|
Trzecie pokolenie sprawiedliwych
Maja Jaszewska
Tygodnik Powszechny nr 30
14 lipca mieszkańcy podwarszawskiej
miejscowości Sobienie Jeziory przenieśli na teren dawnego
kirkutu kilkaset żydowskich macew, którymi hitlerowcy w czasie
okupacji (w 1942 r.) wyłożyli teren wokół zajętej na siedzibę
Gestapo miejscowej plebanii.
- Nie patrzyłem na finanse i czy ktoś
pomoże. Chciałem tylko jednego: jak najszybciej przenieść
stąd te macewy. Wolę brodzić w błocie niż chodzić po płytach
nagrobnych - mówi ks. Roman Karwacki, który proboszczem parafii
w Sobieniach został latem zeszłego roku. Od początku za jedno
z najważniejszych zadań uważał powrót płyt nagrobnych na właściwe
dla nich miejsce. Ponieważ sprawa nie była jednak tylko wewnątrzkościelna,
chciał nawiązać kontakt ze stroną żydowską. - Trzeba było
wszystko tak zorganizować, żeby nie popełnić żadnego błędu
czy nietaktu. Musieliśmy uwzględnić oczekiwania strony żydowskiej
- wspomina ks. Karwacki. Jego inicjatywa spotkała się z zainteresowaniem
proboszcza Wojciecha Lemańskiego z Otwocka, współzałożyciela
Społecznego Komitetu Pamięci Żydów Otwockich i Karczewskich.

Macewy złożone na dawnym kirkucie
|
Księża,parafianie i strażacy
- Na początku tego roku przyjechał do
mnie ks. Lemański - opowiada proboszcz. - Powiedział, że rozmawiał
ze stroną żydowską, która wyraziła pragnienie, żeby macew
nie przewozić na cmentarz do Karczewa, ale pozostawić na miejscowym
kirkucie. Pozostało na nim jedynie kilka kamieni nagrobnych.
Macewy zabrane z niego za okupacji powinny wrócić na miejsce.
Ustaliliśmy termin na 14 lipca. Mimo wielkich chęci, nie udało
się wcześniej, z powodu dużej ilości obowiązków duszpasterskich
i dydaktycznych.
Ks. Karwacki jest profesorem Uniwersytetu
Kardynała Stefana Wyszyńskiego, wykłada również w Siedlcach
i Radomiu. W ostatnim roku przeprowadził remont plebanii i
założył ogrzewanie w kościele. Gotowość do pomocy zgłosili
miejscowi parafianie. Stroną organizacyjną zajął się wójt
Wacław Wirtek, pracowali strażacy z OSP w Sobieniach Jeziorach
z komendantem Krzysztofem Karpiszem, pomagał ks. Lemański
oraz przewodniczący Społecznego Komitetu Pamięci Żydów Otwockich
i Karczewskich - Zbigniew Nosowski, redaktor naczelny "Więzi".
Kilkanaście osób w ciągu ośmiu godzin wykonało pracę ocenianą
przez profesjonalne firmy na tydzień. Na dodatek wszyscy pracowali
jako wolontariusze. - Koszt całej operacji jedna z firm wyceniła
na tysiąc pięćset złotych dziennie. Skąd niby mielibyśmy wziąć
te pieniądze? - śmieje się ks. Karwacki.
- Parafianie w naszej gminie są bardzo
aktywni. Tak samo księża, którzy czują się prawdziwymi gospodarzami,
odpowiedzialnymi za parafie. Spotkałem się z ks. Karwackim
na kawie, ustaliliśmy szczegóły i do roboty. Nie zrobiliśmy
nic nadzwyczajnego. Przecież ani ja, ani pani nie chcielibyśmy,
żeby po nagrobkach naszych bliskich chodzili ludzie i jeździły
samochody, prawda? To chyba normalne, że takiego samego szacunku
wymagają nagrobki innych ludzi - wójt Wirtek zdaje się być
zdziwiony rozgłosem, jaki zyskała cała sprawa. Nie ukrywa
jednak zadowolenia, że po tylu latach została wreszcie rozwiązana.
Podobne odczucia ma Krzysztof Karpisz.
- Sprawa macew ciągnie się od ponad 20 lat. Wtedy gmina żydowska
zaczęła się domagać rozwiązania problemu. Dla naszej społeczności
było to bardzo nieprzyjemne. W końcu chodziło o bezczeszczenie
pamięci i symboli religijnych sobieńskich Żydów. Bardzo istotne
było, że inicjatywę w tej sprawie wykazał proboszcz. Autorytet,
jakim darzą go parafianie, podziałał mobilizująco. Oczywiście,
jak zawsze znaleźli się tacy, co szukają dziury w całym. Nie
dość, że sami nie pomogli, to jeszcze wymyślili, że na akcję
z pewnością wydano mnóstwo pieniędzy - komendant OSP śmieje
się, ale w tym śmiechu pobrzmiewa trochę smutku. - Przecież
myśmy pracowali za darmo. Strażacy zawsze są gotowi do pomocy,
jeśli tylko zajdzie potrzeba.
Mieszkańcy Sobieni Jezior są zgodni:
macewy trzeba było przenieść. Nie wolno szargać świętości
i należy zwrócić cudzą własność. Wielu dodaje jednak, że zwrotu
dokonano w imieniu faszystowskich barbarzyńców, bo przecież
to nie Polacy wpadli na pomysł zbezczeszczenia kirkutu. Powstaje
pytanie - dlaczego trzeba było czekać aż 60 lat? Odpowiedzi
są różne, zazwyczaj zamykają się w ogólnej refleksji, że może
nie było sprzyjającej chwili, że działał mechanizm przyzwyczajenia
i brakowało determinacji. Ważniejszy jednak od szukania przyczyn
zwłoki wydaje się być fakt dzisiejszego zaangażowania i gotowości
do działania. - Najważniejsze, że wreszcie zlikwidowaliśmy
to dwuznaczne, żeby nie powiedzieć gorszące miejsce - podsumowuje
Zbigniew Nosowski.
Słysząc o wydarzeniu w Sobieniach Jeziorach,
ambasador Izraela Szewach Weiss powiedział: - Polacy mają
szczególny stosunek do cmentarzy. Bardzo dużo jeżdżę po Polsce.
Często widzę, jak w niedzielę po Mszach ludzie idą z kwiatami
na groby bliskich. W wielu miejscowościach obok cmentarzy
katolickich jest jakiś stary, zarośnięty i zaniedbany kirkut
z resztkami macew. Nieraz zdarza się, że pasą się na nim krowy.
Ale ten stan z roku na rok się zmienia. Coraz częściej młodzież
polska czyści żydowskie cmentarze. To jest nowe zjawisko,
ale coraz bardziej powszechne. Ja się z tego bardzo cieszę.
Kiedy spotykam tych młodych ludzi, to im mówię: Wy jesteście
trzecie pokolenie Sprawiedliwych wśród Narodów Świata.
Hołd sąsiadom
Przed II wojną światową Żydzi stanowili
większość mieszkańców w Sobieniach Jeziorach. Wokół rynku,
przy ulicy Warszawskiej, Koziej i Piwonińskiej prawie wszystkie
domy zamieszkane były właśnie przez nich. Stały bożnica i
mykwa. Obie spalono w czasie wojny. Nieistniejące już budynki
i nieobecni od ponad 60 lat sąsiedzi, przetrwali na starych
zdjęciach, od lat pieczołowicie gromadzonych przez Jana Wiganta,
miejscowego fotografa-amatora i pasjonata historii Sobieni
Jezior. Na jednym z nich, upamiętniającym uroczystość otwarcia
szkoły, stoją obok siebie uczniowie polskiego i żydowskiego
pochodzenia. Dzieci uczyły się i bawiły razem. W szkole pracowali
nauczyciele obu narodowości. Na zdjęciach widać świat, którego
już nie ma. Jest jednak nadal obecny w pamięci starszych mieszkańców;
- W czasie wojny byłem dzieckiem, ale pamiętam getto - wspomina
pan Jan. - Żydów siedzących na schodkach domów.
O dawnych sąsiadach opowiada również
Stanisław Syga. Choć w czasie wojny był dzieckiem, niektóre
rzeczy odtwarza z fotograficzną pamięcią: - Już po likwidacji
getta hitlerowcy znaleźli w żydowskiej łaźni małżeństwo z
córką i małym, może dwuletnim chłopcem. Zaprowadzili ich wszystkich
na kirkut. Kazali położyć się twarzą do ziemi i strzelali
im w głowy. Widziałem, jak ten mały postrzelony chłopczyk
jeszcze się zerwał, pobiegł kilka kroków i upadł.
Likwidację getta wspomina również profesor
Anna Mońka Stanikowa, prowadząca w Sobieniach w czasie okupacji
tajne nauczanie. "Wyprowadzoną z getta ludność na wąską
szosę wiodącą do Pilawy ustawiono po osiem osób w poprzek
jezdni - pisze w "Szkicach Podlaskich", wydanych
w 1996 r. przez Siedleckie Towarzystwo Naukowe. - Z dziećmi
na rękach, tobołkami na plecach, poganiani z obu stron uderzeniami
żandarmskich pejczów, szli ku swojej zagładzie. Obraz tej
maltretowanej kolumny pozostał jak żywy w mojej pamięci. Szczególnie
silnie zapadł mi w psychikę jeden niesamowity, a zarazem jakże
ludzki szczegół. Skrajem kolumny w jednym z rzędów szedł potykając
się stary człowiek. Spadały na niego częste razy niemieckich
pejczów, od których miał zakrwawioną twarz i ręce. Widząc
to młody człowiek, który szedł w środku szeregu, przeskoczył
na jego miejsce, aby przyjąć na siebie spadające ciosy. Był
to wstrząsający i niemożliwy do zapomnienia widok. Ta męczeńska
kolumna została zagnana do Pilawy, gdzie umieszczono ją w
zamkniętych wagonach i wywieziono do Treblinki".
Przeniesienie macew na żydowski cmentarz
cieszy panią profesor, która widzi w tym nie tylko poszanowanie
grobów, ale również hołd złożony zamordowanym żydowskim sąsiadom.
Co dalej z kirkutem?
Z terenu plebanii udało się przenieść
wszystkie płyty. Pozostało jednak jeszcze około stu macew
na sąsiedniej prywatnej posesji, która również została zajęta
w czasie wojny przez Niemców. Dziś stoi opustoszała, bo spadkobiercy
dawnych właścicieli rozjechali się po świecie. Trzeba uzyskać
ich zgodę na przeniesienie nagrobków. Sprawą zajął się wójt
Wirtek: - Na pewno się z nimi skontaktuję i wtedy sfinalizujemy
sprawę.
Macewy przeniesiono na mieszczący się
w sosnowym lesie na obrzeżach miasteczka kirkut i ustawiono
w kilku miejscach na sztorc. Powstało coś na kształt lapidarium.
Osobno ułożono półokrągłe zwieńczenia, którymi hitlerowcy
wyznaczyli sobie grządki w ogródku. W ciszy sosnowego lasu,
wielkie zwały płyt, na których można rozpoznać hebrajskie
napisy (czasem towarzyszą im polskie odpowiedniki), zdobienia
i resztki farb robią niesamowite wrażenie. - Nie spodziewałem
się, że jest ich aż tak dużo - mówi z zadumą ks. Karwacki.
Z obliczeń ks. Lemańskiego wynika, że płyt jest około czterystu.
Trzeba było wielkiego starania i ostrożności, żeby ich nie
poniszczyć w trakcie przewożenia i składania.
Co dalej? - Trzeba zabezpieczyć i ogrodzić.
Postawić jakąś tablicę. W sąsiednim Karczewie cmentarz żydowski
został uporządkowany, to i u nas się uda - wójt Wirtek nie
traci optymizmu.
Pozostawienie macew na nie ogrodzonym
terenie budzi jednak obawy niektórych mieszkańców. Boją się,
żeby nie zniszczyli ich wandale. Obawy łagodzi ks. Lemański.
Rewaloryzacji żydowskich cmentarzy w Otwocku i Karczewie także
towarzyszyły lęki, że mogą być obiektem wandalizmu i antysemickich
wybryków; nic takiego nie miało jednak miejsca. Przeciwnie,
dziesiątki osób regularnie odwiedzają obie nekropolie. - Mam
nadzieję, że podobna atmosfera będzie na sobieńskim kirkucie
i że akcja, którą pomogliśmy zorganizować, będzie początkiem
długofalowych działań, mających na celu upamiętnienie nieobecnych
już sąsiadów - mówi ks. Lemański, zastanawiając się nad formą
uczczenia pamięci sobieńskich Żydów. Nadarza się sposobna
ku temu okoliczność - 60. rocznica likwidacji getta w Karczewie
i Otwocku, przypadająca 19 sierpnia. O przygotowaniach do
obchodów rocznicy ksiądz prowadzi rozmowy z rabinem Warszawy
i Łodzi Michaelem Schudrichem i przewodniczącym warszawskiej
gminy żydowskiej Piotrem Kadlcikiem.
- Żydów w Polsce już nie ma, ale dialog
Polaków z judaizmem trwa cały czas. Bo my, Żydzi, jesteśmy
częścią waszego życia, kultury i historii. Nasza tożsamość
jest nierozerwalnie spleciona. Nas już tu nie ma i pewnie
nie wrócimy. W waszych rękach leży pamięć i troska o groby
naszych przodków. Nie zapominajcie o nich - prosi Szewach
Weiss.
|