|
UTRACONA WIARA SZEWACHA WEISSA
Sąsiedzi z Borysławia, sąsiedzi
z Jedwabego
Tomasz Stańczyk
"Ziemia i chmury. Z Szewachem
Weissem rozmawia Joanna Szwedowska". Pogranicze, Sejny
2002
 |
|
Szewach Weiss pod Pomnikiem Getta w Warszawie
FOT. JAKUB OSTAłOWSKI
|
Do szóstego roku życia jego dzieciństwo było szczęśliwe.
Zapamiętał z tamtych czasów mały, drewniany domek rodzinny
na Dolnej Wolance w Borysławiu. Słoiki z konfiturami, towary
w sklepie spożywczym ojca. Zapach nafty, kolor malowideł w
bożnicy, smak rosołu, fasolowej, barszczu. W roku 1941 zjawili
się Niemcy, przyszły ukraińskie pogromy, wreszcie nastąpiła
zagłada Żydów z Borysławia.
- To, że wróciłem do Polski jako ambasador
Izraela, to znaczy, że wróciłem do holokaustu. Trzydzieści,
czterdzieści lat walczyłem, żeby wyjść z tego i mi się nie
udało - wyznaje Szewach Weiss w rozmowie z Joanną Szwedowską.
Takie przeżycia naznaczają na zawsze.
Szewach Weiss w bardzo osobisty, dramatyczny sposób mówi,
że śmierć Żydów, którzy zostali zamordowani na ziemiach polskich
wchłania go tak bardzo, iż jest związany z nią o wiele bardziej
niż z życiem. "Może to taki masochizm, żeby być bliżej
miejsca śmierci mojego narodu".
Opowiada o śmierci dziadka Icyka i
babci Minci, dziadka Hirsza, ciotki Fajgi, zabitej, gdy była
w ciąży, ciotki Rózi, żony i trójki dzieci swego jedynego
wuja, żony i czwórki z piątki dzieci kolejnego wuja.
- Byli różni sąsiedzi, nie tylko tacy
jak w Jedwabnem - stwierdza Weiss. Wraz z częścią rodziny,
w tym z rodzicami, przetrwał dzięki pomocy sąsiadów z Borysławia.
Podczas pierwszego pogromu udzieliła im schronienia Polka.
"Do dziś pamiętam, jak pani Potężna przyniosła mi, jak
byłem schowany pod tym łóżkiem, szklankę ciepłego mleka (...)
smak tego mleka i jej ręce, kiedy mnie głaskała, pamiętam
do dziś". Pani Anna Góralowa, koleżanka mamy ze szkoły,
głęboko wierząca katoliczka, ukryła go z matką i siostrą w
kapliczce, jak mówi Weiss "w cieniu ramion Ukrzyżowanego".
Ojciec Szewacha Weissa zrobił kryjówkę
między ścianą swego sklepu a magazynami. Dziewięć osób ukrywało
się tam, gdy Niemcy szukali Żydów w okolicy. Pomagała im Julia
Lasotowa, Ukrainka, która dawała jedzenie, i syn pani Potężnej,
Tadek, który przynosił je i opróżniał wiadro z nieczystościami.
Później przenieśli się do piwnicy domu zbudowanego przez dziadka
Icyka.
Ale byli i inni sąsiedzi. Syn pani
Lasotowej był ukraińskim żandarmem i matka musiała ukrywać
przed nim, że pomaga Żydom. A kiedy przyszła Armia Czerwona,
ukrywał się w tej samej piwnicy, co przedtem rodzina Weissów.
Szewach Weiss nosił mu jedzenie. "Z jednej strony nienawidziłem
go, bo był mordercą, zabijał ludzi i powinien zostać ukarany.
Z drugiej strony - był synem kobiety, która uratowała życie
mnie i moim bliskim. I to zwyciężyło, wiedziałem, że nie mogę
go wydać, bo jego matka nas ocaliła. "
Byli inni sąsiedzi. Pewnej nocy jeden
z nich, z pończochą na głowie, podszedł do piwnicy i żądał
pieniędzy. Inaczej - zabije. Ojciec Szewacha Weissa wziął
do ręki nóż i go odstraszył.
Był też chłopak, który biegał wokół
kryjówki i wołał: "Weissy, tu oni się chowają, tu możecie
ich złapać". Przed wojną chodził z siostrą Szewacha Weissa
do jednej klasy "Dlaczego tak wołał? " - pyta ambasador.
I konstatuje: można czasami zrozumieć Żydów, którzy tu przeżyli
wojnę, że mają poczucie zdrady.
Powtarza zawsze, że wśród Polaków było
najwięcej Sprawiedliwych wśród Narodów Świata (wśród nich
są ci, którzy ratowali jego rodzinę). "Nigdy nie powiem,
że Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matki". Szewach
Weiss nie mówi też, że naród polski współpracował z Niemcami
w dziele zagłady. Byli jednak Polacy, którzy przyłożyli rękę
do zbrodni. We wplecionym w tok rozmowy przemówieniu ambasadora
Weissa w Jedwabnem padają słowa: "Ludzie, którzy żyli
tuż obok i znali nawzajem swe imiona, zamordowali i spalili
swoich sąsiadów. To dlatego to wydarzenie jawi się aż tak
szokująco i boleśnie".
Szewach Weiss uważa, że Polacy po latach
odważyli się spojrzeć w swoje "historyczne lustro".
Świadczy o tym dyskusja po publikacji książki Grossa. Obawia
się zarazem, by większość Polaków nie stwierdziła: no dobrze,
tak było, wiemy o tym, zamykamy jeszcze jeden tom historii
i wracamy do swoich spraw. Ale boi się też reakcji z drugiej
strony. "Bo ci, którzy przyjeżdżają na Marsz Żywych,
przyjeżdżają do Auschwitz - to była niemiecka wyspa na polskiej
ziemi. A Jedwabne nie ma niemieckiej nazwy. Jedwabne jest
polskim miasteczkiem". Weiss uważa zresztą, że marsz
ten powinien rozpoczynać się pod Reichstagiem.
Twierdzi, że to właśnie w związku ze
sprawą Jedwabnego w polskich mediach oburzano się tak bardzo
("Chce się pokazać, że Żydzi to złodzieje" - mówi)
na wywóz do Izraela malowideł Brunona Schulza z Drohobycza
przez przedstawicieli instytutu Yad Vashem (Weiss jest przewodniczącym
światowej rady tego instytutu). Pyta: Czy Schulz został zamordowany
jako polski pisarz? I odpowiada: został zamordowany jako Żyd,
mający głęboką świadomość swego żydostwa.
Szewach Weiss wyjechał z Polski do
Izraela w 1947 r. Studiował nauki polityczne i prawo. Jest
politologiem, profesorem uniwersytetu w Hajfie. Jest też politykiem.
W latach 1988-1999 był wiceprzewodniczącym, a następnie przewodniczącym
Knesetu - izraelskiego parlamentu. W rozmowie z Joanną Szwedowską
opowiada o Icchaku Rabinie, z którym łączyła go bliska przyjaźń.
Rabin traktował go niemal jak syna. "Był wojskowym, był
generałem, a po wojnie sześciodniowej w swoim przemówieniu
mówił tylko o pokoju. Zawsze chciał pokoju i kompromisu z
Palestyńczykami". Ogromnym wstrząsem dla Szewacha Weissa
było zamordowanie Rabina przez ekstremistę izraelskiego. Skrajna
prawica nienawidziła premiera za politykę pokojową i chęć
porozumienia z Palestyńczykami.
"Od tamtej pory jestem zraniony.
Straciłem dużo wiary" - mówi Weiss. Wiary w to, że może
zapanować pokój, "że jesteśmy innym narodem, niezdolnym
do zbrodni". Weiss kładzie nacisk na atmosferę nienawiści.
To właśnie ona rodzi zbrodnię.
W ostatnich zdaniach rozmowy Szewach
Weiss wraca do kwestii sąsiedztwa. Musi to być "życie
obok siebie bez nienawiści ludzi różnych ras, religii i przekonań".
Choć "Ziemia i chmury" to
rozmowa z ambasadorem, Szewach Weiss nie używa języka dyplomatycznego.
Na pytania odpowiada tak, jak dyktuje mu pamięć i serce. Szczerze,
nie tając swych uczuć, bólu, żalu i poczucia naznaczenia.
O Polsce mówi: "Dla nas będzie to smutna ziemia. I dlatego
kocham chmury. Bardziej niż ziemię. Jak się patrzy na chmury,
nie trzeba mówić nic o tym ludzkim teatrze na ziemi".
Tomasz Stańczyk
"Ziemia i chmury. Z Szewachem
Weissem rozmawia Joanna Szwedowska". Pogranicze, Sejny
2002
|