasy robotniczej, jaką żywi dziś polska inteligencja,
była dla niej czymś zupełnie niezrozumiałym.
Do PPS wstąpiła mając 18 lat w 1920 roku, ale idee socjalistyczne
zainteresowały ją już kilka lat wcześniej. Dzięki temu, miała
okazję poznać osobiście legendarnych przywodców PPS, takich
jak Bolesław Limanowski, Ignacy Daszyński czy Tomasz Arciszewski.
Zajmująco analizowała różnice w kulturze politycznej, jakie
w niepodległej Polsce wyłoniły się między terenami poszczególnych
byłych zaborów. Choć urodziła się w Kongresówce, a ściśle
biorąc w Tomaszowie Mazowieckim, bardzo imponowało jej galicyjskie
poszanowanie reguł konstytucyjnych. Jeszcze w wieku osiemdziesięciu
kilku lat potrafiła przypominać wystąpienia Ignacego Daszyńskiego
w parlamencie wiedeńskim.
Obok działalności politycznej, a być może i przed nią, największą
pasją Lidii Ciołkoszowej było słowo pisane. Obie te pasje
ściśle się ze sobą splatały. Konsekwencją jej miłości do literatury
były studia polonistyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim,
zakończone doktoratem z analizy dzieł Stefana Żeromskiego.
Ta sama lektura Żeromskiego zaprowadziła ją, jak sama to podkreślała,
w szeregi PPS. W dalszym jej życiu, szczególnie na emigracji
w Londynie zaowocowało to publicystyką polityczną oraz napisanym
wspólnie z mężem dwutomowym dziełem "Zarys dziejów socjalizmu
polskiego". Pracę tę, w założeniu pięciotomową, przerwała
przedwcześnie śmierć jej męża w 1978 roku.
W działalności politycznej, aż do śmierci Adama Ciołkosza
pozostawała wyraźnie w jego cieniu, choć z pewnością dorównywała
mu intelektem i energią. Była to jej świadoma decyzja, wynikająca
zresztą nie tylko z tego, że w owych czasach "mężczyźni
robili politykę, a kobiety kawę". Mimo że polskość Lidii
Ciołkoszowej była czymś niekwestionowanym, przeszła zresztą
później na katolicyzm, ona sama była świadoma narastających
w Polsce od końca lat 20. XX w. nastrojów antysemickich. Charakterystyczne
też, że nigdy nawet nie rozważała wstąpienia do Bundu, partii
socjalistycznej polskich Żydów.
Uwięzienie Adama Ciołkosza w Brześciu, późniejsze polityczne
"procesy brzeskie", krwawe pacyfikacje zbuntowanych
wsi kresowych, brutalne łamanie przez władze sanacyjne demokracji
i praw człowieka były dla zakochanej w młodości w Legionach
i samym Piłsudskim Lidii ogromnym wstrząsem. Przypominała
potem te fakty uporczywie wszystkim tym, którzy idealizowali
okres międzywojenny.
W okresie uwięzienia męża, w lutym 1934 roku Lidia Ciołkoszowa
wybrana została do Rady Naczelnej PPS, której to członkiem
- a w ostatnich latach życia Honorowym Przewodniczącym - pozostała
do śmierci. W swej partii Ciołkoszowie z bezkompromisową konsekwencją
reprezentowali linię demokratycznego socjalizmu. Oznaczało
to trwałe odrzucenie jakiejkolwiek współpracy z komunistami.
Nie był to wcale łatwy i nie zawsze popularny kurs, szczególnie
w okresie, gdy cała polska lewica była poddana sanacyjnym
represjom i ciągoty "jednolitofrontowe" były u wielu
polskich działaczy socjalistycznych dość wyraźne.
Pani Lidia lubiła zwracać uwagę na pewną polską specyfikę
nazewniczą. Otóż od czasów Róży Luksemburg - mówiła - polscy
komuniści lubią się określać jako "socjaldemokraci",
podczas gdy linię określaną na Zachodzie jako socjaldemokratyczną
w Polsce reprezentował zawsze PPS. Często też przytaczała
rozliczne, znane jej osobiście, przypadki z okresu międzywojennego,
gdy działacze komunistyczni świadomie występowali w roli agentów
prowokatorów, dążąc do maksymalnego rozlewu krwi i destabilizacji
państwa polskiego, co miało doprowadzić w ich planach do rewolucji
i połączenia z Rosją Sowiecką.
Prawdy, które głosili Ciołkoszowie, nie były ani łatwe, ani
przyjemne, tak dla skrajnej lewicy, jak i prawicy w Polsce.
Wedle nich, główny podział polityczny przebiegał wcale nie
między szeroko pojęta prawicą i lewicą, jak się to i dziś
w Polsce głosi, ale pomiędzy obozem antydemokratycznym i demokratycznym.
Dopiero w łonie tego ostatniego miało sens mówienie o walce
między partiami lewicowymi i prawicowymi. Kursu tego konsekwentnie
bronili też na emigracji. Z czasem stało się to powodem ich
rozejścia z Zygmuntem Zarembą, do tego momentu najbliższym
przyjacielem Adama Ciołkosza, a w konsekwencji długotrwałego
rozbicia wśród uchodźczego PPS-u na "ciołkoszowców"
i "zarembowców".
Ciołkoszowie zdecydowanie odrzucili tezę Zaremby o trwałości
ustroju komunistycznego w Polsce i możliwym, przy przyjęciu
owego założenia, dogadaniu się z komunistami. "Realpolitykierom",
którzy twierdzili, że popieranie przez PPS emigracyjnych instytucji
politycznych nie ma sensu, skoro rządy Gomułki, a następnie
Gierka są oficjalnie uznawane przez kraje zachodnie, odpowiadali
oni, że rozbiory Polski też były "uznane" przez
Zachód i nie miało to żadnego znaczenia w walce o niepodległość
kraju. Upadek komunizmu w Polsce i koniec Związku Sowieckiego
ostatecznie przesądził, po czyjej stronie była racja.
Przekonanie o tym, że głównym wrogiem politycznym są siły
antydemokratyczne, a konkretnie, rządzący Polską komuniści,
pozwoliło Ciołkoszom na współpracę w ramach instytucji emigracyjnych
nawet z działaczami wywodzącymi się z dawnej sanacji. Owej
pokojowej koegzystencji z obozem politycznym bezpośrednio
odpowiedzialnym za brutalne represje, których sami doświadczyli,
wielu nie było w stanie zrozumieć. Podobnie dziwiła też wielu,
szczególnie świeżo przybyłych z kraju, wyraźna zażyłość między
Lidią Ciołkoszową a nestorem endeków Tadeuszem Bieleckim.
Pani Lidia kładła niesłychanie silny nacisk na to, by spory
ideowe rozgrywały się wyłącznie na płaszczyźnie politycznej
i nie rzutowały na stosunki osobiste. Silna rola PPS-u w życiu
londyńskiej emigracji zaowocowała mocną pozycją w Radzie Narodowej,
uchodźczym parlamencie, której Lidia Ciołkoszowa była przez
dłuższy czas wiceprzewodniczącą. Od połowy lat 70. XX w. PPS
zaangażował się mocno w poparcie, również materialne, krajowej
opozycji demokratycznej, głównie spod znaku KOR-u.
Wiadomość o odrodzeniu się PPS-u w kraju pod kierownictwem
jednego z czołowych działaczy KOR, Jana Józefa Lipskiego była
dla Lidii Ciołkoszowej - jak sama to przyznawała - jedną z
najszczęśliwszych, jakie otrzymała w życiu. Tym mocniej przeżyła
potem przedwczesną śmierć Lipskiego i zawładnięcie PPS-u przez
grupę Ikonowicza, którego ideologię określała jako mieszaninę
anarcho- -syndykalizmu z trockizmem.
Najbardziej chyba jednak bolało ją to, że w nowym PPS-ie,
podobnie zresztą jak w całym współczesnym życiu politycznym
kraju, zabrakło tego elementu żarliwej służby innym, który
dla niej był całym sensem życia. Jest to po prostu narodowa
tragedia, że odtwarzającej się po upadku komunizmu polskiej
demokracji zabrakło czynnego udziału takich ludzi, jak Lidia
Ciołkoszowa. Jej odejście zubaża nas wszystkich.
W najbliższym czasie opublikujemy wspomnienia Władysława Bartoszewskiego
o Lidii Ciołkoszowej
|